Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Music Man. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Music Man. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2015

Gęba i paluchy: Get Reel

Jak pisałem w swym dwustuwpisowym podsumowaniu, cykl "Gęba i paluchy" dzięki nowej interpretacji ustawy o prawach autorskich zostaje okrojony do minimum. Nie będzie już coverów, za które Zaiks może zechcieć zlicytować moją rodzinę. Jednak na szczęście sam (no, z kilkoma współgraczami) nagrałem w życiu kilka numerów (a może nawet kilkanaście), zaś niektóre z nich nawet nie przynoszą zbyt wielkiego wstydu. Wśród nich znajdują się utwory, które grałem niegdyś z 11-osobowym neofolkowym zespołem o stanowiącej mokry sen logopedów nazwie Rirliel.

Rirliel był ciekawym tworem, i to nie tylko ze względu na swą nazwę czy skład obejmujący m.in. flet, akordeon czy (przez pewien czas) wiolonczelę. Równie interesujący był repertuar. Rirliel, w przeciwieństwie do większości innych zespołów dłubiących sobie w tradycjach ludowych, nie koncentrował się na jednym tylko rejonie. Repertuar zespołu obejmował współ ześnie podane (stąd "neo" w słowie "neofolk") tradycyjne melodie z praktycznie wszystkich rejonów Europy i Bliskiego Wschodu. Były tu utwory inspirowane twórczością arabską czy żydowską, były kawałki, do których w dawnych wiekach podrygiwali mieszkańcy Bretonii czy Andaluzjii, były też oczywiście, nasze, polskie dziełka, takie, jak "Matula" (z sekcją inspirowaną "St Teresa" Joan Osborne) czy "Lipka". Jednak tym, co najbardziej chyba porywało publikę do specyficznych podrygów, były jednak melodie wywodzące się z post-celtyckiego kręgu kulturowego, czyli skoczne dzieła irlandzkie. Wśród nich zaś prym wiódł numer o pociesznym tytule "Get Reel".

LINK - UWAGA, UTWÓR MOŻE SPOWODOWAĆ WYMACHY KOŃCZYNAMI DOLNYMI

Jak słychać, sekcja rytmiczna jest mocno discowa: prosty, mocno osadzony rytm, bas idący sobie oktawkami - to wszystko, w połączeniu z rewelacyjnym duetem skrzypiec i fletu, powodowało, że na koncertach Rirliela ludność nie przejawiała tendencji do zachowań stacjonarnych. Towarzystwo skakało zbiorowo, wywijając odnóżami w mniej lub bardziej udanych próbach naśladowania tańca, który powstał na skutek zbyt dużych ilości Guinnessa i Tullamore Dew w stosunku do zbyt małej liczby toalet.

Niestety, Rirliel w końcu padł ofiarą niezbyt chyba przemyślanej polityki lidera, którą można skrótowo ująć jako "wymagać jak od zawodowców - oferować tyle, co amatorom". Zespół z założenia miał być hobbystyczny, non-profitowy, jednak kłóciło się to z naciskiem na regularne, długie, męczące próby. Dodatkowo niekorzystny stosunek ich ilości do częstotliwości koncertów spowodował, że muzycy zaczęli po kolei odchodzić, słusznie rozumując, że moment, w którym koszta przewyższają korzyści, jest dobrym momentem na zmiany.

Odszedłem i ja, choć z żalem - po stronie korzyści była fantastyczna muzyka.

Na szczęście nie cała poszła się paść.

Jak niektórzy z Was być może wiedzą, gram m.in. w szantowo-folkowo-chałturniczym zespole o pięknej nazwie Wyciągnięci Z Mesy. Z WZM gramy głównie tzw. muzykę użytkową, czyli taką, która preferująca pewnego rodzaju klimat publika lubi wykorzystać jako podkład pod piwo i podrygi. A jako, że w 3/5 Wyciągniętych stanowią byli członkowie Rirliela, wiadomo było, że w końcu przyjdzie nam ochota na przypomnienie sobie dawnych, dobrych dziejów. A numerem, na który padło, jest właśnie "Get Reel".

W Rirlielu grałem "Get Reel" na Nexusie, który pod względem elektroniki miał nieco musicmanową budowę (acz totalnie inną pod każdym innym względem). Dlatego też, mając jeszcze przez chwilę w domu StingRaya Pińć, stwierdziłem, że można by go wykorzystać w celu nagrania numeru, przy którym chyba najlepiej bawię się na scenie podczas prawie każdego grania Wyciągniętych.

Oczywiście ze względu na liczebność składu zostały wprowadzone pewne zmiany - jedną z nich jest mała basowa solówka w miejscu, gdzie w wersji Rirliela było przejście na gitarze akustycznej i przeszkadzajkach. I tę właśnie wersję pozwoliłem sobie niniejszym sieknąć.

Oto:



Dodatkowe odgłosy paszczą (radosny kwik niedaleko początku oraz dźwięki pierdząco-warczące) są dziełem Młodzieża, zaś około połowy nagrania kadr zaszczyciła swą obecnością niejaka Mona, wprowadzając element prawdziwego kociego piękna.

