Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrzyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrzyn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2018

Basowisko: ponownie straciłem głowę

Pisałem o tym już wielokrotnie: lubię obrzyny.

Mam do nich dziwną słabość. Przemawia do mnie ich, powiedzmy, nietypowa estetyka, przywołująca na myśl moje ulubione lata osiemdziesiąte. Do tego przekonują mnie ich walory praktyczne, na czele z mniejszą ilością zajmowanego miejsca (kluczowa sprawa zarówno w przypadku wąskich bagażników, jak i ciasno załadowanego zespołowego busa) i wyższym bezpieczeństwie na wykonach, głównie weselnych, gdzie na scenę w każdej chwili może załadować się napruty jak dzika świnia kosmiczna wujek Marian.

Dlatego, po kupieniu mojego pierwszego bezgłowego basu, wciąż gdzieś z tyłu głowy pałętała mi się myśl, że warto by było jeszcze jeden. Najlepiej piątkę. I właśnie teraz, gdy spłynęło mi nieco gotowizny, znajomy z pewnego forum basowego wystawił na sprzedaż taki właśnie instrument. A gdyby tego było mało, nie dość, że była to bezgłówkowa piątka, ale do tego została wyprodukowana przez pewnego znanego mi człowieka, którego jedno dzieło już miałem. I po jego sprzedaży obiecałem sobie, że kiedyś kupię kolejne.

Efekt nie mógł być inny, niż uszczuplenie stanu mojego konta.


Pierwsze wrażenie po przybyciu basiwa było... dziwne. Przede wszystkim nie dało się zrobić setupu - i to mimo prostego gryfu. Struny były chyba z centymetr nad podstrunnicą i nie dało się opuścić ich niżej. Do tego stare, kapciowate struny nie pozwalały usłyszeć tego, jak ten instrument naprawdę brzmi. Decyzja mogła być tylko jedna: sprzęt musi trafić do jego twórcy. 

I, jak się okazało, była ona ze wszech miar trafna. Niedługo po powrocie z wywczasu mój nowy (choć 28-letni) bezgłówkowy Nexusik był wreszcie gotów do gry.

Jak w przypadku większości dizajnów Jacka K., stylówa obrzyna jest niezwykle charakterystyczna. Obłe, miękkie linie przeplatają się tu z ostrymi cięciami, jednak całość wygląda równie harmonijnie, co oryginalnie. Widać tu inspirację innymi projektami - głównie Pedullą (rogi korpusu) i niemieckim LeFayem (ogólny kształt). Dolna krawędź deski niejako zapowiada tu przedstawiony nieco później klasyczny już nexusowy model Belial - zresztą według mnie idealnie dopasowany swym kształtem do bezgłówkowej konstrukcji. Całość jest, jak to u Nexusa, bardzo wygodna i ergonomicznie ukształtowana.


Bas został w całości wykonany z egzotycznych drewien. Na dechę poszedł kawałek drzewa o interesującej nazwie bodo - przez pewien czas zastanawiałem się nawet, czy z tego względu onemu obrzynu nie dać na imię Eugeniusz, jednak brzmienie owego imienia nieszczególnie pieści moje uszy. Gryf został zgrabnie wystrugany z - bodajże - azobe, zaś 24-progowa podstrunnica to wycięta została z iroko.

Sama konstrukcja nie jest tak wymyślna jak drewna, ale również trudno nazwać ją ortodoksyjną. 


Jednoczęściowy gryf jest wklejony metodą set-in, przy czym powierzchnia klejenia, w przeciwieństwie choćby do Gibsonów, jest bardzo duża, co gwarantuje stabilność i lepsze przenoszenie drgań. Elektronika jest najprostsza, jak się da - dwie pasywne przystawki niemieckiej firmy Schaller (bardziej znanej z kluczy i mostków), po jednym potencjometrze głośności dla każdej z nich i pokrętło tonów. Tyle. Żadnych bateryjek, żadnych dodatkowych układów equalizacji. Pełna klasyka. Resztę osprzętu za to trudno nazwać klasyczną. Na dole mamy ciężki, solidny, mosiężny mostek ABM zaś na końcu gryfu, tam, gdzie w normalnych basach jest główka, znajduje się coś, co szybko okazało się największą chyba wadą tego wiesła.

Nie, nie przeszkadza to przy grze. Nie stanowi też problemu natury estetycznej, jeśli nie liczyć wystających końcówek strun po przycięciu. Problem pojawia się w momencie, gdy chcesz zmienić struny.


