wtorek, 4 czerwca 2013

Basowisko: Ibek Bezprożny

Dobry.

Jako, że nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni dopadło mnie życie (czyt. praca i obowiązki muzyczne), blog znów leżał sobie odłogiem, wesoło zarastając mchem. Dlatego, po skromnych trzech tygodniach, doszedłem do wniosku, że warto by było ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości coś spłodzić - oczywiście łudząc się przy okazji, że ktokolwiek to przeczyta. Temat na wpis miałem już dawno, w zasadzie od lutego, jednak chciałem zaczekać aż będę dysponował jakimś materiałem dźwiękowym. Niestety - takowym nadal nie dysponuję a napisać coś trzeba. Toteż piszę - tym bardziej, że dawno nie było nic w tematyce stricte basowej.

Najpierw jednak trzy małe dywagacyjki celem wprowadzenia w meandry mego chorego umysłu, w których po tak długiej przerwie niechybnie się pogubicie.

1. W ramach przygotowań do odbywającego się niedługo rajdu Złomnika - Lemingi w Słoikach - Wybranka, która zgodziła się być mym pilotem, zaczęła uczyć się rozszyfrowywania itinererów. W  ramach treningu udaliśmy się w ostatnią niedzielę szlakiem złomnikowego rajdu sprzed dwóch lat, prowadzącego malowniczymi zakątkami skarpy warszawskiej. Wnioski są trzy: a) nasza piękna Stolyca zawiera okolice o dość zdecydowanie wiejskim charakterze znajdujące się w odległości ok. 4 km od ścisłego centrum, b) Wybranka może wpisać sobie czytanie itenererów strzałkowych w CV, c) Madzia posiada pewne zdolności terenowe. Choć były fragmenty, które bezpieczniej (dla podwozia i nerwów) byłoby przebyć Zuzią. Albo jeszcze lepiej Niwą. Lub Łunochodem.

2. Bezczelnie korzystając z wybycia Brata w kierunku północno-zachodnim (pojechał konsumować haggis i Marsy smażone na głębokim oleju) podprowadziłem jego rower celem zapewnienia sobie taniego transportu do i z pracy połączonego z wmawianiem sobie iż uskuteczniam jakąkolwiek aktywność fizyczną. Jak na razie wniosek jest jeden: w ładną pogodę jest to bardzo sympatyczny środek lokomocji - choć, biorąc pod uwagę fakt nie występowania u mnie zjawiska zwanego "formą", nie tak szybki jak sugerują Guglmapy. Ze zbiorkomem przegrywa jedynie brakiem możliwości poczytania sobie w drodze zaś góruje pod względem braku współpasażerów i likwidacji konieczności sterczenia na przystanku, samochód natomiast pokonuje kosztami i możliwością wmówienia sobie, że zrzucam którąś tam krągłość, zaś pozostaje w pokonanym polu w kwestii możliwości słuchania radia (rower + słuchawki na uszach jest to zestaw wskazujący na terminalne bezmózgowie), komfortu i ochrony przed aurą. Wniosek - póki jest ładnie mogę postępować wedle starej znanej maksymy "jestę hipsterę, jeżdżę rowerę". Choć nie. Nie jestem chorobliwie chudy (de facto w ogóle nie jestem) i nie ubieram się w sposób, który przywodzi na myśl nazwę zespołu Cock And Ball Torture, rower natomiast nie ma ostrego koła tylko mainstreamowe przerzutki Shimano, nie jest też podrabianym holendrem, tylko zwykłym, całkiem niezłym góralem. Still, it's fun. A Brat w międzyczasie odwiedził rodzinne strony i udzielił mi i rowerowi błogosławieństwa.

Dodam tylko, że rowerem da się przewieźć jeden bas - na plecach, w miękkim pokrowcu - ale i tak w tej kwestii zdecydowanie wolę Madzię.

3. W weekend, poza ćwiczebnym przejazdem po zakamarkach tudzież wądołach, spotkała mnie jeszcze jedna przyjemność - otóż dostałem w dzierżawę klawisz. I to nie jakieś tam Casio tylko pełen tłusty wintydż pod postacią Vermony SK-86. Jest przeokrutnie usyfiony (najwyraźniej pokrowiec najpierw zgnił od środka a następnie zasechł) i nie wiadomo, czy bangla, ale jest. Jeśli da się go uruchomić (sprawdzamy czy będzie potrzebny zasilacz - not included) i wydać zeń dźwięk, będę się uczył. Bo tak. Tylko jajościsków nie założę.

