Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 940. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 940. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 grudnia 2019

Potrójny długodystans: kolejny rok volviarstwa

I tak, mili Państwo, kończy nam się kolejny rok. Wpis z jego (i nie tylko) ogólnym podsumowaniem planuję wrzucić pojutrze, czyli 31.12, jednak teraz możemy bardzo pokrótce podsumować to, jak wyglądał mijający rok w najbliższej memu sercu kwestii volviarskiej.

1. Skanssen


Tak, wiem. Miałem go robić. Jednak... nie wiem, czy się uda. Po prostu mój portfel nie jest obecnie w stanie udźwignąć serwisu 3 samochodów.

Nie zmienia to faktu, że Skanssen wciąż jeździ. Wziął udział w rajdzie Tata ma Grata, następnie w Rajdzie Grzyba (ten drugi zresztą z zupełnie niezłym wynikiem) a obecnie upala go mój brat, którego Carina ma pewne problemy z układem hamulcowym. A czy finalnie zostanie ze mną? Nie wiem. Jeszcze nie wiem. Ale... chciałbym.

2. DAFuq



Od czasu jedynego jak do tej pory wpisu o DAFuqu wydarzyło się całkiem sporo. Pojawił się na kanałach Złomnika i Motobiedy, wygrał drugi Świdermajerajd i przewiózł Obywatelkę Pilotkę i mnie przez cały sezon '19 Mistrzostw Okręgu Warszawskiego Pojazdów Zabytkowych, w których finalnie udało się dowieźć 16 miejsce w klasie. Wynik niby taki sobie, ale jak na debiut w punktowanej klasie, dodatkowo samochodem zgarniającym dużo punktów karnych za rocznik, chyba w miarę znośnie.

Tak czy inaczej - na pewno zostaje z nami na przyszły rok. Wszak kolejny sezon MOWPZ zaczyna się już w kwietniu.

3. V70 vel Czerwony



Wycieczka do Chorwacji i okolic udowodniła, że zakup Fałsiedemdzesiątki był dobrym wyborem - a przynajmniej tego egzemplarza. To wciąż niesamowicie wygodny, przyjazny i całkiem dynamiczny sprzęt. Do tego okazał się całkiem bezproblemowy - jeśli wyłączyć wciąż czekającą na wymianę sondę Lambda (zaplanowana na styczeń), kończącą się dwumasę (jeśli finans pozwoli, również do zrobienia z początkiem roku) i wibracji na kierownicy, które jednak ustąpiły po zmianie kół na zimowe, co oznacza, że problemem jest któraś z aluminiowych felg, którą trzeba będzie naprostować.


I... w zasadzie to tyle. Więcej w filmie. Zapraszam serdelecznie.


A już pojutrze dowiecie się co dalej.

Pozostańcie nastrojeni.



piątek, 16 sierpnia 2019

Wielkie polowanie, czyli w poszukiwaniu Cegły lub Godnego Zamiennika

No i zasadniczo po sprawie.

Jak niektórzy z Was wiedzą, niedawno wystosowałem na Fejsowym Fąpażu odezwę do narodu. Otóż nastał niestety czas poszukiwań następcy mego ukochanego Skanssena, który służył mi wiernie i niezawodnie przez ostatnie 4 lata, lecz niestety zaczął powoli przegrywać walkę z rudzielcem (ja zaś - z brakiem klimy). Z początku uparłem się - chcę następną 940 i, prawdaż, prąć. Dzięki Skanssenowi zwyczajnie pokochałem te samochody, ich pancerność i prostotę połączone z praktycznością i przyjaznością (ależ wspaniała aliteracja mi wyszła). Pokochałem ich klimat i fenomenalną społeczność zgromadzoną wokół nich. Poza tym nie chciałem zmieniać mechanika, gdyż Mateusz prowadzący coraz szerzej znany warsztat naprawavolvo.pl okazał się nie tylko świetnym specjalistą od Cegieł z Redblockiem, ale też, najzwyczajniej w świecie, fantastycznym człowiekiem.

Jednak... okazało się, że jest słabo. Bardzo słabo.

Dziewięćsetczterdziestek spełniających moje wymagania, czyli Redblock + klima, jest bardzo mało, a jeśli są, okazują się albo kompletnie zamęczone, albo bardzo drogie. Albo wyposażone w dychawiczny silnik B200F, który - choć równie solidny, co pozostałe Redblocki - nie gwarantuje podjazdu pod górę, o wyprzedzeniu Autosana H9 nawet nie wspominając. Dlatego też, mając przed sobą wyjazdowy dedlajn, chcąc nie chcąc rozszerzyłem pole poszukiwań. Postanowiłem jednak skupić się głównie na Volvach. A jako, że idealnym sposobem na życie jest dla mnie poruszanie się jaktajmerem, naturalnym kandydatem (poza serią 900) był model 850. I reprezentantem tegoż właśnie modelu był pierwszy egzemplarz, jaki przetestowałem.


Błękitny (lub, jak kto woli, turkusowy) Volviacz prezentował się świetnie. Poza mocno zużytym fotelem kierowcy sprawiał wrażenie bardzo zadbanego, zaś nader sympatycznego właściciela miałem okazję poznać już wcześniej, co dodatkowo pozytywnie nastrajało do całości przedsięwzięcia. Jako, że w charakterze pomocnika i doradcy miałem przy sobie dobrego kumpla imieniem Dawid, świetnie znającego tę serię a do tego zawodowo siedzącego w tematach motoryzacyjnych, można było również przeprowadzić solidne badanie strony technicznej.

I tu niestety okazało się, że nie jest aż tak różowo.

Sam fakt, że 170-konny silnik podawał słabiej, niż 144-konna jednostka w S70 rzeczonego kolegi, był tylko jednym z problemów. Jeszcze gorsze były ewidentnie zbliżające się kłopoty z 4-biegowym automatem. Praca klimy przywodziła na myśl Dartha Vadera ("I find your lack of faith in my cooling capacity disturbing") i muszę przyznać, że ów dźwięk bardzo mi się podobał, w przeciwieństwie do kasy, którą trzeba by było władować w ten egzemplarz. A do tego jeszcze należałoby doliczyć koszt montażu Korka Biedy, którego tutaj nie było. No cóż, wożenie się po pańsku za cenę 17 litrów benzyny siorbanych przy dynamicznej jeździe na setkę też jest jakimś sposobem na życie - tyle, że nie moim.

Kolejny sprzęt, który znalazłem na oliksach i otomotach, mógłby za to zdecydowanie zostać moim sposobem na życie.


