Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Madzia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Madzia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 września 2015

Długodystans: Madzia - część ostatnia

Ten moment w końcu musiał nadejść.

Madzia vel Madzisława vel Mazda 323P '97 znalazła w końcu nowego właściciela.

Zmiana warty
Tak, długo czekałem na ten dzień. Nie dlatego, że nie lubiłem Madzi czy miałem jej dość - przez ponad 3 lata, które spędziła z nami, udowodniła, że japońskie żelazo z lat 90. jest trudne do pobicia pod względem niezawodności, poza tym mimo niewielkich rozmiarów i ledwie 3-drzwiowego nadwozia imponowała praktycznością - jednak od momentu wystawienia jej na sprzedaż minęły ponad 4 miesiące. Nie wiem, dlaczego Madzia nie wzbudziła większego zainteresowania - może to kwestia spartańskiego wyposażenia (nie ma nawet wspomagania) czy wyraźnie zrudziałych błotników (progi i podłoga są zdrowe!), tak czy inaczej mimo śmiesznej jak za sprawnie jeżdżące auto ceny odezwały się cztery osoby. Jedna wycofała się "bo wyjazd do Chorwacji", druga - bo jednak wspomaganie, trzecia w ogóle nie odezwała się ponownie.

Aż w końcu pojawił się czwarty zainteresowany. I to on finalnie odjechał Madzią, wysupłując z portfela kwotę znacznie niższą od pierwotnie zakładanego przeze mnie minimum.

Znacznie.

Niestety - zbliżał się już koniec OC, a to zawsze jest mocna karta przetargowa. Trzeba było brać co proponują. Innymi alternatywami było opłacenie OC (co prawda pierwszej raty, ale zawsze to pieniądz) lub... złomowanie. A mimo stanu nieszczególnie idealnego Madzia była (i wciąż jest) zbyt dobrym jeździdłem, by wywalać ją na szrot.


To, że Madzisława wciąż zasługuje na miano fajnego, przyjaznego toczydła, udowodniła ostatnia przejażdżka. Wiedząc, że umówiony nabywca, który zostawił już zaliczkę, jest w drodze, zabrałem Mazdę na ostatnią rundkę dookoła komina. Kilka uliczek, ze 3 kilometry, małe podtankowanie, by nowy właściciel bez strachu dojechał do domu czy choćby na stację na dokarmienie. W trakcie tej krótkiej przejażdżki przypomniałem sobie wszystko, za co lubiłem to auto - świetne fotele, dobrą widoczność, spontaniczną reakcję na gaz. Przypomniałem sobie też to, co mnie drażniło - brak wspomagania, niewygodnie wchodzącą "dwójkę" (trzeba niemalże wprasować dźwignię w bok fotela kierowcy), konieczność kładzenia się na fotelu pasażera by z miejsca kierowcy ręcznie ustawić prawe lusterko. I tak - zalety wciąż przeważały nad wadami.

Teraz będzie cieszył się nimi jej nowy własciciel.

Mi pozostało powspominać wszystko to, co dzięki Madzisławie miałem możliwość przeżyć: zjeżdżenie kawałka kraju (od Zamościa przez Zgierz i Zalew Sulejowski po Mazury), kilka rajdów, w tym dwa jako uczestnik i jeden jako obsługa punktu, wożenie kilogramów sprzętu, dojazdy na koncerty bliższe i dalsze i w końcu pierwsza podróż Młodzieża ze szpitala do domu. Poza tym - trzy lata to jednak jest trochę czasu. To więcej, niż wcześniej miałem okazję cieszyć się jakimkolwiek samochodem (Melodilą jeździłem nieco ponad pół roku, Chaimkiem - rok z przerwą na wrastanie w parking, o Saabolocie nie ma co nawet pod tym względem wspominać). Może dlatego, że w tym czasie nie znalazły się fundusze na przesiadkę na cokolwiek innego. A może dlatego, że po prostu była - i wciąż jest - przyzwoitym, zaskakująco praktycznym, niezawodnym i najzwyczajniej w świecie sympatycznym samochodem. I choć jest już następca, czyli Volviacz vel Pjord Skanssen, z którym zaprzyjaźniłem się od razu, trochę smutno było patrzeć na tak dobrze znajomy biały kuperek znikający za zakrętem.


