Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Founder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Founder. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lutego 2018

A Bass for Mr Bass

Jakoś tak przed świętami zacząłem rozglądać się za fretlessem, który zastąpiłby Ibaneza. Nie żebym był zeń jakoś szczególnie niezadowolony, ale... No właśnie. Ale. Zacząłem zauważać pewne jego niedoskonałości - choćby wynikający z jego niewielkiej masy niezbyt długi sustain. A sustain to rzecz kluczowa w bezprogu - szczególnie, gdy masz do zagrania długie, ciągnące się dźwięki. Tak czy inaczej, udało mi się nawet zorganizować jakiś finans, jednak, jak już wspomniałem, był to okres przdświąteczny, a w mojej sytuacji zawodowej... Wicie, rozumicie. Finans wziął i się rozszedł.

I tyle było w kwestii planów zmian sprzętowych na tzw. tenczas.

Jakieś 2 miesiące później - czyli niedawno - mój bymbniorz odezwał się do mnie w kwestii małego biznesa. Otóż został zaproszony by na festwalu Warsaw Prog Days zagrać koncert z progresywnym projektem (ze względu na jego składową płynność, wręcz efemeryczność, trudno nazwać go sensu stricto zespołem) Amarok. Co ciekawe, nie na bębnach, tylko - jako wykształcony pianista - na klawiszach. Nie to jednak było to clou programu. Otóż razem z Amarokiem miał zagrać również pewien dość znany, przynajmniej w progresywnych kręgach, człek. Konkretnie zaś niejaki Colin Bass. I tak, jego nazwisko idealnie pasuje do jego głównego instrumentu.

I ówże pan, przylatując do Polski na jeden koncert, stwierdził, że nie ma sensu brać ze sobą swojego instrumentarium. Coś się pożyczy na miejscu.

I właśnie w tej kwestii odezwał się do mnie mój grający na klawiszach bymbniorz: Colin potrzebował basu. A w zasadzie dwóch. Czwórek. Progówki, najlepiej czegoś w stylu Jazza, i fretlessa. A ja mam i jedno i drugie.

No i pożyczyłem.


Po telefonicznym dogadaniu się z liderem Amaroka (a w zasadzie człowiekiem, który jednoosobowo stanowi cały projekt w jego studyjnych odsłonach) dostarczyłem w umówionym terminie basiwa do Progresji, gdzie na tej samej scenie, na które później miał być uskuteczniony wykon, odbywała się przedkoncertowa próba. Wziąłem ze sobą Foundera Jazza, Westone'a i, rzecz jasna, bezprogowego Ibaneza. Wszak warto, by szacowny gość miał przyzwoity wybór.

Colin okazał się nader sympatycznym, pozbawionym gwiazdorskiego zadęcia gościem. Bez grymaszenia ("ale jak to, nie było  Fendera JUŁESEJ?") ograł sprzęty i jako główny bas wybrał Foundera, który bardziej odpowiadał mu brzmieniowo. Najciekawsze jednak miało dopiero nastąpić.

Po zapoznaniu się z progówkami, Colin wziął w ręce fretlessa. Podpiął go i wysłuchawszy moich objaśnień dotyczących działania potencjometrów, rozpinania cewek w przystawkach itd., wydał kilka dźwięków.

- How much do you want for it? - spytał.

Zatkało mnie. Owszem, nosiłem się z zamiarem upgrade'u w kwestii bezproga, ale, jak już wspomniałem na wstępie, nie miałem możliwości dołożenia kwoty koniecznej do zakupu czegoś bardziej mnie satysfakcjonującego.

Zrobiłem jednak w głowie szybki przegląd cen, w jakich widziałem podobne modele Ibaneza na eBayu, i postanowiłem rzucić kwotę zbliżoną do średniej, z zastrzeżeniem, że jeszcze nie teraz, gdyż nie miałbym na obecną chwilę możliwości znalezienia następcy za podobną kwotę. Colin zastanowił się chwilę i rzucił swoją kwotę. Nie była ona abstrakcyjna - nadal mieściła się w przedziale cenowym w których widuje się Roadstary z lat osiemdziesiątych (aktualnie za granicą chodzą w nieco wyższych cenach, niż u nas), jednak dawała sporą szansę na znalezienie czegoś w zamian. Odpowiedziałem, że prześpię się z tematem, choć tak naprawdę już wiedziałem, jaka będzie moja odpowiedź.

W międzyczasie Colin stwierdził, że potrzebuje kupić kilka rzeczy, na co, będąc akurat dość luźny czasowo, zaproponowałem mu podwózkę. W ten oto sposób Skanssen miał okazję gościć na pokładzie muzyka bądź co bądź światowej sławy - nawet jeśli jest ona ograniczona do fanów rocka progresywnego.

