sobota, 13 października 2012

Basowisko: Nexus

W ciągu 17 lat swego grania na basie miałem już instrumenty lepsze i gorsze, miałem (a wręcz nadal mam) basiwa docelowe i dożywotnie (Alembic), ale miałem też takie, które się nimi nie stały, choć powinny. Lub przynajmniej powinienem był je zatrzymać jeszcze przez kilka lat...

Jednym z takich basów było dość wczesne dzieło cenionego polskiego lutnika Jacka Kobylskiego - Nexus Shining 5.



Było lato 2006, miałem podówczas całkiem sympatycznego Mayonesa Be5 i fretlessa, na którym gram do dziś, czyli Malinka, ale doszedłem do wniosku, że przyszedł czas na coś profesjonalnego. A na Alledrogo właśnie wtedy pojawił się przecudnej urody Nexus... I to niedrogo. Bardzo niedrogo.

Basy Jacka Kobylskiego podobały mi się zawsze. Miały swój własny, niepowtarzalny styl, który bardzo do mnie przemawiał (i do tej pory przemawia). Miałem też wcześniej w rękach jeden egzemplarz - był to model Belial należący do ówczesnego basisty zespołu Firebirds. Wydarzyło się to kilka lat wcześniej, ale nadal pamiętałem wrażenie - zarówno wizualne jak i soniczne - jakie na mnie wywarł. Pamiętałem również, jak przepięknie odzywał się inny Nexus - i to właśnie Shining, tyle, że bezprogowa szóstka - należący do rewelacyjnego Waldka Tkaczyka, grającego onegdaj w ONA. Wystarczy posłuchać numeru "Koła czasu". Trudno się zatem dziwić, że perspektywa wejścia w posiadanie takiego basu wywołała we mnie efekt porównywalny ze sztachnięciem skondensowanego feromona.

Gdy już zmieniłem spodnie, zacząłem zastanawiać się nad sposobami finansowania tego cudeńka. Zarabiałem wówczas troszkę na graniu (zresztą z tym samym zespołem chałturniczo-szantowym, z którym gram do dziś) ale niestety nie byłem w stanie wyasygnować za jednym zamachem żądanej kwoty - mimo, że jak na klasę instrumentu była ona naprawdę niewysoka. W sukurs przyszedł mi mój bębniarz, kochany człowiek, który po pijaku stwierdził coś w stylu "na głowie stanę a będziesz miał ten bas" a do tego właściciel Nexusa zgodził się na rozłożenie płatności na kilka rat.

Choć nie, nie właściciel. To była właścicielka. A konkretnie ówczesna basistka Formacji Nieżywych Schabuff - kobieta pasująca urodą do swego instrumentu, a do tego, jak się okazało, przesympatyczna osoba.

W taki oto sposób przecudny Nexus Shining 5, bas nie tylko z klasą ale i historią, trafił w końcu w moje brudne łapy.

I ani przez chwilę nie byłem rozczarowany.

Pierwsze, co zauważyłem, to nieprawdopodobnie wygodny gryf. Wąski, ergonomicznie wyprofilowany - na tym basie można było grać godzinami bez zmęczenia lewej ręki. W ogóle był to chyba najmniej męczący bas, z jakim miałem do czynienia: nie dość, że nadzwyczaj komfortowy w grze, to jeszcze zaskakująco lekki. Jedynym minusem było ograniczone podparcie dla kciuka przy grze palcami - drewniana (tak, drewniana!) obudowa przystawki ledwie wystawała poza obrys seksownie ukształtowanego korpusu - ale szybko się do tego przyzwyczaiłem.

Druga sprawa - i w przypadku każdego instrumentu, który ma być używany zgodnie z przeznaczeniem a nie wisieć na ścianie i robić za ciekawie uformowany obrazek bez ramy, najważniejsza - to brzmienie. O tak, BRZMIENIE. Shining odzywał się zdecydowanie nowocześnie, ale nie oznacza to, że sterylnie i bezjajecznie. Wyobraźcie sobie Music Mana StingRaya... A teraz dorzućcie do jego brzmienia kilka kilo szlachetności i szczyptę nieco bardziej rockowego charakteru (dla zdziwionych mam małego newsa: nie, Music Man NIE JEST rockowym basem). Dość powiedzieć, że pewien mój znajomy, świetny basista, wówczas posiadacz bardzo ładnego Music Mana SR5, usłyszawszy mnie z zespołem, zaoferował mi natychmiastowy odkup Nexusa. Rzecz jasna, nie ożeniłem mu go wtedy. Później niestety też się nie udało... Ale o tem potem.