Jeśli chcecie przypomnieć sobie, jak wyglądały wspólne trzy lata i 31 tysięcy kilometrów - oto chronologiczny spis treści:

Cz. 1
Cz. 2
Cz. 3
Cz. 4
Cz. 5 (w której Madzisława zostaje celebrytką)
Cz. 5
Cz. 6
Cz. 7
Cz. 8, ogłoszeniowa i zarazem przedostatnia

Teraz pora tworzyć kolejne odcinki nowego długodystansu. Oby był przynajmniej równie udany, jak ten, który właśnie dobiegł końca.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Długodystans: Madzia - część być może przedostatnia

To kiedyś musiało się stać.

Madzia vel Madzisława jest niniejszym do wzięcia.

Nie będę wchodził w szczegóły - o nich dowiecie się, jeśli Madzię uda się sprzedać za założoną kwotę. Jeżeli nikt nie zaoferuje minimalnych oczekiwanych przeze mnie hałmaczów - zostanie.

Tak więc ten.

Do zanabycia jest niniejszym Mazda 323P, trzydrzwiowy hatchback, rocznik 1997, pochodząca z polskiego salonu (pierwsza rejestracja - sierpień '97). Silnik 1,3 73 KM, przebieg 237 tys. z groszami. Wyposażenie - nie dotyczy. Stan mechaniczny - przyzwoity (nie jest idealna, ale daleko jej od ruiny). Stan blacharski - nie do końca zgodny z obowiązującym kanonem piękna, ale wciąż integralny. Mówiąc prościej - progi i podłoga całe, za to tylne błotniki można określać mianem "superleggera". OC do końcówki września, przegląd do października. Opony całoroczne, co prawda klasy mocno budżetowej (Kingstar), ale praktycznie nowe - kupione i założone jesienią zeszłego roku. Wtedy też zostało zrobionych kilka rzeczy w zawieszeniu, za co zapłaciłem złotych polskich 900. Rozrząd zmieniany ok. 20 tys. km temu.

Co jej dolega?

- latająca sobie radośnie dźwignia zmiany biegów (wybierak jest zużyty, biegi wchodzą normalnie, ale zapewne warto wymienić);
- brak zasilania konsoli środkowej sprawia, że nie działa radio i gniazdo zapalniczki (zapewne jakiś głupi kabelek, ale zwyczajnie nie mam czasu i skilla, by rozebrać deskę rozdzielczą bez strat w ludziach i sprzęcie);
- niedziałające podświetlenie prędkościomierza (a takie ładne było, zielone);
- antena odmawia chowania się w słupek (ponoć stała przypadłość modelu);
- rdza pięknie chrupie tylne błotniki;
- parkingowa przycierka sztuk raz (pacz zdjęcia poniżej).

Czym jest?

- tanim, sympatycznym dupowozem do przemieszczania się od A do B;
- bardzo dobrym autem na początek przygody z motoryzacją dla kogoś, kto chce zaznać "analogowej" motoryzacji;
- zaskakująco praktycznym toczydłem którym da się przewieźć zaskakująco dużo;
- prawdziwą, niespełna osiemnastoletnią Japonką prosto z Hiroszimy (promieniowania nie stwierdzono).

Czym nie jest?

- luksusową limuzyną (nie ma klimy, nie ma elektryki, nie ma nawet wspomagania);
- sportowym bolidem (73 konie wystarczają do sprawnego przemieszczania się, do drag race'ów już nie za bardzo);
- samochodem, po którym płakał Niemiec (pochodzi z polskiego salonu);
- lalką, igłą, jedynymtakimzobaczem, nówką-salonówką.

Ile wołam?