Kappą w kąbiu jarałem się od lat. Nie dość, że elegancka i w dyskretny sposób oryginalna, to jeszcze zrobili tego ledwie koło 9000 sztuk. Rodzyn! Dlatego pojawiła się jedna sztuka na sprzedaż, i to w bardzo niedalekiej lokalizacji, moja wierność szwedzkiej marce została wystawiona na próbę. Szybko umówiłem się z właścicielem i kilka dni później pognałem pod wskazany adres.

Była piękna. Oczywiście po sprzęcie za 3k nie można było spodziewać się zbyt wiele, więc trzeba było przymknąć oko na pewną ilość zarysowań, odłażący tu i ówdzie klar i nieco zmęczone wnętrze, ale ogólnie Lancia prezentowała się dobrze. Również od spodu - o tyle, o ile udało mi się dopatrzeć bez podnośnika - nie było źle. Rozmowa z właścicielem wywołała nieco wątpliwości (klima nie działa, instalacja LPG wbita w dowód ale... niezamontowana), jednak postanowiłem się przejechać. I... zakochałem się. Mimo nieco dziwnej, wymagającej odrobiny przyzwyczajenia pozycji za kierownicą, Kappą jeździ się wspaniale. Osiągi można określić mianem całkowicie satysfakcjonujących, resorowanie jest dokładnie tak komfortowe, jak lubię, a siedzenia koją umęczony zad pluszowym komfortem. Niestety, szybkie zajrzenie pod maskę wystarczyło, by wiedzieć, jaka jest finalna decyzja. W silniku, znanym ze swej wrażliwości na zaniedbania, prawie nie było oleju a właściciel z rozbrajającą szczerością oznajmił, że on tam nie wie, nie zaglądał. A to był już drugi silnik. Ciekawe, dlaczego.

Skoro jednak już zaakceptowałem myśl o zdradzie, stwierdziłem, że może by tak chociaż pozostać przy Szwedach. A pomysł zrodził się właśnie w tym momencie, gdy pewien poznany już kiedyś przeze mnie człek wystawił na sprzedaż ślicznego Saabolota w moim ulubionym kolorze.


Tak, wiem. Saab? CZYŚ TY ZDURNIAŁ??? No zdurniałem, owszem. Na szczęście nie do końca.

Egzemplarz w rzeczy samej był piękny, choć nie idealny. Trzymałem się jednak dość chyba rozsądnego postanowienia, że będę zwracał uwagę na stan techniczny a z niedoskonałości estetycznych, jak ryski czy zmęczona tapicerka, nie będę robił zbędnego zagadnienia. Nie robiłem zatem takowego - za to zajrzałem do bagażnika, by upewnić się, czy porzucenie kombi na rzecz dużego liftbacka nie będzie zbyt dużym kompromisem. I stwierdzam, że w tym przypadku dałbym radę. Kufer jest przepastny, a wielka, unoszona wraz z szybą klapa sprawia, że w razie potrzeby położenie oparcia rozwiąże ewentualne problemy. Do tego Dziewięćtysiączka kupiła mnie pozycją za kierownicą. Nigdzie, nigdy, w żadnym samochodzie nie siedziało mi się lepiej. Pozycja za kierownicą jest po prostu perfekcyjna. Nieco mniej perfekcyjne okazało się resorowanie, ale jego twardość nie była przesadna - po prostu było nieco sztywniejsze, niż się spodziewałem. Za to osiągi... oooo TAK. Uturbiony silnik 2.3 robi w Saabie niesamowitą robotę, nawet mimo niezbyt szybko działającego automatu. Muszę przyznać, że do tego stopnia zakochałem się w tym wozie, że byłem bardzo blisko umówienia się na następne spotkanie, wzięcia go na kanał lub podnośnik celem obejrzenia spodu i - jeśli ten będzie ok - dobicia targu. Jednak, jako, że to Saab, postanowiłem najpierw poradzić się ludzi, którzy wiedzą o tych autach więcej ode mnie. Napisałem tedy do znajomego Saabiarza celem uzyskania porady, ten zaś natychmiast zwołał saabiarskie konsylium. Oczywiście znalazł się człowiek, który znał ten konkretny egzemplarz... i odradził go. Jak się okazało, właściciel rzeczywiście włożył weń masę siana, jednak niestety zrobił to trochę bez sensu, gdyż baza była dość słaba, co oznacza, że to na pewno nie był koniec poważnych wydatków.

Pomyślałem zatem, że może jednak pozostać przy Volviaczach.

Mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się ciekawa Cegła - niestety, nie 940 a 960, czyli model z trudniejszym i droższym w obsłudze 6-cylindrowym Modularem. Umówiłem się jednak z bardzo sympatycznym właścicielem i pojechałem obejrzeć to cudo. I już po krótkich oględzinach wiedziałem, że chyba nawet nie ma po co wsiadać. Po samochodzie od razu widać było, że pilnie potrzebuje znacznych inwestycji.

Może zatem jednak 850? Tym bardziej, że jedna sztuka objawiła się w mojej okolicy. Umówiłem się zatem z kolegą, który pomagał mi ocenić pierwszą sztukę, i udałem się na ogląd.


Właściciel, tak, jak w większości poprzednich przypadków okazał się niezwykle sympatycznym człowiekiem, a do tego fanem marki. Wróżyło to zupełnie nieźle, jednak niska cena sprawiała, że należało nieco obniżyć oczekiwania. Oczywiście można było też uznać ją za dobrą okazję na dopieszczenie wozu i założenie podtlenku cebuli, jednak nie zmieniało to faktu, że wóz sprawdzić trzeba.

Przejażdżka ujawniła pewne problemy z tylnymi hamulcami, jednak nie było to nic, czego nie dałoby się ogarnąć. Osiągi okazały się lepsze niż w pierwszej oglądanej sztuce, a manualna skrzynia sprawiała, że odpadały potencjalne problemy z automatem (choć ten stosowany w 850-kach i tak był o niebo trwalszy od niesławnego Geartronica). Niestety, obowiązkowy w każdym Modularze "test rękawiczki" ujawnił bardzo typowy i drogi do usunięcia w tych silnikach problem z odmą. Trzeba było szukać dalej. Co jednak zabawne, samochód został sprzedany dzień później i... zaraz znów pojawił się na OLX-ie. O kafla drożej. Zresztą stoi tam nadal a cena wróciła do bazowej. Well, kek.

Pozostało kontynuować poszukiwania wśród przedstawicieli szwedzkiej motoryzacji. 

