Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yamaha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yamaha. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 lutego 2018

Basowisko: w poszukiwaniu fretlessa

No i stało się. Ibanez wywędrował do Walii (gdzie, wedle słów nowego właściciela, prawdopodobnie był sprawcą niedawnego trzęsienia ziemi), zaś na moim statywie zabrakło bezproga.

Nie było wyjścia - trzeba było poszukać następcy.

Nie miałem konkretnych wymagań poza przystawką przy mostku (bo w zasadzie tylko z niej korzystam grając na fretlessie - acz wyjątkiem byłby układ PJ), fretline'ami (lub przynajmniej markerami z brzegu podstrunnicy, ale koniecznie w miejscu wszystkich progów) i, rzecz jasna, śpiewnym brzmieniem oraz dłuższym niż w Ibku sustainem. Drewna - po prostu lutnicze, najchętniej tradycyjny (a wręcz tradycjonalistyczny) zestaw olcha/klon/palisander, ale też nie odrzucałem innych opcji. Elektronika - zdecydowanie pasywna, ale jeśli trafiłby się fajny aktyw to też czemu nie. Liczba strun - może być 4, może być 5, acz ostatnio znów troszkę mnie ciągnie do piątki. Generalnie dość liberalne podejście do tematu.

Została jeszcze tylko kwestia ceny. Bo, jak wiadomo, budżet był ograniczony.

Zacząłem tedy poszukiwania. Brałem również pod uwagę przeróbkę, jednak jej koszt w połączeniu z długością prac mocno zniechęcały, dlatego skupiłem się na gotowych fretlessach. Wśród nich wpadła mi w oko pewna urokliwa, odprogowana Yamaszka. Praktycznie wszystko w niej się zgadzało: optymalny dla bezproga zestaw drewien, pasywne bebechy, markery w miejscach progów, no i jeszcze bonus w postaci piątej struny. A do tego wszystkiego cena ze sporym zapasem mieściła się w budżecie. Bas był w Skierniewicach, czyli ledwie godzinę drogi od Warszawy - jednak nie bardzo miałem ochotę telepać się ponad 80 km w jedną stronę tyko po to, by ograć sprzęt, co do którego nie wiedziałem jeszcze, czy go kupię.

Mam jednak kolegę, który w swym arsenale ma identyczną. I rezyduje w mieście stołecznym.

I zgodził się mi ją pożyczyć.


Pierwsze, co można powiedzieć o Yamaszce BB G5, to to, że jest ładna. Naprawdę ładna. Miałem zresztą kiedyś podobny model Yamahy - acz w wersji aktywnej, za to bez ozdobnego topu. I również w tamtej, nieco skromniej wyglądającej wersji prezentowała się nader zacnie. Klasyczne kształty niebędące jednak zrzyną z najpopularniejszych konstrukcji, dobrze dobrane proporcje, wizualne dopieszczenie detali - wszystko to sprawia, że na instrumenty z serii BB patrzy się z przyjemnością. Tu zaś mamy jeszcze lakier o wyjątkowo ładnym odcieniu niebieskiego i wzorzysty top. Niestety, to właśnie on stanowi pewien dysonans - a w zasadzie nie on sam, tylko świadomość, że... nie jest prawdziwy. To, co wygląda, jak warstwa pięknego wzorzystego klonu, to tak naprawdę coś w stylu fototapety. Podobny patent stosował również w latach 90. Fender oferując gitary z wykończeniem zwanym Fotoflame. No cóż, w tej półce cenowej trudno oczekiwać, że dostaniemy prawdziwe wzorzyste drewno.


Jeśli chodzi o konstrukcję, BB G5, jak wszystkie Yamahy z serii BB od połowy lat 90., jest ze wszech miar klasyczna. Do olchowego korpusu przykręcony jest klonowy gryf z palisandrową podstrunnicą (pozbawioną progów przez jednego z poprzednich właścicieli), zaś elektronikę stanowią w tym przypadku dwie pasywne przystawki z regulacją głośności za pomocą dwóch osobnych potencjometrów. Do tego jeszcze pasywne pokrętło tonów, służące do obcinania górnego pasma, i... tyle. I tyle wystarczy.


To, co bardzo pozytywnie zaskakuje w BB G5, to lekkość i komfort. Decha jest odpowiednio wyprofilowana, gryf, choć dość szeroki, dobrze leży w dłoni, a całość nie łamie kręgosłupa. Oznacza to, że pod względem manualnym jest to bardzo dobry instrument dla tzw. muzyka pracującego. Innemi słowy, chałturnika.

Niestety, brzmienie nie stoi na tak wysokim poziomie, jak wygoda gry czy estetyka.


Żeby nie było wątpliwości - sound niedrogiej Yamaszki absolutnie nie jest zły. Powiem więcej - jest zupełnie przyzwoity. Tyle, że... na tle jej klasy cenowej.

Na początku byłem wręcz bardzo zaskoczony, ogrywając bezprogową BB u jej właściciela. Zarówno na sucho, jak i po podłączeniu, brzmienie było przekonująco pełne i śpiewne, jak na fretlessa przystało. Niestety, po zataszczeniu Yamahy na próbę i zagraniu z całym zespołem okazało się, że soundomierzowi brakuje nieco głębi i soczystości, które pozwalałyby przekonująco "siedzieć w miksie". Dół był mało mięsisty, środek nieco zbyt płaski, zaś w górnym paśmie zabrakło nieco definicji. Oczywiście może być to również wina palców operatora - w rękach właściciela Yamaszka odzywa się całkiem nieźle. Chociaż i tutaj nie słychać zbyt dużo fretlessowej śpiewności.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

Yamaha BB G5 nie występowała w naturze jako fretless. Jako progówka była po prostu przyzwoitą, wygodną, niedrogą piatką. Po odprogowaniu okazuje się... przyzwoitą, wygodną, niedrogą bezprogową piatką. Jednak trzeba tu podkreślić słowo "niedroga". W cenie, w jakiej można kupić ją na rynku wtórnym (na pierwotnym już nie występuje - produkcja zakończyła się przynajmniej 10 lat temu), podpada pod kategorię basów budżetowych. I w tej kategorii jest bardzo dobrym instrumentem. Jeśli zatem nie grasz za często na bezprogu i nie jest ci potrzebny lepszy instrument lub po prostu chcesz nauczyć się grać na fretlessie ale wolisz na początku nie inwestować zbyt dużo, nadal widniejąca na OLX-ie Yamaszka jest bardzo dobrym wyborem. Jeśli jednak masz już nieco wyższe wymagania, być może wystarczyłaby zmiana przystawek (np. na nasze krajowe Merliny lub Hathory). Ale podejrzewam, że w takim wypadku trzeba by było jednak dołożyć parę złociszy na wyższej klasy instrument.

Co zresztą uczyniłem. Ale o tym w swoim czasie.


Plusy:
  •  komfort gry
  • estetyka
  • przyzwoite wykonanie
  • relacja cena/jakość
Minusy:
  • nieco płaskie brzmienie 
  • udawany top

Czym ją wozić:

Jest to sympatyczny, niedrogi instrument azjatyckiego pochodzenia i takim też samochodem można ją wozić. Właściciel transportuje ją Fabią kombi, ja jednak uważam, że idealnym wozidłem byłby 5-drzwiowy Civic VI.

piątek, 10 listopada 2017

Basowisko: Radosna Basowa eXcytacja

- Masz tu kasę i kup mi bas. Jak zmieścisz się poniżej tysiaka, będzie fajnie - powiedział mój dobry, niewidziany od lat kumpel, po czym wręczył mi 1200 złotych polskich i wysłał w drogę.

Zadanie wydawało się proste: zanabyć niedrogą basetlę dla kolegi, który ma już w domu skrzypce, gitarę akustyczną, trąbkę i ukulele i stwierdził, że do kompletu brakuje mu właśnie basu. Cóż w tym skomplikowanego? W zasadzie niewiele - nawet biorąc pod uwagę upodobania kolegi, który stwierdził, że najfajniej będzie, jeżeli gitara będzie czarna.

No cóż - wykonanie pozornie prostego zadania, które miało zająć trzy dni, rozciągnęło się na trzy tygodnie. Częściowo z powodu zaskakująco słabej oferty na portalach aukcyjnych i inszych internetowych zakamarkach pokątnego handlu basówkami, częściowo zaś dlatego, że... sam sobie zadanie skomplikowałem stwierdzając, że w kwocie niewiele ponad 1k zmieszczę się z basem i piecem.

I wiecie co?

Udało mi się.

Co ciekawe, zacząłem od końca - czyli od wzmacniacza.