2000 (słownie: dwa tysiące) złotych polskich. Tych obowiązujących od 21 lat, czyli podenominacyjnych. Taką kwotę tworzy np. 20 Jagiełłów lub 10 Zygmuntów (choć tak dużych ilości naraz Zygmuntów chyba nikt jeszcze nie widział). Równie dobre będą też dwójka i trzy zera wpisane w kwotę przelewu. I teraz uwaga: cena jest do rozsądnej negocjacji. Powtarzam - ROZSĄDNEJ. Każda oferta typu DAJE PIŃCET PISZ UMOWE BO NIE MAM CZASU będzie kwitowana patelnią w twarz niedoszłego nabywcy a następnie nadaniem odpowiedniej prędkości w kierunku przeciwnym za pomocą buta.

Czy jest piękna?

O tak. Bardzo.







Czy mam zdjęcia przycierki i miejsc schrupanych?

Proszę uprzejmie:




Czy mogę dorzucić komplet "słoneczek"?

Nie ma problemu - mam wszystkie cztery (aktualnie zamontowane dwa, dzięki temu macie porównanie jak wygląda na gołej feldze i z dekielkami). Ba - dorzucę nawet paczkę trytytek.

Czy mieści się bas?

Oczywiście, nawet kilka.



I nie tylko basy.


APDEJT:

Czy są aktualne foty wnętrza?

No jacha - nawet poodkurzałem trochę.

Ktula dorzucę wyłącznie pod warunkiem otrzymania pełnej kwoty. Chcesz negocjować? Ktul zostaje ze mną.


Fotelik nie jest na sprzedaż. No chyba, że otrzymamy rozsądną ofertę za jego pasażera - wtedy dorzucimy w gratisie.


A można zobaczyć bagażnik bez basów w środku?

Proszszsz.

Słoneczka i trytytki dorzucę chętnemu, klucz, apteczkę i kamizelkę dorzucam bez pytania.

Pisząc "trochę odkurzyłem" mam dokładnie to na myśli. Trochę.

Jaki jest dokładny przebieg na dzieńdziś?

Taki:



Trochę żal - Madzisława była z nami trzy lata i przejechała w tym czasie 30 tysięcy kilometrów. Nigdy nie zawiodła nas w trasie, służyła świetnie, wożąc ludzi (w tym mego syna) i towary (czyli głównie basiwa). Jednak... po prostu przyszedł czas.

Jak coś - wiecie, gdzie mnie znaleźć.

Zachęcam i zapraszam.


środa, 3 grudnia 2014

Długodystans: Madzia - 323 lajki, 234 tysiące

Dziędobry.

Niedawno na mym prestiżowym, multiinterfejsowym fąpażu pojawił się 323 lajk (oszałamiający rezultat jak na nieco ponad 2 lata, w związku z czym doszedłem do wniosku, że można uczcić ten wiekopomny moment kolejnym odcinkiem sagi pt. "Madzisława rdzewieje i jeździ dalej".

Około 2 tygodni temu na liczniku przebiegu Madzi po raz kolejny pojawiły się trzy zera. Konkretnie po raz dwieście trzydziesty czwarty.


Jak na ponad 17-letnie jeździdło nie jest to może zbyt zdumiewający wyczyn, jednak fakt, że Madzisława nadal bez marudzenia spełnia swoją funkcję generując przy tym nader rozsądne koszta, cieszy mnie niezmiernie. Na dodatek funkcja owa, jak już wielokrotnie wspominałem, została rozszerzona o wożenie mojego potomstwa płci męskiej, sztuk raz. Z zadania owego zbliżająca się do pełnoletniości Japonka (zwrot ten brzmi nadspodziewanie zachęcająco) wywiązuje się nadspodziewanie dobrze - Młodzież vel Jamochłon vel Mlol prawie za każdym razem zasypia snem sprawiedliwych już w kilka chwil po ruszeniu. Inna rzecz, że udaje mu się to praktycznie w każdym środku lokomocji, co zresztą bardzo mnie raduje.