Wiadomo, że brzmienie musi się skądś brać. W tym przypadku zaś pochodziło ono z dość nietypowych źródeł. Otóż wielu ludzi - w tym i ja - jest zwolennikami teorii, że dobrze sezonowane, klasyczne, lutnicze drewna są kluczem do sukcesu: klon, jesion, olcha, mahoń, orzech... to wszystko, jeśli jest dobrej jakości, brzmi. Takie zaś wynalazki, jak wenge, ovangkol czy inne śliczne drewienka, tak ukochane przez pewną niemiecką firmę na W (znaną z kompletnej głuchości swych basów), nadają się, a i owszem, na stoliki, półki itd. - na instrumenty zaś... niekoniecznie.  A tu - niespodzianka. Mój Shining był wykonany w całości z egzotycznych drewien: gryf i wierzch korpusu z azobe, zaś tył z etimoe. Co to za drewna, gdzie rosną drzewa, z których się je pozyskuje - nie mam pojęcia. Wiem tylko, że całość, uzupełniona przez 24-progową hebanową podstrunnicę i napędzana pasywną, trójcewkową przystawką Bartollini Triplebucker wspomaganą aktywnym, trójpasmowym układem własnej konstrukcji Nexusa (działał jedynie na zasadzie podbicia, bez funkcji obcinania wybranego pasma) gadała wyśmienicie. I to mimo olejowego wykończenia, które zazwyczaj ma tendencje do tłumienia górnego pasma. Nie wiem, jak twórca tego basu, Jacek Kobylski, tego dokonał - ważne, że mu się udało.

Właśnie, twórca.

Nie mogąc poradzić sobie z zapieczonymi śrubami w mostku typu monorail, którego nie dało się przez to ustawić w związku z czym po zmianie strun bas nie stroił na progach, udałem się do pracowni ojca tego pięknego instrumentu, czyli wspomnianego już Jacka Kobylskiego. Jacek nie dość, że szybko i fachowo poradził sobie z problemem, do tego odpowiadając na moje pytania dotyczące basu (pamiętał go dobrze i opowiedział mi pokrótce jego historię), to jeszcze okazał się być przeuroczym człowiekiem i fantastycznym gawędziarzem. Od tamtej pory odwiedziłem jego warsztat nie raz i nie dwa - zarówno z Shiningiem jak i później z Alembikiem - i zawsze kończyło się tym, że siedziałem u niego grubo ponad godzinę słuchając jego opowieści, pijąc zieloną herbatę i ogrywając kolejne jego basy. Ze wszystkimi lutniczymi problemami, z którymi się do niego zwracałem, radził sobie wyśmienicie (szczególnie z meteopatycznym gryfem Alembika) co poskutkowało tym, że wielu spośród moich znajomych z kwestiami dotyczącymi napraw i regulacji swych gitar, udało się właśnie do niego. Z tego, co wiem, nikt nie narzekał.

Czy zatem owo piękne basiwo miało jakieś wady? Owszem, miało. Przede wszystkim wspomniany już mostek - kłopotliwy w ustawieniu nawet po naprawieniu go przez Jacka. Po drugie - olejowe wykończenie skutkowało łatwym i szybkim zbieraniem się na instrumencie (w szczególności na gryfie) kłopotliwego w usunięciu brudu. Po trzecie zaś - wymyślny, zmysłowy kształt sprawił, że bas niestety okazał się dość delikatny... Któregoś pięknego dnia po wyjęciu mego ukochanego Nexusa z futerału ze zgrozą zauważyłem, że ułamał się dolny róg korpusu. Nie wpływało to na brzmienie czy komfort gry (przynajmniej na stojąco), ale wyglądało niezbyt pięknie... Nie znałem wtedy jeszcze Jacka, więc udałem się do człowieka, którego polecił mi gitarzysta, z którym wtenczas grałem - czyli do imć Marka Leuto. Na szczęście również i on nie zawiódł: róg został przyklejony ładnie, niemalże bez śladu (co nie było łatwe ze względu na kształt złamania i odpryski drewna). Później jednak już byłem bardzo ostrożny, w czym pomogła mi zmiana futerału i styropianowa podpórka pod korpus wykonana przez pana Marka.