Kolejne odcinki "Gęby i paluchów" będą się czasem pojawiać, ale - jak wspomniałem - dużo rzadziej niż do tej pory, i będę w nich raczej coverował samego siebie. Co chyba podpada pod lekki narcyzm. Wolę jednak być posądzonym o zakochanie we własnym graniu, niż otrzymać rachunek na dziesięćset srylionów od wytwórni nagraniowej czy firmy, która kiedyś gdzieś kupiła prawo do jakiegoś utworu za flaszkę i śledzia.

piątek, 27 marca 2015

Basowisko: Muzyczny Człowiek Płaszczka Pięć

Tak, już dawno nie było wpisu o tematyce stricte basowej. Poprzedni był w lutym, zaś ostatni test basu mieliście okazję przeczytać w zeszłym roku. A i tak najświeższy z nich miał naturę wspominkową. Prawda jest taka, że łatwiej skombinować samochód do testów, niż bas. Po prostu my, muzycy (ależ to dumnie zabrzmiało, właśnie poczułem się oblepiony ciepłą, lekką breją prestiżu własnego), uważamy nasze instrumenty za przedłużenie siebie samych. Swoich rąk. 

Czy innych, bardziej osobistych instrumentów.

Inaczej się dzieje jednak, gdy wpada nam w łapy wiesło o nieuregulowanym jeszcze statusie. Coś, o czym sami jeszcze nie wiemy, czy z nami zostanie, czy będzie nam towarzyszyć na scenie i w studiu, czy przyjmie na siebie pot, naskórek i znużenie hurtowo produkowane w sali prób, czy raczej pogna dalej, w ręce innego grajka, w zamian za odpowiedniej wagi walor finansowy.

Dlatego gdy mój dobry kolega (który miał udział w ściąganiu z jueseja mojego Alembica a wcześniej pożyczył mi swojego ówczesnego) stał się właścicielem pewnego bardzo cenionego, popularnego basu, wykorzystywanego przez rzesze muzyków na całym świecie, a nie powziął jeszcze decyzji co do jego dalszych losów, będąc zajebistym gościem pomyślał o mnie. I napisał.

"Nadal szukasz Music Mana do testów?"

Jasne, że szukałem.


Music Man StingRay 5. Chyba pierwszy naprawdę popularny pięciostrunowy bas, choć w momencie jego debiutu piątki funkcjonowały już od kilkunastu lat. Ale to właśnie on, już pod skrzydłami Erniego Balla (czyli Erneścika Piłki), przyczynił się do spopularyzowania niskiego H w świecie muzyki.

Zacznijmy jednak od początku.

Gdy Leo Fender sprzedał swe pierworodne biznesowo-muzyczne dziecko, czyli firmę noszącą jego nazwisko, koncernowi CBS, przez kilka lat nie robił nic. To znaczy robił - jadł, pił, spał i planował. A gdy zaplanował - zrealizował, i w połowie lat 70. zaprezentował pełnej słusznego podziwu publice swe najnowsze dzieło: Music Mana StingRay.

Czyli Muzycznego Człowieka Płaszczkę.

StingRay został tak nazwany prawdopodobnie ze względu na owalną płytkę otaczającą umieszczonego dość blisko mostka humbuckera. I właśnie ten humbucker połączony z praktycznie nieznaną podówczas aktywną elektroniką (to, co kilka lat wczesniej zaprezentował Alembic, to było coś zupełnie innego) stanowił o unikalnym, niespotykanym, totalnie nowym podówczas brzmieniu. Brzmieniu, które szybko się przyjęło, szczególnie wśród basistów lubiących zrobić użytek z kciuka. Nieprzypadkowo jednym z pierwszych użytkowników nowego instrumentu został Louis Johnson. Chodzą zresztą słuchy, że to z myślą o nim został zaprojektowany StingRay.

Jakiś czas później Leo Fender sprzedał zdobywającego coraz większą renomę Music Mana firmie Ernie Ball. Czy to dobrze czy źle - dyskusje trwają do dziś, zaś większość znanych mi basistów znacznie większą estymą darzy instrumenty "pre-EB", czyli powstałe jeszcze za czasów Fendera. Jednak trzeba przyznać, że za Erniego Balla zaczęto wprowadzać innowacje. Najważniejszą zaś z nich był StingRay 5 - czyli bas, którego egzemplarz lata później (czyli teraz) wpadł mi w łapy.


Cokolwiek nie powiedzieć o StingRayu i jego 5-strunowej odmianie, są to instrumenty łatwo rozpoznawalne. Ich kształt, choć dość konserwatywny, jest dość charakterystyczny, szczególnie główka "czwórki" w nietypowym układzie 3 + 1. Zresztą muszę przyznać, że główka ta zawsze mi się podobała, w przeciwieństwie do dość przyciężkawej z wyglądu główki "piątki".