W Hohnerze sprawa jest prosta: kupujesz struny typu double ball (czyli zakończone kółkami z obu stron), pokrętłami do strojenia luzujesz siodełka na mostku, jedno kółko zahaczasz o siodełko, drugie o wycięcie na nakładce na końcu gryfu, stroisz, voila. Całość zajmuje max 5 minut w zrelaksowanym tempie. A tutaj? Tu najpierw, oczywiście po poluzowaniu strun na mostku, trzeba odkręcić metalową sztabkę na końcu gryfu. Nie do końca, wystarczy poluzować śruby zostawiając szparę wystarczającą do przewlekania końcówek strun, jednak już to będzie trudnym zadaniem. Gdy śruby puszczą (prawdopodobnie po zepsuciu 1-2 kluczy ampulowych), zdejmujemy struny i ostrożnie zakładamy nowe. Zwykłe, "jednokółkowe". Oczywiście siodełka na mostku trzeba maksymalnie poluzować, by był, że tak powiem, margines naciągu. Następnie struny musimy maksymalnie naciągnąć ręką i przykręcić śruby, tak, by sztabka utrzymała je na miejscu. Jednocześnie trzecią ręką wyrastającą dogodnie z okolic biodra przytrzymujemy struny na mostku by nie poodczepiały się z siodełek. Przykręcamy śruby jeszcze mocniej. Następnie jeszcze trochę, krzywiąc lub wyokrąglając trzeci ampulek. Gdy jesteśmy już pewni, że struny można nastroić, kręcimy pokrętłami na mostku. Nieprzycięte końcówki strun dyndają przy tym na drugim krańcu basetli, dzwoniąc wesoło i zahaczając o co się da. Gdy bas jest już nastrojony i jesteśmy pewni, że sztabka na gryfie trzyma je wystarczająco mocno, przycinamy końcówki.

W tym momencie struna G wyskakuje spod sztabki. Jest już przycięta, więc nie ma jej jak złapać by zamocować ją ponownie. Oczywiście by zamocować nową musisz mocno poluzować sztabkę. Wiesz, że grozi to wyskoczeniem pozostałych strun, więc luzujesz je na mostku. Znajdujesz jakąś używaną ale wciąż sprawną strunę G zdjętą z basu z główką, zakładasz...

I w tym momencie spod sztabki wyślizguje się struna D.

W ten sposób zmarnowałem cały nowiutki komplet strun i strunę G z kolejnego.

Wniosek: obrzyn - jak najbardziej TAK. Ale TYLKO na double-balle. Co ciekawe, wedle słów twórcy basu właśnie tak z początku było. Na końcu gryfu znajdował się ABM-owski uchwyt  (tzw. headpiece - nie mam pojęcia, jak ta część nazywa się po polsku) pozwalający mocować oba typy strun. Ktoś po drodze jednak go wymienił na to, co jest teraz. Kto i po cholerę - pozostaje tajemnicą. Jasnym jest za to, że planuję takową końcówkę gryfu zakupić i założyć. Problem polega jednak na tym, że kosztuje ok. 80 ojro.

Tak czy inaczej - po wykonaniu głębszego frezu pod mostkiem przez Twórcę a następnie setupu "pod siebie" już w domu po kolejnej zmianie strun, mogłem wreszcie w pełni ocenić jak gra się na Nexusowym obrzynie.

A gra się fajnie.


Pierwsze, co zauważa się po wzięciu tego basu do ręki, jest jego ciężar. Ciężar przez okrutnie wielkie "C". Kamień, który Syzyf mozolnie pchał pod górę, musiał być tak naprawdę kawałem Eugeniusza drewna bodo. Na szczęście, jak już wspomniałem, korpus jest bardzo wygodnie ukształtowany. Gryf natomiast okazuje się... dość dziwny. Dość płaski profil nie zaskoczył mnie jakoś szczególnie - taki sam wszak miałem w Shiningu. Zaskoczeniem była za to jeszcze bardziej płaska podstrunnica. Zasadniczo zupełnie płaska. Zerowy radius. Nie spotkałem się chyba wcześniej z takim rozwiązaniem. Na szczęście przyzwyczajenie się do tego nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Więcej czasu za to trzeba na przywyknięcie do bardzo wąskiego rozstawu strun na mostku, wygodnego do gry palcami czy kostką ale utrudniającego młóckę kciukiem.

