Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Garbus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Garbus. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 czerwca 2016

Basista się bawi: Garbusy

Dzień dziecka minął pod znakiem mixu, jednak moje wewnętrzne dziecko domaga się opisania kolejnego fragmenciku kolekcji gromadzonej pod pretekstem edukowania Młodzieża w temacie tzw. prawdziwej motoryzacji. Poza tym trochę niezręcznie byłoby przedwcześnie wystrzelać się z miksów w oczekiwaniu na "prawdziwe" tematy, które pojawią się już wkrótce.

Już jako dziecko pałałem dość mocno do klasycznej motoryzacji. Moi koledzy zachwycali się Mercedesami, Porsche i Ferrari, zaś mnie najbardziej kręciły graty. A tym, którego wielbiłem najbardziej, był Garbus.

Oczywiście miałem w dzieciństwie kilka zabawkowych Garbusów. Najlepiej pamiętam żółtego Transformersa (zresztą do dziś uważam, że żółty jest idealnym kolorem dla Garbusa). Teraz, po latach, gdy sam dorobiłem się przychówku, stwierdziłem, że wśród "materiałów edukacyjnych dla Młodzieża" (taaaa...) koniecznie musi znaleźć się najbardziej chyba znana uśmiechnięta maska w historii motoryzacji.

A w efekcie znalazły się cztery.


Pierwszy Garbus, którego zanabyłem dla Młodzieża (jjjasne), to pochodzący z wczesnych lat 70. model 1302 z szerokiej gamy bardzo popularnej firmy Welly - tej samej, która wyprodukowała spoczywające w pudle z autkami "do wręczania w swoim czasie" Pińcetkę, Dwacefałkę, Trabanta i kilka innych. Wykonany został w najpopularniejszej chyba skali 1:43 i trzeba przyznać, że jak na produkt typowo budżetowy prezentuje się zupełnie nieźle.


Owszem, można przyczepić się takich detali, jak niedbale namalowana uszczelka tylnej szyby, ale całość jest dość ładna. Mamy tu nieźle odwzorowane koła i zderzaki, światła mają odpowiednią wielkość, a do tego - co wcale nie jest oczywiste - udało się dość przyzwoicie oddać widok podwozia z jego centralną, rozgałęziającą się przy silniku rurą nośną.


Zwierz tymczasem rósł sobie (co zresztą nadal ochoczo uskutecznia) i choć nie osiągnął jeszcze wieku i ogólnego ogarniactwa uprawniającego go do otrzymania Garbusa by Welly, okazał się na tyle zainteresowany tematyką samochodzików, że szybko zaczął dostawać mniejsze, typowo zabawkowe autka w ilościach zahaczających niemalże o hurtowe. Między innymi przejął od swego wujka kolekcję dość sędziwych resoraków, zaś pewien czas później od Piotrka - tego samego, który udostępnił mi do śmignięcia GS-a oraz Trabanta - otrzymał całą torbę autek wśród których, poza przytulonym przeze mnie Citroenem ID w wersji taxi, znalazł się modelik Garbusa z 1962 roku wyprodukowany przez Matchboxa.


Matchboxowska wersja Beetle'a '62 jest dość ciekawa - nie tyle ze względu na reklamę burgerowni, co z uwagi na faltdach, który nie był chyba najczęściej wybieranym elementem wyposażenia. Do tego, jak znaczna część innych produktów Matchboxa, samochodzik wyposażony jest w hak - zapewne po to, by zachęcić do zakupu jednej z kilku znajdujących się zazwyczaj w ofercie brytyjskiej firmy miniaturowych przyczep.


Tak poza tym jest to typowy Matchbox z przełomu lat 80. i 90. - dość solidny, ale z uwagi na plastikowe podwozie nie tak pancerny, jak wyroby firmy z wcześniejszych lat, niezbyt dokładnie oddający detale, ale mimo tego prezentujący się całkiem nieźle. Szału może nie ma, ale dramatu też nie. Garbus to Garbus - jest się z czego cieszyć.


