Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nexus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nexus. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2018

Basowisko: ponownie straciłem głowę

Pisałem o tym już wielokrotnie: lubię obrzyny.

Mam do nich dziwną słabość. Przemawia do mnie ich, powiedzmy, nietypowa estetyka, przywołująca na myśl moje ulubione lata osiemdziesiąte. Do tego przekonują mnie ich walory praktyczne, na czele z mniejszą ilością zajmowanego miejsca (kluczowa sprawa zarówno w przypadku wąskich bagażników, jak i ciasno załadowanego zespołowego busa) i wyższym bezpieczeństwie na wykonach, głównie weselnych, gdzie na scenę w każdej chwili może załadować się napruty jak dzika świnia kosmiczna wujek Marian.

Dlatego, po kupieniu mojego pierwszego bezgłowego basu, wciąż gdzieś z tyłu głowy pałętała mi się myśl, że warto by było jeszcze jeden. Najlepiej piątkę. I właśnie teraz, gdy spłynęło mi nieco gotowizny, znajomy z pewnego forum basowego wystawił na sprzedaż taki właśnie instrument. A gdyby tego było mało, nie dość, że była to bezgłówkowa piątka, ale do tego została wyprodukowana przez pewnego znanego mi człowieka, którego jedno dzieło już miałem. I po jego sprzedaży obiecałem sobie, że kiedyś kupię kolejne.

Efekt nie mógł być inny, niż uszczuplenie stanu mojego konta.


Pierwsze wrażenie po przybyciu basiwa było... dziwne. Przede wszystkim nie dało się zrobić setupu - i to mimo prostego gryfu. Struny były chyba z centymetr nad podstrunnicą i nie dało się opuścić ich niżej. Do tego stare, kapciowate struny nie pozwalały usłyszeć tego, jak ten instrument naprawdę brzmi. Decyzja mogła być tylko jedna: sprzęt musi trafić do jego twórcy. 

I, jak się okazało, była ona ze wszech miar trafna. Niedługo po powrocie z wywczasu mój nowy (choć 28-letni) bezgłówkowy Nexusik był wreszcie gotów do gry.

Jak w przypadku większości dizajnów Jacka K., stylówa obrzyna jest niezwykle charakterystyczna. Obłe, miękkie linie przeplatają się tu z ostrymi cięciami, jednak całość wygląda równie harmonijnie, co oryginalnie. Widać tu inspirację innymi projektami - głównie Pedullą (rogi korpusu) i niemieckim LeFayem (ogólny kształt). Dolna krawędź deski niejako zapowiada tu przedstawiony nieco później klasyczny już nexusowy model Belial - zresztą według mnie idealnie dopasowany swym kształtem do bezgłówkowej konstrukcji. Całość jest, jak to u Nexusa, bardzo wygodna i ergonomicznie ukształtowana.


Bas został w całości wykonany z egzotycznych drewien. Na dechę poszedł kawałek drzewa o interesującej nazwie bodo - przez pewien czas zastanawiałem się nawet, czy z tego względu onemu obrzynu nie dać na imię Eugeniusz, jednak brzmienie owego imienia nieszczególnie pieści moje uszy. Gryf został zgrabnie wystrugany z - bodajże - azobe, zaś 24-progowa podstrunnica to wycięta została z iroko.

Sama konstrukcja nie jest tak wymyślna jak drewna, ale również trudno nazwać ją ortodoksyjną. 


Jednoczęściowy gryf jest wklejony metodą set-in, przy czym powierzchnia klejenia, w przeciwieństwie choćby do Gibsonów, jest bardzo duża, co gwarantuje stabilność i lepsze przenoszenie drgań. Elektronika jest najprostsza, jak się da - dwie pasywne przystawki niemieckiej firmy Schaller (bardziej znanej z kluczy i mostków), po jednym potencjometrze głośności dla każdej z nich i pokrętło tonów. Tyle. Żadnych bateryjek, żadnych dodatkowych układów equalizacji. Pełna klasyka. Resztę osprzętu za to trudno nazwać klasyczną. Na dole mamy ciężki, solidny, mosiężny mostek ABM zaś na końcu gryfu, tam, gdzie w normalnych basach jest główka, znajduje się coś, co szybko okazało się największą chyba wadą tego wiesła.

Nie, nie przeszkadza to przy grze. Nie stanowi też problemu natury estetycznej, jeśli nie liczyć wystających końcówek strun po przycięciu. Problem pojawia się w momencie, gdy chcesz zmienić struny.


