Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedulla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedulla. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lutego 2016

Basowisko: Pięciobzyk

I znów minęły niemalże dwa tygodnie. Nie muszę chyba powtarzać po raz srylionowy - czasem człowiek posiedzi sobie nad pracą do północy, czasem dłużej, czasem, jeśli to weekend, spędzi przyjemny dzień z dziecięciem (bo w tygodniu jeno wieczory), wiadomka, hemoglobina, mistyfikacja, taka sytuacja. Wszelakie ekspiacje też są chyba zbędne - wszak nie ma sensu kajać się (ani sarsać czy tym bardziej mandarynać) z powodu faktu posiadania tzw. życia. Jest jak jest, pracujemy z tym, co mamy.

Zdarza się jednak, że przez kilka chwil mamy coś, od czego opada szczęka. I spodnie.

Nie raz, nie dwa i nie piętnaście pisałem, że kocham fretlessa. Uwielbiam gładkość bezprogowej podstrunnicy, ubóstwiam zmysłową niemalże wrażliwość na artykulacyjne niuanse, mam całkowitego, dokumentnego i nieodwracalnego fioła na punkcie mruczącego, śpiewnego "mwah", subtelnego "otwierania się" dźwięku na chwilkę po uderzeniu w strunę. Gdybym mógł, grałbym na bezprogu połowę rzeczy (więcej nie, gdyż progówkę też wielbię, acz oczywiście z zupełnie innych powodów). Dlatego szczególną frajdą była dla mnie możliwość dorwania instrumentu stanowiącego niemalże wzorzec metra w kwestii fretlessa, zarówno pod względem brzmienia, jak i koncepcji oraz wykonania - a takim jest bez wątpienia Pedulla Pentabuzz.


Michael Pedulla wypłynął na szerokie wody instrumentostrugawcze w okolicach połowy lat 70., w czym pomógł mu grający w coraz popularniejszej podówczas lidze hi-end model MVP, stworzony z myślą o takich basowych okrutnikach jak Tim Landers. Niedługo później, zapewne pod wpływem Jaco Pastoriusa, powstała wersja bezprogowa nazwana Buzz. Czyli zasadniczo Bzyk. Gdy kilka lat później pięciostrunowe basy zaczęły zyskiwać na popularności i takiego właśnie fretlessa jął domagać się jeden z czołowych amerykańskich sesyjniaków, niejaki Mark Egan, pan Pedulla dodał do swego dzieła strunę H, tworząc w ten sposób Pentabuzza, czyli najpopularniejszy chyba model w gamie. A na pewno najbardziej znany.


Pedulkę z serii MVP - progową piątkę - miałem już kiedyś w rękach. Choć było to ładnych kilka lat temu, do dziś pamiętam, jak wyśmienitym instrumentem była. Jakość wykonania - świat. Brzmienie - miód. Wygoda gry - super, poza lekką tendencją do "nurkowania" główką.

I w tym przypadku było podobnie. Choć nawet ciekawiej - wszak to fretless.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to niezwykle charakterystyczna stylówa Pedulki. Symetryczna główka od razu sugeruje, że bas powstał w latach 70., gdy takie projekty zyskały popularność. Niestety, to, co sprawdza się w przypadku basów cztero- i sześciostrunowych, niekoniecznie musi doskonale wyglądać w przypadku nieparzystej ilości kluczy. Absolutnie nie ma jednak dramatu - tak samo, jak w kwestii charakterystycznego, obłego korpusu. Jasne, jego przypominający nieślubne dziecko Cthulhu i ośmiornicy kształt może budzić mieszane uczucia (mi zupełnie nie przeszkadza), ale... SPÓJRZCIE NA TO DREWNO. Płomieniste słoje przepięknego wzorzystego klonu są dodatkowo wizualnie pogłębione idealnie położonym (choć miejscami nieco wytartym i poobijanym przez lata używania) lakierem w pieszczącym nerw wzroku morskim kolorze. Lakierowana jest również hebanowa podstrunnica o 24 pozycjach, co nie dość, że wygląda fantastycznie, to jeszcze sprawia, że drewno jest doskonale chronione przed okrągłą owijką strun.


Jakość wykonania można określić jako pierwszorzędną. Gładziutki, twardy lakier, precyzja spasowania, idealnie wycięte siodełko, czy takie cudne smaczki, jak pokrywa elektroniki stanowiąca po prostu pasujący w to miejsce kawałek klonu - wszystko to sprawia, że mamy wrażenie obcowania z przedmiotem niezwykle wysokiej klasy.

 I tak jest w istocie.

Świadczy o tym również tak podstawowa rzecz, jak komfort gry. A ten, mimo dość krótkiego górnego rogu dechy (który jednak z tajemniczych powodów nie zakłóca balansu wiesła tak, jak w progówce), jest wyśmienity. Zaokrąglony korpus mimo braku głębokiego profilowania niemalże wtapia się w ciało (w moim przypadku przynajmniej równie zaokrąglone), zaś klasą samą dla siebie jest gryf - płaski ale wciąż solidny, zaskakujący ułatwiającym grę w wysokich pozycjach komfortem na całej swej długości. Rzadko spotyka się szyjki tak cudownie wygodne, jak w Pedulli. Tym bardziej, że ten egzemplarz miał setup taki, jak lubię, czyli niziutki. Bardzo.