Dwustuwatowe combo za 500 zł? WCHODZĘ W TO JAK LENIN W KRUPSKĄ, stwierdziłem znalazłszy ogłoszenie z polskiej produkcji piecem, do tego zlokalizowanym w Warszawie. Szybki telefon do sprzedającego, potem, kilka dni później, krótka wizyta we Włochach - i w pełni sprawny Hand Box Crush Bass 200 spoczął w bagażniku Skanssena. Jasne, nie jest to szczyt marzeń koncertującego basisty, ale jako pierwsze w życiu combo dla basisty-amatora jest to wyśmienity sprzęcior. 15-calowy głośnik napędzany 200-watowym wzmacniaczem z nawiązką spełnia wszelkie wymagania, jakie może mieć weekendowy adept basu, tym bardziej, że - jak na tak budżetowy sprzęt - okazał się brzmieć zaskakująco dobrze. Może nieco brakuje mu gwizdka, ale... nie ma co narzekać. 500 zł za całkowicie sprawne, polskie combo w pełni wystarczające, by opędzić niewielki koncert? Naprawdę fajny deal.

No dobra, jednak sam wzmacniacz to troszkę za mało - tym bardziej, że podstawowym zadaniem było zorganizowanie basu.

Wizyty na Alledrogo, OLX-ie i fejsowych grupach nie przynosiły ciekawych rezultatów - szczególnie jeśli miałem zmieścić się w budżecie. Coraz bardziej skłaniałem się ku ultrabudżetowemu Harleyowi Bentonowi PB-50 z Thomanna, jednak któregoś dnia na Alledrogo pojawiła się aukcja, której przedmiotem była całkiem urodziwa Yamaha RBX 250 - jeszcze ze starej serii z rzędową główką. Do tego czarna, czyli taka, jaką chciał kolega. 

Kilka dni później aukcję udało się wygrać za kwotę, dzięki której zmieściłem się w budżecie ze wszystkim. Yamaszka, zgodnie z opisem zapakowana w stary lecz wciąż w pełni funkcjonalny futerał, przybyła do mnie.


Od razu wróciły wspomnienia sprzed ponad 20 lat. To właśnie RBX był jednym z moich marzeń zanim udało mi się kupić mój pierwszy bas. A teraz mogłem wreszcie spędzić z nim kilka chwil.

Na pierwszy rzut widać, że to prosty instrument: jedna pasywna "preclowa" przystawka, do tego potencjometr głośności i tonu, dziękuję do widzenia. Zupełnie, jak w Precisionie, na którym RBX 250 jest konstrukcyjnie (choć nie wuizualnie) wzorowany. Do tego klonowy gryf z 22-progową palisandrową podstrunnicą przykręcony za pomocą czterech śrub do zgrabnego, wykonanego prawdopodobnie z olchy korpusu - i tyle. Więcej tak naprawdę nie trzeba.


RBX jest przede wszystkim wygodny, co stanowi niebagatelną zaletę, nie tylko w przypadku instrumentów skierowanych głównie do początkujących muzyków. Bas jest lekki, gryf dobrze leży w dłoni, zaś decha jest komfortowo wyprofilowana. Naprawdę trudno się tu do czegokolwiek przyczepić. Nie da się również wiele zarzucić jakości montażu - Yamaszka jest solidnie skręcona, progi po ponad 20 latach są w przyzwoitym stanie, zaś potencjometry nie trzeszczą. Jedynie lakier z tyłu korpusu sugeruje, że bas nie leżał przez cały ten czas w futerale.

Jedyne, do czego mam zastrzeżenia to... końcówka pręta napinającego gryf. W starym RBX-ie wymaga ona innego klucza, niż standardowy kluczyk ampulowy. Na szczęście gryf był prosty i nie wymagał korekt, dzięki czemu zaoszczędziłem sobie wycieczki do OBI.


Brzmieniowo jest... nieźle.

RBX 250 to bas o bardzo tradycyjnej konstrukcji, wykonany z tradycyjnych drewien, więc i brzmienie jest dość tradycyjne. Ze względu na budowę instrumentu i umiejscowienie przystawki sound można przyrównać do Fendera Precisiona - oczywiście nie jest to ta sama półka, również charakter jest trochę inny. Brzmienie Yamahy jest nieco "sztywniejsze" od klasycznego "Precla", troszkę brakuje mu ciepła oryginału, jednak można określić je jako uniwersalne. Szczególnie dobrze może pasować do wszelkich okołorockowych klimatów.

Oto kilka próbek (niestety tym razem nie na Soundcloudzie, który z niewiadomych powodów odmówił współpracy):

1. Palce, potencjometr tonu rozkręcony na 100%


2. Palce, potencjometr tonu skręcony do zera


Voice Recorder >>

3. Kostka, potencjometr tonu rozkręcony na 100%


Record music with Vocaroo >>

4. Kostka, potencjometr tonu skręcony do połowy




Voice Recorder >>

5. Kciuk, potencjometr tonu rozkręcony na 100%


Voice Recorder >>

6. Tapping, potencjometr tonu rozkręcony na 100%, troszkę chorusa do podbarwienia brzmienia




Podsumowanie, czyli zady i walety:

Yamaha RBX 250 to prosty, niedrogi bas - jednak, jak się okazuje, nawet taki instrument może okazać się zupełnie zacny. Receptą na sukces jest tu prosta, sprawdzona konstrukcja: cały budżet idzie tu na podstawowe komponenty, ale to właśnie one decydują o jakości brzmienia. A RBX, choć nie może pretendować do miana profesjonalnego sprzętu, nie brzmi jak bas za kilkaset złotych. Nawet wtedy, gdy podłączy się go do pieca za kilkaset złotych.


Plusy:

  • wygoda i ergonomia
  • prosta za to skuteczna konstrukcja
  • jakość wykonania
  • świetny stosunek ceny do brzmienia

Minusy:
  • nietypowa nakrętka pręta mocującego gryf
  • ciężko chodzące klucze
  • nieco za mało ciepłe brzmienie (acz w tej klasie i tak jedno z lepszych, z jakimi się spotkałem)

Czym ją wozić:

Tani, azjatycki bas spokojnie może być wożony tanim, azjatyckim samochodem. Np. Hyundai Atos będzie całkowicie wystarczający - choć sztywny futerał może nie wejść do jego bagażnika.

sobota, 16 września 2017

Multibasowisko: druga wycieczka do Torunia

Czasami pewne sytuacje wymagają zdecydowanych rozwiązań.

Na ten dany przykład - potrzeba siusiania w domu zamiast pod drzewkiem pociąga za sobą konieczność instalacji kibelka. Chęć wyjścia na spacer wiąże się z zasadnością wzucia obuwia. Tęsknota za danym brzmieniem połączona z perspektywą nagrań, na których owo brzmienie może się całkiem nieźle sprawdzić, sprawia, że sensownym staje się zakup sprzętu, z którego dany soundomierz można uzyskać.

Na przykład Jazza.

Tak - Jazza, i to spod znaku Wielkiego F, kiedyś już miałem, po czym nastąpiła spowodowana koniecznością finansową przesiadka na Precla. Też zresztą na F, tylko literki (licząc od trzeciej) były już nieco inne. Precel sprawdził się zacnie, zaś jego następca, czyli Westone, technicznie też jest Precisionem (aczkolwiek wygląda zupełnie inaczej, co zresztą bardzo mi odpowiada). Jednakże ostatnio, mimo niedawnego powiększenia stanu basowego posiadania, stwierdziłem, że czegoś mi brak w życiu (nie w rzyci): basu brzmiącego klasycznie, a jednak na tyle uniwersalnie, że da się na nim ugrać wszystko, do tego posiadającego własny wyrazisty charakter. Stało się jasne, że Dżezik jest jednak koniecznością.

A tak się złożyło, że właśnie teraz mogę.

Wiadomo natomiast, że tego typu zakupy - przynajmniej póki budżet sugeruje skupienie się na sprzętach Mejd In Dżapan - najlepiej robi się w Toruniu. Pozostało zatem załadować się w Skanssena i ruszyć w stronę województwa kujawsko-pomorskiego.

Oczywiście nie mogłem być sobą nie spieprzywszy czegoś. Tym razem spieprzenie ograniczyło się jeno do pozostawienia aparatu w domu, co zmusiło mnie do posługiwania się telefonem.


W Restauracji Gitar byłem już kilka lat temu - przy okazji zakupu wspomnianego wcześniej Precisiona. Wtedy siedziba mieściła się niejako kątem w budynku, gdzie znajdowała się jeszcze bodajże sala prób i insze przybytki. Teraz firma zajmuje robiący spore wrażenie dom na przedmieściach Torunia. I, biorąc pod uwagę bogactwo oferty oraz znacznie poszerzony (m.in. o własne, unikalne wykończenia instrumentów) zakres działań, trudno się temu dziwić.

Zresztą - po taki właśnie jednostkowo wykończony instrument jechałem. Przynajmniej w początkowym założeniu.


Niebieski Jazz z klonową podstrunnicą i pięknymi perłowymi markerami był pierwszym instrumentem, jaki wypróbowałem. Nie dziwota - wszak to z nim zamierzałem opuścić gościnny Toruń. Jednakże jego dość wysoka (choć usprawiedliwiona jakością remontu oraz samego basu) cena oraz ogromne bogactwo oferty sprawiły, że postanowiłem przyjrzeć się jeszcze paru innym opcjom.

Niektóre z nich jednak odrzuciłem a priori - wszak przyjechałem tu po Jazza, nie po bas do pudelmetalu z lat 80.