Brzmienie "na sucho" jest wyrównane, żywe, ale łagodniejsze niż w przypadku basów z przykręcanym gryfem. Po podłączeniu owa łagodność nie zanika - bas ma zdecydowanie ciepłe, mruczące, dość miękkie brzmienie. W przypadku struny H nawet trochę zbyt miękkie - acz być może inaczej odezwałby się ze strunami ze stalowym oplotem, zwężającym się przy mostku (tzw. taper core). Grając z mocniejszym atakiem można wyciągnąć z niego nieco ostrości, szczególnie na strunach D i G, jednak wyraźnie słychać, że nie są to jego klimaty. Nexusowy obrzyn to - mimo wyglądu i masy własnej - łagodne stworzenie o nieco "generycznym" choć ciepłym i przyjemnym głosie, przy czym najlepiej brzmi gdy obie przystawki są maksymalnie "odkręcone". Sama mostkowa odzywa się jeszcze całkiem fajnie, z mocnym, przebijającym się środkiem,  lecz gdy gramy na samej gryfowej dzwiekrobi się nieco zbyt nosowy i mało wyrazisty. Gdy grają obie, a potencjometr tonów jest w pozycji "otwartej" otrzymujemy zdecydowanie nowoczesny soundomierz o łagodnym charakterze, najlepiej spisującym się przy klasycznej grze palcami, choć z kciuka też można wyciągnąć bardzo przekonujące brzmionko. Charakter ten jest idealny, rzekłbym, do fusion, popu (takiego dobrego, z żywym instrumentarium) lub klimatów a'la Toto. GONNA TAKE A LOT TO DRAG ME AWAAAAY FROM YOUUUUUUUU

Podsumowanie czyli zady i walety:

Nexus headless, jeszcze bez nazwy modelu, to ósmy bas stworzony przez Jacka Kobylskiego - niezwykle zdolnego, ale podówczas, w 1990 roku, jeszcze mało doświadczonego lutnika. Ten brak doświadczenia nie wpływa jednak na ogólną miodność instrumentu. Owszem, widać go w detalach typu równość frezów pod przystawki czy pokrętła, być może również z niego wynika płaskość podstrunnicy (chyba, że był to świadomy zabieg), jednak ogólna jakość i solidność wykonania oraz brzmienie są na naprawdę wysokim poziomie. Sam soundomierz nie jest może tak uniwersalny, jak choćby w Jazz Bassie, ale w niezbyt brutalnych brzmieniowo gatunkach, wymagających bardziej ciepłego dołu i okrągłego środka niż agresywnej górki, sprawdzi się wyśmienicie. Tak, wiem, egzotyk, olej, tralala. Miałem nie kupować takich basów. Ale kupiłem. Brzmi zupełnie inaczej od pozostałych - i dobrze. Czy uczyniłbym z niego podstawowy bas? Niekoniecznie, chyba, że grałbym głównie pop-rock czy fusion. Ale jako uzupełnienie "palety sonicznych barw" sprawdza się doskonale.

Poza tym jest zwyczajnie fajny. I absolutnie jedyny w swoim rodzaju.


Plusy:
  • bardzo wygodny korpus
  • solidna budowa
  • przyjemne, ciepłe brzmienie
  • świetna stylówa i absolutna wyjątkowość

Minusy:
  • koszmarnie kłopotliwa wymiana strun (po wymianie "headpiece'u" na oryginalny problem zniknie)
  • mała uniwersalność
  • zbyt mało wyrazista struna H
  • wąski rozstaw strun (acz jest to rzecz subiektywna)
Czym go wozić:

Bezgłówkowy Nexus to bas równie fajny co nietypowy i jako taki zasługuje na równie wariacki transport. Chociaż większość zdjęć ma w towarzystwie Skanssena (w którym zresztą, jak każdy bas, czuje się świetnie), idealnym samochodem do jego transportu jest chyba ten, w którym przyjechał po raz pierwszy do domu, i którym został zawieziony do swego Twórcy na przegląd, czyli pewien holenderski Szwed ze skrzynią jak w skuterze.


Poza tym... bez względu na to, jaki bas (lub basy) wieziemy, w kwestii wyboru środka transportu warto trzymać się jednej, podstawowej zasady, którą już od dawna wpaja nam red. Z. Łomnik:


wtorek, 6 czerwca 2017

Basowisko: straciłem głowę

Czasem człowiek sobie marzy.

Marzyć można o różnych rzeczach: o domku z ogródkiem, o Insigni (żeby można było w rodzinnych Swędziworach powiedzieć, że zostało się derektorem we Warszawie, a oni uwierzo), o kolorowym odlocie na Paragwaj (albo tylko szarym i byle gdzie) czy choćby, szczególnie w pewnym wieku, o zdrowych i regularnych wypróżnieniach.