Ciekawie rozwiązana jest elektronika. Pasywne przystawki Bartollini w popularnym w latach 80. układzie PJ zostały stworzone specjalnie dla serii MVP/Buzz, zaś ich zadaniem według Michaela Pedulli jest podkreślanie tego, co instrument ma do zaoferowania pod względem akustycznym. Tę samą funkcję ma spełniać aktywna equalizacja w dość nietypowym układzie: poza tradycyjnym potencjometrem głośności i pokrętłem balansu mamy tu... no właśnie, co? Nie jest to ani zazwyczaj spotykany zestaw regulujący niskie i wysokie tony (choćby dlatego, że brakuje jednego potencjometra), nie jest to też wzorowany na rozwiązaniach Alembica filtr. To, co zauważyłem, to swego rodzaju podbicie i obcięcie konturu - jest ono jednak na tyle naturalnie dobrane, że nie razi nawet w skrajnych położeniach.

Właśnie, jak ten wynalazek brzmi?


Już na sucho słychać, że jest to prawdziwy, wysokogatunkowy bezpróg. Ten bas ŚPIEWA. Cudowne fretlessowe "miauknięcie", od którego jestem niemalże uzależniony, jest dodatkowo uwypuklone dzięki twardej lakierowej skorupie, którą pokryta jest podstrunnica. Co ciekawe, biorąc pod uwagę, że jest to bas niemal w całości klonowy, można by było spodziewać się bardzo konturowego tonu z mocno uwypukloną, agresywną górą - jednak w tym przypadku mamy do czynienia z okrągłym, nieprzegiętym dołem i piękną górką, dokładnie tak wyrazistą, jak trzeba. Jak to w konstrukcji neck-thru-body (czyli z gryfem przedłużonym aż do "zadu" i doklejonymi doń skrzydłami korpusu) bywa, sustain może być mierzony w kubkach kawy. Półlitrowych. Jasne, z tak długiego wybrzmienia rzadko kiedy się korzysta, ale we bezprogowcu, na którym często gra się długimi dźwiękami, jest ono szczególnie miłe - przede wszystkim w wysokich pozycjach, gdzie w tradycyjnie skonstruowanych instrumentach (choćby w moim Ibanezie) wibracja wygasa stosunkowo szybko.

Z drżeniem serca, rąk i innych organów podpinamy basiwo i... co tak cicho?

Jak znaczna część fretlessowców w grze na bezprogu używam w zasadzie tylko przystawki mostkowej. A ta w Pentabuzzie ma niezwykle delikatny sygnał. Alembic jest niemalże dwukrotnie głośniejszy. Co ciekawe, znacznie głośniejsza jest też zamontowana w Pedulce łamana przystawka bliżej gryfu, której użycie solo (bez wspomagania ze strony umieszczonego przy mostku singla) daje bardzo ciepłe, okrągłe, nieco kontrabasowe, acz odrobinę jak na mój gust przebasowione brzmienie. Obie przystawki naraz grają zaskakująco dobrze jak na nieco nosowy z natury zestaw PJ, jednak zdecydowanie nie jest to fretlessowy soundomierz. Wolę pozostać przy samym pickupie mostkowym, i to mimo jego słabiutkiego sygnału. Przecudowne brzmienie, dobywające się wtedy z głośników, rekompensuje tę niedogodność. Przy delikatnej grze bliżej gryfu, szczególnie gdy dopalimy całokształt odrobiną dobrego chorusa, uzyskujemy ten cudowny, otwierający się po chwili od trącenia struny śpiewny ton, o którym pisałem nie raz. Grając nieco mocniej bliżej mostka otrzymujemy solidny, "skoncentrowany", warczący środek, który przebije się nawet w gęstym miksie.

Pod warunkiem, że ustawimy się wystarczająco głośno na wzmacniaczu.


Podsumowanie, czyli zady i walety:


Pedulla Pentabuzz to bas z najwyższej półki. Tak - to ta sama półka, na której stoi Alembic, Wal i inne instrumenty oferowane zazwyczaj w cenie, za którą można byłoby pokryć nasz narodowy dług. Nie jest wprawdzie ideałem - choćby ze względu na ogromną różnicę w sygnale przystawek - ale jest tego ideału niebezpiecznie bliska. Jeśli zatem szukasz wzorca metra w kategorii fretlessowego brzmienia, Jazz jest dla Ciebie za agresywny jak na bezproga, a kieszenie masz na bogato wypchane walorem finansowym - zdecydowanie zabierz Pedulkę na spacer. Tylko uważaj, bo możesz nie zechcieć jej oddać. Wiem, że ja będę miał z tym problem.