Precisiony, choć wybitnie smakowite, również nie leżały w kręgu mych zainteresowań (mam przecież Westone'a), zaś w kwestii Jazza zdecydowanie preferowałem klonową podstrunnicę.


Także basiwa typu hollowbody, choć nader zacne, nie wzbudziły mego zainteresowania. Nie dlatego, że było z nimi coś nie tak - wręcz odwrotnie, oferowane przez Restaurację egzemplarze należą do najlepszych propozycji w swej klasie cenowej, jednak ich stylówa i brzmienie nigdy mnie nie porywały. Ponadto w muzyce, którą gram, ich sound nieszczególnie by się sprawdził.


Moje postanowienie, że tylko Jazz i proszę mi dać spokój z innymi propozycjami, zachwiały się jednak, gdy zobaczyłem jedną z najpiękniejszych kopii Rickenbackera, jakie kiedykolwiejk dane mi było ujrzeć.


Niestety (a może na szczęście) egzemplarz był już sprzedany. Jednak na statywie z basami "rzeźnickimi" stał inny, niewiele mniej urodziwy japoński Rysiek.

Podłączyłem go i w trybie natychmiastowym zanieczyściłem bokserki.


Ten wykonany przez Fernandesa bas (o co chodzi z tymi japońskimi firmami i hiszpańskimi nazwami) to POTWÓR. Czyste, czterostrunowe, przesiąknięte adrenaliną, whisky i dymem papierochowym okrucieństwo. Zgadzało się w nim wszystko - poza, jak to w przypadku Ricka, uniwersalnością.

Dlatego postanowiłem ograć jeszcze kilka Jazzów znajdujących się w menu Restauracji (w tym przepiękne egzemplarze z unikalnym wykończeniem "paisley")... i podjąłem decyzję.

Jaką? O tym niedługo.

Wiem tylko, że Restaurację Gitar wciąż zdecydowanie warto odwiedzić - nawet, jeśli droga tam i z powrotem zajmie pół dnia. Jakość oferty, poziom dopieszczenia wszystkich gitar i tzw. "doświadczenie okołozakupowe" są według mnie jedyne w swoim rodzaju. Zresztą - jeśli po przeprowadzce i sprzedaży aktualnego mieszkania kościosłoniowy Rick by Fernandes nadal będzie tam stał, chyba po niego wrócę.

niedziela, 17 stycznia 2016

Basowisko: azjatycka moderna

Tak, jak przewidywałem, niestety nie zapowiada się na razie na intensyfikację wpisów. Nawał obowiązków zarówno zawodowych jak i rodzinnych sprawił, że od ostatniego wpisu upłynęły już prawie dwa tygodnie. Czytałem gdzieś, że "aby być odnoszącym sukcesy blogerem, trzeba codziennie zamieszczać wpis". Jestem ogromnie ciekaw, kto utrzymuje autora tych słów. Ponadto fakt, że nie pamiętam, który z "odnoszących sukcesy blogerów" poczynił ową obserwację, co w zasadzie może być wskaźnikiem jakości jego codziennych wpisów.

Przejdźmy jednak do meritum, czyli mięska (ewentualnie, jeśli nie jadacie mięska, smakowitej zieleniny) na dziś.

Jak zapewne niektórzy z Was mogli zauważyć, nazwa tego bloga brzmi "Basista za Kierownicą". Czyli przede wszystkim basista, dopiero w drugiej kolejności kierowca. Gdyby było odwrotnie, pisaninę swą uskuteczniałbym pod szyldem "Kierowca Któremu Zdarza Się Plumknąć Coś Na Basie" lub coś w ten deseń. Mimo tego, wpisy motoryzacyjne zdecydowanie przeważają tu nad muzycznymi. Trudno będzie odwrócić tę tendencję - eventów motoryzacyjnych (nawet jeśli ograniczymy się jeno do starych trupów) jest nieporównywalnie więcej niż basowych, a i wbrew pozorom o jeździdło do testów jest łatwiej niż o basetlę. Tym razem jednak się udało i w me ręce na kilka dni trafiło coś, co ma grube struny, gryf i nie jest żadnym z mych opisywanych już tu instrumentów.

Yamaha to dobrze znana i dość ceniona firma zajmująca się... w zasadzie wszystkim od motocykli po fortepiany. Fiestka, która swego czasu była w mej rodzinie miała silnik skonstruowany przez inżynierów Yamahy. Sam miałem dwa basy tej firmy i wspominam je bardzo miło. Miałem okazję też wziąć w łapy sporo innych instrumentów tej firmy i muszę przyznać, że zdecydowana większość z nich trzymała poziom - przynajmniej w swej klasie cenowej. Z tym większą ciekawością pochwyciłem jedną z budżetowych (choć nie najniżej pozycjonowanych) piątek tej firmy - model RBX 375.


Seria RBX została zaprezentowana w 1987 roku jako oferta dla utapirowanych fanów Europe. Bas był wyględny (wedle ówczesnych standardów), przyzwoicie wykonany i, co ważne, niedrogi. Od tamtej pory seria przeszła około sryliona ewolucji, zawsze jednak pozostając we w miarę rozsądnych rejonach cenowych. Obecnie wszystkie znaki na ziemi, niebie i w internetach zdają się wskazywać, że RBX-y są powoli wycofywane i zastępowane serią TRBX (hybryda RBX-a i TRB - niezbyt piękna, ale nawet nienajgorsza, grałem przez chwilkę), jednak masa egzemplarzy z tej linii zalega jeszcze w sklepach, nie mówiąc o rynku wtórnym. Modele 374 i 375 są zaś jednymi z najpopularniejszych (i najmłodszych) przedstawicieli serii. I właśnie na takiej piąteczce miałem okazję odrobinę sobie pograć.

Patrząc na RBX 375, szczególnie w czarnym kolorze, trudno oprzeć się wrażeniu, że model ten projektowany był z myślą o miłośnikach dość nowoczesnych i raczej mocnawych brzmień. Dość charakterystyczny kształt korpusu i główki jest dodatkowo wyostrzony przez specyficznie ukształtowane wycięcie pod ramię. Całości dopełnia lakierowany na matową czerń tył gryfu i... dziwaczna plastikowa nakładka na główce. Być może ma ona na celu przypominać przetłoczenie, które znajdowało się na główkach wczesnych RBX-ów, jeszcze z rzędowym układem kluczy. Nie wiem, nie znam się zarobiony jestem - tak czy inaczej, pomysł jest nieco bezsensowny. Sam kształt to oczywiście kwestia gustu (sam obrys główki jest według mnie akurat niebrzydki), ale zastosowanie plastikowej nakładki nie jakiegokolwiek praktycznego uzasadnienia, a i efekt jest nieco wątpliwy. Ogólnie całość sprawia w pewien sposób nieco plastikowe wrażenie (szczególnie w innych, metalicznych kolorach) i w tej kwestii przypomina nieco Music Mana Bongo. Oczywiście Yamaha wygląda od niego lepiej, co samo w sobie nie jest szczególnym osiągnięciem. Wszystko wygląda lepiej niż Bongo, łącznie ze świeżo wytworzoną zawartością pieluchy Młodzieża.


W przeciwieństwie do ewidentnie nowoczesnej stylówy, sama konstrukcja jest ze wszech miar klasyczna: do olchowej deski za pomocą czterech śrub przykręcony jest klonowy gryf wyposażony w palisandrową podstrunnicę o 24 progach. Elektronika jest co prawda nieco mniej tradycyjna, ale nie ma w niej nic nietypowego - dwa pasywne humbuckery o odkrytych nadbiegunnikach przekazują sygnał przez dwudrożny aktywny układ umożliwiający podbijanie i obcinanie niskiego i wysokiego pasma. Przyzwoite wrażenie robi solidny mostek typu quick release, czyli z nacięciami umożliwiającymi szybszą zmianę strun.

Niestety wrażenie wywierane przez jakość niektórych detali nie jest już tak solidne.

Zdecydowanie największym minusem są progi, a konkretnie ich krawędzie, które zwyczajnie wystają poza brzeg podstrunnicy. Co prawda mówimy tu o ułamkach milimetra, ale i tak możliwość skrobania się po palcach dość ostro zakończonym metalem nie jest najprzyjemniejszym doznaniem, jakiego miałem okazję doświadczyć. Tragedii jednak nie ma - nie jest to poziom przy którym można się pokaleczyć (a i takie basy miewałem w rękach) a jedna wizyta u lutnika powinna trwale załatwić problem.

Kolejną wadą są klucze. Wyglądają co prawda nieźle a podczas zmiany strun kręcą się łatwo i gładko, jednak ta łatwość i gładkość okupiona jest słabym trzymaniem stroju. Byle dotknięcie powoduje konieczność poprawy strojenia.

Na minus zaskakują także detale, które w założeniu miały służyć do poprawy komfortu gry, konkretnie zaś ukształtowanie obudów przystawek. Posiadają one wycięcia, które zapewne miały służyć do wygodnego oparcia kciuka przy grze palcami. W teorii brzmi to pięknie, w praktyce jest jednak niewygodne. I to cholernie. Opuszek kciuka opiera się pod nienaturalnym kątem, brzeg przystawki wbija się w skórę znacznie bardziej, niż przy tradycyjnie uformowanej obudowie, całokształtu zaś dopełnia otwór na śrubę, którego krawędź w niezbyt subtelny sposób pieści naskórek.