Następnego dnia przyniosłem na próbę Ibka schowanego w sztywny futerał i oznajmiłem Colinowi, że owszem. Deal.

Pozostało umówić detale transportu. Colin najpierw chciał wrócić ze swym nowym nabytkiem samolotem, jednak podpowiedziałem mu, że lepiej nie - po pierwsze linie lotnicze za dodatkowy bagaż liczą sobie jak za zboże, po drugie zaś bardzo lubią niszczyć instrumenty, odmawiając przy tym wzięcia za to jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ustaliliśmy, że ogarnę mu kuriera.

Tymczasem nadszedł dzień koncertu.

Gdy dotarliśmy z Obywatelką Pilotką do Progresji, akurat kończył grać zespół Gallileous. Zaraz po nim rozpoczął występ Amarok. Przyznaję, że nie znałem wcześniej jego twórczości - a okazała się ona niezwykle klimatyczna. W użyciu było nie tylko standardowe rockowe instrumentarium, ale również m.in. theremin - równie niesamowity, co prosty wynalazek, który od lat jara mnie niesamowicie. Niestety, czasami straszliwie brakowało mi niskich dźwięków - basista (zresztą wspomagający lidera wokalnie) pełnił również odpowiedzialną funkcję drugiego gitarzysty i w przynajmniej dwóch utworach wyraźnie brakowało osobnego człowieka do obsługi grubych strun, co skutkowało dźwiękową "dziurą" w dole. Nie zmienia to faktu, że muzyka Amaroka bardzo mi się spodobała - Lubej zaś jeszcze bardziej.

Ostatni (przynajmniej przed bisem) utwór zapowiedział to, co miało nastąpić potem.

Na scenę wszedł Colin Bass. Jeszcze bez basu. Zaśpiewał z Amarokiem jeden utwór - nader klimatyczny (jak zresztą większość amarokowej muzyki) "Nuke". Jednak jego pełen występ miał się dopiero zacząć.

I zaczął się po kolejnej przerwie.


Wbrew temu, co mogła sugerować nazwa eventu oraz muzyka, którą Colin grał (i nadal gra) z zespołem Camel, muzyki, którą usłyszeliśmy, nie można raczej nazwać prog-rockiem, choć w 2 czy 3 utworach zdecydowanie było słychać progresywne naleciałości. To, co zagrał i zaśpiewał Colin Bass, były to w zasadzie piosenki - ale wyrafinowane i wysmakowane, takie, jakie mógł stworzyć jedynie dojrzały, doświadczony człowiek.

Colin grał nie tylko na basie, ale również na gitarze akustycznej, ale gdy chwytał za bas, był to bardzo dobrze mi znany instrument.


Fretlessa wykorzystal tylko w jednym utworze - za to dokładnie w takim, do którego idealnie pasowało brzmienie bezprogowego basu: "When Will You Ever Learn".

To, co Colin zagrał, utwierdziło mnie jedynie w przekonaniu, że Ibanez trafi w bardzo dobre ręce.




Pozostało jeszcze kilka numerów (w tym jeden na dwa basy) i niezwykły koncert - zarówno pod względem muzyki i klimatu, jak i z wiadomych powodów dla mnie osobiście - dobiegł końca.



Pozostało zamienić kilka słów z Colinem oraz, rzecz jasna, zebrać swój sprzęt.

Wraz z Lubą zostaliśmy wpuszczeni na backstage, gdzie Colin dał się namówić na zostawienie pamiątki na moim Jazzie oraz na wspólne zdjęcie.



Pozostało potwierdzić ustalenia, wymienić się namiarami, i - po pożegnaniu - zebrać sprzęt.

Zaraz po weekendzie zabrałem się za ogarnianie kuriera i przygotowanie Ibaneza do podróży. Rzecz jasna, nie mogłem powstrzymać się przed pograniem na nim raz jeszcze i przed strzeleniem ostatnich, pamiątkowych fotek.



Wiadomo - sentyment robi swoje. Poza tym nie da się ukryć, że w zasadzie równo 4 wspólne lata, masa zagranych koncertów i kilka udanych nagrań studyjnych nie mogą pozostawić człowieka obojętnym na rozstanie z bardzo sympatycznym, udanym sprzętem. Jednak słowo się rzekło, deal został dogadany - trzeba było solidnie zapakować basiwo i przy okazji skrobnąć kilka słów. A to, że poza Ibkiem i liścikiem w futerale znalazła się też płyta Amaze, to już drobny szczególik.



W końcu kurier przybył i zabrał Ibaneza. I tyle.