Plusy:
  • piękne, śpiewne brzmienie (przynajmniej na przystawce J)
  • genialna jakość wykonania
  • cudownie wygodny gryf
  • przepiękne drewno
  • wyjątkowość
Minusy:
  • ogromna różnica między sygnałem przystawek i bardzo cichy pickup mostkowy
  • cena
  • nieco kontrowersyjny dla niektórych design (mi nie przeszkadza)
Czym ją wozić:

Trudno odpowiedzieć na to pytanie, gdyż Pentabuzz zasługuje na najlepszy dostępny transport. Co jednak ciekawe, właściciel wozi ją... starszawym (ale zadbanym i od nowości pozostającym w rodzinie) Mondeo, co zresztą sugeruje bardzo sensowne podejście do kwestii priorytetów. Ja zaś zdecydowanie woziłbym ją Skanssenem. Co zresztą już zrobiłem. I zrobię jeszcze raz - tym razem, by oddać ją właścicielowi. Niestety.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Basowisko: Pedulla

Hello and welcome w dzisiejszym - ostatnim już w tym roku - odcinku zachwytu nad basową pornografią.

Kilka lat temu miałem ogromne szczęście polecieć z Night Rider Symphony do Chicagówka, gdzie  razem z tamtejszą Paderewski Orchestra uskuteczniliśmy gromki wykon w prestiżowym, premiumowym i multiinterfejsowym Harris Theater. Cały pobyt (z koncertem na czele) można spokojnie nazwać przygodą życia. Oczywiście, były też niedogodności - wożenie gratów samolotem bywa kłopotliwe a czasem wręcz niebezpieczne dla sprzętu. Dlatego zawczasu ogarnęliśmy sobie możliwość wypożyczenia instrumentów na miejscu. Zaznaczyłem, że potrzebuję porządnej piątki, najlepiej dwóch (progówki i fretlessa). Niestety udało się załatwić tylko jedną. Za to JAKĄ.

Tego, jaką, nie wiedziałem aż dotarliśmy na miejsce. Usłyszałem jedynie, że to dobry bas i że będę zadowolony.

I rzeczywiście. Byłem. Bo jak tu się nie cieszyć z możliwości pogrania na przepięknej Pedulli MVP 5?




Michael Pedulla jest jednym z najbardziej znanych i najwyżej cenionych amerykańskich lutników. Struga przepiękne instrumenty od 1975 (czyli zaledwie ok. 5 lat krócej niż czarodzieje z Alembica) a jednym z pierwszych modeli stworzonych przez niego był właśnie MVP. Od lat założenia w zasadzie się nie zmieniły - konstrukcja neck-thru-body z wykonanymi z pięknego klonu płomienistego skrzydłami korpusu doklejonymi do klonowego gryfu z dwuoktawową podstrunnicą. Sama podstrunnica bywała robiona z różnych drewien - na początku często zdarzał się palisander, od pewnego czasu jednak głównie spotykany jest heban. Z takiego też drewna była podstrunnica w "mojej" Pedulli. Nie zmienił się też kształt deski, przypominający nieco kleszcza lub ośmiornicę z kosmosu. Taki sam od lat pozostaje również dostawca elektroniki - od przełomu lat 70. i 80. jest to znana i lubiana firma Bartollini, która poza ogólnie dostępnymi modelami przygotowuje również przystawki specjalnie dla Pedulli. I ewidentnie robi to świetnie, gdyż brzmienie MVP 5 jest wprost fantastyczne.

Mówi się, że basy o konstrukcji NTB mają nieco "konturowe brzmienie" z podbitym dołem, który ma tendencje do rozlewania się na cały miks i bezlitosnego zamulania go. Mówi się, że nowoczesna aktywna elektronika przez jej naturalną kompresję morduje dynamikę instrumentu, czyniąc zabawę artykulacją bezcelowym wysiłkiem. Takie słowa padają z ust doświadczonych muzyków i realizatorów, których zdanie poważam i od których wiele się nauczyłem. Jednak... nie w przypadku Pedulli. Tak samo, jak Alembic, Pedulka ma swoje własne, charakterystyczne brzmienie, z pewnością bardziej nowoczesne niż w przypadku klasycznych konstrukcji Fendera, ale jest to sound zaskakująco naturalny. Pasywne przystawki Bartollini w dość popularnym (szczególnie w latach 80., gdy Pedulla MVP zdobywała popularność) układzie PJ przekazują w charatkterystyczny dla siebie, nieco "warkotliwy" sposób, wszystkie niuanse artykulacyjne. Co ciekawe, charakterystyczna dla tego układu rozbieżność między brzmieniem niższych i wyższych strun występuje w bardzo ograniczonym stopniu - owszem, da się ją zauważyć, ale nie razi. Generalnie do soundu nie dało się przyczepić.. Nie brakuje tu tak ważnego w gitarze basowej niskiego środka, są też pozostałe częstotliwości - w takich proporcjach, w jakich być powinny. A jeśli komuś te proporcje nie odpowiadają, może pobawić się ustawieniami aktywnego preampu opracowanego tak samo, jak pasywne przystawki w MVP, przez Billa Bartoliniego. Poza głośnością i balansem między przystawkami mamy tu regulację tonów niskich i wysokich oraz przełącznik którym można podbić lub obciąć środek. Ja wszystko ustawiałem na płasko - skoro działa doskonale tak, jak jest, to po co psuć? Zresztą było to 5 lat temu a ja nie dość, że byłem zbyt zaaferowany całą sytuacją (OBORZEOJEŻUSTANYCHICAGÓWEKKONCERTZAGRANICO), by skupiać się nawet na tak świetnym instrumencie, to jeszcze nie wiedziałem, że będę prowadził słitaśnego blogaska, na potrzeby którego warto zbadać wszystko jak najdokładniej. Inna rzecz, że nie za bardzo był na to czas.