Na szczęście całokształt solidności i ergonomii konstrukcji jest wyraźnie lepszy od kilku mniej lub bardziej irytujących detali. Całość zmontowana jest solidnie, gryf jest wygodny, zaś ukształtowanie korpusu pozwala na komfortowe ułożenie prawej ręki. Nic tylko grać (poprawiając co pewien czas strój).

Grajmy więc.

Na sucho Yamaszka brzmi całkiem zachęcająco - odzywa się dość żywo i wyraziście. Słychać, że zastosowane zostały drewna nadające się do budowy instrumentu. Oczywiście w basie z tej półki cenowej nie możemy oczekiwać wysokiej klasy, dobrze sezonowanych drewien, jednak nie znajdziemy tu nieszczególnie nadających się do czegokolwiek wynalazków typu agathis ani ślicznych jednak zupełnie "nielutniczych" gatunków w rodzaju ovangkolu. Jest tradycyjnie, niezbyt odkrywczo, ale zupełnie przyzwoicie.

Po podłączeniu jednak z tego drewnianego konserwatyzmu nie zostaje prawie nic.

Nie, absolutnie nie jest źle, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę cenę basiwa. Jest za to... nowocześnie. Na wskrość. Może to zasługa umieszczenia humbuckerów i ich charakterystyki, może to elektronika kształtuje brzmienie nawet w zerowym położeniu potencjometrów equalizacji - tak czy inaczej brzmienie jest niemalże antytezą vintage'u. Przy grze palcami i - w szczególności - kciukiem słychać tu coś, co nazywam "piłeczką pingpongową" - sound jest twardy, sprężysty i wyraźnie skompresowany. Kompresja ta ma niestety swój minus pod postacią praktycznie zerowej reakcji na artykulacyjne niuanse. Dynamika gry na RBX-ie ogranicza się do spektrum ciszej-głośniej. Nie znajdziemy tu nawet śladu reakcji na artukulację, z której słynie choćby Jazz Bass. Za to sieknięta kciukiem Yamaszka zdecydowanie zdaje się zadowolona, zaś nawet przekręcenie potencjometru balansu całkowicie w stronę przystawki mostkowej nie powoduje utraty tłustości brzmienia (ważne jednak, by nie grać za mocno - przystawka jest mocno "mikrofoniczna"). Z drugiej strony soundomierz samej przystawki gryfowej jest nieco zbyt mało wyrazisty i "przymulony" - zdecydowanie lepiej jest używać obu naraz lub grać z przewagą mostkowej. Elektroniki nie warto za bardzo ruszać - podbijane częstotliwości nie brzmią zbyt naturalnie, szczególnie dół staje się zbyt "napompowany". Podbicie wysokich tonów może mieć sens, gdy struny nie są już pierwszej świeżości. Inna rzecz, że jeśli są zupełnie zdechłe nie pomoże już nic - na flakach dobrze brzmi jedynie Precel.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Yamaha RBX 375 to specyficzny instrument. W słowie "specyficzny" nie kryje się jednak nic złego - w swojej klasie cenowej to zdecydowanie niezła propozycja, przynajmniej jeżeli szukamy basu o zdecydowanie nowoczesnym charakterze. Jeśli chcesz grać bluesa lub co bardziej klasyczne odmiany rocka, lepiej szukać dalej, ale jeżeli chcesz kostką lub kciukiem cisnąć dj0nty, ewentualnie grać nowoczesny popik paluchami - w tej cenie trudno o cokolwiek lepszego.

No i Młodzieżowi odpowiada, a to już mocna rekomendacja.


Plusy:

* wygoda gry (nie licząc nieszczęśliwie ukształtowanych przystawek)
* niezły sound, przynajmniej w kategorii "modern"
* dobra relacja ceny do jakości
* wyrazista stylówa

Minusy:

* jakość wykonania detali
* nie do końca przemyślane pomysły (np. wgłębienia w przystawkach)
* słabej jakości klucze
* nienajlepsza aktywna elektronika

Czym ją wozić:

Niedrogi azjatycki bas można wozić niedrogim azjatyckim samochodem. Dobrym wyborem będzie Kia Rio czy choćby poczciwy Lanos. Ale właściciel tego egzemplarza wozi go Fabią kombi - i też jest dobrze.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

20

Chodźcie, opowiem Wam bajeczkę.

Dokładnie dwadzieścia lat temu, 13 kwietnia 1995 roku, pewien licealista wszedł do nieistniejącego już komisu muzycznego na rogu JPII i Al. Solidarności (tego większego, jaśniejszego - były dwa obok siebie) z dwoma banknotami stuzłotowymi w kieszeni. Parę chwil później wyszedł zeń bez banknotów, za to z wymarzonym, wytęsknionym od kilku już lat przyrządem do wydawania niskich dźwięków, czyli gitarą basową.

Licealistą owym byłem ja, zaś pochodzący z Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wyposażony w 4 struny artefakt dumnie nosił na główce napis Musima DeLuxe.

Tak - to już dwadzieścia lat. Dwie dychy. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy sprawną (no, względnie) Syrenę można było wyrwać za dwie flaszki, sugestie, że Maluch będzie kiedyś klasykiem, wiązałyby się z ryzykiem utraty kontroli nad pęcherzem u interlokutora, zaś wszystko jeździło na czarnych. WSZYSTKO. Były to też czasy, gdy moim największym marzeniem był Fender Precision, o Alembicu nie słyszałem w ogóle, zaś absolutnym, niedoścignionym ideałem był grający zupełnie niepreclowym soundem Wojtek Pilichowski. Który, nota bene, był sporo młodszy niż ja teraz, a już grał tak, jak ja zapewne nigdy nie będę. Było to zresztą dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że pierwszą moją inspiracją i powodem, dla którego zapragnąłem chwycić za bas, był John Deacon, czyli świetny (i kryminalnie wręcz niedoceniony) basista Queen, człowiek, którego gra zawsze różniła się diametralnie od pilichowych akrobacji. Tak czy inaczej - po trzech czy czterech latach marzeń, wzdychania i całkowicie nieudanych prób zaoszczędzenia na instrument stałem się w końcu posiadaczem basu. Czyli człowiekiem na początku drogi do zostania basistą.

Od razu wziąłem się za ćwiczenia. Borze Tucholski, ile ja miałem zapału. Oczywiście dużo więcej, niż do nauki. Mogłem tłuc bez ładu i składu w struny po kilka godzin dziennie - szczególnie zaraz po tym, gdy założyłem po raz pierwszy świeże struny - były to stalowe Presto - i odkryłem tajemnicę jasnego, wyrazistego brzmienia. 

Niecałe pół roku później trafiłem do swego pierwszego zespołu. Nosił on dumną nazwę Hegemon a próby miał w podziemiach kościoła na Wrocławskiej. Salka, co ciekawe, istnieje do dziś - zmienił się w zasadzie tylko sprzęt. Za "moich" czasów stało tam combo Fender BXR100. Z wbudowanym chorusem. Oczywiście odpaliłem go natychmiast i rozkręciłem na maxa. W grudniu mieliśmy pierwszy koncert - a w zasadzie krótki, dwunumerowy występ na przeglądzie zespołów próbujących w bemowskiej salce. Byliśmy STRASZNI. Ale nie było to ważne. Najważniejsze było występowanie przed publiką. Wreszcie grałem DLA KOGOŚ. Do dziś pamiętam te emocje, tę adrenalinę, tremę pomieszaną z niesamowitą ekscytacją. To była magia.

Latem kolejnego roku miałem już dwa basy. Głównym wiosłem stał się nowiutki, ciemnoniebieski Zak B4, zaś Musima postradała progi. O Alembicach dalej nie słyszałem, marzeniem stał się Music Man StingRay (czwórka, z "jajkiem" i główką 3+1), koniecznie natural z klonem (takie zresztą do dziś podobają mi się najbardziej), a Warwicki uważałem za wspaniałe instrumenty. Oczywiście bazowałem swoje opinie na ich wyglądzie. Wkrótce później trafiłem do drugiego swego zespołu - tworu o nazwie Dym, który nie zagrał ani jednego koncertu. Specjalnie by z nimi grać kupiłem swój pierwszy wzmacniacz - stuwatowego Soundmana. Dym rozwiał się po kilku miesiącach, z wokalistą zaś stworzyliśmy bezskutecznie poszukujący pozostałych muzyków duet Nediam, którego muzyka obracała się wokół tego, co uwielbiam do dziś, czyli prog-rocka.