Równie klasyczna co wygląd jest konstrukcja - klonowy gryf z 21-progową, klonową lub palisandrową (jak w "moim" egzemplarzu) podstrunnicą jest przykręcony do solidnej deski wykonanej zazwyczaj z jesionu (sam Music Man zawsze podaje jedynie "select hardwood", ale najczęściej jest to właśnie jesion, rzadziej olcha). Mniej klasyczny jest sposób przykręcenia gryfu do korpusu - służy do tego aż 6 śrub, co ma gwarantować stabilność połączenia. I rzeczywiście - nie tylko punkt styku szyjki z dechą, ale cały bas sprawiają niezwykle solidne wrażenie. Ma się odczucie obcowania ze świetnie wykonanym obiektem, który przetrwa długie dziesięciolecia.

Osobną kwestią jest elektronika. Znakiem rozpoznawczym basów Music Mana jest umieszczony niedaleko tzw. sweet spotu humbucker o potężnych nadbiegunnikach. Przystawka owa przesyła sygnał przez trójdrożną aktywną elektronikę, umożliwiającą regulację tonów niskich, średnich i wysokich. W pięciostrunowej odmianie dochodzi do tego trójpozycyjny przełącznik umożliwiający rozłączanie cewek przystawki. Gdy przełącznik znajduje się w pozycji najbliżej gryfu są one połączone szeregowo, w środkowej pozycji gra tylko jedna cewka, co czyni z przystawki singla, zaś po przesunięciu pstryczka w kierunku mostka uzyskujemy klasyczne stingrayowskie ustawienie równoległe. Ten właśnie przełącznik, poza innym kształtem płytki, jest tym, co najbardziej odróżnia StingRaya 5 od znanej od lat 70. czterostrunowej odmiany. Tak naprawdę piątce bliżej jest pod tym względem do modelu Sterling.

Innym ciekawym patentem jest wykończenie gryfu. Wielu muzyków woli, gdy gryf jest matowy, dzięki czemu łatwiej jest przesuwać po nim kciuk, jednak wykończenie na wysoki połysk ładniej ukazuje słoje drewna. W Music Manie poradzono sobie z tym tak, że do wysokości siodełka gryf jest woskowany, zaś główka - pokryta lakierem. Wygląda to według mnie dość dziwnie - wolałbym jednorodne wykończenie (najlepiej twardym lakierem), ale ja sam jestem dziwny, więc mój gust nie do końca musi pokrywać się z gustem Generała Publicznego.


Ergonomia jest kolejną kwestią, do której twórcy StingRaya podeszli dość tradycyjnie. Zarówno gryf, jak i korpus, są dość grube (co też w jakiś sposób przyczynia się do wrażenia solidności), ale dobrze wyprofilowane. Mimo znacznego ciężaru nawet długi koncert z Music Manem w rękach nie jest męczarnią.

Nie będzie on męczarnią również ze względu na brzmienie. A ściślej mówiąc - kawał solidnego, tłustego soundu.

Nie będę ukrywał - nie jestem fanem musicmanowskiego brzmienia, szczególnie nowszych modeli tej firmy (każde Bongo, które miałem w rękach, brzmiało tak, jak wyglądało - obrzydliwie). Owszem, kiedyś lubiłem je, i to bardzo, ale w miarę gromadzenia materiału porównawczego zaczęło ono zdawać mi się zbyt "suche" a jednocześnie przebasowione. Oczywiście najwięksi wciąż używają swych Music Manów w sposób, który powoduje natychmiastowy opad szczęki i spodni (choćby dwaj spośród mych największych mistrzów i wzorców - Tony Levin i Lech Janerka), jednak wolałem inne konstrukcje - z tradycyjnych głównie Jazza a z nowoczesnych Alembica. Mimo to testowy StingRay 5 mocno mnie zaskoczył.

Brzmienie pięciostrunowego Music Mana jest takie, jak jego konstrukcja: solidne. Ciężkie. Potężne. Potężna jest też struna H - odzywa się jednocześnie tłusto i wyraziście, każde uderzenie w nią jest niczym dźwiękowy cios w pysk. Z przebasowieniem wynikającym z konstrukcji przystawki można poradzić sobie podcinając nieco dolne pasmo -  ja jednak nie musiałem tego robić. Z moim składem szantowo-folkowo-chałturniczym StingRay usiadł pięknie, sprawnie zajmując przypadającą mu soniczną przestrzeń. Nawet mimo starych, mocno zdechłych strun nie można było mówić o muleniu - owszem, podczas gry palcami słyszalna była charakterystyczna dla Music Mana "poducha" (która sprawia, że wbrew temu, co wielu myśli, StingRay NIE JEST rockowym basem), jednak w tej stylistyce, przy oszczędnym dość instrumentarium, była ona jak najbardziej na miejscu. Środek był mocny, ładnie uwypuklony, zaś górka - nieco złagodzona przez palisandrową podstrunnicę (w StingRayach, tak, jak w fenderokształtnych, zdecydowanie wolę "strzał" klonu), ale wciąż dość wyrazista, co szczególnie było słychać przy grze kciukiem. Wtedy też właśnie StingRay 5 błyszczał najmocniej - sound ociekał funkiem jak SUV segmentu premium multiinterfejsowością. Z drugiej strony - Music Man nienajlepiej dogadywał się z chorusem (co jest ciekawe, gdyż bezprogowy StingRay mistrza Pino Palladino był przepuszczany przez chorusa prawie cały czas i gadał genialnie), nie przekonywał też przy grze tappingiem. Za to palce, kciuk i kostka - miód. Gdy miałem wrażenie, że bas zaczyna ginąć - wystarczyło odrobinę podbić wybrane pasmo, by znów było dobrze (przy czym objawiła się wada układu - brak wyraźnych pozycji "zerowych" na potencjometrach). Zauważyłem też, że najbardziej pasowało mi brzmienie przystawki z szeregowym ustawieniem cewek. Właśnie wtedy zdawało się najlepiej kleić z resztą instrumentów. A najfajniejsze jest to, że zwyczajnie dobrze czułem się z nim w rękach.