W Hohnerze sprawa jest prosta: kupujesz struny typu double ball (czyli zakończone kółkami z obu stron), pokrętłami do strojenia luzujesz siodełka na mostku, jedno kółko zahaczasz o siodełko, drugie o wycięcie na nakładce na końcu gryfu, stroisz, voila. Całość zajmuje max 5 minut w zrelaksowanym tempie. A tutaj? Tu najpierw, oczywiście po poluzowaniu strun na mostku, trzeba odkręcić metalową sztabkę na końcu gryfu. Nie do końca, wystarczy poluzować śruby zostawiając szparę wystarczającą do przewlekania końcówek strun, jednak już to będzie trudnym zadaniem. Gdy śruby puszczą (prawdopodobnie po zepsuciu 1-2 kluczy ampulowych), zdejmujemy struny i ostrożnie zakładamy nowe. Zwykłe, "jednokółkowe". Oczywiście siodełka na mostku trzeba maksymalnie poluzować, by był, że tak powiem, margines naciągu. Następnie struny musimy maksymalnie naciągnąć ręką i przykręcić śruby, tak, by sztabka utrzymała je na miejscu. Jednocześnie trzecią ręką wyrastającą dogodnie z okolic biodra przytrzymujemy struny na mostku by nie poodczepiały się z siodełek. Przykręcamy śruby jeszcze mocniej. Następnie jeszcze trochę, krzywiąc lub wyokrąglając trzeci ampulek. Gdy jesteśmy już pewni, że struny można nastroić, kręcimy pokrętłami na mostku. Nieprzycięte końcówki strun dyndają przy tym na drugim krańcu basetli, dzwoniąc wesoło i zahaczając o co się da. Gdy bas jest już nastrojony i jesteśmy pewni, że sztabka na gryfie trzyma je wystarczająco mocno, przycinamy końcówki.

W tym momencie struna G wyskakuje spod sztabki. Jest już przycięta, więc nie ma jej jak złapać by zamocować ją ponownie. Oczywiście by zamocować nową musisz mocno poluzować sztabkę. Wiesz, że grozi to wyskoczeniem pozostałych strun, więc luzujesz je na mostku. Znajdujesz jakąś używaną ale wciąż sprawną strunę G zdjętą z basu z główką, zakładasz...

I w tym momencie spod sztabki wyślizguje się struna D.

W ten sposób zmarnowałem cały nowiutki komplet strun i strunę G z kolejnego.

Wniosek: obrzyn - jak najbardziej TAK. Ale TYLKO na double-balle. Co ciekawe, wedle słów twórcy basu właśnie tak z początku było. Na końcu gryfu znajdował się ABM-owski uchwyt  (tzw. headpiece - nie mam pojęcia, jak ta część nazywa się po polsku) pozwalający mocować oba typy strun. Ktoś po drodze jednak go wymienił na to, co jest teraz. Kto i po cholerę - pozostaje tajemnicą. Jasnym jest za to, że planuję takową końcówkę gryfu zakupić i założyć. Problem polega jednak na tym, że kosztuje ok. 80 ojro.

Tak czy inaczej - po wykonaniu głębszego frezu pod mostkiem przez Twórcę a następnie setupu "pod siebie" już w domu po kolejnej zmianie strun, mogłem wreszcie w pełni ocenić jak gra się na Nexusowym obrzynie.

A gra się fajnie.


Pierwsze, co zauważa się po wzięciu tego basu do ręki, jest jego ciężar. Ciężar przez okrutnie wielkie "C". Kamień, który Syzyf mozolnie pchał pod górę, musiał być tak naprawdę kawałem Eugeniusza drewna bodo. Na szczęście, jak już wspomniałem, korpus jest bardzo wygodnie ukształtowany. Gryf natomiast okazuje się... dość dziwny. Dość płaski profil nie zaskoczył mnie jakoś szczególnie - taki sam wszak miałem w Shiningu. Zaskoczeniem była za to jeszcze bardziej płaska podstrunnica. Zasadniczo zupełnie płaska. Zerowy radius. Nie spotkałem się chyba wcześniej z takim rozwiązaniem. Na szczęście przyzwyczajenie się do tego nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Więcej czasu za to trzeba na przywyknięcie do bardzo wąskiego rozstawu strun na mostku, wygodnego do gry palcami czy kostką ale utrudniającego młóckę kciukiem.