Lata sześdziesiąte reprezentuje też kolejny zabawkowy Garbus sprawiony Młodzieżowi - nieco większe, wykonane w skali 1:34 autko firmy Kinsmart. Jest to jeden z ulubionych samochodzików mego dziedzica - choćby dlatego, że posiada otwierane drzwi i coś, co dzieci w każdym wieku lubią najbardziej, czyli silniczek na sprężynę.


Kinsmart specjalizuje się w niedrogich autkach typu "pull-back action" dostępnych głównie na stacjach benzynowych (tam zresztą zakupiłem tenże egzemplarz). Budżetowego charakteru nie da się ukryć - proporcje nie zgadzają się w 100%, niektóre detale (choćby tzw. fletnerki) są dalekie od ideału, rozstaw kół jest odrobinę za szeroki, same koła sprawiają wrażenie wziętych raczej z późniejszych wersji. Mimo tego, całość sprawia sympatyczne wrażenie - choćby dzięki takim szczegółom, jak nieźle odwzorowana kierownica.


Autka z napędem (szczególnie sprężynowym) mają tę zaletę, że szczególnie dobrze bawi się nimi z dziecięciem. Tak jest i w tym przypadku - ojciec i syn potrafią spędzić  parę ładnych chwil puszczając do siebie wzajemnie trzy "naciągane" samochodziki, wśród których znajduje się dwukolorowy Garbus. A jeśli  dziecię jest w nastroju na nieco bardziej samodzielną, pełną skupienia zabawę, otwierane drzwiczki są jak znalazł. Młodzież potrafi spędzić naprawdę sporo czasu na otwieraniu ich i zamykaniu, cały czas snując przy tym monolog w swoim własnym zwierzojęzyku.


Niektóre zabawki nie są przeznaczone dla malutkich łapek ze względu na ilość detali, które - będąc niezbyt ostrożnym z racji wieku mlolęciem - łatwo jest zdemontować a następnie przyswoić drogą paszczową. Z innymi lepiej poczekać ze względu na ich całkowity rozmiar. Tak jest też w przypadku ostatniego z Garbusów, który trafił pod nasz dach, a który znaleziony został w czekoladowym jajku, gdzie pełnił opowiedzialną funkcję niespodzianki.


"Jajeczny" Garbus jest nie tylko najmniejszym modelem z całego zestawu Volkswagenów, ale również reprezentuje najstarszą z nich wszystkich, pochodzącą z przełomu lat 40. i 50. wersję, odznaczającą się m.in. dzieloną tylną szybą. Cieszy to, że mimo mikrego rozmiaru i skrajnej taniości (bylejaki plastik, którego koszt jest wystarczająco niski, by nie podnosić ceny jajka z niespodzianką) wiele detali się zgadza - choćby tył, gdzie poza dzielonym oknem mamy charakterystyczne dla tamtych roczników wyloty powietrza czy przetłoczenia pokrywy silnika.


Generalnie trudno się czepiać - proporcje są zachowane a sporo szczegółów zostało odwzorowanych mimo rozmiarów i konieczności redukcji ceny do absolutnego minimum. Jasne, nie jest to w żadnym wypadku niezwykle cenna ozdoba kolekcji, ale nie zmienia to faktu, że wyciągnięcie z jajka z niespodzianką malutkiego, niebrzydkiego Garbuska we wczesnej wersji jest czymś nader miłym.


Od mego dzieciństwa minęło już dużo czasu, jednak sentyment do niektórych mych upodobań z tamtych lat pozostaje - choćby właśnie do Garbusa. Wciąż trudno oprzeć mi się tej uśmiechniętej blaszanej mordce. Tym bardziej cieszę się, że ten właśnie model ma tak liczną reprezentację wśród przeznaczonej dla Młodzieża kolekcji. Mam tylko nadzieję, że mój spadkobierca też go polubi.