Podsumowanie, czyli zady i walety:

Music Man StingRay 5 to prawdziwy koń roboczy. Solidna konstrukcja i równie solidne brzmienie pozwolą przetrwać niejedną trasę i sprawdzą się doskonale w studiu. Nie, nie jest to rockowy instrument, ale w popie, funku czy tzw. muzyce użytkowej sprawdza się wyśmienicie. I nie kryję, że gdybym był muzykiem sesyjnym, StingRay prawdopodobnie znalazłby się w mym instrumentarium. Tyle, że z klonową podstrunnicą.

Plusy:

* solidne wykonanie
* komfort gry
* potężne brzmienie
* frajda z grania

Minusy:

* zdecydowanie mało rockowy charakter
* ciężar
* brak wyraźnej "pozycji centralnej" na pokrętłach equalizacji - utrudnia to znalezienie "opcji zero", czyli bez podbicia i obcięcia

Czym go wozić:

Konia roboczego wśród basów można wozić koniem roboczym wśród samochodów. Czy to będzie Volvo V70, czy Toyota Avensis kombi, Music Man będzie się tam czuł dobrze. Acz podejrzewam, że w bagażniku Mustanga jego właściciela czuje się jeszcze lepiej.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Top 10: Ejtisy

Witam Szanowne Państwo.

Jak już wczoraj (a w zasadzie przedwczoraj - jest już grubo po północy) zapowiedziałem, będzie nowy cykl, a w nim tylko soczyste mięso prosto z Konstaru i pełen Wzwodzisław Śląski. Obietnicy niniejszym dotrzymuję, choć z prawie dwugodzinnym poślizgiem (żadnego wpisu nie tworzyłem tak długo): co pewien czas będę prezentował 10 najlepszych czegoś tam w jakiejś tam kategorii (Jezusie Świebodziński, jaki jestem oryginalny, NIKT nie wpadł przede mną na taki pomysł, poproszę Nagrodę Wedla). Oczywiście mojem skromnem zdaniem, ale jako, że mam wyśmienity gust zaś moja racja jest mojsza niż twojsza, można będzie wszystkie moje wywody spokojnie przyjąć jako aksjomat oraz Nową Prawdę Objawioną. I to jest moja opinia, i całkowicie się z nią zgadzam.

Dobrze, jedźmy zatem z tym koksem (wciągniętym w międzyczasie przez niejakiego Zenona S. w kiblu podczas baletu w klubie Blue Star).

Dziś będzie kolorowo, plastikowo, dziwaczne fryzy oraz bas pod szyją i kciuk w górze, wszystko to podczas bujania się do rytmu "Fade To Grey", "Too Shy" i "Lessons In Love" (te dwa ostatnie niszczą wszechświaty linią basu, tak bajdełej). Czyli lata osiemdziesiąte. Przyznaję bez bicia - kocham tamtą dekadę, szczególnie jej pierwszą połowę. New Romantic, pocieszne stroje, te rzeczy. Te lata przypadały na moje dzieciństwo, wtedy też zaczynała się rodzić moja miłość do muzyki. I właśnie wtedy w nagraniach muzyki cerkiewnej (znanej jako pop) królował bas. Klangowało się wtedy niemiłosiernie - Mark King i Nick Beggs to kosmici, wielbię ich - a i na fretlessie dużo się działo (nieodżałowany Mick Karn czy mój osobisty idol, mistrz Pino, który teraz gra już zupełnie inaczej ale nadal cudownie, nie potrzebowali progów). Dlatego na początek strzelam z grubej rury: Top Ten Basów z Lat Osiemdziesiątych.

10. Steinberger

Steinberger XL-2 - zdjątko ze strony http://www.myrareguitars.com/10-most-important-electric-basses

Nie zrozumcie mnie źle - jak 99% osób z choćby szczątkowym poczuciem estetyki, uważam, że ten bas jest dramatycznie, boleśnie, brutalnie szpetny. Do tego jego brzmienie... hmmm... W zasadzie trudno mówić o istnieniu tego dość istotnego w przypadku instrumentów muzycznych aspektu w odniesieniu do tego wynalazku.

Jednak musiał się tu znaleźć. Dlaczego?