Ale do ad remu, jak to mawiali Sumerowie.

Jak już napisałem pewien czas temu, w me brudne łapska wpadł bardzo sympatyczny basik - Ibanez Roadstar II fretless, rocznik '84. Ten sam rok, w którym, pacholęciem będąc pięcioletnim, usłyszawszy Radio Ga Ga w trybie natychmiastowym zostałem fanem Queen na resztę żywota mego (którego owoce aktualnie je ZUS). Basik jest czarny, niewielki, lekki i fajny. A pieniądz kosztował zaiste niewielki.

Ibek w krasie swej napodłogowej
Historię wejścia w jego posiadanie opisałem już onegdaj, więc nie będę ponownie zanudzał licznie zgromadzonej braci czytelniczej szczegółami - przypomnę jedynie, że transakcja była bardzo sympatyczna. Poprosiłbym więcej takich sprzedawców sprzętu.

O samym basiwie słów kilka.

Mój egzemplarz (jak i cała reszta tej zacnej ibanezowskiej serii) został wytworzony przez zgrabne żółte rączki w latach, gdy cała produkcja sprzętów tej słynnej marki odbywała się tam, gdzie odbywać się powinna, czyli w Japonii. W efekcie mamy instrumencik o przyzwoitej, solidnej jakości wykonania, sklecony z dobrych komponentów. Co prawda jest ewidentnie nadgryziony zębem czasu (ząb ów zostawił choćby malownicze pęknięcie wokół potencjometrów, ale najwyraźniej zostało ono zabezpieczone, gdyż nic nie ma w planach odpaść), jednak trzyma się mężnie. Zresztą nie ma się to za bardzo co rozsypywać - basik jest bardzo prosty: w lipową deskę zostały wkręcone dwa potężne pasywne humbuckery, elektronika jest również pasywna (głośność, balans i ton - 2 pierwsze gałki mają wspomnianą już funkcję push-push przełączającą cewki przystawek), do tego mamy solidny, mosiężny (chyba) mostek i polakierowany na czarno klonowy gryf z bezprogową palisandrową podstrunnicą o 24 pozycjach, zakończony śliczną symetryczną główką.

śliczna, symetryczna główka
Podejrzewam, że w oryginale Roadstar miał progi - nieliczne bezprogowe wersje, które znalazłem w internetach, nie miały linii na podstrunnicy. Tu zaś są. Bardzo wyraźne. Trudno je przeoczyć. Są na tyle wyraźne, że bas na pierwszy rzut oka wygląda jak progówka. Na drugi też. W zamian za brak wizualnego lansu mamy tu pewność, że nawet na słabo oświetlonej scenie będziemy mieć szansę trafić w dźwięk.

Właśnie, dźwięk.

Jak już napisałem, gdy tylko Ibek trafił w me niszczycielskie łapki, miałem troszkę obaw związanych z lipą, z której wystrugany został korpus. Z moich doświadczeń lipa to lipa. Wystarczy pograć na kosztującym chory pieniądz Music Manie Bongo, który wygląda jak deska sedesowa w stylu techno... i tak też brzmi. Na szczęście, jak zapewnił mnie mój dobry znajomy (wyborny basista i świetny realizator dźwięku - Alfik, pozdrawiam!), azjatycka lipa nie ma się nijak do amerykańskiej czy europejskiej (czyli tej lipnej) i charakterystyką zbliżona jest bardziej do olchy, czyli najbardziej klasycznego drewna na fretlessa. I rzeczywiście - w brzmieniu nie brakuje dolnego środka, który jest podstawowym komponentem bezprogowego brzmienia. Nie jest on co prawda tak śpiewny jak w kosztujących grube tysiące olchowych Jazz Bassach czy innych fretlessach tworzonych wedle klasycznej receptury (olcha+klon+palisander), ale brzmienie i tak przyjemnie pieści ucho. Jak to określił sam Alfik - jest to typowa "balladówka". Oczywiście pod warunkiem, że korzystamy z mostkowej przystawki w trybie... yyy... no nie wiem, który jest równoległy a który szeregowy, ale jeden z nich brzmi dużo lepiej, bardziej "okrągło", podczas gdy drugi zasadniczo nie pasuje do fretlessa - ma nieco wycięty środek i uwypukloną górkę, przez co przy użyciu obu pickupów w tym trybie mamy instrument bardzo fajnie gadający z kciuka. Jak na fretlessa, rzecz jasna. Tak czy inaczej - znalazłem optymalne ustawienie (balans 100% w stronę mostka, jeden tryb działanie przystawki, ton odkręcony na full) i trzymam się go, dziękuję, dobranoc. W ten sposób mamy właśnie balladówkę: instrument ślicznie, łagodnie brzmiący przy grze długimi, "wypuszczonymi" dźwiękami. I do tego zasadniczo go używam.