Wracając do kwestii kosztów - niedawno przyszło mi wyasygnować kwotę celem dalszej bezproblemowej eksploatacji oraz (wreszcie) przejścia przeglądu. Przede wszystkim - opony. Letnie Continentale zostały zutylizowane już pod koniec zeszłego roku, zaś na zimowych Dębicach przejeździłem prawie cały bieżący rok, łącznie z grubymi lipcowo-sierpniowymi upałami, po czym okazało się, że są... ledwie o 3 lata młodsze od samej Madzi. Jeździłem na 14-letnich gumach. Zimowych. Latem. Give-a-fuck-o-meter reads zero. Jednak zarówno resztki zdrowego rozsądku jak i pojawienie się przychówku oraz odrobina wolnej gotówki spowodowały przyspieszenie decyzji o wymianie opon na nowe. Jako, że nie planuję w sezonie śnieżno-błotnym opuszczać szeroko pojętych rejonów miejskich, zaś - powiedzmy sobie szczerze - Madzisława zostanie z nami jeszcze z rok, maksymalnie dwa (coraz częściej pojawia się potrzeba nieco większej przestrzeni), wybór padł na niedrogie ogumienie całoroczne. Zakupiono, zamontowano, jest. A jeździ się w zasadzie tak samo. Tylko ciszej - zimowe Dębice hałasowały jak złe. Po oponach przyszedł czas na ogarnięcie mechaniczne elementów podwozia - zawieszenie długo wytrzymywało jazdę po polskich parodiach dróg i w końcu zaczęło dawać znać o swym wymęczeniu donośnymi stukami. Odzywać się jęły także przeguby - ich terkotanie słychać było prawdopodobnie na Podkarpaciu. W końcu westchnąłem, przewróciłem oczami, sięgnąłem głębiej do kieszeni i po zostawieniu w warsztacie ok. 1/3 wartości jeździdła mogę cieszyć się jazdą samochodem z w pełni sprawnym układem jezdnym. Oraz podbitym przeglądem.

Czasami jednak daje się też coś zrobić bezkosztowo.


Kilka miesięcy temu na Złomniku pojawił się konkurs, gdzie główną (i jedyną) nagrodą były żarówki Philips Color Vision. Części konkursu były trzy, w każdym do wygrania po komplecie (2 szt.) Philipsów. Jako, że nieźle radzę sobie z rozpoznawaniem idiotycznych żelaz po takim czy innym szczególe, w drugiej odsłonie to ja zabezpieczyłem sobie żaróweczki. Do wyboru było kilka kolorów - ja oczywiście wybrałem oldskulowo-francusko żółte, co przełożyło się na dłuższe oczekiwanie, gdyż najwyraźniej wszyscy laureaci (a konkursów było kilka na kilku blogach) zażyczyli sobie właśnie takich. Jakoś się im nie dziwię. W końcu żarówki dotarły, po czym zostały zalogowane w schowku i tam spędziły kilka kolejnych tygodni. Niedługo wcześniej zainstalowałem nowe Tungsramy gdyż stare żarówki nie wydały, i - poza tym, że miałem już świeży komplecik - zwyczajnie nie chciało mi się dłubać ponownie, choć przyznaję, że w przypadku Madzisławy (i zapewne większości samochodów z tamtych lat) wymiana jest nader prosta. W końcu jednak zebrałem się... i są.

I świecą. 

Czy na żółto? Trudno orzec. Na pewno daleko im do znanej ze starszej francuzczyzny "żółci selektywnej". Jednak pod odpowiednim kątem widać żółte pobłyski. Najlepiej zaś są widoczne... odbijając się w zadzie poprzedzającego samochodu.

Umyśliłem zatem, że lepiej będzie widać ich kolorystykę po zmroku, dlatego wczoraj udałem się do myjni celem przygotowania jeździdła do sesji zdjęciowej...