Będąc tzw. muzykantem, można też marzyć o takim czy innym instrumentarium.

Ja na ten dany przykład marzyłem o headlessie. Czyli obrzynie. O basie bez główki, znaczy.

Gdy zaczynałem grać, obrzyny nie podobały mi się w ogóle. Bas w moim mniemaniu musiał być wyposażony w główkę, najlepiej o symetrycznym ułożeniu kluczy. Z czasem nauczyłem się również doceniać rzędowe główki typu fenderowskiego, jednak w headlessach wciąż coś mi nie grało.

Do czasu.

Muszę tu przyznać, że jestem dzieckiem lat osiemdziesiątych. Na tę dekadę przypadło moje dzieciństwo i moje pierwsze nieco bardziej świadome kontakty z muzyką. A cóż było większą ikoną ejtisów, niż bas bezgłówkowy?

Jak się okazało, można wyrzucić człowieka z ejtisu, lecz ejtisu z człowieka nie wyrzucisz nigdy. I ze mnie też nie.

Najpierw, jeżdżąc jeszcze Madzią, zacząłem nieśmiało myśleć o obrzynie jako o oszczędzającym miejsce rozwiązaniu idealnym na wykony chałturnicze. Potem przypomniałem sobie przecudowne "Love Like Blood" Killing Joke i podczas oglądania klipu dotarło do mnie, że cholernie chcę taki bas, jaki trzymał tam w rękach nieodżałowany Paul Raven. A był to właśnie bezgłówkowy Status.

Nie oszukujmy się - na Statusa mnie nie stać i raczej jeszcze długo nie będzie. Chwilowo raczej nie mógłbym sobie pozwolić także na nieco tańsze a równie ciekawe obrzyny, jak np. dość rzadki Westone Super Headless. Jednak rynek instrumentów używanych czasem ma do zaoferowania budżetowe, a mimo to zupełnie przyzwoicie dające radę rozwiązania.

Takie, jak np. Hohner The Jack.


Niemiecka (nnno, założona w Niemczech) firma Hohner kojarzona jest głównie z niezłymi harmonijkami ustnymi (czyli organkami, przez małe "o") oraz tzw. syntezatorami marszczonymi znanymi też wśród muzyków jako wstyd. Był jednak czas, gdy Hohner był znany także z produkcji zupełnie przyzwoitych, niedrogich gitar. Największą popularnością cieszyły się akustyki i klasyki, jednak najbardziej charaktystycznym elementem gitarowej oferty była seria bezgłówkowych gitar i basów na licencji Steinbergera.

Pozbawione główek wiosła Hohnera były w zasadzie kopią Steinbergerów - identyczny mostek i zaczep na końcu gryfu, taki sam kształt zminimalizowanego korpusu - zaś jedyne (choć istotne) różnice stanowiły tańsza elektronika i materiał użyty do budowy gitar. W odróżnieniu od grafitowych oryginałów, hohnerowskie obrzyny wykonane były z klonu, zaś podstrunnica, zamiast z kompozytu stosowanego przez Steinbergera, zrobiona była z palisandru.

Taką też konstrukcję miały wprowadzone pewien czas później bezgłówkowe instrumenty z nowej serii nazwanej The Jack, odróżniającej się od "klasycznych" headlessów pełniowymiarowym korpusem.

I takie właśnie basiwo udało mi się upolować.


The Jack ma stylówę dość typową dla późnych lat 80.: kształt dechy jest nieco "lżejszy", bardziej wysmukły, niż instrumenty popularne na początku dekady, zaś brak główki nadal był wtedy dość popularnym ficzerem. Typowa dla tamtych lat jest również konstrukcja neck-thru-body, od której później nastąpił odwrót wraz z powrotem mody na bardziej klasyczne brzmienia i ogólnie pojęty wintydż. Jak już wspomniałem, mimo zdecydowanie nowoczesnej (na owe czasy) koncepcji, producent pozostał przy raczej klasycznych drewnach: gryf i skrzydła korpusu wystrugano z klonu, zaś dwuoktawowa podstrunnica wykonana jest z palisandru. Całość - przynajmniej w moim egzemplarzu - została pokryta przejrzystym lakierem o ciemnomiodowym odcieniu, i jest to zdecydowanie najładniejsza opcja wykończeniowa, jaka występowała w tym instrumencie.