Brzmienie "na sucho" jest wyrównane, żywe, ale łagodniejsze niż w przypadku basów z przykręcanym gryfem. Po podłączeniu owa łagodność nie zanika - bas ma zdecydowanie ciepłe, mruczące, dość miękkie brzmienie. W przypadku struny H nawet trochę zbyt miękkie - acz być może inaczej odezwałby się ze strunami ze stalowym oplotem, zwężającym się przy mostku (tzw. taper core). Grając z mocniejszym atakiem można wyciągnąć z niego nieco ostrości, szczególnie na strunach D i G, jednak wyraźnie słychać, że nie są to jego klimaty. Nexusowy obrzyn to - mimo wyglądu i masy własnej - łagodne stworzenie o nieco "generycznym" choć ciepłym i przyjemnym głosie, przy czym najlepiej brzmi gdy obie przystawki są maksymalnie "odkręcone". Sama mostkowa odzywa się jeszcze całkiem fajnie, z mocnym, przebijającym się środkiem,  lecz gdy gramy na samej gryfowej dzwiekrobi się nieco zbyt nosowy i mało wyrazisty. Gdy grają obie, a potencjometr tonów jest w pozycji "otwartej" otrzymujemy zdecydowanie nowoczesny soundomierz o łagodnym charakterze, najlepiej spisującym się przy klasycznej grze palcami, choć z kciuka też można wyciągnąć bardzo przekonujące brzmionko. Charakter ten jest idealny, rzekłbym, do fusion, popu (takiego dobrego, z żywym instrumentarium) lub klimatów a'la Toto. GONNA TAKE A LOT TO DRAG ME AWAAAAY FROM YOUUUUUUUU

Podsumowanie czyli zady i walety:

Nexus headless, jeszcze bez nazwy modelu, to ósmy bas stworzony przez Jacka Kobylskiego - niezwykle zdolnego, ale podówczas, w 1990 roku, jeszcze mało doświadczonego lutnika. Ten brak doświadczenia nie wpływa jednak na ogólną miodność instrumentu. Owszem, widać go w detalach typu równość frezów pod przystawki czy pokrętła, być może również z niego wynika płaskość podstrunnicy (chyba, że był to świadomy zabieg), jednak ogólna jakość i solidność wykonania oraz brzmienie są na naprawdę wysokim poziomie. Sam soundomierz nie jest może tak uniwersalny, jak choćby w Jazz Bassie, ale w niezbyt brutalnych brzmieniowo gatunkach, wymagających bardziej ciepłego dołu i okrągłego środka niż agresywnej górki, sprawdzi się wyśmienicie. Tak, wiem, egzotyk, olej, tralala. Miałem nie kupować takich basów. Ale kupiłem. Brzmi zupełnie inaczej od pozostałych - i dobrze. Czy uczyniłbym z niego podstawowy bas? Niekoniecznie, chyba, że grałbym głównie pop-rock czy fusion. Ale jako uzupełnienie "palety sonicznych barw" sprawdza się doskonale.

Poza tym jest zwyczajnie fajny. I absolutnie jedyny w swoim rodzaju.


Plusy:
  • bardzo wygodny korpus
  • solidna budowa
  • przyjemne, ciepłe brzmienie
  • świetna stylówa i absolutna wyjątkowość

Minusy:
  • koszmarnie kłopotliwa wymiana strun (po wymianie "headpiece'u" na oryginalny problem zniknie)
  • mała uniwersalność
  • zbyt mało wyrazista struna H
  • wąski rozstaw strun (acz jest to rzecz subiektywna)
Czym go wozić:

Bezgłówkowy Nexus to bas równie fajny co nietypowy i jako taki zasługuje na równie wariacki transport. Chociaż większość zdjęć ma w towarzystwie Skanssena (w którym zresztą, jak każdy bas, czuje się świetnie), idealnym samochodem do jego transportu jest chyba ten, w którym przyjechał po raz pierwszy do domu, i którym został zawieziony do swego Twórcy na przegląd, czyli pewien holenderski Szwed ze skrzynią jak w skuterze.


Poza tym... bez względu na to, jaki bas (lub basy) wieziemy, w kwestii wyboru środka transportu warto trzymać się jednej, podstawowej zasady, którą już od dawna wpaja nam red. Z. Łomnik:


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

20

Chodźcie, opowiem Wam bajeczkę.

