Z jednej strony już - no bo rany boskie, kiedy to zleciało - z drugiej strony... dopiero. Owszem, dopiero - bo mam wrażenie, jakbym jeździł Skanssenem od zawsze.
Tak - zżyłem się z tym autem.
Zwiedziliśmy razem już spory kawałek Polski, zrobiliśmy 3 przeprowadzki (w tym jedną międzymiastową), wzięliśmy udział w kilku rajdach (zajmując w jednym z nich 3 miejsce), regularnie woziłem nim (i nadal wożę) sprzęt na grania i nagrania, a nawet zdażyło mi się wykorzystać jego przepastny bagażnik do zdrzemnięcia się po jednym z wykonów. Do tego Skanssen został bohaterem nader zacnego wpisu na Automobilowni, co niewątpliwie przyczyniło się do zarobienia kolejnych punktów tłustego fejmu.
Zdecydowanie dobrze nam ze sobą.
Czy coś się zatem zmieniło?
I tak i nie.
Nie - bo tak samo, jak wcześniej, Skanssen dzielnie wozi mnie i moich pasażerów na wykony (tyle, że ostatnio jest ich sporo mniej, niestety), próby i wywczasy wszelakie oraz pomaga ogarnąć wszelakie codzienne tematy, spalając przy tym nieco więcej paliwa, niż bym sobie życzył.
Tak - bo jednak wiek i pewne zaniedbania dają o sobie znać. Do objawów, które zaobserwowałem pewien czas temu, doszły kolejne - równie niepokojące.
Już od dłuższego czasu odgrażam się, że zainwestuję w Skanssena parę złociszy, jednak z nie do końca zależnych ode mnie powodów organizacyjnych moment ten wciąż się odsuwa. A przyspieszyć się go nie bardzo da - przynajmniej o ile nie chcę mieć przerwy w posiadaniu dachu nad głową. Bo jednak w Skanssenie nie mieszkałoby się najlepiej - takie rzeczy, jak łazienka, przydają się czasami.
Tak czy inaczej - moment, w którym większe inwestycje będą konieczne, zbliża się całkiem sporymi krokami. I w końcu zostaną dokonane... o ile nie okażą się nieopłacalne. Bo i tak, niestety, może się zdarzyć.
Póki co jednak Skanssen bez marudzenia dowozi swych pasażerów tam, gdzie w danej chwili jest potrzeba tudzież chęć. Wiosną było to województwo zachodniopomorskie, ostatnio zaś, jak co roku, grane było łódzkie - najpierw celem wydobycia solidnego decybela nad Zalewem Sulejowskim...
...później zaś z okazji zgierskiego Graj(mi)dołu.
Oczywiście Skanssen nadal bardzo dobrze nadaje się również do eksploracji, zarówno celem połowu materiałów na miksy (zwane nieco nieprecyzyjnie "Spacerkiem i rowerkiem" - choć prawdą jest, że właśnie takie formy przemieszczania się skutkują zazwyczaj najbogatszym ustrzałem), jak i odkrywania nieznanych mi wcześniej rejonów miasta.
Takich, jak choćby nieczynny peron kolejowy.
Najśmieszniejsze jest natomiast to, że przez cały ten czas na liczniku nie przybył ani jeden kilometr.
Ciekawe tylko, jak wytłumaczę to na przyszłorocznym przeglądzie. Bo raczej nie tym, że jeździłem głównie rowerem.
Tymczasem... tymczasem powstały pewne plany. A nawet przygotowania.
Ale o tem potem.
Pozostańcie nastrojeni.





