Dwa lata wystarczyły, by Zak przestał mi wystarczać. Niedługo potem zmienił właściciela, ja zaś wszedłem w posiadanie mej pierwszej piątki - Corta Action Bass V. Z tym basem w rękach poszedłem na przesłuchanie do zespołu Braintrust. I już zostałem. Została też moja ówczesna dziewczyna, którą wciągnąłem do zespołu po odejściu pierwszego wokalisty. Braintrust był pierwszym w miarę poważnym zespołem, w którym grałem - i muszę przyznać, że był to kawał ciekawej, niebanalnej muzyki. Zagraliśmy sporo koncertów, nagraliśmy demówkę (z gościnnym udziałem Anji Orthodox w jednym z numerów) - pojawiły się nawet recenzje, i to dość pozytywne. Niestety, po pewnym czasie zespół opuścił gitarzysta, który postanowił pójść w stronę jazzu. Próbowaliśmy jeszcze ratować co się dało, ale... nie dało się. Dlatego kolejnym przystankiem okazał się Humbert Humbert. Zupełnie inny klimat, bardziej "typowo" rockowy, acz potrafiliśmy sprawnie pobujać. Tu też udało się nagrać demo a częstotliwość koncertów była zupełnie przyzwoita. Właśnie w trakcie mojej kadencji w Humbertach Cort stracił progi, zaś jego rolę przejęła Yamaha BBG5S. Niestety - nieporozumienia, tym razem natury personalnej, sprawiły, że najpierw odeszła wokalistka (aktualnie znana ze swojego własnego, autorskiego Back To The Ocean), później zaś sam opuściłem szeregi zespołu.

I trafiłem do Nexx. Składu, który wspominam zdecydowanie najlepiej, jeśli chodzi o klimat tworzonej muzyki. Zresztą pierwszy raz grałem z ludźmi, którzy naprawdę coś wcześniej osiągnęli - zespół wszak tworzyli m.in. byli muzycy prog-rockowego Annalist (moi rówieśnicy mogą pamiętać). Dlaczego zagraliśmy tylko dwa koncerty i stworzyliśmy pięcioutworowe demo - nie wiem. Za szybko się rozpadło. A muzyka była dokładnie taka, jaką uwielbiam do dziś - między innymi chyba najpiękniejszy utwór, który nagrałem kiedykolwiek z kimkolwiek oraz cover największego u nas hitu pewnego zespołu, który - przyznaję bez bicia - bardzo lubię. I który to cover doczekał się komentarza basisty tegoż właśnie zespołu, co zauważyłem... dzisiaj.

Po Nexx przez pewien czas grałem z jednym z byłych wokalistów Oddziału Zamkniętego (szkoła muzycznej dyscypliny i, niestety, picia) po czym trafiłem do gotycko-hardrockowego Viridianu, gdzie wokalistką było to samo dziewczę, co w Braintrust (wówczas już od dawna moja była). Wtedy miałem już Mayonesa Be5, wkrótce potem zaś kupiłem bezprogowego Malinka i wymarzonego od lat Ibaneza Roadstera. Z Viridianem nagrałem dwa dema oraz pierwszy w mym życiu klip. Co ciekawe, widać mnie na nim z Nexusem, choć numer był nagrywany jeszcze na Mayonesie. W międzyczasie dołączyłem do Wyciągniętych Z Mesy, z którymi gram do dziś. 

Nexus i Malinek zostały ze mną na dłużej i zapoczątkowały kolejny etap mojego grania - używałem ich w świetnym neofolkowym Rirlielu, z nimi właśnie trafiłem do hardrockowego (choć niestroniącego od prog-rocka) Night Ridera i na nich w końcu nagrałem pierwsze płyty: "Days" z Peterem Panem oraz "Into the Night" i "Nostalgię" z Satellite. Bardzo dobre, prog-rockowe płyty. I nie ostatnie - później przyszedł czas Strawberry Fields i "Rivers Gone Dry", gdzie użyłem Arii, która zastąpiła Ibaneza, następnie Night Rider Symphony, z którymi zresztą graliśmy w Chicago (przygoda życia!), i nagrywana wreszcie na własnym, wymarzonym, wyczekanym Alembicu autorska płyta Night Ridera - "Widzę Czuję Jestem" z klipem "Do końca", który wrzuciłem zresztą do pierwszego mojego wpisu. W oczekiwaniu na Alembica przez chwilę przewinęły się jeszcze Kolasiński (rozczarowanie) i pięciostrunowy, meksykański Jazz (całkiem przyzwoity), była druga Yamaha i świetny Fender Geddy Lee Jazz Bass, za ktrórym tęsknię do dziś, jednak Alembic przyćmił je wszystkie. I plan jest taki, by został ze mną na kolejne dziesięciolecia - długo po tym, jak Fernandes i bezprogowy Ibanez (na których, oprócz Alembica, nagrałem pewną EP-kę która ukaże się już wkrótce) znajdą swoich następców.

Tak minęło dwadzieścia lat. Jak na tak długi czas mam wrażenie, że nie osiągnąłem zbyt wiele. Ale... doświadczenie pozostaje, pozostają wspomnienia i jednak troszkę zdobytych przez te lata umiejętności. Teraz pora na następne dwadzieścia.


I jeszcze jedno: możecie dziwić się, czemu więcej miejsca poświęciłem zamierzchłym czasom, bliższym początkowi mego grania, niż ostatnim kilku latom. Otóż o mych najwcześniejszych dokonaniach praktycznie nie sposób znaleźć informacji (bo i czemu miałyby gdziekolwiek być), zaś prawie wszystko o historii najnowszej jest gdzieś już napisane. Czy to tu, czy w innych miejscach w sieci. Im jestem starszy, tym chętniej wspominam początki, a ostatnie lata to po prostu historia, która wciąż się dzieje. Może ktoś ją zapamięta. A nawet jeśli nie, być może za kolejne 20 lat znów będzie o czym pisać.

Pora pograć sobie choć kilka chwil. Wszak dwudziestolecie grania nie zdarza się zbyt wiele razy.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Top 10: Ejtisy

Witam Szanowne Państwo.

Jak już wczoraj (a w zasadzie przedwczoraj - jest już grubo po północy) zapowiedziałem, będzie nowy cykl, a w nim tylko soczyste mięso prosto z Konstaru i pełen Wzwodzisław Śląski. Obietnicy niniejszym dotrzymuję, choć z prawie dwugodzinnym poślizgiem (żadnego wpisu nie tworzyłem tak długo): co pewien czas będę prezentował 10 najlepszych czegoś tam w jakiejś tam kategorii (Jezusie Świebodziński, jaki jestem oryginalny, NIKT nie wpadł przede mną na taki pomysł, poproszę Nagrodę Wedla). Oczywiście mojem skromnem zdaniem, ale jako, że mam wyśmienity gust zaś moja racja jest mojsza niż twojsza, można będzie wszystkie moje wywody spokojnie przyjąć jako aksjomat oraz Nową Prawdę Objawioną. I to jest moja opinia, i całkowicie się z nią zgadzam.

Dobrze, jedźmy zatem z tym koksem (wciągniętym w międzyczasie przez niejakiego Zenona S. w kiblu podczas baletu w klubie Blue Star).

Dziś będzie kolorowo, plastikowo, dziwaczne fryzy oraz bas pod szyją i kciuk w górze, wszystko to podczas bujania się do rytmu "Fade To Grey", "Too Shy" i "Lessons In Love" (te dwa ostatnie niszczą wszechświaty linią basu, tak bajdełej). Czyli lata osiemdziesiąte. Przyznaję bez bicia - kocham tamtą dekadę, szczególnie jej pierwszą połowę. New Romantic, pocieszne stroje, te rzeczy. Te lata przypadały na moje dzieciństwo, wtedy też zaczynała się rodzić moja miłość do muzyki. I właśnie wtedy w nagraniach muzyki cerkiewnej (znanej jako pop) królował bas. Klangowało się wtedy niemiłosiernie - Mark King i Nick Beggs to kosmici, wielbię ich - a i na fretlessie dużo się działo (nieodżałowany Mick Karn czy mój osobisty idol, mistrz Pino, który teraz gra już zupełnie inaczej ale nadal cudownie, nie potrzebowali progów). Dlatego na początek strzelam z grubej rury: Top Ten Basów z Lat Osiemdziesiątych.

10. Steinberger

Steinberger XL-2 - zdjątko ze strony http://www.myrareguitars.com/10-most-important-electric-basses

Nie zrozumcie mnie źle - jak 99% osób z choćby szczątkowym poczuciem estetyki, uważam, że ten bas jest dramatycznie, boleśnie, brutalnie szpetny. Do tego jego brzmienie... hmmm... W zasadzie trudno mówić o istnieniu tego dość istotnego w przypadku instrumentów muzycznych aspektu w odniesieniu do tego wynalazku.

Jednak musiał się tu znaleźć. Dlaczego?