Kolejnym kandydatem do przetestowania miał być samochód, przed którym praktycznie wszyscy mnie przestrzegali, konkretnie zaś Saab 9-5. I to w najsroższej chyba wersji Aero. Po przyjechaniu na miejsce okazało się jednak, że... Saabina nie wróciła z miasta. Pozostało czekać i mile konwersować ze znanymi mi już nader sympatycznymi ludźmi, którzy onego Saaba chcieli mi zaproponować. Od słowa do słowa jakoś wyszło na to, że pewna należąca do nich wcześniej Cegła, którą na początku odrzucałem ze względu na napędzającego ją diesla, a później uznałem za na pewno dawno sprzedaną, nadal jest na sprzedaż. W tym momencie w mej głowie zaświtał dość karkołomny pomysł: a może by tak swap? Cena oferowanego egzemplarza pozostawiała margines na nawet dość poważne działania, zaś mając taką perspektywę byłem skłonny pomęczyć się trochę z klekotem. Gospodarze (ci od Saaba) sami zaproponowali mi podwózkę, w związku z czym wskoczyliśmy w ich Volvo 960 (które też mi proponowali, ale ze względu na fakt, iż było sedanem, byłem zmuszony podziękować) i pognaliśmy w kierunku zachodnim, gdzie czekał ładnie się prezentujący egzemplarz 940.


Volviacz na pierwszy rzut oka sprawiał niezłe wrażenie: dość solidna blacharka, ładny kolor i jedno w zasadzie pomijalne uszkodzenie polegające na braku listewki pod prawym reflektorem nastrajały dość optymistycznie. Wnętrze też nie prezentowało się źle. 

Niestety, po odpaleniu silnika czar prysł.

Jednym z warunków zakupu TiC-a pod swap na Redblocka był stan mechaniczny umożliwiający pojeżdżenie przez pewien czas z silnikiem aktualnie znajdującym się pod maską. Czekająca mnie i Obywatelkę Pilotkę wakacyjna podróż mogłaby upłynąć przy dźwiękach dieslowskiego klekotu pod warunkiem, że ów klekot przekładałby się na w miarę akceptowalne wrażenia z jazdy. Mając już doświadczenie z innym, dość sprawnym mechanicznie egzemplarzem Cegły w Dyzlu, byłem skłonny w to pójść. Ten jednak ze sprawnością mechaniczną nie widział się od dawna. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z samochodem, który zamiast pedału gazu był wyposażony w aktywator zasłony dymnej. W tym przypadku prawy manipulator nożny ewidentnie pełnił taką funkcję, niejako przy okazji (i z wyraźną niechęcią) rozpędzając granatowe Volvo do jakichś 60 km/h w ciągu kilkudziesięciu przepełnionych cierpieniem sekund. Agonalnych katuszy doznawała również automatyczna skrzynia, szarpiąc okrutnie przy zmianach przełożeń. W planach było udanie się do Mateusza z naprawavolvo.pl celem oceny zdatności egzemplarza, jednak nie przejechałem nawet połowy drogi do jego warsztatu. Jakiekolwiek dalsze testy mijały się z celem - tak samo, jak eksploatacja tego nieszczęsnego, zamęczonego wozu.

Pozostało jedynie wrócić na Zacisze, gdzie już na szczęście czekał czerwony Saab.


Robiło się już dość późno, więc dokładniejsze badania stanu blacharskiego, szczególnie spodnich rejonów, pozostało odłożyć na kiedy indziej. Wciąż była jednak opcja małej przejażdżki - a tej nie mogłem sobie odmówić.

OMATKOBOSKOKOCHANOJAKIETOSZYBKIE

Przyspieszenia 9-5 Aero można nazwać międzygalaktycznymi. To, co umie to niby niepozorne kombi, przekracza granice pojmowania. Kontrast między Volviaczem z zamęczonym dieslem pod maską a Saabem z wściekłą, rwącą się do wyprzedzania turbobenzyną, był więcej, niż drastyczny. Saabolot nie miał też kanapowego charakteru Cegły - zawieszenie było zestrojone dość sztywno, choć na szczęście jeszcze nie można go było nazwać przesadnie twardym. Niestety, bardzo wyraźnie było czuć wpływ napędu na kierownicę - 230 KM na przedniej osi potrafi dość brutalnie mocować się z nieostrożnie dawkującym gaz szoferem. Inną wadą był brak zdecydowanie preferowanej tym razem przeze mnie instalacji januszopaliwowej. Jednak zaproponowana cena w stosunku do zalet tego sprzętu była na tyle atrakcyjna, że postanowiłem, iż jeśli nic innego się nie znajdzie, wezmę. Co zresztą byłoby podwójnie wariackim pomysłem, gdyż albowiem przekazanie odbyłoby się... 4 dni przed naszym wyjazdem, zaraz po przebyciu przez Saaba bardzo podobnej trasy.

Tymczasem poszukiwania trwały.

Przez krótki czas skłaniałem się ku pomysłowi zakupu późnego egzemplarza Volvo 960 - zaoferowano mi ciekawą, białą sztukę w dość sensownej cenie. Minusem były haniebnie wyglądające osiemnastki z naciągniętymi na nie czarnymi, gumowymi naleśnikami, jednak przy rezygnacji z nich i wzięciu  jedynie oryginalnych, 16-calowych felg, cena robiła się jeszcze sensowniejsza. Do tego 6-cylindrowy Modular występował tam w swojej najsensowniejszej, 2,5-litrowej, 170-konnej iteracji, odznaczającej się nieco mniejszą upierdliwością od mocniejszej, 3-litrowej wersji. Tu jednak w sukurs przyszedł kolejny znajomy volviarz, który dokładnie, na konkretnych przykładach wykazał, ile w tych modelach kosztuje remont specyficznie skonstruowanego tylnego zawieszenia. O ile w ogóle znajdzie się części. A pytanie, czy klęknie, należałoby zastąpić pytaniem kiedy.

Nie mając w perspektywie możliwości szybkiego odłożenia 5k na sam remont Multilinka postanowiłem ograniczyć swoje zainteresowanie tylnonapędowymi Cegłami do mego ukochanego modelu 940. A tu nagle pojawiły się aż trzy sztuki. Jedną z nich pochwalił się jeden z warszawskich handlarzy specjalizujących się w tanich autach, znany ze swojego zamiłowania do oryginalnych modeli.


Zielone Volvo prezentowało się całkiem ładnie, do tego wrażenia z jazdy próbnej pozwalały sądzić, że mechanizmy są tu w niezłym stanie. Niestety, nie dało się tego samego powiedzieć o blacharce - przegnite tylne podciągi nie dawały zbyt wiele nadziei na dalszą długoletnią eksploatację. Tak naprawdę gdyby pożenić silnik i skrzynię z tego egzemplarza z budą granatowego diesla, mogłaby powstać całkiem sensowna sztuka. A tak... no nie bardzo.