Dokładnie dwadzieścia lat temu, 13 kwietnia 1995 roku, pewien licealista wszedł do nieistniejącego już komisu muzycznego na rogu JPII i Al. Solidarności (tego większego, jaśniejszego - były dwa obok siebie) z dwoma banknotami stuzłotowymi w kieszeni. Parę chwil później wyszedł zeń bez banknotów, za to z wymarzonym, wytęsknionym od kilku już lat przyrządem do wydawania niskich dźwięków, czyli gitarą basową.

Licealistą owym byłem ja, zaś pochodzący z Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wyposażony w 4 struny artefakt dumnie nosił na główce napis Musima DeLuxe.

Tak - to już dwadzieścia lat. Dwie dychy. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy sprawną (no, względnie) Syrenę można było wyrwać za dwie flaszki, sugestie, że Maluch będzie kiedyś klasykiem, wiązałyby się z ryzykiem utraty kontroli nad pęcherzem u interlokutora, zaś wszystko jeździło na czarnych. WSZYSTKO. Były to też czasy, gdy moim największym marzeniem był Fender Precision, o Alembicu nie słyszałem w ogóle, zaś absolutnym, niedoścignionym ideałem był grający zupełnie niepreclowym soundem Wojtek Pilichowski. Który, nota bene, był sporo młodszy niż ja teraz, a już grał tak, jak ja zapewne nigdy nie będę. Było to zresztą dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że pierwszą moją inspiracją i powodem, dla którego zapragnąłem chwycić za bas, był John Deacon, czyli świetny (i kryminalnie wręcz niedoceniony) basista Queen, człowiek, którego gra zawsze różniła się diametralnie od pilichowych akrobacji. Tak czy inaczej - po trzech czy czterech latach marzeń, wzdychania i całkowicie nieudanych prób zaoszczędzenia na instrument stałem się w końcu posiadaczem basu. Czyli człowiekiem na początku drogi do zostania basistą.

Od razu wziąłem się za ćwiczenia. Borze Tucholski, ile ja miałem zapału. Oczywiście dużo więcej, niż do nauki. Mogłem tłuc bez ładu i składu w struny po kilka godzin dziennie - szczególnie zaraz po tym, gdy założyłem po raz pierwszy świeże struny - były to stalowe Presto - i odkryłem tajemnicę jasnego, wyrazistego brzmienia. 

Niecałe pół roku później trafiłem do swego pierwszego zespołu. Nosił on dumną nazwę Hegemon a próby miał w podziemiach kościoła na Wrocławskiej. Salka, co ciekawe, istnieje do dziś - zmienił się w zasadzie tylko sprzęt. Za "moich" czasów stało tam combo Fender BXR100. Z wbudowanym chorusem. Oczywiście odpaliłem go natychmiast i rozkręciłem na maxa. W grudniu mieliśmy pierwszy koncert - a w zasadzie krótki, dwunumerowy występ na przeglądzie zespołów próbujących w bemowskiej salce. Byliśmy STRASZNI. Ale nie było to ważne. Najważniejsze było występowanie przed publiką. Wreszcie grałem DLA KOGOŚ. Do dziś pamiętam te emocje, tę adrenalinę, tremę pomieszaną z niesamowitą ekscytacją. To była magia.

Latem kolejnego roku miałem już dwa basy. Głównym wiosłem stał się nowiutki, ciemnoniebieski Zak B4, zaś Musima postradała progi. O Alembicach dalej nie słyszałem, marzeniem stał się Music Man StingRay (czwórka, z "jajkiem" i główką 3+1), koniecznie natural z klonem (takie zresztą do dziś podobają mi się najbardziej), a Warwicki uważałem za wspaniałe instrumenty. Oczywiście bazowałem swoje opinie na ich wyglądzie. Wkrótce później trafiłem do drugiego swego zespołu - tworu o nazwie Dym, który nie zagrał ani jednego koncertu. Specjalnie by z nimi grać kupiłem swój pierwszy wzmacniacz - stuwatowego Soundmana. Dym rozwiał się po kilku miesiącach, z wokalistą zaś stworzyliśmy bezskutecznie poszukujący pozostałych muzyków duet Nediam, którego muzyka obracała się wokół tego, co uwielbiam do dziś, czyli prog-rocka.