Otóż dzieło Neda Steinbergera, słynny model XL-2, było rewolucją. Steinberger jako pierwszy przedstawił monolityczną, bezgłówkową konstrukcję z włókna węglowego ze szczątkowym korpusem i aktywnymi przystawkami. Próby skonstruowania bezgłówkowego instrumentu były podejmowane już wcześniej, m.in. przez Fendera (powstał bodajże jeden prototyp), aktywna elektronika została skonstruowana już dekadę wcześniej przez Rona Wickershama, współzałożyciela legendarnej firmy Alembic, a grafitowe gryfy jako pierwszy zaczął produkować Geoff Gould z Modulusa, ale to Steinberger połączył to wszystko razem, dodając opatentowany przez siebie mostek połączony z systemem naciągu strun oraz w zamyśle ergonomiczy zminimalizowany korpus. Pomysł chwycił - i to jak! Steinberger XL-2 stał się niemalże ikoną lat 80. - używali go m.in. Guy Pratt, Geddy Lee (przez krótki czas) i wielu innych basistów znanych zespołów. Wystarczy obejrzeć trochę klipów z tamtej dekady - w wielu z nich zobaczymy to dziwaczne, paskudne ustrojstwo. XL-2 zainspirował też inne firmy oraz lutników i wkrótce bas bezgłówkowy stał się muzycznym symbolem dekady.

Czym go wozić:

Wrzuć go na tylną półkę w Maluchu i ruszaj. 

9. Ibanez Roadster/Roadstar

Katalog Ibaneza Roadstera - wzięty ze strony http://blog.goo.ne.jp/span_21/e/8a9ad791d084b3db2231d1a6de021657
Firma Ibanez stała się znana w latach 70. jako producent kopii Fenderów i Gibsonów - tzw. "lawsuit copies". Kopii, zaznaczyć należy, bardzo udanych, co z oczywistych powodów bardzo zdenerwowało wytwórców oryginałów... Po serii procesów sądowych Japończycy stwierdzili, że bardziej opłaca się opracować własne konstrukcje, co okazało się być świetnym pomysłem.

Dlaczego Roadster i jego następca, czyli Roadstar, a nie instrumenty z wyższej półki, czyli np. Musician? Otóż te niższe serie stały się sposobem na posiadanie świetnie brzmiących i wykonanych basów i gitar za bardzo rozsądne pieniądze. Większość basów z tych serii było wyposażonych w bardzo popularny w latach 80. układ PJ, wszystkie zaś były skonstruowane z dobrych jakościowo klasycznych drewien (głównie jesion i klon) i wyposażone w solidny osprzęt. I brzmiały bardzo zacnie. Wystarczająco zacnie, by korzystali z nich m.in. Steve Harris z Iron Maiden (nie wierzycie to obejrzyjcie sobie klip do "Run To The Hills") czy John Wetton. Do tego wyglądały świetnie - symetryczna, rozszerzająca się ku górze główka tego modelu to chyba mój ulubiony kształt. Te basy podobały mi się tak bardzo, że sam kiedyś taki kupiłem... I do dziś żałuję, że pozbyłem się go. Może jeszcze kiedyś...

Mój Roadster - zepsuty przez poprzedniego właściciela przystawkami EMG... Ale i tak był świetny.
Czym go wozić:

Stara Mazda 626 (jeszcze tylnonapędowa) będzie w sam raz.

8. Pedulla Pentabuzz

Pedulla Pentabuzz pożyczona ze strony http://www.talkbass.com/forum/f182/pedulla-pentabuzz-5-string-fretless-ireland-469903/

W latach 80. zaczął się szał na basy hi-endowe (zwane przez niektórych butikowymi) oraz bezprogowe. 5-strunowe basy nie były jeszcze popularne, ale zaczynały być widoczne. Jeden znany lutnik połączył wszystkie te trendy. Był nim Michael Pedulla.

Pierwsze basy Pedulli powstały już w latach 70., zaś jego produkowana do dziś flagowa seria MVP została zaprezentowana ok. 1976 roku. Dwa lata później, specjalnie dla Marka Egana i Tima Landersa, została stworzona bezprogowa wersja MVP, nazwana Buzz. Mark Egan był zainspirowany grą legendarnego Jaco Pastoriusa (nawet wziął kilka lekcji u niego), więc naturalną koleją rzeczy była koncentracja na fretlessie. Jednak Pedulla Buzz była zupełnie innym zwierzęciem, niż Jazz Bass, na którym grał Jaco. Gryf wklejany przez całą długość korpusu (neck-through-body), w pełni klonowa konstrukcja za wyjątkiem pokrytej poliestrowym lakierem hebanowej podstrunnicy oraz przystawki Bartollini w układzie PJ - wszystko to sprawiało, że Buzz miał bardzo charakterystyczne brzmienie, które szybko znalazło wielu wielbicieli, mimo, że różniło się od klasycznego, śpiewnego soundu olchowo-klonowo-palisandrowego Jazza nazwanego Bass Of Doom.