Otóż dzieło Neda Steinbergera, słynny model XL-2, było rewolucją. Steinberger jako pierwszy przedstawił monolityczną, bezgłówkową konstrukcję z włókna węglowego ze szczątkowym korpusem i aktywnymi przystawkami. Próby skonstruowania bezgłówkowego instrumentu były podejmowane już wcześniej, m.in. przez Fendera (powstał bodajże jeden prototyp), aktywna elektronika została skonstruowana już dekadę wcześniej przez Rona Wickershama, współzałożyciela legendarnej firmy Alembic, a grafitowe gryfy jako pierwszy zaczął produkować Geoff Gould z Modulusa, ale to Steinberger połączył to wszystko razem, dodając opatentowany przez siebie mostek połączony z systemem naciągu strun oraz w zamyśle ergonomiczy zminimalizowany korpus. Pomysł chwycił - i to jak! Steinberger XL-2 stał się niemalże ikoną lat 80. - używali go m.in. Guy Pratt, Geddy Lee (przez krótki czas) i wielu innych basistów znanych zespołów. Wystarczy obejrzeć trochę klipów z tamtej dekady - w wielu z nich zobaczymy to dziwaczne, paskudne ustrojstwo. XL-2 zainspirował też inne firmy oraz lutników i wkrótce bas bezgłówkowy stał się muzycznym symbolem dekady.

Czym go wozić:

Wrzuć go na tylną półkę w Maluchu i ruszaj. 

9. Ibanez Roadster/Roadstar

Katalog Ibaneza Roadstera - wzięty ze strony http://blog.goo.ne.jp/span_21/e/8a9ad791d084b3db2231d1a6de021657
Firma Ibanez stała się znana w latach 70. jako producent kopii Fenderów i Gibsonów - tzw. "lawsuit copies". Kopii, zaznaczyć należy, bardzo udanych, co z oczywistych powodów bardzo zdenerwowało wytwórców oryginałów... Po serii procesów sądowych Japończycy stwierdzili, że bardziej opłaca się opracować własne konstrukcje, co okazało się być świetnym pomysłem.

Dlaczego Roadster i jego następca, czyli Roadstar, a nie instrumenty z wyższej półki, czyli np. Musician? Otóż te niższe serie stały się sposobem na posiadanie świetnie brzmiących i wykonanych basów i gitar za bardzo rozsądne pieniądze. Większość basów z tych serii było wyposażonych w bardzo popularny w latach 80. układ PJ, wszystkie zaś były skonstruowane z dobrych jakościowo klasycznych drewien (głównie jesion i klon) i wyposażone w solidny osprzęt. I brzmiały bardzo zacnie. Wystarczająco zacnie, by korzystali z nich m.in. Steve Harris z Iron Maiden (nie wierzycie to obejrzyjcie sobie klip do "Run To The Hills") czy John Wetton. Do tego wyglądały świetnie - symetryczna, rozszerzająca się ku górze główka tego modelu to chyba mój ulubiony kształt. Te basy podobały mi się tak bardzo, że sam kiedyś taki kupiłem... I do dziś żałuję, że pozbyłem się go. Może jeszcze kiedyś...

Mój Roadster - zepsuty przez poprzedniego właściciela przystawkami EMG... Ale i tak był świetny.
Czym go wozić:

Stara Mazda 626 (jeszcze tylnonapędowa) będzie w sam raz.

8. Pedulla Pentabuzz

Pedulla Pentabuzz pożyczona ze strony http://www.talkbass.com/forum/f182/pedulla-pentabuzz-5-string-fretless-ireland-469903/

W latach 80. zaczął się szał na basy hi-endowe (zwane przez niektórych butikowymi) oraz bezprogowe. 5-strunowe basy nie były jeszcze popularne, ale zaczynały być widoczne. Jeden znany lutnik połączył wszystkie te trendy. Był nim Michael Pedulla.

Pierwsze basy Pedulli powstały już w latach 70., zaś jego produkowana do dziś flagowa seria MVP została zaprezentowana ok. 1976 roku. Dwa lata później, specjalnie dla Marka Egana i Tima Landersa, została stworzona bezprogowa wersja MVP, nazwana Buzz. Mark Egan był zainspirowany grą legendarnego Jaco Pastoriusa (nawet wziął kilka lekcji u niego), więc naturalną koleją rzeczy była koncentracja na fretlessie. Jednak Pedulla Buzz była zupełnie innym zwierzęciem, niż Jazz Bass, na którym grał Jaco. Gryf wklejany przez całą długość korpusu (neck-through-body), w pełni klonowa konstrukcja za wyjątkiem pokrytej poliestrowym lakierem hebanowej podstrunnicy oraz przystawki Bartollini w układzie PJ - wszystko to sprawiało, że Buzz miał bardzo charakterystyczne brzmienie, które szybko znalazło wielu wielbicieli, mimo, że różniło się od klasycznego, śpiewnego soundu olchowo-klonowo-palisandrowego Jazza nazwanego Bass Of Doom.

W latach 80. coraz częściej pojawiały się basy 5-strunowe. Co prawda istniały już w połowie lat 70. (pierwszego zamówił niejaki Jimmy Johnson u czarodziejów z Alembica), a nawet wcześniej (Fender Bass V nie był jednak wyposażony w niskie H), ale dopiero elektroniczne brzmienia kolejnej dekady zachęciły mniej tradycyjnie myślących basistów do zejścia poniżej E. Świetne piątki robili już wspomniany Alembic oraz coraz bardziej ceniony Michael Tobias, ale pierwszym naprawdę rozpoznawalnym pięciostrunowym fretlessem, kochanym przez basistów na całym świecie, stała się właśnie wyposażona w dodatkową strunę bezprogowa Pedulla, nazwana Pentabuzz.

Czym ją wozić:

Ten bas jest robiony do dziś i kosztuje straszne pieniądze. Samochód, w którym najlepiej by się czuł co prawda nie jest już produkowany, ale stylem i ceną pasowałby do Pedulli. Jest to Cadillac Eldorado z lat 80.

7. Kubicki Ex-Factor

Kubicki Ex-Factor - fotka ze strony http://stuartclayton.com/gear/kubicki-ex-factor/
Kolejne dziwadło o dyskusyjnych walorach estetycznych... Powiedzmy sobie szczerze - lata osiemdziesiąte pełne były takich gwałcących estetykę wynalazków. Jednak ten był wyjątkowy.

Philip Kubicki miał świetny pomysł: skoro basy bezgłówkowe stają się popularne a do tego coraz więcej basistów schodzi poniżej E, przy czym wielu nadal z rezerwą podchodzi do konceptu piątej struny, niegłupio byłoby dać im dostęp do niższych dźwięków w czwórce. Na podobny pomysł wpadli mili państwo z firmy Hipshot, prezentując na początku lat 80. słynny (i do dziś produkowany) Xtender, jednak obniżał on strój do tzw. drop D, przez co pozycje na gryfie przesuwały się - przynajmniej na strunie E. Nie każdemu to odpowiadało (na pewno nie mi - NIENAWIDZĘ dropów). Kubicki korzystając z braku główki po prostu przedłużył "kikut" i dodał dwa niższe progi na strunie E oraz kapodaster. Zwalniając go, basista grający na Ex-Factorze zyskiwał dostęp do dwóch dodatkowych dźwięków - Es i D. Do tego bas zachowywał swe kompaktowe rozmiary dzięki menzurze na "podstawowych" progach
skróconej do 32" (po zwolnieniu kapodastera menzura całej najniższej struny przedłużała się do 36"). Pomysł genialny w swej prostocie.

Niestety, design był już nieco przekombinowany. Olchowy korpus przybrał kształty... powiedzmy - kontrowersyjne. Dziwacznym pomysłem był też gryf sklejony z ponad 30 klonowych listewek. Toż to w zasadzie sklejka! Na szczęście to wszystko, uzupełnione hebanową podstrunnicą, działało. Stu Hamm - basista Joe Satrianiego - uznał, że to wystarczająco dobry instrument dla niego. A znaczy to, że musiał być dobry.

Czym go wozić:

To dość dziwaczny bas, więc zasługuje na dość dziwaczny samochód. Najlepiej amerykański, gdyż Ex-Factor powstał właśnie w Stanach. Dobrym wyborem będzie Buick Riviera z '85 roku, wyposażony w ukochany wynalazek tamtej dekady: elektroniczną tablicę rozdzielczą.



6. Yamaha BB



Oba zdjęcia ukradzione radośnie ze strony http://www.izuminaoya.com/bass-gear.html

Tu w zasadzie nie trzeba zbyt wiele pisać. BB to chyba najbardziej znana basowa seria Yamahy. Bardzo szeroka seria. Instrumenty o dość klasycznej linii (choć bardziej zaokrąglonej od Fenderów), większość miała pasywne przystawki w układzie PJ (choć zdarzały się modele tylko z jedną przystawką P a w późniejszych wersjach również z układem JJ i humbuckerami), praktycznie wszystkie były wykonane z olchy (korpus), klonu (gryf) i palisandru (podstrunnica). Istniały wersje bolt-on (z przykręconym gryfem) i neck-thru, z pasywną i aktywną elektroniką, był też jeden z pierwszych popularnych basów 5-strunowych (BB 5000)... Wszystkie, oprócz podobnego wyglądu i użytych drewien miały jeszcze dwie wspólne cechy: świetną jakość wykonania i bardzo dobry, sprawdzający się w większości sytuacji sound. Wystarczająco dobry, by główną broń uczynił z niej Michael Anthony i dziesiątki świetnych basistów sesyjnych.

Czym ją wozić:

To solidny, praktyczny bas, więc zasługuje na solidny, praktyczny samochód. Oczywiście japoński. Taki, jak np. Toyota Carina kombi.