Być może niektórzy mogą zastanawiać się, po co profesjonalnemu muzykowi z ogromnym doświadczeniem i zawodowym sprzętem niedrogi basik ze średniej półki. Sprawa jest jednak prosta - fretless Colina to... Wal. Stary model z '79 roku, wart obecnie jakieś trzy furmanki pieniądza. Colin zaś nadal jeździ w trasy i wiadomo, że tak drogiego i w sumie dość rzadkiego instrumentu woli już nie zabierać ze sobą na wyjazdowe grania. Ibanez natomiast przypasował mu swoim charakterem - dzięki specyficznym przystawkom nieco zbliżonym właśnie do Wala. Dzięki temu będzie to jego instrument koncertowy. Tym bardziej wiem, że bas trafił chyba w najlepsze możliwe ręce. I już się jaram na myśl, że być może będę miał okazję zobaczyć go na żywca podczas czerwcowego koncertu Camela.

Mi natomiast pozostały nagrania - te odrobinę starsze, te troszkę nowsze i te całkowicie moje, jeszcze wcześniej nigdzie nie wrzucane.



Tymczasem Ibanez pozostawił puste miejsce na statywie i poczucie, że troszkę mi smutno bez fretlessa.


Jednak, zgodnie z planem, był to stan tymczasowy. Tak - następca już się znalazł.

Ale o tym w swoim czasie.

wtorek, 17 października 2017

Basowisko: jesienny jesion

A jednak.

Opisując mój niedawny nabytek - czarnego Fernandesa - stwierdziłem, że nie jest to mój docelowy Jazz Bass. Jest nader fajnym instrumentem, jednak ma olchową dechę, ja zaś w progowych Jazzach wolę nieco potężniejszy, bardziej agresywny charakter jesionu.

Miej wyje... no, wysprzęglone, a będzie ci dane, jak to mówią. W momencie, gdy stwierdziłem, że spędzę z Fernandesem więcej czasu (wszak szukałem po prostu Jazza z klonową podstrunnicą - jesionowy korpus był drugorzędnym kryterium), w Restauracji Gitar pojawił się kolejny Jazzik. Jesionowy. Z klonem.

W takiej samej cenie.

Fernandes natychmiast wylądował na basowych grupach sprzedażowych oraz na jednym z portali służącym do ogłaszania chęci zbycia dóbr, zaś już dwa dni później pan kurier z narażeniem kręgosłupa przytaszczył to:


Jednak nie sam flightcase - na którego zamówienie dałem się namówić i przyznaję, że cholerenie się z tego cieszę - był tu gwoździem programu.

Najważniejsza, rzecz jasna, była - i nadal jest - zawartość.



Marka Founder była mi wcześniej zupełnie nieznana. Na szczęście internety dostarczajo, a dzięki popularności japońskich kopii z tzw. "lawsuit era", których popularność ostatnio sporo wzrosła, można dowiedzieć się, że instrumenty te były prosukowane przez tę samą firmę, która znana była z wyśmienitych instrumentów o nazwie Daion. Z tym, że o ile Daiony były własnymi, dość hi-endowymi konstrukcjami, o tyle Foundery stanowiły głównie kopie, prawdaż, Fenderów. I tenże stylowy instrument nie jest wyjątkiem.

Nie kryję - jako wzrokowiec jestem zachwycony. Ten zestaw - sunburst na jesionie, klon i prostokątne perłowe markery - jest jednym z moich ulubionych. Szylkretowa płytka wprowadza co prawda nieco wizualnego chaosu (czarna byłaby bardziej elegancka - niestety ta z Fernandesa ma śrubki w innych miejscach, zresztą sprzedaję go, więc nie będę grzebał), ale ogólnie całość jest nader smakowita.


Generalnie - o ile Fernandes to Jazz sixtiesowy pod względem konstrukcji i ejtisowy wizualnie, o tyle Founder to w zasadzie czyste lata 70-te. Materiały, kolorystyka, detale - prawie wszystko odpowiada fenderowskim basom produkowanym od bodajże 1972 roku aż do końca dekady. Również konstrukcja jest klasycznie fenderowska - klonowy gryf z 20-progową podstrunnicą przykręcony jest do sporego korpusu, zaś elektrownia jest w pełni pasywna i składa się z dwóch "singli", czyli jednocewkowych przystawek, oraz dwóch potencjometrów głośności (dla każdej z przystawek z osobna) i pokrętła tonu służącego do obcinania góry pasma. Jedynym detalem niezgodnym z "duchem czasów" jest brak bindingu wokół podstrunnicy, co, w przypadku fenderokształtnych instrumentów z prostokątnymi markerami, jest dość rzadkim zabiegiem.