Estetyka to jedno, ale dużo ważniejsza jest ergonomia - i tu jest... nierówno. Na samą wygodę gry nie ma co narzekać - korpus jest przyjemnie wyprofilowany, gryf co prawda okazuje się dość gruby, ale ma przyjazny dłoni profil, bas nie waży zbyt wiele (choć na pewno nie jest wagi piórkowej) zaś bezgłówkowa konstrukcja skutkuje świetnym naturalnym balansem przy grze na stojąco. Niestety The Jack wyróżnia się jednymi z najdurniej umieszczonych potencjometrów, jakie kiedykolwiek widziałem. Ich usytuowanie sprawia, że przy grze kostką bardzo łatwo niechcący trącić dłonią potencjometr głośności przystawki gryfowej, ściszając ją. Tak naprawdę trudno tego nie zrobić.

Kolejnym minusem jest sposób ustawiania menzury na mostku. Aby to zrobic, trzeba odkręcić nieco śrubki znajdujące się w jego bocznych ściankach, następnie poluzować struny i na końcu na chybuił-trawfił przesuwać siodełka licząc na to, że po ponownym nastrojeniu na dwunastym progu będzie idealna oktawa. Podobnie debilny system zastosowany został w basach Spectora. Prawdopodobnym wyjaśnieniem tej zagadki jest fakt, że oba te mostki projektował ten sam człowiek - Ned Steinberger.

Na szczęście ergonomicznych plusów jest więcej niż minusów. A najciekawsze są te wynikające z braku główki.


Po pierwsze - wspomniany już balans. Zawieszone na pasku basiwo ustawia się niemal idealnie względem ciała. Nie ma tu lecenia na główkę - może dlatego, że jej nie ma - jest za to poczucie lekkości.

Po drugie - stabilność stroju. Pogłoski, że obrzyna wystarczy nastroić raz po zmianie strun i do następnej nie trzeba już nic robić, są co prawda przesadzone, ale rzeczywiście przewożony w miękkim pokrowcu bas nie rozstraja się tak łatwo, jak tradycyjne konstrukcje z kluczami na główce.

Po trzecie - mniejsze ryzyko uszkodzeń w transporcie czy na scenie. Brak delikatnej główki oznacza, że nie ma się co ułamać. Do tego nie trzeba się martwić, że w scenicznym szale zdzieli się kolegę (lub koleżankę) nie do końca kotrolowaną końcówką gryfu.

Po czwarte - wymiana strun trwa tu 3 minuty. Niestety potrzebny jest tu komplet typu "double ball", jednak konieczność zamawiania nieco droższych, nie zawsze dostępnych od ręki strun jest rekompensowana z nawiązką faktem, że upierdliwy proces ich zdejmowania i zakładania jest tu zredukowany do minimum. Szczególnie cieszy brak konieczności nawijania końcówki struny na kołek klucza - kilka ruchów pełniącymi funkcję kluczy pokrętełkami na mostku i voila, bas nastrojony.

Po piąte - dostęp do pręta napinającego gryf jest idealny. Nie trzeba niczego odkręcać, nie trzeba luzować strun by móc swobodnie kręcić kluczem ampulowym - po prostu wsadzamy go w otwór na końcu gryfu i kręcimy ile trzeba.



Jak wiadomo, aby z elektrycznego instrumentu wydobyć dźwięk, potrzebne są przystawki. A te w Jacku są... nieco dziwne. Niby zwykłe "mydełka", najprawdopodobniej humbuckery (nie, szerokość obudowy nie musi być tu wyznacznikiem), na pewno pasywne, z nieprodukowanej już chyba serii Select by EMG. Jednak ich rozmiar jest nieco nietypowy, zaś jeszcze bardziej nietypowe jest ich mocowanie w plastikowej ramce i regulacja wysokości dodatkowymi, umieszczonymi w ich osi śrubkami. Konstrukcja taka przypomina bardziej przetworniki gitarowe i sprawia, że może być problem ze znalezieniem zamiennika.

Jeśli chodzi o elektronikę, opcje były dwie. Naraz. The Jack wyposażony był w aktywną elektronikę z koncentrycznymi potencjometrami pasma niskiego i wysokiego, jednak była ona wyłączana za pomocą małego, zgrabnego pstryczka. Aby dodać więcej ejtisowego "blingu", jej działanie sygnalizowane jest czerwoną diodą umieszczoną nad potencjometrami głośności przystawek. Gdy aktywny układ jest wyłączony, dioda pozostaje uśpiona. Po włączeniu zasilanej jedną dziewięciowoltówką elektroniki, dioda wesoło rozbłyskuje czerwonym światłem, co sprawia, że każdy, kto został obdarzony choćby szczątkowym poczuciem obciachu, pozostaje w trybie pasywnym.

I dobrze, bo Jack brzmi wtedy po prostu lepiej.