W latach 80. coraz częściej pojawiały się basy 5-strunowe. Co prawda istniały już w połowie lat 70. (pierwszego zamówił niejaki Jimmy Johnson u czarodziejów z Alembica), a nawet wcześniej (Fender Bass V nie był jednak wyposażony w niskie H), ale dopiero elektroniczne brzmienia kolejnej dekady zachęciły mniej tradycyjnie myślących basistów do zejścia poniżej E. Świetne piątki robili już wspomniany Alembic oraz coraz bardziej ceniony Michael Tobias, ale pierwszym naprawdę rozpoznawalnym pięciostrunowym fretlessem, kochanym przez basistów na całym świecie, stała się właśnie wyposażona w dodatkową strunę bezprogowa Pedulla, nazwana Pentabuzz.

Czym ją wozić:

Ten bas jest robiony do dziś i kosztuje straszne pieniądze. Samochód, w którym najlepiej by się czuł co prawda nie jest już produkowany, ale stylem i ceną pasowałby do Pedulli. Jest to Cadillac Eldorado z lat 80.

7. Kubicki Ex-Factor

Kubicki Ex-Factor - fotka ze strony http://stuartclayton.com/gear/kubicki-ex-factor/
Kolejne dziwadło o dyskusyjnych walorach estetycznych... Powiedzmy sobie szczerze - lata osiemdziesiąte pełne były takich gwałcących estetykę wynalazków. Jednak ten był wyjątkowy.

Philip Kubicki miał świetny pomysł: skoro basy bezgłówkowe stają się popularne a do tego coraz więcej basistów schodzi poniżej E, przy czym wielu nadal z rezerwą podchodzi do konceptu piątej struny, niegłupio byłoby dać im dostęp do niższych dźwięków w czwórce. Na podobny pomysł wpadli mili państwo z firmy Hipshot, prezentując na początku lat 80. słynny (i do dziś produkowany) Xtender, jednak obniżał on strój do tzw. drop D, przez co pozycje na gryfie przesuwały się - przynajmniej na strunie E. Nie każdemu to odpowiadało (na pewno nie mi - NIENAWIDZĘ dropów). Kubicki korzystając z braku główki po prostu przedłużył "kikut" i dodał dwa niższe progi na strunie E oraz kapodaster. Zwalniając go, basista grający na Ex-Factorze zyskiwał dostęp do dwóch dodatkowych dźwięków - Es i D. Do tego bas zachowywał swe kompaktowe rozmiary dzięki menzurze na "podstawowych" progach
skróconej do 32" (po zwolnieniu kapodastera menzura całej najniższej struny przedłużała się do 36"). Pomysł genialny w swej prostocie.

Niestety, design był już nieco przekombinowany. Olchowy korpus przybrał kształty... powiedzmy - kontrowersyjne. Dziwacznym pomysłem był też gryf sklejony z ponad 30 klonowych listewek. Toż to w zasadzie sklejka! Na szczęście to wszystko, uzupełnione hebanową podstrunnicą, działało. Stu Hamm - basista Joe Satrianiego - uznał, że to wystarczająco dobry instrument dla niego. A znaczy to, że musiał być dobry.

Czym go wozić:

To dość dziwaczny bas, więc zasługuje na dość dziwaczny samochód. Najlepiej amerykański, gdyż Ex-Factor powstał właśnie w Stanach. Dobrym wyborem będzie Buick Riviera z '85 roku, wyposażony w ukochany wynalazek tamtej dekady: elektroniczną tablicę rozdzielczą.



6. Yamaha BB



Oba zdjęcia ukradzione radośnie ze strony http://www.izuminaoya.com/bass-gear.html

Tu w zasadzie nie trzeba zbyt wiele pisać. BB to chyba najbardziej znana basowa seria Yamahy. Bardzo szeroka seria. Instrumenty o dość klasycznej linii (choć bardziej zaokrąglonej od Fenderów), większość miała pasywne przystawki w układzie PJ (choć zdarzały się modele tylko z jedną przystawką P a w późniejszych wersjach również z układem JJ i humbuckerami), praktycznie wszystkie były wykonane z olchy (korpus), klonu (gryf) i palisandru (podstrunnica). Istniały wersje bolt-on (z przykręconym gryfem) i neck-thru, z pasywną i aktywną elektroniką, był też jeden z pierwszych popularnych basów 5-strunowych (BB 5000)... Wszystkie, oprócz podobnego wyglądu i użytych drewien miały jeszcze dwie wspólne cechy: świetną jakość wykonania i bardzo dobry, sprawdzający się w większości sytuacji sound. Wystarczająco dobry, by główną broń uczynił z niej Michael Anthony i dziesiątki świetnych basistów sesyjnych.

Czym ją wozić:

To solidny, praktyczny bas, więc zasługuje na solidny, praktyczny samochód. Oczywiście japoński. Taki, jak np. Toyota Carina kombi.


5. Alembic Spoiler

Zdjątko znalezione na http://en.wikipedia.org/wiki/File:1988_Alembic_Spoiler_Coco_Bolo_guitar.jpg

Tak, jakiś Alembic po prostu musiał się tu znaleźć. Lata 80. były tak naprawde dekadą Alembica - to wtedy basiści rzucili się tłumnie na drogie, hi-endowe basy z wklejanym gryfem i aktywną elektroniką, a król tej klasy instrumentów jest tylko jeden i jest nim właśnie Alembic. Instrumenty tej właśnie firmy zapoczątkowały ów trend, i to ona do dziś pozostaje pewnego rodzaju wzorcem.