Był za to czas na podziwianie doskonałej jakości wykonania MVP. Pod tym względem to podobna półka, co Alembic - wszystko wykonane jest niezwykle solidnie i z pochwały godną atencją co do detali. Trzymanie tego basu w łapach to po prostu przyjemność.

Co zatem nie było przyjemnością? Pewien kłopot z wyważeniem instrumentu - przez dość krótki górny róg Pedulla MVP 5 lekko "leci na główkę". Nie jest to jednak największa wada tego basu. Jest nią... cena. Inna rzecz, że instrument tej klasy po prostu musi kosztować swoje. I MVP oraz jej bezprogowy bliźniak, czyli Buzz (Pentabuzz w przypadku piątki, Hexabuzz w przypadku szóstki...) - jeden z najgenialniej brzmiących fretlessów w historii ludzkości - są warte każdego grosza.



Podsumowanie, czyli zady i walety:

Pedulla MVP 5 to typowa hi-endowa piątka: doskonale wykonana, szlachetnie (ale nie sterylnie!) brzmiąca i kosztująca równowartość nerki, płuca, nogi i połowy mózgu. Mimo podobnej konstrukcji to nieco inne zwierzę, niż dyponujący potężnym, bezlitosnym "dzwonem" Alembic. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest bardziej uniwersalna. Nie można stwierdzić, czy jest lepszym, czy gorszym basem, niż Essence - na tak wysokiej półce trudno o instrumenty posiadające istotne wady (poza ceną, rzecz jasna). Mi osobiście bardziej odpowiada "dominujący" charakter Alembica (pisałem już, że ma u mnie dożywocie?), ale nie zmienia to faktu, MVP jest wspaniałym instrumentem. I biorąc pod uwagę znane mi nagrania oraz charakter obu basów, gdybym miał wybrać jeden z nich, ale nie progówkę, tylko fretlessa, zdecydowanie skłaniałbym się ku mniej "fortepianowej", bardziej śpiewnej Pedulli.

Plusy:

* brzmienie - szlachetne, ale nie sterylne
* spora uniwersalność
* doskonała jakość wykonania
* wyjątkowość

Minusy:

* cena
* wyważenie (tendencje do lecenia na główkę)

Czym ją wozić:

W ejtisowym toptenie sugerowałem Cadillaca Eldorado. Jednak po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że jeszcze lepszy byłby Jeep Grand Cherokee pierwszej lub drugiej generacji. Obowiązkowo z V8 pod maską. Oj, woziłbym nim Pedulkę. I nie tylko.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Top 10: Ejtisy

Witam Szanowne Państwo.

Jak już wczoraj (a w zasadzie przedwczoraj - jest już grubo po północy) zapowiedziałem, będzie nowy cykl, a w nim tylko soczyste mięso prosto z Konstaru i pełen Wzwodzisław Śląski. Obietnicy niniejszym dotrzymuję, choć z prawie dwugodzinnym poślizgiem (żadnego wpisu nie tworzyłem tak długo): co pewien czas będę prezentował 10 najlepszych czegoś tam w jakiejś tam kategorii (Jezusie Świebodziński, jaki jestem oryginalny, NIKT nie wpadł przede mną na taki pomysł, poproszę Nagrodę Wedla). Oczywiście mojem skromnem zdaniem, ale jako, że mam wyśmienity gust zaś moja racja jest mojsza niż twojsza, można będzie wszystkie moje wywody spokojnie przyjąć jako aksjomat oraz Nową Prawdę Objawioną. I to jest moja opinia, i całkowicie się z nią zgadzam.

Dobrze, jedźmy zatem z tym koksem (wciągniętym w międzyczasie przez niejakiego Zenona S. w kiblu podczas baletu w klubie Blue Star).

Dziś będzie kolorowo, plastikowo, dziwaczne fryzy oraz bas pod szyją i kciuk w górze, wszystko to podczas bujania się do rytmu "Fade To Grey", "Too Shy" i "Lessons In Love" (te dwa ostatnie niszczą wszechświaty linią basu, tak bajdełej). Czyli lata osiemdziesiąte. Przyznaję bez bicia - kocham tamtą dekadę, szczególnie jej pierwszą połowę. New Romantic, pocieszne stroje, te rzeczy. Te lata przypadały na moje dzieciństwo, wtedy też zaczynała się rodzić moja miłość do muzyki. I właśnie wtedy w nagraniach muzyki cerkiewnej (znanej jako pop) królował bas. Klangowało się wtedy niemiłosiernie - Mark King i Nick Beggs to kosmici, wielbię ich - a i na fretlessie dużo się działo (nieodżałowany Mick Karn czy mój osobisty idol, mistrz Pino, który teraz gra już zupełnie inaczej ale nadal cudownie, nie potrzebowali progów). Dlatego na początek strzelam z grubej rury: Top Ten Basów z Lat Osiemdziesiątych.