Pierwsze wrażenie soniczne jest barzdo pozytywne - na sucho, ze świeżymi strunami, Hohner odzywa się bardzo przyjemnym, nieco fortepianowym soundem. Po podłączeniu natomiast... jest tak:



  1. Palce, przystawka gryfowa
  2. Palce, obie przystawki
  3. Palce, przystawka mostkowa
  4. Kostka, obie przystawki
  5. Kostka, przystawka gryfowa
  6. Kciuk, obie przystawki
  7. Kciuk, przystawka gryfowa
  8. Tapping, obie przystawki

Jak słychać, bezgłówkowy Hohner odzywa się pełnym, okrągłym dźwiękiem. Przy grze na samej przystawce gryfowej mocno dominuje niskie pasmo, w przypadku zaś mostkowej - dołu zaczyna nieco brakować, na front wysuwa się za to wyrazisty, punktowy środek. Góra, w przeciwieństwie do większości nowoczesnych basów z wklejanym gryfem, jest "sklejona" z resztą pasma, co stanowi sporą zaletę. Co ciekawe, najwięcej wysokich tonów słychać przy grze na obu przystawkach - i to w takim ustawieniu The Jack brzmi tak, jak oczekiwałem od ejtisowego obrzyna: nieco twardo, troszkę "fortepianowo", soundem idealnym pod kciuk. Czyli do techniki najpopularniejszej właśnie w latach 80.

Wszystkie próbki nagrywałem w trybie pasywnym. Tak też gram na obrzynku za każdym razem, gdy biorę go do rąk. Czemu? Po prostu odzywa się wtedy dużo lepiej. Aktywna equalizacja Hohnera sztucznie "pompuje" brzmienie, dół staje się "rozlany", znika punktowość ataku, a góra odrywa się od reszty pasma. Czyli bas zaczyna brzmieć jak... Warwick. A to ostatnia rzecz, której bym chciał.


Podsumowanie, czyli zady i walety:


Hohner The Jack to nieco zapomniany już model nieco zapomnianego na rynku gitarowym producenta. Czy słusznie? Absolutnie nie - za nieduże pieniądze stałem się właścicielem fajnie brzmiącego, przyjaznego instrumentu, który do tego spełnił moje marzenie o basie bez główki. Jasne, do ideału nieco mu brakuje - choćby lepszych przystawek, które lepiej wydobędą to, jak ten basik odzywa się "z drewna" - ale już teraz wiem, że póki nie stać mnie na Statusa, Bezgłowy Jacek zostanie ze mną na trochę dłużej.

Plusy:
  • ergonomia
  • przyzwoite brzmienie w trybie pasywnym
  • szanse na jeszcze lepsze brzmienie po wymianie przystawek
  • relacja ceny do jakości
  • stylówa
Minusy:
  • idiotycznie umieszczone potencjometry
  • kretyńska regulacja menzury na mostku
  • kiepska elektronika
  • takie sobie przystawki - do tego trudne do wymiany
Czym go wozić:

Jacka przywiozłem z okolic Nidzicy, rzecz jasna Skanssenem - i to nim podróżuje ze mną za każdym razem. Jednak jego kompaktowa konstrukcja sprawia, że bez problemu wszedłby do bagażnika niewielkiego kompaktu - takiego, jak Madzia, czy choćby Golf II. A dzięki temu, że po założeniu na plecy nie wystaje zanadto nad głowę, zaś brak główki sprawia, że odpada główny element do ułamania, można go wozić nawet rowerem.



piątek, 7 marca 2014

Basowisko: Obrzynek

Dzień dobry się z Państwem.

Jak wspominałem pewien czas temu, GMR, którego już opisałem, nie był jedynym instrumentem, który podówczas gościł w mym domostwie. Wspominałem też, że poszukiwany był tokarz celem dorobienia pewnego elementu. Specjalnie nie wspomniałem, jaki to element, gdyż co poniektórzy mogliby zbyt szybko się domyślić, jakiego typu to basiwo. Otóż elementem tym była specyficzna śruba w mostku. Taka do strojenia. A wiesłem tym był pocieszny obrzyn. Headless, znaczy. Czyli bas bezgłówkowy.