Dlaczego zatem Spoiler a nie wyższe, jeszcze droższe modele, czyli Series I i II? Po pierwsze Spoiler był pierwszym ukłonem Alembica w stronę tych basistów, którzy nie potrzebowali 200 przełączników i 800 potencjometrów, nie chcieli (lub nie mogli) wydać równowartości dobrego samochodu na instrument, a pokochali to charakterystyczne brzmienie Alembica. I dostali bas, który był w zasadzie wszystkim, czym jest Alembic, ale sprowadzonym do najbardziej podstawowych elementów: konstrukcja ntb z klonowym gryfem przechodzącym przez mahoniowy korpus ozdobiony z wierzchu pięknym, egzotycznym drewnem (wybór był szeroki), 24-progową hebanową podstrunnicę, tę klasyczną, niepowtarzalną alembicowską elektronikę (2 aktywne "mydełka" połączone z filtrem) oraz niezrównaną jakość wykonania. Do tego nieco skrócona menzura (32") i nowy design główki (tzw. cone, czyli stożek). Wszystko to razem dawało instrument prostszy, nie tak wymyślny jak modele z najwyższej półki, ale nadal wysmakowany i niepowtarzalnie brzmiący. W tym właśnie brzmieniu zakochali się m.in. Brown Mark z zespołu Prince'a i niezapomniany Cliff Burton. A to o czymś świadczy.

Czym go wozić:

Szlachetny bas zasługuje na szlachetny środek transportu. Najlepiej równie charakterny. Dlatego najbardziej będzie pasować do Corvette w jej ejtisowym wcieleniu C4.


4. Music Man StingRay 5


Ten śliczny egzemplarz Music Mana SR5 był na sprzedaż na forum BassChat - konkretnie tu: http://basschat.co.uk/topic/44707-musicman-stingray-5-string-3eq-bass/


Najbardziej znane brzmienie Music Mana z lat osiemdziesiątych wychodziło spod palców jednego z moich absolutnych mistrzów - niejakiego Pino Palladino. I była to bezprogowa czwórka, która w jego rękach przepięknie śpiewała. Jednak to nie ten bas był najważniejszym modelem Music Mana w dekadzie ostrego makijażu i idiotycznych krojów spodni, tym bardziej, że powstał jeszcze w latach siedemdziesiątych. Był nim za to StingRay 5.

Po koniec lat 80. piątki stawały się coraz szerzej akceptowane. Produkowali je na mniejszą czy większą skalę Alembic, Ibanez, Pedulla, Tobias i Yamaha, pięciostrunową wersję wspaniałego Mach II zaprezentował również Wal. Natomiast to właśnie Music Man uczynił ten format naprawdę popularnym.

StingRay, dzieło wielkiego Leo Fendera, był znany już od 1976 roku, szybko stając się jednym z ulubionych instrumentów basistów na całym świecie. Był solidnie wykonany, zaś jesionowa decha z przykręcanym klonowym gryfem i klonową lub palisandrową podstrunnicą połączone z umieszczonym blisko mostka humbuckerem sprzężonym z aktywną elektroniką dawały w rezultacie charakterystyczne brzmienie doskonale nadające się do klangu, stającego się podówczas nader popularną techniką. Zaprezentowany około 1987 roku model StingRay 5 oprócz dodatkowej, niskiej struny otrzymał również możliwość rozłączania cewek w przystawce, co wpłynęło na zwiększenie możliwości brzmieniowych. Pięciostrunowy Music Man szybko zyskał ogromną popularność, stając się główną bronią w rękach tak fenomenalnych muzyków, jak mistrz Tony Levin. I to wystarczający powód, by znalazł się tak wysoko w rankingu najważniejszych basów dekady.

Czym go wozić:

Popularny amerykański bas poczuje się dobrze w popularnym amerykańskim samochodzie. Ford Taurus SW (kombi) lub Jeep Cherokee będą jak znalazł.

3. Aria Pro II SB-1000


Ten przepiękny egzemplarz Arii mieszka... na Białorusi: http://www.bassbel.com/forums/topic.php?forum=1&topic=102
Wchodzimy na podium. Tu już nie ma żartów - przed nami trzy basowe ikony tamtych lat. Basy, które zachwycają bezbłędną stylówą, jakością wykonania i brzmieniem.