Kolejna Cegła znajdowała się... w Kalwarii Zebrzydowskiej. Sprawiała wrażenie nawet całkiem dorzecznej, zaś jej największym problemem był najsłabszy oferowany w 940 silnik benzynowy, czyli B200F. Byłem jednak skłonny przez pewien czas przecierpieć mułowatość (szczególnie mając w perspektywie wykonanie w jakiejś tam przyszłości swapa) jeśli egzemplarz byłby blacharsko i mechanicznie zacny. Oczywiście nie za bardzo uśmiechało mi się ciśnięcie do Małopolski bez pewności, czy cokolwiek z tego będzie, jednak tutaj z pomocą przyszedł niezwykle rzetelny i uczynny kolega Szczepana z Automobilowni - niejaki Franek. Otóż człowiek ów zobowiązał się dokonać organoleptycznej ewaluacji rzeczonego egzemplarza, co zresztą uczynił. I... wyglądało to obiecująco. Bardzo. Jedynymi problemami były mocno wgięty na jakimś kamulcu próg oraz... zagubione papiery od butli LPG. Co mnie jednak zadziwiło, Franek obiecał - w razie mej pozytywnej decyzji - zająć się również tym drugim problemem, gdyż akurat wiedział co, jak i gdzie. I muszę przyznać, że byłem już jedną nogą w drodze na Dworzec Centralny, skąd udałbym się najbliższym pociągiem do Krakowa. Niestety, tu sprowadził mnie na Ziemię mój wspomniany już wcześniej volvomechanik, który po dokładnym obejrzeniu zdjęć orzekł, że uszkodzony jest więcej, niż tylko próg, a i bez tego B200F raczej nie byłoby warte zażądanej przez sprzedającego kwoty.

Niewarta oczekiwanych pieniędzy okazała się też kolejna oglądana Cegła, co okazało się tego samego dnia i w tym samym miejscu. Czarna sztuka z początku wzbudziła moją nadzieję... swym niezbyt idealnym stanem lakierniczym - masa małych rysek i nieco schrupana krawędź maski kazały przypuszczać, że sprzedający będzie skłonny do sensownych negocjacji. Niestety, dokładne oględziny dokonane przez Mateusza ujawniły tyle problemów, że samochód wart byłby najwyżej połowę z tego, co życzył sobie sprzedający. A życzył sobie 14 kafli. How about no.

Pozostało kontynuować poszukiwania, które zaprowadziły mnie do kolejnego egzemplarza 850.


Na zdjęciach wóz prezentował się bardzo ładnie. Oczekiwana cena sugerowała, że na pewno nie będzie idealnie, ale jednocześnie dawała szansę na niezłą, dobrze utrzymaną sztukę. Po przyjeździe na miejsce okazało się jednak, że klima nie działa, przy wybieraku automatycznej skrzyni widnieje malownicza dziura, zaś o całości przesądził test rękawiczki, który ujawnił zatkaną odmę. Nawet nie było po co robić jazdy próbnej.

Straszliwa bieda z Volvami spowodowała, że zacząłem patrzeć też na przedstawicieli innych marek. Po kilkudniowym zaćmieniu umysłu, które poskutkowało ślinotocznym zapaleniem mózgu wywołanym bardzo ładnym i sensownym cenowo egzemplarzem XM-a, niemalże oczywistym kandydatem stał się dla mnie Citroen C5 - jako miłośnik hydropneumatyków byłem skłonny pogodzić się z jeżdżeniem tzw. plastikiem, jeśli miało być to ceną za kojące kołysanie wypełnionych płynem LDS sfer. W tym samym dniu, w którym oglądaliśmy z niezawodnym (i posiadającym ogromną wiedzę) kol. Dawidem powyższy egzemplarz 850, miałem jechać do Łasku obadać ślicznie prezentującą się czekoladową Cepiątkę. Niestety, sprzedający na wieść, że przybędę z dobrze znającymi się na rzeczy kolegami, z których jeden dysponuje diagnostyczną Lexią, zaczął dziwacznie się wykręcać, po czym odwołał dwa weekendowe terminy, mówiąc, że w przyszły weekend na pewno da radę. Chyba nie dało, bo następnego dnia ogłoszenie z citroenowskim kombi zniknęło.

Niestety, zniknęła też wspaniała Toyota Camry kombi z niezniszczalną 3-litrową widlastą szóstką, która zajęła pierwsze miejsce w moim topsrylionie "co jeśli nie Volvo". Przez długi czas stała, wyceniona z fantazją na 13k. Pewnego dnia jej cena spadła do dychy. Natychmiast sięgnąłem po telefon - niestety tylko po to, by dowiedzieć się, że już po temacie.

Mniej więcej w tym samym czasie zacząłem patrzyć łaskawszym okiem na model Volvo, którego wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę, czyli nieco wzgardzone przez hardkorowych miłośników marki V40. Po tym, jak naprawdę świetna sztuka - po wymianie progów i zabezpieczeniu podwozia - została mi zwinięta sprzed nosa, dość długo nie pojawiało się nic godnego uwagi, aż któregoś dnia w jednej z podwarszawskich miejscowości zaoferowano na sprzedaż szary egzemplarz z zacnym silnikiem i w rozsądnej cenie.


Niestety - on również okazał się rozczarowaniem. Choć moje wrażenia z jazdy, szczególnie w kwestii komfortu, były ze wszech miar pozytywne, towarzyszący mi Dawid słusznie zwrócił uwagę, że coś niedobrego dzieje się z tylnym zawieszeniem, a pod maską na pewno nie było obiecywanych 163 koni. Ponadto oględziny blacharki jasno dały do zrozumienia, że niestety nie był to model tak dobrze zabezpieczony antykorozyjnie, jak jego więksi, bardziej uznani bracia.

Będąc już w tamtych rejonach okołostołecznych uznaliśmy, że co nam szkodzi obejrzeć coś jeszcze - a tym czymś okazał się nader ładnie prezentujący się Peugeot 406.


Muszę tu uczciwie przyznać, iż egzemplarz ten zabił mi niezłego ćwieka. Otóż mechanicznie i blacharsko trudno było się czegokolwiek przyczepić. Progi były już wymienione, podłoga sprawiała wrażenie solidnej, zaś podczas jazdy próbnej nie wyszło na jaw nic niepokojącego. Silnik i zawieszenie pracowały bez zarzutu. Jedynym moim zastrzeżeniem były niezbyt imponujące osiągi 118-konnego silnika 1,8. Znałem już jednak ten model i lubiłem go. I przyznaję - byłem bliski podjęcia decyzji, i to mimo zdenerwowania towarzyszącego zatrzaśnięciu w DAFuqu kluczyków, co spowodowało konieczność udania się carsharingową Corollą po zapasowy komplet do domu i powrót na daleką Falenicę celem pobrania pozostawionego tam jeździdła. Jednak czegoś mi brakowało. Mimo ogromnej sympatii do czterystaszóstek i naprawdę imponującego stanu egzemplarza postanowiłem zatem następnego dnia sprawdzić jeszcze jeden wóz, do którego podchodziłem nieco niechętnie.