Jak na razie korzystam zeń w jednym składzie - szantowo-folkowo-chałturniczym WZM - gdyż w rockowym potrzebuję piątki, którą to funkcję pełni (jeszcze) Malinek. Ale mam już pomysły na przyszłość...


Zestaw WZM-owy na średnią scenę, czyli Carvin + DMNF 1x15 + Alembic + Ibanez
Na koniec mała ciekawostka: w zaprzyjaźnionym sklepie Pasja (polecam, Krzysztof Ibisz) pojawił się inny bezprogowy Ibanez, a konkretnie pięciostrunowa sygnaturka Garry'ego Willisa. Miałem w łapach - bardzo interesujący bas. Świetnie wykonany, z wygodnym (jak to w Ibanezie) gryfem, bardzo przydatną we fretlessie rampą biegnącą od krawędzi podstrunnicy do przestawki i z charakterystycznym soundem. Właśnie to ostatnie nie do końca mnie przekonało, ale nie ze względu na jakość tylko na charakter: jest nieco za mało fretlessowy. To - wg mnie - basówka do groovów. Ale da się na nim zagrać śpiewnie, po prostu nie w ten sposób, którego szukam we fretlessie. Generalnie - bardzo fajny bas, zdecydowanie warto mu się przyjrzeć. Tym bardziej, że - w przeciwieństwie do droższej wersji - jest do łyknięcia w zupełnie przyzwoitej cenie.


Podsumowanie czyli zady i walety:

29-letni Ibanez Roadstar II po profesjonalnie wykonanym zabiegu defretyzacji robi mnóstwo sensu: dobrze brzmi, ładnie wygląda, do tego jest lekki dzięki czemu nie masakruje kręgosłupa podczas dłuższych wykonów. Czasami brak mi w nim piątej struny, ale nie kupiłem go po to, by był uniwersalny i pokrywał całe zapotrzebowanie fretlessowe, tylko dlatego, że ma fajną ejtisową stylówę (a ja w ejtisach ostatniemi czasy siedzę ostro - Ibek nie co prawda jest Walem, ale mocno zainspirował mnie do rozgryzania genialnych partii nieodżałowanego Micka Karna z Japan), dobrze brzmi... i kosztował naprawdę nieduży pieniądz. Ale i w kwocie o kilka stów wyższej byłby godzien.

Plusy:

* bardzo fajne brzmienie, szczególnie w moim ulubionym ustawieniu
* niska masa
* wygodny gryf
* stylówa
* relacja ceny do jakości

Minusy:

* średnie przystawki
* nieco za mało szlachetnej śpiewności
* na czarnym widać paluchy

Czym go wozić:

Japończyk polubił się z Japonką, czarne dobrze komponuje się z białym, różnica wieku może spora, ale i tak jest dobrze... Tak, Madzia (dla tych, co zajrzeli tu po raz pierwszy - moja i Wybranki Mazda 323, rocznik '97) jest idealna do przewozu Ibaneza. Który zresztą w miękkim pokrowcu mieści się do jej bagażnika. Ale i tak zazwyczaj podróżuje na tylnej kanapie.

A skoro jesteśmy przy Madzi... właśnie stuknęło jej 10 tys. km pod mym zadkiem (czyli łącznie nieco ponad 217k). I jedzie dalej...

2 komentarze:

  1. Przystępna cena ale im rocznik starszy tym lepiej. Jeśli kupiłeś ją zbyt drogo niż uważasz to zawsze możesz sprzedać drożej za pare lat :) Taki sprzęt nigdy nie tanieje chyba że go zniszczysz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ skąd - kupiłem śmiesznie tanio ;-)

      Usuń