Dwa lata wystarczyły, by Zak przestał mi wystarczać. Niedługo potem zmienił właściciela, ja zaś wszedłem w posiadanie mej pierwszej piątki - Corta Action Bass V. Z tym basem w rękach poszedłem na przesłuchanie do zespołu Braintrust. I już zostałem. Została też moja ówczesna dziewczyna, którą wciągnąłem do zespołu po odejściu pierwszego wokalisty. Braintrust był pierwszym w miarę poważnym zespołem, w którym grałem - i muszę przyznać, że był to kawał ciekawej, niebanalnej muzyki. Zagraliśmy sporo koncertów, nagraliśmy demówkę (z gościnnym udziałem Anji Orthodox w jednym z numerów) - pojawiły się nawet recenzje, i to dość pozytywne. Niestety, po pewnym czasie zespół opuścił gitarzysta, który postanowił pójść w stronę jazzu. Próbowaliśmy jeszcze ratować co się dało, ale... nie dało się. Dlatego kolejnym przystankiem okazał się Humbert Humbert. Zupełnie inny klimat, bardziej "typowo" rockowy, acz potrafiliśmy sprawnie pobujać. Tu też udało się nagrać demo a częstotliwość koncertów była zupełnie przyzwoita. Właśnie w trakcie mojej kadencji w Humbertach Cort stracił progi, zaś jego rolę przejęła Yamaha BBG5S. Niestety - nieporozumienia, tym razem natury personalnej, sprawiły, że najpierw odeszła wokalistka (aktualnie znana ze swojego własnego, autorskiego Back To The Ocean), później zaś sam opuściłem szeregi zespołu.

I trafiłem do Nexx. Składu, który wspominam zdecydowanie najlepiej, jeśli chodzi o klimat tworzonej muzyki. Zresztą pierwszy raz grałem z ludźmi, którzy naprawdę coś wcześniej osiągnęli - zespół wszak tworzyli m.in. byli muzycy prog-rockowego Annalist (moi rówieśnicy mogą pamiętać). Dlaczego zagraliśmy tylko dwa koncerty i stworzyliśmy pięcioutworowe demo - nie wiem. Za szybko się rozpadło. A muzyka była dokładnie taka, jaką uwielbiam do dziś - między innymi chyba najpiękniejszy utwór, który nagrałem kiedykolwiek z kimkolwiek oraz cover największego u nas hitu pewnego zespołu, który - przyznaję bez bicia - bardzo lubię. I który to cover doczekał się komentarza basisty tegoż właśnie zespołu, co zauważyłem... dzisiaj.

Po Nexx przez pewien czas grałem z jednym z byłych wokalistów Oddziału Zamkniętego (szkoła muzycznej dyscypliny i, niestety, picia) po czym trafiłem do gotycko-hardrockowego Viridianu, gdzie wokalistką było to samo dziewczę, co w Braintrust (wówczas już od dawna moja była). Wtedy miałem już Mayonesa Be5, wkrótce potem zaś kupiłem bezprogowego Malinka i wymarzonego od lat Ibaneza Roadstera. Z Viridianem nagrałem dwa dema oraz pierwszy w mym życiu klip. Co ciekawe, widać mnie na nim z Nexusem, choć numer był nagrywany jeszcze na Mayonesie. W międzyczasie dołączyłem do Wyciągniętych Z Mesy, z którymi gram do dziś. 

Nexus i Malinek zostały ze mną na dłużej i zapoczątkowały kolejny etap mojego grania - używałem ich w świetnym neofolkowym Rirlielu, z nimi właśnie trafiłem do hardrockowego (choć niestroniącego od prog-rocka) Night Ridera i na nich w końcu nagrałem pierwsze płyty: "Days" z Peterem Panem oraz "Into the Night" i "Nostalgię" z Satellite. Bardzo dobre, prog-rockowe płyty. I nie ostatnie - później przyszedł czas Strawberry Fields i "Rivers Gone Dry", gdzie użyłem Arii, która zastąpiła Ibaneza, następnie Night Rider Symphony, z którymi zresztą graliśmy w Chicago (przygoda życia!), i nagrywana wreszcie na własnym, wymarzonym, wyczekanym Alembicu autorska płyta Night Ridera - "Widzę Czuję Jestem" z klipem "Do końca", który wrzuciłem zresztą do pierwszego mojego wpisu. W oczekiwaniu na Alembica przez chwilę przewinęły się jeszcze Kolasiński (rozczarowanie) i pięciostrunowy, meksykański Jazz (całkiem przyzwoity), była druga Yamaha i świetny Fender Geddy Lee Jazz Bass, za ktrórym tęsknię do dziś, jednak Alembic przyćmił je wszystkie. I plan jest taki, by został ze mną na kolejne dziesięciolecia - długo po tym, jak Fernandes i bezprogowy Ibanez (na których, oprócz Alembica, nagrałem pewną EP-kę która ukaże się już wkrótce) znajdą swoich następców.