Po dokładniejszym przyjrzeniu się widać niestety niedoskonałości. Największą jest widoczne w pokrytym przejrzystym, bursztynowym lakierem środkowej części korpusu krzywe sklejenie deski z trzech kawałków jesionu. Sam korpus na szczęście nie jest krzywy - za to widać, że cięcie nie było wykonywane tak, by klejenia szły równolegle do gryfu. Na szczęście nie rzutuje to ani na ogólną solidność wykonania, ani na brzmienie. Zresztą w latach siedemdziesiątych Fender też nie zachwycał sprawnością działania kontroli jakości.


Drugą niedoskonałością jest nieco słabsze wyprofilowanie korpusu, niż w innych Jazzach, z którymi miałem do czynienia. Wycięcie pod brzuchol (szczególnie ważne dla mnie) jest na szczęście przyzwoite, jednak wyprofilowanie górnej krawędzi pod prawe przedramię jest nieco za płytkie. Na szczęście jestem w stanie z tym żyć - grając na stojąco bardzo rzedko opieram przedramię o dechę.

Ogólnie rzecz biorąc komfort gry nie jest zły. Founder nie "wtapia się" w ciało, jak choćby Geddy, ale nie trzeba z nim walczyć. Solidny gryf o dość grubym jak na Jazza profilu dobrze leży w dłoni a korpus o solidnej, lecz nie łamiącej kręgosłupa masie stanowi dobrą przeciwwagę dla sporej, fenderowskiej główki, dzięki czemu bas jest dobrze wyważony.

Jak już wspomniałem, wizualnie Founder ocieka latami siedemdziesiątymi. A brzmieniowo?

A i owszem.


Seventiesowa jest nie tylko stylówa i użyte materiały, ale również rozstaw przystawek. Tak, jak w Jazzach z lat siedemdziesiątych (oraz sygnaturach Geddy'ego Lee i Marcusa Millera, opartych zresztą na modelach z tamtej właśnie dekady), jest on nieco szerszy - przystawka mostkowa jest nieco cofnięta, co sprawia, że przy grze na moim ulubionym w przypadku pasywnych basów ustawieniu "wszystko na full", brzmienie jest nieco ostrzejsze, bardziej agresywne. Oczywiście połączenie jesionowego korpusu i klonowej podstrunnicy również dodaje pazura, za to środek pasma w porównaniu do olchowych Jazz Bassów jest nieco cofnięty. Oczywiście coś za coś - przy grze na samej mostkowej przystawce tracimy nieco okrągłego dołu znanego z Jazzów z poprzedniej dekady, jednak ja sam progowego Jazza używam prawie wyłącznie z obiema przystawkami grającymi na 100% i rozkręconym potencjometrem tonu. W takim ustawieniu Founder ma piękne "pchnięcie" w dole pasma i ostry "strzał" w górze, szczególnie przy grze kciukiem. Całość jest ostra i agresywna, ale przy delikatniejszym ataku robi się śpiewna i cieplejsza. Czyli jest tak, jak chciałem.

Zresztą... posłuchajcie sami.


Podsumowanie, czyli zady i walety:


Founder Electric Bass (cóż za odkrywcza nazwa) to po prostu stary, dobry Jazz w seventiesowym wydaniu. Ciężka, jesionowa decha, klonowa podstrunnica i prostokątne markery to dokładnie to, czego szukałem pod względem estetycznym, zaś mocny, "skupiony" dół i "szklista" górka to brzmienie, którego oczekiwałem od takiego instrumentu. Jasne, można czepiać się niedoskonałości takich, jak klejenia korpusu biegnące nierówno w stosunku do gryfu, słabe wyprofilowanie korpusu w rejonie przedramienia czy nieco rozczarowującego brzmienia przy grze na samej przystawce mostkowej, ale dla mnie nie mają one większego znaczenia. Na progowym Jazzie gram praktycznie cały czas z użyciem obu przetworników, a wygodę oceniam jako całkowicie zadowalającą. Zresztą... oczekiwać więcej można dopiero wtedy, gdy ma się kilkukrotnie wyższą kwotę pozwalającą na zakup 40-letniego amerykańskiego Fendera. A i wtedy nie zawsze się to dostanie. Dlatego wiem, że Founder raczej zostanie ze mną do momentu, aż będzie mnie stać na wintydżowy oryginał. A wtedy się zobaczy.


Plusy:
  • świetne brzmienie przy grze na obu przystawkach
  • stylówa
  • solidne wykonanie
  • relacja ceny do jakości
Minusy:
  • lekkie niedoróbki konstrukcyjne (bardziej estetyczne niż funkcjonalne)
  • mało soczyste brzmienie brzy grze na samej przystawce mostkowej
Czym go wozić:

I znów mamy do czynienia z japończykiem udającym klasycznego amerykanina. Tym razem jednak nie pójdę tym tropem. Foundera będę woził po prostu Skanssenem.