Miało być coś innego. Szukałem inspiracji i materiałów - niestety, choróbstwo w połączeniu z niesprzyjającą testom ilością światła nie za bardzo pozwoliły zaszaleć. Dlatego lecimy z dalszą częścią mixu śródmiejskiego - tym razem na samym brzegu Skarpy Wiślanej i u jej stóp.
W zasadzie mogło to wszystko być w jednym wpisie, ale po co, kiedy można było zrobić dwa?
Jadziem.
Krokodylem na Rynek Starego Miasta? Owszem, pod warunkiem, że jesteś artystą-portrecistą
Zasadniczo to poprosiłbym
Że komuś się chce
Doskonały sprzęt do załadowania się w środek klubowo-teatralnego splendiżu
O, i takie kółko do klasyka/jaktajmera to rozumiem
Jako właściciel 340 na żółtych nie powinienem komentować
Wrastanie na poziomie zgodnym z prestiżem rejonu
Kolejna zagadka z cyklu "wrost czy daily"
Żeby one tak nie gniły...
Elegancki sedan w sam raz do zadawania szyku pod apartamentowcem koło Łazienek
A w samych Łazienkach...
Ooo, takie blachy o czymś świadczą
Przepiękne dagmary
W USA to był taki dość podstawowy, niezbyt drogi sprzęt
Kurrrrdeż, ja ciągle takiego chcę
I odjeżdżamy ze Śródmieścia.
Wyobraźmy sobie teraz, że Garbus z ostatniego zdjęcia wjedzie sobie na Pl. Unii Lubelskiej, z ronda skręci w Szucha i następnie pociśnie Trasą Łazienkowską na drugą stronę Wisły. I tam właśnie zacznie się kolejny miksior.
W swym orędziu noworocznym zapowiedziałem spore zmiany. Zacznę jednak od malutkiej: jako, że ostatnio prawie nie jeździłem na rowerze (może dlatego, że oba moje bicykle znajdują się w stanie daleko posuniętego rozkładu), tytuł "Spacerkiem i rowerkiem" w zasadzie przestał być aktualny. Zawsze aktualne pozostają za to skale modalne (skale modalne zawsze aktualne, hopsasa tralala), nawet jeśli sam nie potrafię powiedzieć, czym różni się dorycka od lokriańskiej. Znam tylko ich koszmarne nazwy - łącznie z tą najpotworniejszą, która jednakowoż idealnie nadaje się na nowy tytuł miksów. Wszak jako basista mogę chociaż udawać, że wiem coś o teorii i harmonii, nieprawdaż?
Dziś w skali MIKSolidyjskiej będziemy ogrywać Śródmieście, czyli tę dzielnicę, którą aktywiści z Robciem "Niedoszłą Nogą od Stołka" Obuwiem na czele jako pierwszą najchętniej widzieliby bez tej obrzydliwej emanacji indywidualizmu, jaką są blachosmrody. KOLEKTYW GURO!!!
Jadziem.
Za każdym razem, gdy takiego widzę, mój instynkt samozachowawczy pobiera srogi oklep od pożądania
Tu instynkt samozachowawczy nie musi nawet zbytnio protestować, gdy pożądanie bucha mi uszami
Biorąc pod uwagę, że to Proboszcz, kolor się zasadniczo zgadza
Lokalny koneser Rekordów nie odpuszcza
NAGLE WTEM
O, i to jest ideolo sprzęt do miasta. I do tego w moim ulubionym kolorze.
5d to chyba najmniej atrakcyjna odmiana Krokodyla. Ale i tak bym.
Pod tym kątem wygląda prawie jak dwudrzwiowy sedan. I prawie mi się podoba. Prawie.
Czy one już są ciekawe?
Bo one to zawsze były, tylko nie wszyscy o tym wiedzą
Czasem zdarza się tak, że dwóch (a nawet wincy, jak było w przypadku choćby DAFuqa) TFUrców Kątętu weźmie się za jeden temat - w tym przypadku za jednego grata. I to nie ten sam model, ale ten sam egzemplarz. Ale gdy egzemplarz ten jest jedyną znaną czynną sztuką w okolicy i do tego upala go dobry znajomek, zresztą czynnie działający w graciarskiej społeczności, trudno się dziwić, że jego wehikuł będzie dość mocno oblegany.
Tak czy inaczej - red. Z. Łomnik zakończył tym sprzętem zeszły rok, ja zaś otwieram nim nowy.