A że to VW? A chrzanić to. Garbus to zupełnie osobna kategoria. To po prostu Garbus, i tyle.




czwartek, 1 października 2015

Spacerkiem i rowerkiem: żelazo zachomikowane na Chomiczówce

Chomiczówka, Chomiczówka, pierwsze wino, pierwsza wódka
Chomiczówka, Chomiczówka, pierwsza dziewczyna, pierwsza lufka

Tako rzecze pewien polski (na co nawet wskazuje jego nazwisko) artysta estradowy, sławiąc osiedle, na którym spędzał ponoć młodość swą burzliwą. Chomiczówka od tamtej pory zapewne mocno się zmieniła - wyrosły nowe budynki a na parkingach zamiast Maluchów, Trabantów, Syrenek i okazjonalnego Wielkiego Fiaciora (wszystkie na czarnych, bo innych nie było) stają prestiże w kredycie RRSO 666%, dowożące z rana Julcię i Kubusia do przedszkola, a tatusia lub mamusię do biura, w którym dzień wesoło upłynie na pisaniu raportów z napisania raportu. Jednak specyfika Chomiczówki sprawia, że to nie one przeważają. I choć srebrno-szaro-czarna masa dotarła i tu, nader łatwo jest wyłowić z niej coś ciekawego. A są wręcz takie miejsca, gdzie trudno jest czegoś nie wyłowić, gdyż stężenie żelaza (i jego tlenku) przekracza poziom krytyczny.

Tak - Chomiczówka jest sroga. Zobaczcie sami.

To już nie jest trans ani sport ani tym bardziej transport.

Wiem, to nie złom, ale nie szkodzi, jest przepiękna. Najfajniejsza generacja Legenda, koniec, kropa. Żeby jeszcze RWD.

Wersja po przemianach ustrojowych

Zgadnijcie co wciąż jeździ a co już nie.

Moja babcia ze strony ojca miała takiego na przełomie lat 80. i 90. Nówkę-salonówkę. Nawet kolor się zgadza. Jeździła nim po Crown Point i okolicach.

Ależ one są wspaniałe

Shuttle to już jest rodzyn klasy ultra

Przedliftowy XM w kombiaczu już w zasadzie też. Ależ bym.

Wyciągnięty Z Lasu

Był już na Mchu i Patynie. Nadal nie wiem, co to. Międzynarodowy Żniwiarz?

Volksrod na czarnych et consortes. Komentarz zbędny.

80s meet 90s

Wśród nas chyba jest szpieg

Generalnie warsztaty na Księżycowej nie zawodzą.

To już jest grube marnotrawstwo

A ja go chyba znam

Stoi Niva, nie jest krzywa, ależ mi się podobywa!

Na jednej ulicy RRRAZ: tłuściej już się nie da

Na jednej ulicy DWWWA: ZAEbisty!

Na jednej ulicy  TRZszszY: Cherry Cherry Lady

Na jednej ulicy CZszszTERY: the 90s called

Na jednej ulicy PIIIĘĆ: NO no no, piękny!

Na jednej ulicy SZSZSZEŚĆ: trochę mniej piękny

S-klasa, luksus, prestiż, mech, te rzeczy

To nie jest Uno. To jest Tysiąc. Niewinny Tysiąc.
Następny przystanek - Wawrzyszew. A warszawscy złomołowcy wiedzą, co to oznacza.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Spacerkiem i rowerkiem: prawobrzeże południowe, czyli nie tylko Grochów

Poza wzmożoną aktywnością testową nazbierało mi się ostatniemi czasy materiałów na miksy. Nie żebym narzekał, acz przydałoby się też np. coś z cuklu "Basowisko". Jako że jednak nie mam żadnego basiwa do ogrania i opisania (poza tymi, które już zostały ograne i opisane), nie pozostaje mi nic innego, jak zapodać kolejny miksior.

Na szczęście jest on gruby.

Do tej pory niezbyt często włóczyłem się po prawobrzeżnej Warszawie, jednak w ciągu ostatnich miesięcy okazji zrobiło się więcej. Na tyle więcej, że mix prawobrzeżny ze względu na ilość upolowanego żelaza nalezało rozbić na dwie części: północną i południową.