Tak minęło dwadzieścia lat. Jak na tak długi czas mam wrażenie, że nie osiągnąłem zbyt wiele. Ale... doświadczenie pozostaje, pozostają wspomnienia i jednak troszkę zdobytych przez te lata umiejętności. Teraz pora na następne dwadzieścia.


I jeszcze jedno: możecie dziwić się, czemu więcej miejsca poświęciłem zamierzchłym czasom, bliższym początkowi mego grania, niż ostatnim kilku latom. Otóż o mych najwcześniejszych dokonaniach praktycznie nie sposób znaleźć informacji (bo i czemu miałyby gdziekolwiek być), zaś prawie wszystko o historii najnowszej jest gdzieś już napisane. Czy to tu, czy w innych miejscach w sieci. Im jestem starszy, tym chętniej wspominam początki, a ostatnie lata to po prostu historia, która wciąż się dzieje. Może ktoś ją zapamięta. A nawet jeśli nie, być może za kolejne 20 lat znów będzie o czym pisać.

Pora pograć sobie choć kilka chwil. Wszak dwudziestolecie grania nie zdarza się zbyt wiele razy.

sobota, 13 października 2012

Basowisko: Nexus

W ciągu 17 lat swego grania na basie miałem już instrumenty lepsze i gorsze, miałem (a wręcz nadal mam) basiwa docelowe i dożywotnie (Alembic), ale miałem też takie, które się nimi nie stały, choć powinny. Lub przynajmniej powinienem był je zatrzymać jeszcze przez kilka lat...

Jednym z takich basów było dość wczesne dzieło cenionego polskiego lutnika Jacka Kobylskiego - Nexus Shining 5.



Było lato 2006, miałem podówczas całkiem sympatycznego Mayonesa Be5 i fretlessa, na którym gram do dziś, czyli Malinka, ale doszedłem do wniosku, że przyszedł czas na coś profesjonalnego. A na Alledrogo właśnie wtedy pojawił się przecudnej urody Nexus. I to niedrogo. Bardzo niedrogo.

Basy Jacka Kobylskiego podobały mi się zawsze. Miały swój własny, niepowtarzalny styl, który bardzo do mnie przemawiał (i do tej pory przemawia). Miałem też wcześniej w rękach jeden egzemplarz - był to model Belial należący do ówczesnego basisty zespołu Firebirds. Wydarzyło się to kilka lat wcześniej, ale nadal pamiętałem wrażenie - zarówno wizualne jak i soniczne - jakie na mnie wywarł. Pamiętałem również, jak przepięknie odzywał się inny Nexus - i to właśnie Shining, tyle, że bezprogowa szóstka - należący do rewelacyjnego Waldka Tkaczyka, grającego onegdaj w ONA. Wystarczy posłuchać numeru "Koła czasu". Trudno się zatem dziwić, że perspektywa wejścia w posiadanie takiego basu wywołała we mnie efekt porównywalny ze sztachnięciem skondensowanego feromona.

Gdy już zmieniłem spodnie, zacząłem zastanawiać się nad sposobami finansowania tego cudeńka. Zarabiałem wówczas troszkę na graniu (zresztą z tym samym zespołem chałturniczo-szantowym, z którym gram do dziś) ale niestety nie byłem w stanie wyasygnować za jednym zamachem żądanej kwoty - mimo, że jak na klasę instrumentu była ona naprawdę niewysoka. W sukurs przyszedł mi mój bębniarz, kochany człowiek, który po pijaku stwierdził coś w stylu "na głowie stanę a będziesz miał ten bas" a do tego właściciel Nexusa zgodził się na rozłożenie płatności na kilka rat.

Choć nie, nie właściciel. To była właścicielka. A konkretnie ówczesna basistka Formacji Nieżywych Schabuff - kobieta pasująca urodą do swego instrumentu, a do tego, jak się okazało, przesympatyczna osoba.

W taki oto sposób przecudny Nexus Shining 5, bas nie tylko z klasą ale i historią, trafił w końcu w moje brudne łapy.

I ani przez chwilę nie byłem rozczarowany.