10. Steinberger

Steinberger XL-2 - zdjątko ze strony http://www.myrareguitars.com/10-most-important-electric-basses

Nie zrozumcie mnie źle - jak 99% osób z choćby szczątkowym poczuciem estetyki, uważam, że ten bas jest dramatycznie, boleśnie, brutalnie szpetny. Do tego jego brzmienie... hmmm... W zasadzie trudno mówić o istnieniu tego dość istotnego w przypadku instrumentów muzycznych aspektu w odniesieniu do tego wynalazku.

Jednak musiał się tu znaleźć. Dlaczego?

Otóż dzieło Neda Steinbergera, słynny model XL-2, było rewolucją. Steinberger jako pierwszy przedstawił monolityczną, bezgłówkową konstrukcję z włókna węglowego ze szczątkowym korpusem i aktywnymi przystawkami. Próby skonstruowania bezgłówkowego instrumentu były podejmowane już wcześniej, m.in. przez Fendera (powstał bodajże jeden prototyp), aktywna elektronika została skonstruowana już dekadę wcześniej przez Rona Wickershama, współzałożyciela legendarnej firmy Alembic, a grafitowe gryfy jako pierwszy zaczął produkować Geoff Gould z Modulusa, ale to Steinberger połączył to wszystko razem, dodając opatentowany przez siebie mostek połączony z systemem naciągu strun oraz w zamyśle ergonomiczy zminimalizowany korpus. Pomysł chwycił - i to jak! Steinberger XL-2 stał się niemalże ikoną lat 80. - używali go m.in. Guy Pratt, Geddy Lee (przez krótki czas) i wielu innych basistów znanych zespołów. Wystarczy obejrzeć trochę klipów z tamtej dekady - w wielu z nich zobaczymy to dziwaczne, paskudne ustrojstwo. XL-2 zainspirował też inne firmy oraz lutników i wkrótce bas bezgłówkowy stał się muzycznym symbolem dekady.

Czym go wozić:

Wrzuć go na tylną półkę w Maluchu i ruszaj. 

9. Ibanez Roadster/Roadstar

Katalog Ibaneza Roadstera - wzięty ze strony http://blog.goo.ne.jp/span_21/e/8a9ad791d084b3db2231d1a6de021657
Firma Ibanez stała się znana w latach 70. jako producent kopii Fenderów i Gibsonów - tzw. "lawsuit copies". Kopii, zaznaczyć należy, bardzo udanych, co z oczywistych powodów bardzo zdenerwowało wytwórców oryginałów... Po serii procesów sądowych Japończycy stwierdzili, że bardziej opłaca się opracować własne konstrukcje, co okazało się być świetnym pomysłem.

Dlaczego Roadster i jego następca, czyli Roadstar, a nie instrumenty z wyższej półki, czyli np. Musician? Otóż te niższe serie stały się sposobem na posiadanie świetnie brzmiących i wykonanych basów i gitar za bardzo rozsądne pieniądze. Większość basów z tych serii było wyposażonych w bardzo popularny w latach 80. układ PJ, wszystkie zaś były skonstruowane z dobrych jakościowo klasycznych drewien (głównie jesion i klon) i wyposażone w solidny osprzęt. I brzmiały bardzo zacnie. Wystarczająco zacnie, by korzystali z nich m.in. Steve Harris z Iron Maiden (nie wierzycie to obejrzyjcie sobie klip do "Run To The Hills") czy John Wetton. Do tego wyglądały świetnie - symetryczna, rozszerzająca się ku górze główka tego modelu to chyba mój ulubiony kształt. Te basy podobały mi się tak bardzo, że sam kiedyś taki kupiłem... I do dziś żałuję, że pozbyłem się go. Może jeszcze kiedyś...

Mój Roadster - zepsuty przez poprzedniego właściciela przystawkami EMG... Ale i tak był świetny.
Czym go wozić:

Stara Mazda 626 (jeszcze tylnonapędowa) będzie w sam raz.

8. Pedulla Pentabuzz

Pedulla Pentabuzz pożyczona ze strony http://www.talkbass.com/forum/f182/pedulla-pentabuzz-5-string-fretless-ireland-469903/

W latach 80. zaczął się szał na basy hi-endowe (zwane przez niektórych butikowymi) oraz bezprogowe. 5-strunowe basy nie były jeszcze popularne, ale zaczynały być widoczne. Jeden znany lutnik połączył wszystkie te trendy. Był nim Michael Pedulla.

Pierwsze basy Pedulli powstały już w latach 70., zaś jego produkowana do dziś flagowa seria MVP została zaprezentowana ok. 1976 roku. Dwa lata później, specjalnie dla Marka Egana i Tima Landersa, została stworzona bezprogowa wersja MVP, nazwana Buzz. Mark Egan był zainspirowany grą legendarnego Jaco Pastoriusa (nawet wziął kilka lekcji u niego), więc naturalną koleją rzeczy była koncentracja na fretlessie. Jednak Pedulla Buzz była zupełnie innym zwierzęciem, niż Jazz Bass, na którym grał Jaco. Gryf wklejany przez całą długość korpusu (neck-through-body), w pełni klonowa konstrukcja za wyjątkiem pokrytej poliestrowym lakierem hebanowej podstrunnicy oraz przystawki Bartollini w układzie PJ - wszystko to sprawiało, że Buzz miał bardzo charakterystyczne brzmienie, które szybko znalazło wielu wielbicieli, mimo, że różniło się od klasycznego, śpiewnego soundu olchowo-klonowo-palisandrowego Jazza nazwanego Bass Of Doom.