Niniejszym ogłaszam mix południowo-wschodni. Zaczynamy na ekstremalnie rzadko odwiedzanym przeze mnie Rembertowie.

W drodze na rozpoczęcie sezonu YW można było spotkać piękne Prairie. Raczej nie jechało na zlot. Ani gdziekolwiek indziej.

Po wyjściu z imprezy też można było zaobserwować ciekawy spocik - R25 opuszcza zlot, DF po prostu sobie jedzie, powożony przez starszą panią

Rembertów, wbrew temu, co niektórzy sądzą, to też Warszawa
 Z Rembertowa wykonujemy skoczek na Gocław.

PAPIEŻ PRZYJECHAŁ

Ford Econovan będący Mazdą Bongo ze znaczkiem nieznanym ludzkości. Tu niewątpliwie ktoś wypalił grube bongo

Dziś będą Garbusy, z czego 2/3 raczej jeżdżące

Użytkowa furgonetka, praktyczność, ekono... yyy, nie, czekaj.

O, ewidentnie konesersko-kolekcjonerski, jest wydech, są naklejki, nawet macik jest

Wysokie stężenie koneserstwa i jaktajmerstwa

A one jeżdżą i jeżdżą

Nie wiem, czy jest ich więcej, czy ciągle wpadam na tego jednego, ale spotkałem go już kilka razy

BOREWICZ PRZEJŚCIUWKA W AKWARIUM JEDYNA TAKA PERŁA PRL DLA KONESERA ZOBACZ

So much WIN

Limited edyszyn MILKA

Z Gocławia jest już tylko kroczek na Gocławek (tak, Gocław i Gocławek to nie to samo, choć po sąsiedzku) i Grochów, czyli okolice znane ze stężenia tlenku żelaza.


Kolega miał takiego, tylko czarnego. Potem kupił sobie Mitsubishi Sigmę. MUSZĘ zrobić z nim wywiad.

Były oferowane u nas przez krótki czas gdzieś w latach 90. Całą sprowadzoną partię wykupiły grzyby i upalają je do dziś.

C&G w wersji koneserskiej

Pozdrowienia dla kolegi z Mchu i Patyny oraz jego Wybranki spotkanych przy tym właśnie pięknym egzemplarzu

Wiem, że Espero jest równie pasjonujące, co bristolska skala uformowania stolca, ale tutaj stopień bezprogowości urzeka

Tu z kolei urzeka ręcznie robiona tablica rejestracyjna

Dobra Beczka urzeka zawsze

Sportowe coupe na stalakach i z czarnymi zderzakami, CHCĘ

Kolor raczej nie jest zgodny z oryginałem

Upalanie Gran Move w Polsce oznacza znajdujący się poza skalą poziom wy-yeah-bania na dostępność części, szczególnie blach

Kolejny ładny Garbi. Niech służy dzielnie i zdrowo.

Przechodząc na wschodnią stronę Grochowskiej trafiamy w inny wymiar

Szopa? Składzik?

ZACHWYT, MIŁOŚĆ, UWIELBIENIE

Stan nie wskazywał jednoznacznie czy to ruchomość czy nie bardzo

To raczej niestety nieruchomość, choć tak naprawdę cholera go wie

Warszawskie Gnijące Wozy

Baldwinki są wszędzie.

Starlety już niestety nie

No to WIO!

Podwójne widzenie

Samotne gnicie

Idealny towar do wożenia Fordem F-150

Tłusta felga, nie ma zmiłuj

Bel Ami, czyli Piękny Przyjaciel

Long WheelBase? Nie bardzo

50% spotykanych na ulicach 480 to wrosty

I to jest prawdziwe BMW

Jest VW, jest prestiż

Upolowali go chyba już wszyscy specjalizujący się w mixach warszawscy blogerzy motoryzacyjni


A H9 nadal w czynnej służbie. Miliona kilometrów życzę. Kolejnego.

Mix północno-wschodni już praktycznie gotów. Do najbliższego.