5. Alembic Spoiler

Zdjątko znalezione na http://en.wikipedia.org/wiki/File:1988_Alembic_Spoiler_Coco_Bolo_guitar.jpg

Tak, jakiś Alembic po prostu musiał się tu znaleźć. Lata 80. były tak naprawde dekadą Alembica - to wtedy basiści rzucili się tłumnie na drogie, hi-endowe basy z wklejanym gryfem i aktywną elektroniką, a król tej klasy instrumentów jest tylko jeden i jest nim właśnie Alembic. Instrumenty tej właśnie firmy zapoczątkowały ów trend, i to ona do dziś pozostaje pewnego rodzaju wzorcem.

Dlaczego zatem Spoiler a nie wyższe, jeszcze droższe modele, czyli Series I i II? Po pierwsze Spoiler był pierwszym ukłonem Alembica w stronę tych basistów, którzy nie potrzebowali 200 przełączników i 800 potencjometrów, nie chcieli (lub nie mogli) wydać równowartości dobrego samochodu na instrument, a pokochali to charakterystyczne brzmienie Alembica. I dostali bas, który był w zasadzie wszystkim, czym jest Alembic, ale sprowadzonym do najbardziej podstawowych elementów: konstrukcja ntb z klonowym gryfem przechodzącym przez mahoniowy korpus ozdobiony z wierzchu pięknym, egzotycznym drewnem (wybór był szeroki), 24-progową hebanową podstrunnicę, tę klasyczną, niepowtarzalną alembicowską elektronikę (2 aktywne "mydełka" połączone z filtrem) oraz niezrównaną jakość wykonania. Do tego nieco skrócona menzura (32") i nowy design główki (tzw. cone, czyli stożek). Wszystko to razem dawało instrument prostszy, nie tak wymyślny jak modele z najwyższej półki, ale nadal wysmakowany i niepowtarzalnie brzmiący. W tym właśnie brzmieniu zakochali się m.in. Brown Mark z zespołu Prince'a i niezapomniany Cliff Burton. A to o czymś świadczy.

Czym go wozić:

Szlachetny bas zasługuje na szlachetny środek transportu. Najlepiej równie charakterny. Dlatego najbardziej będzie pasować do Corvette w jej ejtisowym wcieleniu C4.


4. Music Man StingRay 5


Ten śliczny egzemplarz Music Mana SR5 był na sprzedaż na forum BassChat - konkretnie tu: http://basschat.co.uk/topic/44707-musicman-stingray-5-string-3eq-bass/


Najbardziej znane brzmienie Music Mana z lat osiemdziesiątych wychodziło spod palców jednego z moich absolutnych mistrzów - niejakiego Pino Palladino. I była to bezprogowa czwórka, która w jego rękach przepięknie śpiewała. Jednak to nie ten bas był najważniejszym modelem Music Mana w dekadzie ostrego makijażu i idiotycznych krojów spodni, tym bardziej, że powstał jeszcze w latach siedemdziesiątych. Był nim za to StingRay 5.

Po koniec lat 80. piątki stawały się coraz szerzej akceptowane. Produkowali je na mniejszą czy większą skalę Alembic, Ibanez, Pedulla, Tobias i Yamaha, pięciostrunową wersję wspaniałego Mach II zaprezentował również Wal. Natomiast to właśnie Music Man uczynił ten format naprawdę popularnym.

StingRay, dzieło wielkiego Leo Fendera, był znany już od 1976 roku, szybko stając się jednym z ulubionych instrumentów basistów na całym świecie. Był solidnie wykonany, zaś jesionowa decha z przykręcanym klonowym gryfem i klonową lub palisandrową podstrunnicą połączone z umieszczonym blisko mostka humbuckerem sprzężonym z aktywną elektroniką dawały w rezultacie charakterystyczne brzmienie doskonale nadające się do klangu, stającego się podówczas nader popularną techniką. Zaprezentowany około 1987 roku model StingRay 5 oprócz dodatkowej, niskiej struny otrzymał również możliwość rozłączania cewek w przystawce, co wpłynęło na zwiększenie możliwości brzmieniowych. Pięciostrunowy Music Man szybko zyskał ogromną popularność, stając się główną bronią w rękach tak fenomenalnych muzyków, jak mistrz Tony Levin. I to wystarczający powód, by znalazł się tak wysoko w rankingu najważniejszych basów dekady.

Czym go wozić:

Popularny amerykański bas poczuje się dobrze w popularnym amerykańskim samochodzie. Ford Taurus SW (kombi) lub Jeep Cherokee będą jak znalazł.

3. Aria Pro II SB-1000


Ten przepiękny egzemplarz Arii mieszka... na Białorusi: http://www.bassbel.com/forums/topic.php?forum=1&topic=102
Wchodzimy na podium. Tu już nie ma żartów - przed nami trzy basowe ikony tamtych lat. Basy, które zachwycają bezbłędną stylówą, jakością wykonania i brzmieniem.

Aria Pro II była flagową marką Matsumoku - japońskiego konsorcjum słynącego z produkcji świetnej jakości instrumentów. Najbardziej znaną i cenioną serią basów Arii była linia SB, zaś jej topowym modelem - legendarny SB-1000. SB to - wbrew niewesołym skojarzeniom - skrót od "Super Bass". I te basy naprawde były super: najmodniejsza podówczas konstrukcja neck-thru, doskonałej jakości drewna (skrzydła korpusu z jesionu, gryfy z klonu przekładanego bodajże mahoniem, podstrunnice zazwyczaj z palisandru), solidny osprzęt, przystawki typu humbucker - to wszystko składało się na te znakomite instrumenty. SB-1000 miała jednego humbuckera w środkowej pozycji (tzw. sweet spot) i ciekawą aktywną elektronikę z obrotowym przełącznikiem trybów działania. Znam ludzi, którzy twierdzą, że tego typu konstrukcja po prostu się nie sprawdza, jednak tu brzmienie było rewelacyjne. Wystarczy powiedzieć, że takie właśnie basy wybrali m.in. Trevor Horn (później legendarny producent) podczas nagrywania 2 płyt z The Buggles, Pete Trewavas z grupy Marillion, ś.p. Cliff Burton (po tym, jak skradziono mu Alembica) i fenomenalny John Taylor z Duran Duran.

Czym ją wozić:

Trudny wybór. Stawiałbym na szlachetnego japończyka z tamtych lat (Złomniku, pomóż!!!)... Mógłby być Mitsubishi Galant - najlepiej Lambda.


2. Status Series 2


Przepiękna rodzinka Statusów znaleziona tu: http://basschat.co.uk/topic/25170-get-your-status-graphite-basses-out/page__st__200


Gdy pisałem, że Ned Steinberger zainspirował swą konstrukcją innych twórców instrumentów, miałem na myśli przede wszystkim Statusa. Ta brytyjska firma doprowadziła koncept bezgłówkowego basu z grafitowym gryfem do perfekcji. Instrumenty owe nie tylko miały charakterystyczne, w pełni użyteczne, pasujące do wielu gatunków muzycznych i technik brzmienie, ale też - w przeciwieństwie do basów Steinbergera - świetnie wyglądały. Do gryfu z włókna węglowego były doklejane skrzydła korpusu wykonane z mahoniu, orzecha lub jesionu, z pięknymi topami z wzorzystych drewien. Pasywne humbuckery były sprzężone z aktywną elektroniką. Do tego estetyka wręcz ociekająca ejtisowym klimatem... Nic dziwnego, że na basach Statusa grali (i grają nadal) tak genialni muzycy, jak Mark King czy Guy Pratt...

Czym go wozić:

W kwestii Statusa wyłamię się ze schematu. Nie będę ładował go w angielskie bryki. Jednak samochód, którym będzie wożony, musi mieć podobny klimat i masę charakteru... Myślę, że klasyczny Saab 900 ("Krokodyl") lub Citroen CX nadałyby się doskonale.


1. Wal Mach I i II




Tak, król może być tylko jeden. I jest nim ociekający atmosferą lat 80. Wal.


Firma Wal (a w zasadzie Electric Wood) została założona w latach 70. przez Iana Wallera i Pete'a Stevensa. Od początku robili oni basy z wysokiej półki, lecz popularność przyszła na początku lat 80 wraz z fenomenalnym modelem Mach I. Miał on mahoniową deskę z topem z egzotycznego drewna i przykręcony do niej klonowy gryf z palisandrową (w wersji progowej) lub hebanową (fretless) podstrunnicą. Całość uzupełniała niezwykła elektronika: dwa autorskiej konstrukcji humbuckery połączone z aktywnymi filtrami, po jednym dla każdej przystawki. Filtry miały przełączany zakres działania poprzez pociągnięcie danego potencjometru. Wszystko to sprawiało, że basy Wala brzmiały bardzo charakterystycznie. W zdecydowanie pozytywnym tego słowa znaczeniu. Brzmienie było mocne, wyraziste i szlachetne - głównie dzięki zastosowaniu najlepszych, sezonowanych drewien. To brzmienie urzekło zmarłego na początku zeszłego roku Micka Karna - z bezprogowego Wala wydobywał dźwięki nie do pomylenia z kimkolwiek innym. Na Walach grał także Geddy Lee (zarówno Mach I jak i smuklejszy, wyposażony w 24-progowy gryf Mach II) a obecnie używają ich m.in. Justin Chancellor z Toola (głównie Mach II) i Jeff Ament z Pearl Jam (fretless). W swojej kolekcji bas tej szlachetnej marki ma też Paul MacCartney - jest to pięciostrunowy Mach II (jedyna piątka tego legendarnego basisty).