W latach 80. coraz częściej pojawiały się basy 5-strunowe. Co prawda istniały już w połowie lat 70. (pierwszego zamówił niejaki Jimmy Johnson u czarodziejów z Alembica), a nawet wcześniej (Fender Bass V nie był jednak wyposażony w niskie H), ale dopiero elektroniczne brzmienia kolejnej dekady zachęciły mniej tradycyjnie myślących basistów do zejścia poniżej E. Świetne piątki robili już wspomniany Alembic oraz coraz bardziej ceniony Michael Tobias, ale pierwszym naprawdę rozpoznawalnym pięciostrunowym fretlessem, kochanym przez basistów na całym świecie, stała się właśnie wyposażona w dodatkową strunę bezprogowa Pedulla, nazwana Pentabuzz.

Czym ją wozić:

Ten bas jest robiony do dziś i kosztuje straszne pieniądze. Samochód, w którym najlepiej by się czuł co prawda nie jest już produkowany, ale stylem i ceną pasowałby do Pedulli. Jest to Cadillac Eldorado z lat 80.

7. Kubicki Ex-Factor

Kubicki Ex-Factor - fotka ze strony http://stuartclayton.com/gear/kubicki-ex-factor/
Kolejne dziwadło o dyskusyjnych walorach estetycznych... Powiedzmy sobie szczerze - lata osiemdziesiąte pełne były takich gwałcących estetykę wynalazków. Jednak ten był wyjątkowy.

Philip Kubicki miał świetny pomysł: skoro basy bezgłówkowe stają się popularne a do tego coraz więcej basistów schodzi poniżej E, przy czym wielu nadal z rezerwą podchodzi do konceptu piątej struny, niegłupio byłoby dać im dostęp do niższych dźwięków w czwórce. Na podobny pomysł wpadli mili państwo z firmy Hipshot, prezentując na początku lat 80. słynny (i do dziś produkowany) Xtender, jednak obniżał on strój do tzw. drop D, przez co pozycje na gryfie przesuwały się - przynajmniej na strunie E. Nie każdemu to odpowiadało (na pewno nie mi - NIENAWIDZĘ dropów). Kubicki korzystając z braku główki po prostu przedłużył "kikut" i dodał dwa niższe progi na strunie E oraz kapodaster. Zwalniając go, basista grający na Ex-Factorze zyskiwał dostęp do dwóch dodatkowych dźwięków - Es i D. Do tego bas zachowywał swe kompaktowe rozmiary dzięki menzurze na "podstawowych" progach
skróconej do 32" (po zwolnieniu kapodastera menzura całej najniższej struny przedłużała się do 36"). Pomysł genialny w swej prostocie.

Niestety, design był już nieco przekombinowany. Olchowy korpus przybrał kształty... powiedzmy - kontrowersyjne. Dziwacznym pomysłem był też gryf sklejony z ponad 30 klonowych listewek. Toż to w zasadzie sklejka! Na szczęście to wszystko, uzupełnione hebanową podstrunnicą, działało. Stu Hamm - basista Joe Satrianiego - uznał, że to wystarczająco dobry instrument dla niego. A znaczy to, że musiał być dobry.

Czym go wozić:

To dość dziwaczny bas, więc zasługuje na dość dziwaczny samochód. Najlepiej amerykański, gdyż Ex-Factor powstał właśnie w Stanach. Dobrym wyborem będzie Buick Riviera z '85 roku, wyposażony w ukochany wynalazek tamtej dekady: elektroniczną tablicę rozdzielczą.



6. Yamaha BB



Oba zdjęcia ukradzione radośnie ze strony http://www.izuminaoya.com/bass-gear.html

Tu w zasadzie nie trzeba zbyt wiele pisać. BB to chyba najbardziej znana basowa seria Yamahy. Bardzo szeroka seria. Instrumenty o dość klasycznej linii (choć bardziej zaokrąglonej od Fenderów), większość miała pasywne przystawki w układzie PJ (choć zdarzały się modele tylko z jedną przystawką P a w późniejszych wersjach również z układem JJ i humbuckerami), praktycznie wszystkie były wykonane z olchy (korpus), klonu (gryf) i palisandru (podstrunnica). Istniały wersje bolt-on (z przykręconym gryfem) i neck-thru, z pasywną i aktywną elektroniką, był też jeden z pierwszych popularnych basów 5-strunowych (BB 5000)... Wszystkie, oprócz podobnego wyglądu i użytych drewien miały jeszcze dwie wspólne cechy: świetną jakość wykonania i bardzo dobry, sprawdzający się w większości sytuacji sound. Wystarczająco dobry, by główną broń uczynił z niej Michael Anthony i dziesiątki świetnych basistów sesyjnych.

Czym ją wozić:

To solidny, praktyczny bas, więc zasługuje na solidny, praktyczny samochód. Oczywiście japoński. Taki, jak np. Toyota Carina kombi.