Wszystko to jednak w niczym nie zmieniało faktu, że był to świetny, pięknie brzmiący, pełen charakteru bas. Nagrałem na nim trzy płyty, a powinienem był jeszcze użyć go na dwóch innych, przynajmniej w kilku utworach. Dlaczego więc tego nie zrobiłem? Otóż gdy kupiłem Alembica (który - jak się później okazało - spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieje) miałem nieco długów wynikających z zapożyczenia się nań. Chciałem je spłacić jak najszybciej, przynajmniej częściowo - obmyśliłem więc, że zamienię Nexusa na jakiś tańszy, przejściowy instrument. Akurat na Alledrogo pojawił się inny lutniczy wynalazek a jego sprzedawca brał pod uwagę zamianę na coś wyższej klasy, z dopłatą z jego strony. Transakcja została sfinalizowana - niestety wynalazek, który przybył do mnie, okazał się być dość przeciętnym basem (nie powiem, że złym, ale i tak byłem rozczarowany), zaś Shining już kilka dni później wylądował na Allegro... w jakiejś zupełnie abstrakcyjnej cenie. Co najśmieszniejsze, handlarzyna użył na swej aukcji moich zdjęć. No cóż. Lutnicze wiosło wkrótce zamieniłem na całkiem sympatycznego meksykańskiego Fendera Jazza piątkę, którego mile wspominam, jednak gdybym wiedział, jak dalej potoczą się kwestie finansowe w tamtym roku, Nexus przynajmniej przez pewien czas zostałby jeszcze ze mną, pięknie uzupełniając się brzmieniowo z Alembikiem.

 Tak, nagrywałem ten numer na Nexusie.

Nic jednak straconego. Gdy Matka Boska Pieniężna spojrzy na mnie łaskawszym okiem i będę mógł pozwolić sobie na swego wymarzonego obrzyna, zwrócę się z tą sprawą właśnie do Jacka Kobylskiego.



Podsumowując, czyli zady i walety:

Plusy:

* świetne brzmienie, które sprawdziło się na trzech płytach i niezliczonych koncertach
* rewelacyjna ergonomia - szczególnie jeśli chodzi o gryf
* unikatowość i charakter

Minusy:

* delikatność wynikająca z cienkiego profilu korpusu
* kiepski mostek
* olejowe wykończenie (słabsza ochrona drewna, łatwo zbierający się brud)

Czym go wozić:

Będąc szczęśliwym posiadaczem Nexusa nie miałem jeszcze prawa jazdy, w związku z czym woziłem go zazwyczaj środkami masowego rażenia. Jakoś dałem sobie radę, ale do przyjemności to nie należało... Teraz, gdybym nadal miał ten bas, najchętniej wrzuciłbym go do bagażnika czegoś, co też ma charakter i osobowość. Do auta wyróżniającego się z tłumu, może nawet nieco dziwnego... A do tej roli idealnie nadałby się Citroen XM. I wiedziałbym wtedy, że Nexusowi jest wygodnie.

2 komentarze:

  1. Citroen XM i Nexus! Genialne połączenie! Nexusa już mam, teraz tylko citroen!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Nexusa chcę ponownie, ale obrzyna ;-)

      A znaleźć dobrego XM-a to niełatwe zadanie... Poluj raczej na przedliftowego - miały mniej elektroniki. Im prostsza wersja tym lepsza. Unikaj V6 - pięknie brzmią ale mają problemy z trwałością głowic, do tego żłopią bez opamiętania. Turbobenzyny unikaj jeszcze bardziej. Diesel - raczej 2.1 niż 2.5, i ostrożnie, gdyż większość jest już zajeżdżona. Mój wybór to byłaby 2-litrowa wolnossąca benzyna. No i oczywiście trzeba dokładnie sprawdzić całą hydraulikę - bardzo trudno teraz o części, i kosztują swoje...

      Usuń