I to właśnie nim wróciłem dzień później do domu.

Ale o tym opowiem już niedługo.

czwartek, 4 lipca 2019

Długodystans: Skanssen - przedostatni rozdział

Długo nie wrzucałem kolejnej części skanssenowego długodystansu. Konkretnie rok. A rok temu minęły 3 lata odkąd Skanssen pojawił się w moim życiu. Oznacza to, że dziś mija czwarta rocznica. I jest to chyba dobry moment, by oznajmić oficjalnie coś, czego niektórzy mogli się domyślać już od pewnego czasu.

Szukam następcy Skanssena. A to oznacza, że wkrótce on sam będzie szukał nowego domu.

Tudzież garażu.


To były bardzo dobre 4 lata. Nigdy wcześniej nie miałem samochodu, z którym zaprzyjaźniłbym się aż tak mocno. Okazało się, że Volvo 940, mimo bycia konstrukcją mocno wiekową i, jak na dzisiejsze standardy, niemal prymitywną, jeździ niemal dokładnie tak, jak lubię najbardziej, a wszystko to, czego potrzebuję od auta, robi wręcz wyśmienicie. Dlatego też chciałbym, by następcą Skanssena była kolejna 940, oczywiście kombi z Redblockiem pod maską. A jeśli nie uda się takowej znaleźć w moim budżecie - wezmę pod uwagę np. dobry egzemplarz 850. Natomiast zdecydowanie chcę zostać przy Volvo.


Skoro jednak chciałbym zostać przy 940, po co w ogóle zmieniać samochód?

Powody są dwa. Po pierwsze na starość (a w zasadzie wiek średni) robię się nieco wygodnicki a do tego mniej odporny na ekstremalne temperatury. Do tego mam dziecię, które chciałbym zacząć zabierać w nieco dalsze podróże - czasem pociągiem, ale innym razem właśnie samochodem. A podczas długich, letnich podróży niemal podstawowym elementem wyposażenia staje się klimatyzacja, której Skanssen nie ma. Po drugie... nie oszukujmy się - Skanssen przed moją kadencją nie był szczególnie zadbanym sprzętem. I choć starałem się utrzymywać go w przyzwoitym stanie mechanicznym (do czego przykładał fachową rękę Mateusz z naprawavolvo.pl), pewne wieloletnie zaniedbania zaczęły wychodzić na wierzch, uwidaczniając się głównie w stanie blacharki. Żeby nie było - Skanssen może jeszcze komuś posłużyć. Ja jednak stwierdziłem, że pora znaleźć dobry egzemplarz, z którym będę mógł spędzić następne, jak najdłuższe lata.


Są już osoby wstępnie zainteresowane Skanssenem. Jeśli, po znalezieniu następcy, nie sfinalizuję transakcji z którąś z nich - będziecie pierwszymi, którzy się o tym dowiedzą. Nie kryję bowiem, że najbardziej chciałbym, by mój stary, czterokołowy kumpel trafił w znane i zaufane ręce - nawet jeśli będzie to oznaczało, że dostanę za niego mniej.

Tymczasem wracam szukać sprzętu, który będzie godny nazwania go Skanssenem Juniorem.

Oraz to samo, tylko z gadającą gębą. I muzyczką.


środa, 4 lipca 2018

Długodystans: 3 lata

Tak - to już trzy lata że Skanssenem. 

Trzy dobre lata, w trakcie których zwiedziliśmy razem kawał Polski, śmignęliśmy sporo rajdów (raz nawet udało się wygrać klasę) i przewieźliśmy tonę gratów. Albo kilka. Do tego Skanssen został bohaterem świetnego wpisu na Automobilowni, a ostatnio - nader zacnego filmiku autorstwa niejakiego Blogomotive'a

Niestety nie będzie z tej okazji obszernego wpisu czy tłustej galerii - jak już wspomniałem, komp raczył wykonać zgon przez co nie mam chwilowo dostępu do materiałów, które się na nim znajdują.  Natenczas został mi jeno telefon. 




Na szczęście mały okolicznościowy filmik można zrobić nawet rukwią wodną. 

Zapraszam.



środa, 27 grudnia 2017

Długodystans: pracowity koniec roku

Kolejny rok zbliża się do końca. Podobno jest to dobra pora na wszelkiego rodzaju podsumowania - dlatego też warto pokrótce podsumować ostatni kwartał 2017 spędzony ze Skanssenem.

W poprzednim wpisie (w którym zresztą pokusiłem się o nieco inną formułę, niż do tej pory) zasugerowałem, że w kwestii Skanssena mogą nastąpić pewne zmiany. Dzięki dwóm wizytom u znanego i lubianego warszawskiego volviarza okazało się jednak, że nie są one konieczne. Nie są też konieczne (ani zasadne) wielotysięczne inwestycje - Skanssen po naprawie paru komponentów ma szansę nadal solidnie pełnić służbę. Kilka napraw zostało już dokonanych, zostały jeszcze ze dwie czy trzy rzeczy do ogarnięcia, z których najważniejszą kwestią pozostaje nieszczęsny prędkościomierz. Jest to o tyle pilne, że przegląd mam do lutego, a od tamtej pory przebieg widoczny na liczniku nie zmienił się ani o kilometr... A ja, biorąc pod uwagę niedawne zmiany w przepisach, wolałbym nie trafić za kratki.

Tymczasem Skanssen nadal dzielnie pokonuje kolejne kilometry. Ostatni kwartał mijającego nam właśnie roku zaczął jako transporter sprzętu na dwa koncerty Amaze.

Pod Chwilą, w wyśmienitym towarzystwie

Pod Jeffsem, z drogocennym ładunkiem
Korzystając ze sprzyjającej wczesnojesiennej aury udało się uskutecznić kilka owocnych grzybiarskich do lasu (połączonych z sesją zdjęciową Fernandesa, który - nota bene - znalazł już nowy dom).


Skanssena można było też spotkać na mieście w nader doborowym towarzystwie.



Przede wszystkim jednak najważniejszym zadaniem, już na przełomie jesieni i zimy, okazała się przeprowadzka.