To nie jest pies, yyy, tzn. Spector

Jak już wielokrotnie przyznawałem, uwielbiam headlessy. Nie potrafię dokładnie powiedzieć, czemu - po prostu odpowiada mi ich estetyka a do tego trafia do mnie funkcjonalność tego rozwiązania. Ponadto jestem fanem lat 80. a bezgłówkowy bas to jeden z muzycznych symboli tamtej dekady. Należy tu zaznaczyć, że moje uwielbienie dotyczy wyłącznie basów z pełnowymiarowym korpusem - minimalistyczne wynalazki w stylu Steinbergera odrzucają mnie. I tak się złożyło, że pewien mój znajomy z dość znanego (choć nie wiem, czy cenionego) forum dla bandy upośledzonych troglodytów zwanych powszechnie basistami od ładnych paru lat ma w swej kolekcji niewiadomego pochodzenia instrument wyróżniający się brakiem główki. Niedawno stwierdził, że spróbuje szczęścia wystawiając go na sprzedaż. Jedyny odzew, jaki nastąpił, był z mojej strony. I dotyczył pożyczenia na kilka dni do testów.

Nie było przeciwwskazań.

Bas już kilka dni później trafił do mnie.


To, co na pewno można powiedzieć o tym nietypowym instrumencie, to to, że... nic o nim nie wiadomo. Nie wiadomo, kto go stworzył (wbrew temu, co jest napisane na desce, na 100% nie jest to Spector - podejrzewam któregoś z polskich lutników z początku lat 90.), nie wiadomo, czy gryf został wklejony jak w Gibsonach (set-in) czy przebiega przez całą długość korpusu (neck thru body). Nie wiadomo nawet, z jakich drewien jest zrobiony - wszystko kryje lakier o specyficznym, różowawym kolorze. Kolor mięsa, rzekłbym. Co prawda po rozkręceniu mostka ukazuje się kawałek drewna przypominającego mahoń, ale 100% pewności nie ma. Nie ma jej też w kwestii wykończonej przezroczystym lakierem podstrunnicy, która co prawda nieco przypomina palisander, ale jest zbyt wzorzysta i nieco za jasna, jak na ten popularny gatunek drewna. Zgadywać można tylko producenta hardware'u (mostek, mechanizm naciągu strun i zaczep strun na końcu gryfu) oraz przystawek. W pierwszym przypadku najprawdopodobniej był to dość zdolny tokarz, któremu zlecono to specyficzne zadanie, zaś w drugim sprawcą był zapewne sam lutnik. I niestety wykonane przez niego przystawki są najsłabszym elementem basu.

Ale po kolei.

Po przywiezieniu tajemniczego basu do domu niestety od razu uwidoczniły się przeciwwskazania do grania, gdyż uszkodzona była jedna ze śrub służących do strojenia tegoż instrumentu. Właśnie w tym celu wystosowałem apel o polecenie mi sensownego, ogarniętego tokarza. Odzewu nie było żadnego, na szczęście Wujek Gugiel nie zawiódł i wkrótce zregenerowana śruba trafiła z powrotem na swoje miejsce, czyli do mostka. I tak, jak pozostałe, nadal nie za bardzo chciała się dać obracać gołymi palcyma, w związku z czym konieczne było używanie klucza ampulowego. Przynajmniej jednak zaczęła trzymać strój.

Można zatem było zainstalować świeższe struny, gdyż te, które znajdowały się na basie w momencie, gdy trafił w moje łapska, były prawdopodobnie starsze od samego instrumentu i nadawały się co najwyżej na sznurki do wieszania bielizny.

Brudnej.

Tu niestety ujawniły się wady zastosowanych rozwiązań w kwestii mocowania strun, gdyż ich wymiana to ropiejący wrzód na pomarszczonym dupsku wszechświata. Trzeba poluzować je na mostku (oczywiście używając klucza ampulowego, ponieważ śruby chodzą upiornie ciężko), następnie odkręcić śrubki na mocowaniu na końcu gryfu, zaś po założeniu nowych (no, w tym przypadku niezupełnie, ale przynajmniej nadających się do grania) strun odwrócić czynności, zwracając uwagę na odpowiednie dokręcenie śrubek. Na koniec pozostaje obcięcie końcówek wystających z otworów przez które przewleka się struny. Należy tu dodać, że dotyczy to jedynie standardowych strun, wyposażonych w kulki po jednej stronie - na bas można zakładać tzw. double-balle, czyli dedykowane do bezgłówkowych instrumentów struny wyposażone w kulki po obu stronach.