Aria Pro II była flagową marką Matsumoku - japońskiego konsorcjum słynącego z produkcji świetnej jakości instrumentów. Najbardziej znaną i cenioną serią basów Arii była linia SB, zaś jej topowym modelem - legendarny SB-1000. SB to - wbrew niewesołym skojarzeniom - skrót od "Super Bass". I te basy naprawde były super: najmodniejsza podówczas konstrukcja neck-thru, doskonałej jakości drewna (skrzydła korpusu z jesionu, gryfy z klonu przekładanego bodajże mahoniem, podstrunnice zazwyczaj z palisandru), solidny osprzęt, przystawki typu humbucker - to wszystko składało się na te znakomite instrumenty. SB-1000 miała jednego humbuckera w środkowej pozycji (tzw. sweet spot) i ciekawą aktywną elektronikę z obrotowym przełącznikiem trybów działania. Znam ludzi, którzy twierdzą, że tego typu konstrukcja po prostu się nie sprawdza, jednak tu brzmienie było rewelacyjne. Wystarczy powiedzieć, że takie właśnie basy wybrali m.in. Trevor Horn (później legendarny producent) podczas nagrywania 2 płyt z The Buggles, Pete Trewavas z grupy Marillion, ś.p. Cliff Burton (po tym, jak skradziono mu Alembica) i fenomenalny John Taylor z Duran Duran.

Czym ją wozić:

Trudny wybór. Stawiałbym na szlachetnego japończyka z tamtych lat (Złomniku, pomóż!!!)... Mógłby być Mitsubishi Galant - najlepiej Lambda.


2. Status Series 2


Przepiękna rodzinka Statusów znaleziona tu: http://basschat.co.uk/topic/25170-get-your-status-graphite-basses-out/page__st__200


Gdy pisałem, że Ned Steinberger zainspirował swą konstrukcją innych twórców instrumentów, miałem na myśli przede wszystkim Statusa. Ta brytyjska firma doprowadziła koncept bezgłówkowego basu z grafitowym gryfem do perfekcji. Instrumenty owe nie tylko miały charakterystyczne, w pełni użyteczne, pasujące do wielu gatunków muzycznych i technik brzmienie, ale też - w przeciwieństwie do basów Steinbergera - świetnie wyglądały. Do gryfu z włókna węglowego były doklejane skrzydła korpusu wykonane z mahoniu, orzecha lub jesionu, z pięknymi topami z wzorzystych drewien. Pasywne humbuckery były sprzężone z aktywną elektroniką. Do tego estetyka wręcz ociekająca ejtisowym klimatem... Nic dziwnego, że na basach Statusa grali (i grają nadal) tak genialni muzycy, jak Mark King czy Guy Pratt...

Czym go wozić:

W kwestii Statusa wyłamię się ze schematu. Nie będę ładował go w angielskie bryki. Jednak samochód, którym będzie wożony, musi mieć podobny klimat i masę charakteru... Myślę, że klasyczny Saab 900 ("Krokodyl") lub Citroen CX nadałyby się doskonale.


1. Wal Mach I i II




Tak, król może być tylko jeden. I jest nim ociekający atmosferą lat 80. Wal.


Firma Wal (a w zasadzie Electric Wood) została założona w latach 70. przez Iana Wallera i Pete'a Stevensa. Od początku robili oni basy z wysokiej półki, lecz popularność przyszła na początku lat 80 wraz z fenomenalnym modelem Mach I. Miał on mahoniową deskę z topem z egzotycznego drewna i przykręcony do niej klonowy gryf z palisandrową (w wersji progowej) lub hebanową (fretless) podstrunnicą. Całość uzupełniała niezwykła elektronika: dwa autorskiej konstrukcji humbuckery połączone z aktywnymi filtrami, po jednym dla każdej przystawki. Filtry miały przełączany zakres działania poprzez pociągnięcie danego potencjometru. Wszystko to sprawiało, że basy Wala brzmiały bardzo charakterystycznie. W zdecydowanie pozytywnym tego słowa znaczeniu. Brzmienie było mocne, wyraziste i szlachetne - głównie dzięki zastosowaniu najlepszych, sezonowanych drewien. To brzmienie urzekło zmarłego na początku zeszłego roku Micka Karna - z bezprogowego Wala wydobywał dźwięki nie do pomylenia z kimkolwiek innym. Na Walach grał także Geddy Lee (zarówno Mach I jak i smuklejszy, wyposażony w 24-progowy gryf Mach II) a obecnie używają ich m.in. Justin Chancellor z Toola (głównie Mach II) i Jeff Ament z Pearl Jam (fretless). W swojej kolekcji bas tej szlachetnej marki ma też Paul MacCartney - jest to pięciostrunowy Mach II (jedyna piątka tego legendarnego basisty).

Niestety, założyciele marki już nie żyją - jednak firma po kilku latach przerwy w działaniu została zreaktywowana. W międzyczasie starsze Wale zdążyły mocno zyskać na wartości - ich ceny są aktualnie astronomiczne...

Wal zawiera w sobie wszystko, co było najlepsze w latach 80. - niepowtarzalną stylistykę, brzmienie i charakter pozwalający wysunąć się gitarze basowej na front. W wersji Mach II jest do tego jednym z najpiękniejszych instrumentów, jakie kiedykolwiek powstały. Dlatego musiał znaleźć się na czele tego zestawienia.

Czym go wozić:


Najlepszy bas zasługuje na najlepszy transport. Lub przynajmniej odpowiadający jego charakterowi. Dlatego woziłbym go Jaguarem XJS, Daimlerem Sovereign... czy choćby nawet Rollsem. Jest tego wart.

Dobranoc.