Jak już wspomniałem, opuszczam Mokotów, gdzie spędziłem ostatnich kilkanaście lat, na rzecz dzielnicy bezpośrednio graniczącej z nim od południa: znanego choćby z kultowego serialu "Alternatywy 4" Ursynowa. Na szczęście jest to już zupełnie inna dzielnica, niż ta znana z serialu Barei, jednak swego rodzaju "sypialniany" klimat pozostał. Tak czy inaczej - jak to bywa przy przeprowadzkach, trzeba było przetaszczyć dobytek (który to proces nadal dokonuje się stopniowo) oraz materiały do remontu. I tu Skanssen okazał się niezrównany - również wtedy, gdy trzeba było przewieźć coś o niestandardowych wymiarach.


Oprócz zmiany adresu z przeprowadzką wiąże się jeszcze jedna rzecz.

Miejsce w garażu podziemnym.

Tak - Skanssen wreszcie będzie odpoczywał pod dachem, chroniony przed warunkami atmosferycznymi, co dla sędziwych już nieco wehikułów jest ogromnym plusem. Do tego wreszcie koniec z krążeniem po okolicy, długotrwałym szukaniem miejsca do parkowania i mozolnym taszczeniem gratów po nocy - teraz po prostu wystarczy wjechać, wyładować sprzęt, przenieść go do windy... i włala, jestem w domu.

Wspaniałość.


Jednak to jeszcze nie wszystko.

Gdy po raz pierwszy zajrzeliśmy z mą Lubą do garażu celem obadania miejsca parkingowego, oczom naszym ukazali się tacy oto sąsiedzi, stacjonujący ledwie o kilka miejsc dalej:



Lepiej być chyba nie mogło.

* * * * *

Święta udało się (również dzięki Skanssenowi) spędzić już w nowym miejscu. I może to właśnie ze względu na jego zasługi w taszczeniu szpejów pod choinką znalazła się taka oto dobrutka:


Wreszcie będzie można pożegnać dogorywający, niemiłosiernie rysujący płyty odtwarzacz, który do tej pory siedział w Skanssenie. Inna rzecz, że pewnie konieczne będzie dłubanie przy złączkach.

Ale to już zapewne w Nowym Roku.

środa, 13 września 2017

Długodystans: Ballada o Skanssenie

No i stało się po raz kolejny.

Jak już wspominałem na fejsie, komuś ewidentnie nie wystarczyło kwietniowe oberwanie grilla. Skanssen znów stał się ofiarą jakiegoś debila, najprawdopodobniej dysponującego poziomem witaminy IQ obniżonym z ok. 75 do odrobiny powyżej p. Nijakiego (niestety nie znalazłem warzywa wystarczająco tępego, by mogło służyć za porównanie) za pomocą butelki z procentami. Ów biologiczny fenomen udowadniający, że można podtrzymywać funkcje życiowe mimo braku mózgu, uznał za stosowne up#§*dolenie Skanssenowi listwy z podszybia, wykonanie wgniotki na zagięciu blachy drzwi (NA ZAGIĘCIU! Ile trzeba było siły do tego!) oraz zarysowanie szyb w przednich i tylnych prawych drzwiach.


Brawo, gnoju. Mamusia na pewno jest zajebiście dumna.


Poza przypadkami umysłowego sqrwienia niektórych przedstawicieli gatunku homo podobno sapiens zdarzały się również inne przygody.

Jakiś czas temu pojawiły się problemy ze wspomaganiem. Pompa wyła, następnie wspomaganie zaczęło przerywać krótkimi szarpnięciami, po czym zupełnie padło. Płynu nie ubywało, więc podejrzenie naturalnie padło na zgon pompy. Okazało się jednak, że owszem, chodzi o pompę, ale nie o samo jej działanie tylko... obluzowanie jej mocowania. Otóż zwisała sobie ona dość luźno, co sprawiało, że równie luźno wisiał pasek napędzający ją. Po właściwym przymocowaniu wspomaganie zaczęło działać ponownie - i to lepiej, niż przed wystąpieniem usterki.

Nieco później obluzował się kolejny element - tym razem z drugiej strony silnika.

Jadąc pewnego piątkowego popołudnia po Młodzieża zaobserwowałem niepokojące objawy: najpierw zaczął świrować obrotomierz, następnie jęły spadać same obroty (stojąc na światłach musiałem "pompować" gaz, by nie zgasł silnik), po czym zaprzestał działania kierunkowskaz. Domyślając się, że za chwilkę będzie po zabawie, zmusiłem Skanssena by resztkami sił dotoczył się do znajdującej się nieopodal zatoczki. Traf chciał, że właśnie wtedy przechodził tamtędy niejaki LordEssex, znany czytelnikom sekcji komentarzy zarówno Poznajemy Samochody (d. Złomnik) jak i Automobilowni. Lord, będący również dumnym posiadaczem 940 (tyle, że sedana w eltekodyzlu), zajrzał wraz ze mną pod maskę i zauważył mocno obluzowany pasek alternatora. Niestety, będąc na mocnym niedoczasie, musiałem pożegnać pomocnego kolegę (pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję), po czym, nieco już spóźniony, udałem się po mą progeniturę sztuk raz per pedes. Wracając planowałem skorzystać z mego Asistąs w PeZeteMie (dzięki któremu udało mi się uzyskać dodatkowe 70% zniżki w PZU, przysługujące co najmniej ćwierćwiecznym trupom), jednak, jak się okazało, Skanssen był łaskaw uskutecznić zgon kilka kroków od... warsztatu. Pan Mechanik znalazł powód braku napięcia paska - alternator wziął był się poluzował, zupełnie, jak wcześniej pompa wspomagania. Niestety, po wspólnym przymocowaniu go i odpaleniu Skanssena z kabli okazało się, że ładowanie niby występuje, ale dalece niesatysfakcjonujące. Skanssen został tedy celem zregenerowania zdegenerowanego alternatora, ja zaś powiozłem Młodzieża w kierunku domostwa tramwajem.

Na szczęście alternator jest już zregenerowan, Skanssen zaś wciąż dzielnie służy do tego, do czego służył mi przez ostatnie dwa lata z okładem. Czyli choćby do wożenia basów - aktualnie w ilości sztuk czterech.




Zaś o tym, jak wozi się nim basy, jak dobrze skręca, ile pali i jakie ma dalsze perspektywy, mogę w końcu opowiedzieć... własnopaszcznie.