Mimo niewielkich rozmiarów obrzynek jest dość ciężki. Jest to zresztą kolejna poszlaka wskazująca na to, że drewnem, z którego Nieznany Lutnik wystrugał owo ustrojstwo, był mahoń. Tak czy owak, basik po zawieszeniu na pasku bardzo ładnie balansuje - nie ma tu mowy o leceniu na główkę. Prawdopodobnie dlatego, że jej nie ma. Wyważenie okazuje się dość niecodzienne, gdy usiądziemy i nie użyjemy paska - w takim przypadku basiwo ma lekką tendencję do lecenia w prawo, czyli na swój dość masywny korpus. Można się jednak dość szybko do tego przyzwyczaić, tym bardziej, że całokształt jest dość wygodny. Deska jest komfortowo wyprofilowana a gryf nie męczy lewej ręki, nawet mimo tego, że strun nie da się ustawić tak nisko jak lubię (a lubię tak, jak to określił nieodżałowany John Entwistle, czyli żeby struny były po drugiej stronie podstrunnicy). Jako, że regulacja pręta napinającego gryf (dostępnego wygodnie od strony "kikuta") przynosi dość ograniczony efekt co do możliwości obniżenia setupu, można założyć, że winę częściowo ponosi solidny skądinąd, chałupniczej roboty mostek, a częściowo - nierównomiernie pościerane progi, o które struny zaczynają mocno brzęczeć przy próbie ustawienia basu po mojemu.



A jak brzmi ów wynalazek?

Akustycznie - bardzo sympatycznie. Dźwięk jest "szybki", dość dynamiczny. Skłania do okładania strun kciukiem, czyli wszystko się zgadza: i wizualnie, i muzycznie lata osiemdziesiąte. Niestety, po podłączeniu jest już nieco gorzej. I nie jest to wina mocno zużytego gniazdka, które musiałem doraźnie ratować, by nie trzeszczało przy każdym poruszeniu kablem. Problemem ewidentnie są fatalne przystawki, które wysysają z brzmienia całe życie. Są to pasywne humbuckery z możliwością rozłączania cewek, więc teoretycznie powinno być fajnie. Niestety nie jest - w zależności od trybu wybranego za pomocą przełącznika jest albo bardzo ciemno, albo dość ostro, ale zupełnie bez środka. Przy grze solo (szczególnie klangiem) gada to zupełnie fajnie, ale z zespołem (wziąłem obrzynka na jedna próbę) bas albo znika, albo buczy gdzieś w tle niewyraźnym dołem bez definicji. Nie wierzę, by to był ogólnie kiepski instrument - jasne, do w pełni profesjonalnego sprzętu brakuje mu tyle ile mi do baletmistrza, ale przy grze "unplugged" sound jest całkiem obiecujący, zatem problemem muszą być to pickupy. A szkoda, bo w zasadzie tylko one stoją na przeszkodzie, by ten pocieszny basik stał się fajną zabawką świetnie nadającą się np. do ejtisowego coverbandu z przymrużeniem oka.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Bezimienny obrzynek zdecydowanie nie jest profesjonalnym instrumentem - ma zbyt wiele niedociągnięć w kwestii jakości wykonania, nie mówiąc już o nienajlepszym brzmieniu po podłączeniu do wzmacniacza. Jednak to ostatnie to na 99% wina kiepskich przystawek - wystarczy je zatem wymienić, by sound stał się zupełnie satysfakcjonujący. I to też radzę jego właścicielowi, Domanowi, któremu przy okazji bardzo dziękuję za pożyczenie basiku do testów.

Oczywiście można podłączyć bas pod Hand Boxa Red Fighter, który to sprzęt ostatnio odkryłem i na który zachorowałem (niestety, jak na razie bez szans na realizację) - główka ta dysponuje niesamowicie naturalnie brzmiącymi filtrami, które sprawiają, że nawet paździerzowy kijek za 600 zł gada przyjemnie. Ale chyba nie o to chodzi, by do taniego wiosła kupować dość drogi wzmacniacz, n'est-ce pas?


Na tym zestawie wszystko brzmi dobrze. Serio.
Plusy:

* wygoda grania
* niewielki rozmiar i bezpieczeństwo transportu (główka się nie ułamie, gdyż jej nie ma)
* łatwy dostęp do końcówki pręta napinającego gryf
* ejtisowa stylówa

Minusy:

* jakość wykonania detali (głównie hardware)
* brzmienie po podłączeniu do wzmacniacza - wina nędznych przystawek
* kłopotliwa zmiana strun

Czym go wozić:

Ten basik można traktować jako zabawkę, np. do ćwiczeń w domu. Ale jeśli masz taki wynalazek (i już wymieniłeś w nim przystawki) i chcesz np. pograć ejtisowe covery, możesz spokojnie targać go zbiorkomem lub wrzucić choćby do Tico lub na tylną kanapę Malucha. Wejdzie bez problemu.