Pierwsze, co zauważyłem, to nieprawdopodobnie wygodny gryf. Wąski, ergonomicznie wyprofilowany - na tym basie można było grać godzinami bez zmęczenia lewej ręki. W ogóle był to chyba najmniej męczący bas, z jakim miałem do czynienia: nie dość, że nadzwyczaj komfortowy w grze, to jeszcze zaskakująco lekki. Jedynym minusem było ograniczone podparcie dla kciuka przy grze palcami - drewniana (tak, drewniana!) obudowa przystawki ledwie wystawała poza obrys seksownie ukształtowanego korpusu - ale szybko się do tego przyzwyczaiłem.

Druga sprawa - i w przypadku każdego instrumentu, który ma być używany zgodnie z przeznaczeniem a nie wisieć na ścianie i robić za ciekawie uformowany obrazek bez ramy, najważniejsza - to brzmienie. O tak, BRZMIENIE. Shining odzywał się zdecydowanie nowocześnie, ale nie oznacza to, że sterylnie i bezjajecznie. Wyobraźcie sobie Music Mana StingRaya... A teraz dorzućcie do jego brzmienia kilka kilo szlachetności i szczyptę nieco bardziej rockowego charakteru (dla zdziwionych mam małego newsa: nie, Music Man NIE JEST rockowym basem). Dość powiedzieć, że pewien mój znajomy, świetny basista, wówczas posiadacz bardzo ładnego Music Mana SR5, usłyszawszy mnie z zespołem, zaoferował mi natychmiastowy odkup Nexusa. Rzecz jasna, nie ożeniłem mu go wtedy. Później niestety też się nie udało... Ale o tem potem.

Wiadomo, że brzmienie musi się skądś brać. W tym przypadku zaś pochodziło ono z dość nietypowych źródeł. Otóż wielu ludzi - w tym i ja - jest zwolennikami teorii, że dobrze sezonowane, klasyczne, lutnicze drewna są kluczem do sukcesu: klon, jesion, olcha, mahoń, orzech... to wszystko, jeśli jest dobrej jakości, brzmi. Takie zaś wynalazki, jak wenge, ovangkol czy inne śliczne drewienka, tak ukochane przez pewną niemiecką firmę na W (znaną z kompletnej głuchości swych basów), nadają się, a i owszem, na stoliki, półki itd. - na instrumenty zaś... niekoniecznie.  A tu - niespodzianka. Mój Shining był wykonany w całości z egzotycznych drewien: gryf i wierzch korpusu z azobe, zaś tył z etimoe. Co to za drewna, gdzie rosną drzewa, z których się je pozyskuje - nie mam pojęcia. Wiem tylko, że całość, uzupełniona przez 24-progową hebanową podstrunnicę i napędzana pasywną, trójcewkową przystawką Bartollini Triplebucker wspomaganą aktywnym, trójpasmowym układem własnej konstrukcji Nexusa (działał jedynie na zasadzie podbicia, bez funkcji obcinania wybranego pasma) gadała wyśmienicie. I to mimo olejowego wykończenia, które zazwyczaj ma tendencje do tłumienia górnego pasma. Nie wiem, jak twórca tego basu, Jacek Kobylski, tego dokonał - ważne, że mu się udało.

Właśnie, twórca.

Nie mogąc poradzić sobie z zapieczonymi śrubami w mostku typu monorail, którego nie dało się przez to ustawić w związku z czym po zmianie strun bas nie stroił na progach, udałem się do pracowni ojca tego pięknego instrumentu, czyli wspomnianego już Jacka Kobylskiego. Jacek nie dość, że szybko i fachowo poradził sobie z problemem, do tego odpowiadając na moje pytania dotyczące basu (pamiętał go dobrze i opowiedział mi pokrótce jego historię), to jeszcze okazał się być przeuroczym człowiekiem i fantastycznym gawędziarzem. Od tamtej pory odwiedziłem jego warsztat nie raz i nie dwa - zarówno z Shiningiem jak i później z Alembikiem - i zawsze kończyło się tym, że siedziałem u niego grubo ponad godzinę słuchając jego opowieści, pijąc zieloną herbatę i ogrywając kolejne jego basy. Ze wszystkimi lutniczymi problemami, z którymi się do niego zwracałem, radził sobie wyśmienicie (szczególnie z meteopatycznym gryfem Alembika) co poskutkowało tym, że wielu spośród moich znajomych z kwestiami dotyczącymi napraw i regulacji swych gitar, udało się właśnie do niego. Z tego, co wiem, nikt nie narzekał.