Tak - po ponad dwóch miesiącach od nakręcenia kilkudziesięciu filmików (w zasadzie to grubo ponad 100, ale finalnie do stworzenia filmidła wybranych zastało nieco poniżej 50), korzystając z chwilowego nieposiadania pełnowymiarowego zatrudnienia, wreszcie udało mi się sklecić pierwszy pełnoprawny odcinek vlogasa. Pełnoprawny nie oznacza jednak pełnosprawnego, co łatwo możecie ocenić po jakości montażu. Lub raczej jej braku. 

Ja naprawdę nie umiem w nowoczesną technikę. Ale się uczę. Powoli.

Zapraszam.



I tak, w razie pytań - muzyka jest moja. Nagrana przeze mnie za pomocą wirtualnych bębenków i wszystkich moich aktualnych basideł. Chociaż nie nagrywałem jej siedząc za kierownicą.

Ani w bagażniku.

czwartek, 6 lipca 2017

Długodystans: 2 lata ze Skanssenem

Tak, to już dwa lata.

Z jednej strony już - no bo rany boskie, kiedy to zleciało - z drugiej strony... dopiero. Owszem, dopiero - bo mam wrażenie, jakbym jeździł Skanssenem od zawsze.


Tak - zżyłem się z tym autem.

Zwiedziliśmy razem już spory kawałek Polski, zrobiliśmy 3 przeprowadzki (w tym jedną międzymiastową), wzięliśmy udział w kilku rajdach (zajmując w jednym z nich 3 miejsce), regularnie woziłem nim (i nadal wożę) sprzęt na grania i nagrania, a nawet zdażyło mi się wykorzystać jego przepastny bagażnik do zdrzemnięcia się po jednym z wykonów. Do tego Skanssen został bohaterem nader zacnego wpisu na Automobilowni, co niewątpliwie przyczyniło się do zarobienia kolejnych punktów tłustego fejmu.

Zdecydowanie dobrze nam ze sobą.


Czy coś się zatem zmieniło?

I tak i nie.

Nie - bo tak samo, jak wcześniej, Skanssen dzielnie wozi mnie i moich pasażerów na wykony (tyle, że ostatnio jest ich sporo mniej, niestety), próby i wywczasy wszelakie oraz pomaga ogarnąć wszelakie codzienne tematy, spalając przy tym nieco więcej paliwa, niż bym sobie życzył.

Tak - bo jednak wiek i pewne zaniedbania dają o sobie znać. Do objawów, które zaobserwowałem pewien czas temu, doszły kolejne - równie niepokojące. 

Już od dłuższego czasu odgrażam się, że zainwestuję w Skanssena parę złociszy, jednak z nie do końca zależnych ode mnie powodów organizacyjnych moment ten wciąż się odsuwa. A przyspieszyć się go nie bardzo da - przynajmniej o ile nie chcę mieć przerwy w posiadaniu dachu nad głową. Bo jednak w Skanssenie nie mieszkałoby się najlepiej - takie rzeczy, jak łazienka, przydają się czasami.

Tak czy inaczej - moment, w którym większe inwestycje będą konieczne, zbliża się całkiem sporymi krokami. I w końcu zostaną dokonane... o ile nie okażą się nieopłacalne. Bo i tak, niestety, może się zdarzyć.

Póki co jednak Skanssen bez marudzenia dowozi swych pasażerów tam, gdzie w danej chwili jest potrzeba tudzież chęć. Wiosną było to województwo zachodniopomorskie, ostatnio zaś, jak co roku, grane było łódzkie - najpierw celem wydobycia solidnego decybela nad Zalewem Sulejowskim...


...później zaś z okazji zgierskiego Graj(mi)dołu.


Oczywiście Skanssen nadal bardzo dobrze nadaje się również do eksploracji, zarówno celem połowu materiałów na miksy (zwane nieco nieprecyzyjnie "Spacerkiem i rowerkiem" - choć prawdą jest, że właśnie takie formy przemieszczania się skutkują zazwyczaj najbogatszym ustrzałem), jak i odkrywania nieznanych mi wcześniej rejonów miasta.

Takich, jak choćby nieczynny peron kolejowy.




Najśmieszniejsze jest natomiast to, że przez cały ten czas na liczniku nie przybył ani jeden kilometr.

Ciekawe tylko, jak wytłumaczę to na przyszłorocznym przeglądzie. Bo raczej nie tym, że jeździłem głównie rowerem.


Tymczasem... tymczasem powstały pewne plany. A nawet przygotowania.

Ale o tem potem.


Pozostańcie nastrojeni.

wtorek, 2 maja 2017

Długodystans: Skanssen na północnym zachodzie

Minęły kolejne miesiące i kilometry.

Zostawiając je za sobą, Skanssen zyskał (wreszcie) nowy dowód rejestracyjny i - przy okazji - nowe tablice, a poza tym nadal sprawdzał się we wszystkich rolach, w których sprawdził się również wcześniej, czyli przede wszystkim jako transporter dla sprzętu (w tym do studia, o czym, mam nadzieję, będę mógł napisać więcej już wkrótce) i wygodny dupowóz, którym można wyskoczyć np. do lasu.


Ponadto niezmiennie dawał radę jako codzienny transport po mieście, gdzie mógł czasem natrafić na któregoś z licznych braci...


...oraz jako wyjątkowo sprawny rajdowóz, który dowiózł swą załogę na 3 miejscu w tegorocznym Rajdzie Rembertowskim.


Niestety - nie zawsze było wesoło i bezproblemowo.

Skanssen ma już 25 lat (innymi słowy - ćwierć wieku), i nie byłoby to jakimś ogromnym osiągnięciem dla starszego Volviacza, gdyby nie nagromadzone przez te lata zaniedbania i przygody, których pamiątki widać po dokładniejszym przyjrzeniu się. Wszystko to sprawia, że zużycie wielu elementów zaczyna wychodzić na jaw. Nie - Skanssen ani razu nie zawiódł (jedyne zatrzymanie na drodze było spowodowane było zgonem akumulatora, więc nie liczę go tutaj), jednak coraz wyraźniej widać, że będzie sporo do zrobienia.

Inny problem przyszedł z zewnątrz, przyjmując formę lepkich i ewidentnie niezbyt zgrabnych rączek debila, któremu ewidentnie spodobał się biegnący na skos grilla znaczek. Rączki owe, z prawdopodobnie znajdując się w stanie wskazującym, w ramach częstowania się owym znaczkiem były uprzejme zdemontować cały grill, jednocześnie łamiąc go i resztki jego mocowań.


Niezwykle uprzejme ze strony ww. kretyna było zostawienie zdefasonowanego, pozbawionego znaczka grilla obok samochodu. "Masz biedaku, nie będę ci tego zabierał, przytwierdź se".

No to se przytwierdziłem.