Niestety, założyciele marki już nie żyją - jednak firma po kilku latach przerwy w działaniu została zreaktywowana. W międzyczasie starsze Wale zdążyły mocno zyskać na wartości - ich ceny są aktualnie astronomiczne...

Wal zawiera w sobie wszystko, co było najlepsze w latach 80. - niepowtarzalną stylistykę, brzmienie i charakter pozwalający wysunąć się gitarze basowej na front. W wersji Mach II jest do tego jednym z najpiękniejszych instrumentów, jakie kiedykolwiek powstały. Dlatego musiał znaleźć się na czele tego zestawienia.

Czym go wozić:


Najlepszy bas zasługuje na najlepszy transport. Lub przynajmniej odpowiadający jego charakterowi. Dlatego woziłbym go Jaguarem XJS, Daimlerem Sovereign... czy choćby nawet Rollsem. Jest tego wart.

Dobranoc.

poniedziałek, 10 września 2012

Basowisko: BB from Taiwan

Całkiem niedawno temu (w moim wieku czas płynie zaskakująco szybko... no chyba, że akurat siedzi się w pracy) podzieliłem się tu swymi przemyśleniami na temat wartości wspomnień. Wspomnienia mamy wszyscy (choć biorąc pod uwagę to, jak dziarsko przyspiesza czas, w moim przypadku prawdopodobnie zostaną one wkrótce zastąpione zastanawianiem się, jak nazywa się ten Niemiec, który wszystko mi chowa) - jedne gorsze, drugie lepsze, a jeszcze inne na tyle dobre, że nabieramy ochoty na ponowne wejście do tej samej rzeki. I czasami nawet okazuje się, że wcale nie był to zły pomysł.

Wiele lat temu (czyli w zasadzie też całkiem niedawno) podjąłem decyzję o zakupie czwartego w swej karierze basu. Mój ówczesny instrument - Cort Action Bass V - miał mocno wytarte progi i doszedłem do wniosku, że zamiast je wyrównywać tudzież wymieniać, najlepiej będzie je w ogóle usunąć (co wkrótce okazało się całkiem niezłym pomysłem) i zakupić inne progowe basiwo. Z nieco wyższej półki. Wiedziałem, że musi mieć pięć strun (Cort był moją pierwszą piątką i możliwości oferowane przez strunę H bardzo mi się spodobały - zresztą podobają mi się do dziś) a jako, że byłem podówczas basistą młodym i naiwnym, stwierdziłem, że chciałbym mieć w nim aktywną elektronikę. Taką na bateryjkę. Dziś wiem już, że jedynym naprawdę fajnym w pełni aktywnym basem jest Alembic, ale wtedy byłem przekonany, że zasilane dziewięciowoltówką przystawki i możliwość kręcenia gałkami sprawią, że od razu zacznę grać lepiej. Miałem już wtedy odrobinę doświadczenia i wiedziałem co mi się podoba, a co nie. A w założonym budżecie najbardziej spodobała mi się Yamaha BBG5S.


Wychodząc z dawno już nieistniejącego sklepu Z. Hołdysa z nowiutką Yamahą schowaną w futerale, czułem się wyjątkowo. Miałem wrażenie, że oto dokonał się milowy krok w mej karierze muzycznej. Od tej pory studia nagraniowe miały stać przede mną otworem (jeszcze nie wiedziałem za dobrze, co to za otwór) a moje nowe brzmienie miało uczynić mnie sławnym. Nie było istotne to, że BBG5S to produkowany w Tajwanie model ze średniej półki - byłem dumny, blady i podniecony jak prawiczek w sex shopie.

Ogólnie rzecz biorąc miałem powody do zadowolenia - Yamaszka okazała się kawałem przyzwoitego basu, szczególnie w swej klasie cenowej. Kwota, którą należało podówczas wyasygnować za taki instrument (było to 11 lat temu... Jeżu Kolczasty, ale jestem stary) wynosiła ok. 1700 zł, a ja jeszcze coś urwałem po znajomości. Za tę niezbyt wygórowaną sumę można było otrzymać solidną olchową deskę polakierowaną na jeden z czterech dostępnych kolorów (ja wybrałem śliczny sunburst), przykręcony doń klonowy gryf z 24-progową palisandrową podstrunnicą, dwa aktywne humbuckery i dwuzakresową aktywną elektronikę (potencjometry głośności, balansu między przystawkami oraz niskich i wysokich częstotliwości). Całość była przyzwoicie zmontowana, dość klasycznie ukształtowana i bardzo miła dla oka a także - co ważniejsze - dla ucha.

Brzmienie BBG5S było - można rzec - mocne, z solidnym dołem i wyraźnie zaznaczoną górką. Basik miał może troszkę za mało dolnego środka, co zapewne było winą tanich aktywnych przystawek, jednak zupełnie przyzwoicie sprawdzał się w gatunkach muzycznych, które wtenczas uprawiałem, czyli generalnie w rockowiźnie. Szczególnie dobrze odzywał się z kciuka. Na Yamaszce zagrałem mnóstwo koncertów, nagrałem też dwie demówki i w każdej sytuacji byłem usatysfakcjonowany. Na tyle usatysfakcjonowany, że gdy lata później (czyli w zeszłym roku) postanowiłem zainwestować w drugą piątkę (na wykony w miejscach, gdzie nie za bardzo chciałem zabierać Alembica), od razu pomyślałem o basie z serii BB. Tym razem jednak wybór padł na nieco inny model - BB 615.


W odróżnieniu od BBG5S, Yamaha BB 615 ma pasywne przystawki w układzie PJ, trójpasmowy aktywny układ (dodatkowo jest regulacja środka), 22-progową podstrunnicę i nieco bardziej klasyczne wzornictwo, nawiązujące do Yamah BB z lat 80. I - mówiąc prawdę - ten wygląd bardzo mi się podoba, szczególnie w naturalnym wykończeniu bezbarwnym lakierem. Ten bas jest naprawdę ładny. Poza tym konstrukcja jest taka sama - olchowy korpus, klonowy gryf i palisandrowa podstrunnica. I - zapewne dzięki pasywnym przystawkom - te drewna znacznie lepiej słychać, niż w BBG5S. BB 615 brzmi ciepło a jednocześnie nie muliście, ma charakterystyczny łagodny, "słodki" środek typowy dla kombinacji olchy z palisandrem. Najlepsze brzmienie można uzyskać faworyzując jedną z przystawek - przekręcając potencjometr balansu w stronę gryfowej przystawki uzyskujemy fajny, rockowy sound a'la Precision, doskonały do gry kostką, zaś korzystając z przystawki przy mostku i grając palcami mamy doskonale przebijający się w miksie, nieco jazzowy dźwięk. Z kolei pozycja środkowa (obie przystawki) jest najlepsza do klangu, choć i z samej przystawki P można wyciągnąć w ten sposób bardzo przyjemne brzmienia przywodzące na myśl funkowe nagrania z lat 70.

Oto kilka próbek brzmienia BB 615 (ostrzegam uczciwie - jakość wykonania jest średniopółsłaba):

1. Palce - obie przystawki
2. Palce - przystawka gryfowa
3. Palce - przystawka mostkowa
4. Kostka, przystawka gryfowa (więcej nie nagrałem, spod kochy najlepiej gada właśnie z przystawki P)
5. Klang - obie przystawki
6. Klang - przystawka gryfowa
7. Klang - przystawka mostkowa

Niestety, w maju tego roku (notka dla potomności: piszę to we wrześniu 2012) z powodów typowych dla basisty (czyli finansowych) musiałem pożegnać Yamahę. Był to jedyny bas, który nie był mi niezbędny, a z kasą było bardzo słabo... Jednak gdybym znów miał kupować instrument "roboczy" (czyli de facto chałturniczy), zdecydowanie znów rozważyłbym któryś modeli z serii BB. To fajne, solidne, uniwersalne basy. I do tego ładne.

Podsumowując, czyli zady i walety:

Plusy:

* dobre, uniwersalne brzmienie (szczególnie BB 615)
* świetna relacja ceny do jakości
* solidne wykonanie

Minusy:

* słaba aktywna elektronika
* kiepskie aktywne przystawki (BBG5S)
* niezbyt przekonujące brzmienie z obu przystawek naraz (BB 615)

Czym je wozić:

To proste, niedrogie basy dobrze spełniające swoją funkcję - i do takiego samochodu będą pasowały. Zupełnie wystarczy skromny, niezawodny Daewoo Lanos. Ja sam BB 615 woziłem Citroenem ZX i Mazdą 323, zaś BBG5S - zbiorkomem... Ale nawet wtedy zawsze dojeżdżałem na miejsce.