5. Alembic Spoiler

Zdjątko znalezione na http://en.wikipedia.org/wiki/File:1988_Alembic_Spoiler_Coco_Bolo_guitar.jpg

Tak, jakiś Alembic po prostu musiał się tu znaleźć. Lata 80. były tak naprawde dekadą Alembica - to wtedy basiści rzucili się tłumnie na drogie, hi-endowe basy z wklejanym gryfem i aktywną elektroniką, a król tej klasy instrumentów jest tylko jeden i jest nim właśnie Alembic. Instrumenty tej właśnie firmy zapoczątkowały ów trend, i to ona do dziś pozostaje pewnego rodzaju wzorcem.

Dlaczego zatem Spoiler a nie wyższe, jeszcze droższe modele, czyli Series I i II? Po pierwsze Spoiler był pierwszym ukłonem Alembica w stronę tych basistów, którzy nie potrzebowali 200 przełączników i 800 potencjometrów, nie chcieli (lub nie mogli) wydać równowartości dobrego samochodu na instrument, a pokochali to charakterystyczne brzmienie Alembica. I dostali bas, który był w zasadzie wszystkim, czym jest Alembic, ale sprowadzonym do najbardziej podstawowych elementów: konstrukcja ntb z klonowym gryfem przechodzącym przez mahoniowy korpus ozdobiony z wierzchu pięknym, egzotycznym drewnem (wybór był szeroki), 24-progową hebanową podstrunnicę, tę klasyczną, niepowtarzalną alembicowską elektronikę (2 aktywne "mydełka" połączone z filtrem) oraz niezrównaną jakość wykonania. Do tego nieco skrócona menzura (32") i nowy design główki (tzw. cone, czyli stożek). Wszystko to razem dawało instrument prostszy, nie tak wymyślny jak modele z najwyższej półki, ale nadal wysmakowany i niepowtarzalnie brzmiący. W tym właśnie brzmieniu zakochali się m.in. Brown Mark z zespołu Prince'a i niezapomniany Cliff Burton. A to o czymś świadczy.

Czym go wozić:

Szlachetny bas zasługuje na szlachetny środek transportu. Najlepiej równie charakterny. Dlatego najbardziej będzie pasować do Corvette w jej ejtisowym wcieleniu C4.


4. Music Man StingRay 5


Ten śliczny egzemplarz Music Mana SR5 był na sprzedaż na forum BassChat - konkretnie tu: http://basschat.co.uk/topic/44707-musicman-stingray-5-string-3eq-bass/


Najbardziej znane brzmienie Music Mana z lat osiemdziesiątych wychodziło spod palców jednego z moich absolutnych mistrzów - niejakiego Pino Palladino. I była to bezprogowa czwórka, która w jego rękach przepięknie śpiewała. Jednak to nie ten bas był najważniejszym modelem Music Mana w dekadzie ostrego makijażu i idiotycznych krojów spodni, tym bardziej, że powstał jeszcze w latach siedemdziesiątych. Był nim za to StingRay 5.

Po koniec lat 80. piątki stawały się coraz szerzej akceptowane. Produkowali je na mniejszą czy większą skalę Alembic, Ibanez, Pedulla, Tobias i Yamaha, pięciostrunową wersję wspaniałego Mach II zaprezentował również Wal. Natomiast to właśnie Music Man uczynił ten format naprawdę popularnym.

StingRay, dzieło wielkiego Leo Fendera, był znany już od 1976 roku, szybko stając się jednym z ulubionych instrumentów basistów na całym świecie. Był solidnie wykonany, zaś jesionowa decha z przykręcanym klonowym gryfem i klonową lub palisandrową podstrunnicą połączone z umieszczonym blisko mostka humbuckerem sprzężonym z aktywną elektroniką dawały w rezultacie charakterystyczne brzmienie doskonale nadające się do klangu, stającego się podówczas nader popularną techniką. Zaprezentowany około 1987 roku model StingRay 5 oprócz dodatkowej, niskiej struny otrzymał również możliwość rozłączania cewek w przystawce, co wpłynęło na zwiększenie możliwości brzmieniowych. Pięciostrunowy Music Man szybko zyskał ogromną popularność, stając się główną bronią w rękach tak fenomenalnych muzyków, jak mistrz Tony Levin. I to wystarczający powód, by znalazł się tak wysoko w rankingu najważniejszych basów dekady.

Czym go wozić:

Popularny amerykański bas poczuje się dobrze w popularnym amerykańskim samochodzie. Ford Taurus SW (kombi) lub Jeep Cherokee będą jak znalazł.

3. Aria Pro II SB-1000


Ten przepiękny egzemplarz Arii mieszka... na Białorusi: http://www.bassbel.com/forums/topic.php?forum=1&topic=102
Wchodzimy na podium. Tu już nie ma żartów - przed nami trzy basowe ikony tamtych lat. Basy, które zachwycają bezbłędną stylówą, jakością wykonania i brzmieniem.