Yugo Florida zostało zaprezentowane w 1987 roku. Jego nazwa miała nawiązywać do sukcesu odniesionego na rynku amerykańskim - choć biorąc pod uwagę poziom estymy, jaką do dziś cieszy się ta marka w USA, słowo "sukces" jest tutaj swego rodzaju nadużyciem semantycznym. Nie zmienia to jednak faktu, że na słonecznych Bałkanach uznano roczny wolumen sprzedaży niższy od miesięcznego wyniku popularnego pickupa oraz unieśmiertelnienie za pomocą niewybrednych dowcipów za warte świętowania osiągnięcie. Bez względu jednak na poziom splendoru marki, Florida w momencie prezentacji sprawiała naprawdę nowoczesne wrażenie. Zaprojektowany przez Giugiaro 5-drzwiowy hatchback pod względem dizajnerskim w niczym nie ustępował najpopularniejszym zachodnioeuropejskim konstrukcjom, które w większości przypadków wizualnie tkwiły jeszcze w głębokim ejtisie, podczas gdy Florida swoim wyglądem zapowiadała już kolejną dekadę. Zresztą samochody, które najmocniej przypomina, czyli Citroen ZX (ogólna sylwetka, tył) i Fiat Punto I (front), weszły do produkcji ładnych kilka lat później.
Stylistyka Floridy nie razi do dziś - ot, zwykły, 5-drzwiowy hatchback, jakich wiele. Zapewne niejeden człek na pytanie o przybliżony czas powstania Floridy wskazałby wczesne lata dziewięćdziesiąte - przynajmniej póki nie podszedłby bliżej i nie zwrócił uwagi na taki szczegół, jak... szyby w uszczelkach. Przy okazji mógłby popodziwiać jakość detali i powłoki lakierniczej porównywalną z produktami schyłkowego ZSRR.
Spasowanie blach mieści się jeszcze w granicach tolerancji osobnika posiadającego tak z -1,5 dioptrii, za to tworzywo, z którego wykonane są zderzaki czy choćby klamki zewnętrzne, robi już porażające wrażenie. To jest właśnie jakość schyłkowej komuny, gdzie nawet decydentom już nieszczególnie chciało się udawać.
To jednak nic w porównaniu z tym, co dzieje się we wnętrzu.
O ile stylistyka, swobodnie mieszcząca się normie środkowych lat 80-tych, jest zupełnie do zaakceptowania (szczególnie dla świra konesera ejtisu - takiego, jak ja), o tyle jakość tworzyw i ich montażu... Nie, tego w sumie się nie da opisać. O ile w późnym 125p po prostu można było to skwitować pogardliwym skrzywieniem ryja (bo i na nic więcej ten motoryzacyjny kał nie zasługuje), we Floridzie tak naprawdę nie wiadomo, co powiedzieć. Połacie szarego, najtańszego, najpodlejszej jakości plastiku, skrzypiącego przy byle dotknięciu, grzechoczącego na wybojach i terkoczącego od wibracji silnika na niskich obrotach, do tego zmontowane w sposób mówiący "mam to w dupalu, Miloš, idę na plejskavicę". Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że może istnieć szpara między deską rozdzielczą a krawędzią szyby, póki nie wpadł w nią mój identyfikator parkingowy. A jednak... jakoś się to trzyma. Po 28 latach nie ma pęknięć (w przeciwieństwie do wciąż wtedy tłuczonego u nas Dużego), nic nie odpada a większość wyposażenia zdaje się działać bez większych problemów.
Do tego mamy tutaj takie smaczki, jak nader ciekawie zaprojektowany zestaw wskaźników.
Zegary są niebrzydkie a przede wszystkim czytelne, oko mentalnego ośmiolatka cieszy bogaty zestaw kontrolek, natomiast wyjątkowo smakowitą wisienką na torcie jest tutaj tzw. "checkpanel" pokazujący niedomknięte drzwi oraz... przepalone żarówki.
Tak. W postkomunistycznym wozie wyprodukowanym w 1990 roku.
Jest też parę innych dobrutek - takich, jak choćby dziwaczne (i ewidentnie wzorowane na Uno I) dźwigienki do obsługi świateł i wycieraczek, czy ergonomiczne i ładnie wkomponowane w podłokietniki wewnętrzne klamki.
Poza tym jest zaskakująco przestronnie. Zarówno z przodu jak i z tyłu miejsca jest więcej niż dość. W połączeniu z mięciutkimi, pluszowymi fotelami sprawia to, że we wnętrzu Floridy jest znacznie przyjemniej, niż może się to z początku wydawać.