Czy zatem owo piękne basiwo miało jakieś wady? Owszem, miało. Przede wszystkim wspomniany już mostek - kłopotliwy w ustawieniu nawet po naprawieniu go przez Jacka. Po drugie - olejowe wykończenie skutkowało łatwym i szybkim zbieraniem się na instrumencie (w szczególności na gryfie) kłopotliwego w usunięciu brudu. Po trzecie zaś - wymyślny, zmysłowy kształt sprawił, że bas niestety okazał się dość delikatny... Któregoś pięknego dnia po wyjęciu mego ukochanego Nexusa z futerału ze zgrozą zauważyłem, że ułamał się dolny róg korpusu. Nie wpływało to na brzmienie czy komfort gry (przynajmniej na stojąco), ale wyglądało niezbyt pięknie... Nie znałem wtedy jeszcze Jacka, więc udałem się do człowieka, którego polecił mi gitarzysta, z którym wtenczas grałem - czyli do imć Marka Leuto. Na szczęście również i on nie zawiódł: róg został przyklejony ładnie, niemalże bez śladu (co nie było łatwe ze względu na kształt złamania i odpryski drewna). Później jednak już byłem bardzo ostrożny, w czym pomogła mi zmiana futerału i styropianowa podpórka pod korpus wykonana przez pana Marka.



Wszystko to jednak w niczym nie zmieniało faktu, że był to świetny, pięknie brzmiący, pełen charakteru bas. Nagrałem na nim trzy płyty, a powinienem był jeszcze użyć go na dwóch innych, przynajmniej w kilku utworach. Dlaczego więc tego nie zrobiłem? Otóż gdy kupiłem Alembica (który - jak się później okazało - spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieje) miałem nieco długów wynikających z zapożyczenia się nań. Chciałem je spłacić jak najszybciej, przynajmniej częściowo - obmyśliłem więc, że zamienię Nexusa na jakiś tańszy, przejściowy instrument. Akurat na Alledrogo pojawił się inny lutniczy wynalazek a jego sprzedawca brał pod uwagę zamianę na coś wyższej klasy, z dopłatą z jego strony. Transakcja została sfinalizowana - niestety wynalazek, który przybył do mnie, okazał się być dość przeciętnym basem (nie powiem, że złym, ale i tak byłem rozczarowany), zaś Shining już kilka dni później wylądował na Allegro... w jakiejś zupełnie abstrakcyjnej cenie. Co najśmieszniejsze, handlarzyna użył na swej aukcji moich zdjęć. No cóż. Lutnicze wiosło wkrótce zamieniłem na całkiem sympatycznego meksykańskiego Fendera Jazza piątkę, którego mile wspominam, jednak gdybym wiedział, jak dalej potoczą się kwestie finansowe w tamtym roku, Nexus przynajmniej przez pewien czas zostałby jeszcze ze mną, pięknie uzupełniając się brzmieniowo z Alembikiem.

 Tak, nagrywałem ten numer na Nexusie.

Nic jednak straconego. Gdy Matka Boska Pieniężna spojrzy na mnie łaskawszym okiem i będę mógł pozwolić sobie na swego wymarzonego obrzyna, zwrócę się z tą sprawą właśnie do Jacka Kobylskiego.



Podsumowując, czyli zady i walety:

Plusy:

* świetne brzmienie, które sprawdziło się na trzech płytach i niezliczonych koncertach
* rewelacyjna ergonomia - szczególnie jeśli chodzi o gryf
* unikatowość i charakter

Minusy:

* delikatność wynikająca z cienkiego profilu korpusu
* kiepski mostek
* olejowe wykończenie (słabsza ochrona drewna, łatwo zbierający się brud)

Czym go wozić:

Będąc szczęśliwym posiadaczem Nexusa nie miałem jeszcze prawa jazdy, w związku z czym woziłem go zazwyczaj środkami masowego rażenia. Jakoś dałem sobie radę, ale do przyjemności to nie należało. Teraz, gdybym nadal miał ten bas, najchętniej wrzuciłbym go do bagażnika czegoś, co też ma charakter i osobowość. Do auta wyróżniającego się z tłumu, może nawet nieco dziwnego... A do tej roli idealnie nadałby się Citroen XM. I wiedziałbym wtedy, że Nexusowi jest wygodnie.