Wygląda to jak wygląda, ale po pierwsze mocowań już zwyczajnie nie ma, po drugie zaś... metody prowizoryczne często okazują się zaskakująco trwałe. Dwustronna taśma (od góry użyta jednostronnie) sprawdziła się zarówno w zacinającym deszczu, jak i przy prędkościach autostradowych. I to na całkiem zacnym dystansie.

Otóż po raz pierwszy od lat doświadczyłem czegoś, co już dawno było dla mnie mitem przytaczanym przez tych, którzy mieli do czynienia z tęczowym jednorożcem zwanym umową o pracę. Jesienią zeszłego roku, po latach tyry na śmieciówkach i samozatrudnienia, sam wreszcie złapałem jednorożca, teraz zaś przekonałem się, że mit jednak jest prawdą. Tak - jest równie powszechny co biały kruk i zdarza się podobnie często, co trafienie szóstki w totka, ale fakt jest faktem.

Dostałem urlop.

A podczas urlopu podobno zazwyczaj się wyjeżdża.

No dobra, tak naprawdę Polak uszczęśliwiony urlopem wyskrobuje zaoszczędzone przez ostatni rok dwie stówy, kupuje farbę na promocji w Liroju Merlinie i odmalowuje mieszkanie, ale mi udało się wyrwać na kilka dni. A biorąc pod uwagę, że moja Obywatelka pierwsze lata życia spędziła w dzisiejszym zachodniopomorskim, ja zaś praktycznie nie znam tych rejonów, decyzja co do kierunku wyprawy była łatwa.

Załadowaliśmy się zatem do Skanssena i ruszyliśmy na północny zachód naszego pięknego kraju.

To nie jest okładka płyty Pink Floyd

Zachodniopomorskie przywitało nas lasem turbin wiatrowych. Widok jest zaiste imponujący - rzędy gigantycznych wiatraków, których łopaty mają długość autobusu, robią spore wrażenie.

Po kilku godzinach solidnego (acz nieprzesadnego) ciśnięcia dotarliśmy do Szczecina.


Muszę przyznać, że jest to zaskakująco ładne miasto. Dodatkowo mam wrażenie, że całkiem dobrze nadawałoby się na graciarski rajd nawigacyno-turystyczny. Niestety nie spotkałem Demona, za to udało mi się upolować kilka sympatycznych sprzętów.

Po około godzinie spędzonej w stolicy Zachodniego Pomorza ruszyliśmy w dalszą drogę.

Następnego dnia udaliśmy się z Obywatelką (sprawdzającą się jako Pani Pilot również z tradycyjną mapą w łapkach) do całkiem urokliwego Stargardu, a następnie w rejony jej dzieciństwa.



Drogi wokół Stargardu i Goleniowa nie należą do szczególnie równych czy zadbanych, za to widoki z nawiązką rekompensują ciężkie testy, którym zostało poddane zawieszenie Skanssena. Zarówno zabytki, których nagromadzenie w tych rejonach jest doprawdy gęste, jak i przepiękna przyroda pieszczą narząd wzroku. Szczególnie, gdy pogoda w końcu się poprawiła - a poprawiła się pod koniec pierwszego pełnego dnia urlopu.


Kolejny dzień upłynął na eksploracji Wolina i okolic. Oczywiście nie mogło zabraknąć wizyty w wiosce słowian i wikingów.

Skanssen przed skansenem

Dziś poszłoby trochę szybciej
Niektóre widoki kazały się zastanawiać, czy pewne działania - np. nazywanie leżących koło siebie ulic - nie miały przypadkiem drugiego dna.


Inne po prostu zachwycały.


Tak, to był legitny parking, ze znakiem.
Generalnie Zachodnie Pomorze okazało się urzekające: przepiękne lasy (trafiliśmy m.in. na bobrowisko z tamą, poprzegryzanymi drzewami i całą resztą), niedaleko do morza (oczywiście zachód słońca na plaży został odhaczony #takbardzobanał #taniromantyzm #zdjęciadziecitrzymającychsięzarączkiipodpiszakończonywielokropkiem), imponujące zabytki, a do tego przemiły, niedrogi ośrodek, w którym się zatrzymaliśmy (chętnie podam namiary w razie potrzeby).

Nawet parking przed gospodarstwem był ładny.


Niestety w końcu trzeba było wracać.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze raz o Szczecin na małe polowanie (tak, będzie mix zachodniopomorski) połączone ze zwiedzaniem...

Totalnie powinno się tu urządzić rajd, koniecznie z constansem lub choćby pekapem na tej ulicy
...i ruszyliśmy do domu, żegnani przez turbiny wiatrowe.


Humory, nieco oklapnięte przez zbyt szybki koniec wywczasu, poprawiały nam tabliczki między Poznaniem a Warszawą, informujące m.in. o rzeczkach takich, jak Kiełbaska czy Pisia Gągolina, czy też o powiązanych ze sobą znaczeniowo nazwach miejscowości.

Zazwyczaj Ciążeń wynika ze wspólnej Goliny, więc w sumie się zgadza, tylko kolejność nie ta
A Skanssen?

Ćwierćwieczny, zmęczony życiem i zużyciem wehikuł zniósł ten wyjazd dzielnie, żłopiąc przy tym okrutne ilości paliwa (i nieco oleju, w ilościach nieprzekraczających te znane użytkownikom nowych i prawie nowych VAG-ów z silnikami TSI). Niestety, warunki autostradowe ewidentnie nie są jednak jego żywiołem - przy wyższych prędkościach zarówno wycie silnika (tak, tu naprawdę przydałby się 6. bieg) jak i huk wiatru potęgowany starymi, nie do końca spełniającymi swoje zadanie uszczelkami były już dość uciążliwe. Do tego po przekroczeniu 3500 obr/min (nie, prędkościomierz nadal nie działa) czuć było wyraźne, niezbyt przyjemne wibracje, zaś przy hamowaniu dochodziło "bicie" na kierownicy - co jest o tyle dziwne, że koła zostały wyważone podczas niedawnej zmiany na letnie obuwie, zaś klocki i przednie tarcze były wymieniane zeszłego lata, a od tamtego czasu nie nabiłem zbyt dużego przebiegu. Poza tym w drodze na wypoczynek Skanssen wypierdział kolejny kawałek wydechu, który musiał zostać załatany przez stargardzkiego tłumikarza (na szczęście chyba dość solidnie). Aktualnie układ wydechowy Skanssena ma więcej wspawanych łatek niż "pierwotnego" metalu.

Wszystko to mówi mi, że zbliża się czas koniecznych wydatków. Oby tylko udało się dociągnąć do momentu, gdy będę miał możliwość wyasygnowania kwoty.

Bo mimo wszystko chyba warto.