Aria Pro II była flagową marką Matsumoku - japońskiego konsorcjum słynącego z produkcji świetnej jakości instrumentów. Najbardziej znaną i cenioną serią basów Arii była linia SB, zaś jej topowym modelem - legendarny SB-1000. SB to - wbrew niewesołym skojarzeniom - skrót od "Super Bass". I te basy naprawde były super: najmodniejsza podówczas konstrukcja neck-thru, doskonałej jakości drewna (skrzydła korpusu z jesionu, gryfy z klonu przekładanego bodajże mahoniem, podstrunnice zazwyczaj z palisandru), solidny osprzęt, przystawki typu humbucker - to wszystko składało się na te znakomite instrumenty. SB-1000 miała jednego humbuckera w środkowej pozycji (tzw. sweet spot) i ciekawą aktywną elektronikę z obrotowym przełącznikiem trybów działania. Znam ludzi, którzy twierdzą, że tego typu konstrukcja po prostu się nie sprawdza, jednak tu brzmienie było rewelacyjne. Wystarczy powiedzieć, że takie właśnie basy wybrali m.in. Trevor Horn (później legendarny producent) podczas nagrywania 2 płyt z The Buggles, Pete Trewavas z grupy Marillion, ś.p. Cliff Burton (po tym, jak skradziono mu Alembica) i fenomenalny John Taylor z Duran Duran.

Czym ją wozić:

Trudny wybór. Stawiałbym na szlachetnego japończyka z tamtych lat (Złomniku, pomóż!!!)... Mógłby być Mitsubishi Galant - najlepiej Lambda.


2. Status Series 2


Przepiękna rodzinka Statusów znaleziona tu: http://basschat.co.uk/topic/25170-get-your-status-graphite-basses-out/page__st__200


Gdy pisałem, że Ned Steinberger zainspirował swą konstrukcją innych twórców instrumentów, miałem na myśli przede wszystkim Statusa. Ta brytyjska firma doprowadziła koncept bezgłówkowego basu z grafitowym gryfem do perfekcji. Instrumenty owe nie tylko miały charakterystyczne, w pełni użyteczne, pasujące do wielu gatunków muzycznych i technik brzmienie, ale też - w przeciwieństwie do basów Steinbergera - świetnie wyglądały. Do gryfu z włókna węglowego były doklejane skrzydła korpusu wykonane z mahoniu, orzecha lub jesionu, z pięknymi topami z wzorzystych drewien. Pasywne humbuckery były sprzężone z aktywną elektroniką. Do tego estetyka wręcz ociekająca ejtisowym klimatem... Nic dziwnego, że na basach Statusa grali (i grają nadal) tak genialni muzycy, jak Mark King czy Guy Pratt...

Czym go wozić:

W kwestii Statusa wyłamię się ze schematu. Nie będę ładował go w angielskie bryki. Jednak samochód, którym będzie wożony, musi mieć podobny klimat i masę charakteru... Myślę, że klasyczny Saab 900 ("Krokodyl") lub Citroen CX nadałyby się doskonale.


1. Wal Mach I i II




Tak, król może być tylko jeden. I jest nim ociekający atmosferą lat 80. Wal.


Firma Wal (a w zasadzie Electric Wood) została założona w latach 70. przez Iana Wallera i Pete'a Stevensa. Od początku robili oni basy z wysokiej półki, lecz popularność przyszła na początku lat 80 wraz z fenomenalnym modelem Mach I. Miał on mahoniową deskę z topem z egzotycznego drewna i przykręcony do niej klonowy gryf z palisandrową (w wersji progowej) lub hebanową (fretless) podstrunnicą. Całość uzupełniała niezwykła elektronika: dwa autorskiej konstrukcji humbuckery połączone z aktywnymi filtrami, po jednym dla każdej przystawki. Filtry miały przełączany zakres działania poprzez pociągnięcie danego potencjometru. Wszystko to sprawiało, że basy Wala brzmiały bardzo charakterystycznie. W zdecydowanie pozytywnym tego słowa znaczeniu. Brzmienie było mocne, wyraziste i szlachetne - głównie dzięki zastosowaniu najlepszych, sezonowanych drewien. To brzmienie urzekło zmarłego na początku zeszłego roku Micka Karna - z bezprogowego Wala wydobywał dźwięki nie do pomylenia z kimkolwiek innym. Na Walach grał także Geddy Lee (zarówno Mach I jak i smuklejszy, wyposażony w 24-progowy gryf Mach II) a obecnie używają ich m.in. Justin Chancellor z Toola (głównie Mach II) i Jeff Ament z Pearl Jam (fretless). W swojej kolekcji bas tej szlachetnej marki ma też Paul MacCartney - jest to pięciostrunowy Mach II (jedyna piątka tego legendarnego basisty).

Niestety, założyciele marki już nie żyją - jednak firma po kilku latach przerwy w działaniu została zreaktywowana. W międzyczasie starsze Wale zdążyły mocno zyskać na wartości - ich ceny są aktualnie astronomiczne...

Wal zawiera w sobie wszystko, co było najlepsze w latach 80. - niepowtarzalną stylistykę, brzmienie i charakter pozwalający wysunąć się gitarze basowej na front. W wersji Mach II jest do tego jednym z najpiękniejszych instrumentów, jakie kiedykolwiek powstały. Dlatego musiał znaleźć się na czele tego zestawienia.

Czym go wozić:


Najlepszy bas zasługuje na najlepszy transport. Lub przynajmniej odpowiadający jego charakterowi. Dlatego woziłbym go Jaguarem XJS, Daimlerem Sovereign... czy choćby nawet Rollsem. Jest tego wart.

Dobranoc.