No, przynajmniej póki nie siądziemy za kierownicą i nie spróbujemy wygodnie ułożyć nóg. Pedały Manipulatory nożne są przesunięte mocno w prawo w stosunku do kolumny kierownicy - może nie tak mocno, jak np. w Trabancie, ale nadal jest to wyjątkowo niewygodne. Do tego nie przewidziano jakiejkolwiek podpórki pod lewą stopę. Komfortowe miejsce na nogi jest dla słabych, Dušan, polej jeszcze rakiji.
Niestety, próby umieszczenia usztywnianego pokrowca z basem do bagażnika będą jeszcze bardziej niewygodne - i o ile mimo dyskomfortu nożnego da się jakoś umieścić swój ciałokształt za kierownicą Floridy, o tyle bas do kufra zwyczajnie nie wejdzie.
Sam bagażnik nie jest jeszcze taki zły - głęboki, rozszerzający się za nadkolami - jednak wrażenie doń basiwa praktycznie uniemożliwia bardzo wąskie wycięcie na półkę. Co gorsza, oparcie kanapy nie jest dzielone, przez co nie zmieścimy basetli do kufra chcąc przewieźć z tyłu choć jedną osobę.
Na szczęście pozostaje jeszcze... półka.
Pozostaje jeszcze kwestia tego, jak ten wynalazek jeździ. A tego też nie da się jednoznacznie opisać.
Pod maską tego egzemplarza Floridy siedzi sobie 68-konny silnik 1,3 z jednopunktowym wtryskiem. Przy delikatnym operowaniu gazem w zasadzie robi niewiele poza wprawianiem całego wnętrza w terkoczące wibracje. Jednak po przekroczeniu 2500 obr/min dość lekkie Yugo zaczyna przyspieszać, zaś powyżej 3-3,5 tys. obrotów przyspieszenie staje się całkiem żwawe a do tego zaczyna mu towarzyszyć dość przyjemny dźwięk. Do pełnego wykorzystywania zakresu obrotów nie zachęcaja jednak bardzo nieprecyzyjnie działająca dźwignia zmiany biegów oraz przede wszystkim wyjątkowo słabe hamulce, które w razie gwałtownego hamowania samochodu jadącego przed nami sprawią co najwyżej, że zaparkujemy w jego zadzie z prędkością o 10 km/h niższą, niż gdybyśmy w ogóle zignorowali ich istnienie. Sportowego charakteru nie ma również zawieszenie, ale nie uznaję tego za wadę - jego praca dobrze pasuje do pluszowatości foteli.
Niewspomagany układ kierowniczy podczas jazdy pracuje dość lekko, ale przy prędkościach manewrowych potrafi dać się we znaki. Co najgorsze, Florida zdecydowanie nie imponuje zwrotnością. Na szczęście w manewrowaniu pomaga doskonała widoczność. Generalnie jednak Yugosławem lepiej po prostu jechać niż manewrować - mimo dyskusyjnego umieszczenia pedałów będzie to o wiele przyjemniejsze.
Podsumowanie, czyli zady i walety:
Mając jakieś 10 lat, strasznie jarałem się Floridą. Raz wręcz przyśniło mi się, że kupił taką mój ojciec. Egzemplarz ze snu był ciemnoczerwony i miał... przezroczystą maskę. Minęły lata i moje myślenie o Floridzie nieco się zmieniło, ale nadal bardzo chciałem się taką przejechać. Czy konfrontacja z rzeczywistością sprawiła, że znów zapragnąłem większego modelu Yugo?
Nie. Zdecydowanie nie. Ale... nadal uważam, że to niezwykle ciekawy i zaskakująco fajny grat. I choćby dlatego warto zachować nadal istniejące egzemplarze przy życiu. Szkoda tylko, że po większość części trzeba będzie udać się na Bałkany. A i wtedy nie będzie gwarancji powodzenia.
Plusy:
przestronne wnętrze
świetna widoczność
komfortowe zawieszenie
unikatowość
Minusy:
tragiczna jakość wykonania (która jednak w tym przypadku nie wpłynęła na trwałość)
koszmarne plastiki we wnętrzu
bardzo niewygodnie umieszczone pedały
brak części
Co nią wozić:
Otwór bagażnika nie pozwala na zbyt wiele. Na szczęście zawsze jest... obrzyn. I w sumie do konstrukcji z późnych lat 80-tych będzie pasował bardzo dobrze.
* * * * *
Tymczasem zapraszam na filmidło.
Podziękowania dla Michała z Warszawy Inaczej za użyczenie Yugosława!