...po czym zamontowałem z powrotem zdemontowane do napraw słoneczka (tylko na jedną stronę, gdyż zabrakło mi trytytek a na Statoilu nie mieli - widać za mało prestiżowe jak na najdroższą stację w mieście), znalazłem zaciszne miejsce do pstrykania, rozstawiłem statyw, zainstalowałem aparat i jąłem strzelać.


Jak się okazało, bardziej na żółto świecą uliczne latarnie, co sprawia, że z philipsowej żółci nie zostaje nic.A może to kwestia moich umiejętności fotograficznych.

Ważne jednak, że Madzia nadal jeździ. I jeszcze pojeździ.

Tymczasem czekam z aparatem na przebieg 234567.

sobota, 12 lipca 2014

Długodystans: Madzia, część niewiemjużktóra


Dziś miał być kolejny wrzut z cyklu "Gęba i paluchy", ale w Fernandesie był uprzejmy rozpaść mi się potencjometr tonu. Jako, że zasadniczo go nie używam, nie byłoby to jakimś szczególnym problemem - niestety, całokształt zdezintegrował się tak nieszczęśliwie, że tony są na stałe skręcone skutkiem czego góra nie wystepuje. Jako, że już wkrótce mogę nie mieć czasu ani głowy do nagrywania, zależy mi na tym, by temat ogarnąć ekspresowo - tzn. jutro, gdyż albowiem może być to ostatni dzień, gdy zdążę zrobić cokolwiek. A jutro potka sobie nie kupię, ponieważ niedziela. Dlatego na wstępie prośba: jeśli ktoś z Szanownego Państwa wie, jak zbypassować (lub po prostu wywalić) potencjometr tonu tak, by sygnał szedł sobie wesoło z potencjometru głośności bezpośrednio do gniazdka, będę przemegawdzięczny za wszelkie wskazówki. Chcę moją górkę z powrotem.
Dla ułatwienia - zdjęcia poglądowe.

Tak się zepsuło

A tak to wygląda w środku - od góry do dołu: głośność, kondensatorek, ton (zepsuty), gniazdko

A teraz do tak zwanego, przysłowiowego adremu, czyli tematu zastępczego.

Madzi w zeszłym tygodniu strzeliło 230 tysięcy. Jeździ sobie nadal, choć wydawane przez nią dźwięki są coraz bardziej niepokojące: przepotwornie stukający przegub (skręcam już bez nogi na gazie, ruszam łagodniutko), coś dzwoni pod maską przy pewnych obrotach (nie wiem, jakich - obrotomierza brak), chrobotanie z lewego tyłu przy skręcaniu w prawo - to tylko część repertuaru. Do tego dochodzi radosne chrupanie tylnych błotników przez złośliwego rudzielca - i mamy pełen obraz symfonii mechaniczno-blacharskiej. Oczywiście symfonii nie uzupełnia muzyka dobiegająca z radia, gdyż konsola środkowa nadal nie ma zasilania. Ja zaś nie dysponuję aktualnie finansem koniecznym do ogarnięcia tematyki (przy czym w tym konkretnym przypadku "aktualnie" oznacza "tryb ciągły") a mechanicznie jestem wciąż taką samą bezradną pipą jak do tej pory.

Pozostaje się cieszyć, że Madzia wciąż jeździ mimo spowodowanych bankructwem oraz brakiem skilla mechanicznego zaniedbań, i trzymać kciuki, że dociągnie do momentu pojawienia się Młodzieża, co by jego rodzicielkę bezpiecznie dostarczyć do miejsca wyklucia, a następnie - w postaci już rozmnożonej - dowieźć z powrotem do domu. A to już any day now.

Póki co - Madzisława dzielnie dostarczyła nas na działeczkę, gdzie spędziłem urlopopodobny tydzień (lapek, gwizdek z internetami i odrobina rabotania z hamaka), bez marudzenia zawiozła mnie też na Graj(mi)dół a chwilę wcześniej pozwoliła zająć miejsce w pierwszej połowie stawki w tegorocznym Rajdzie Złomnika. I podejrzewam, że jeśli ktoś skusi się w końcu na którąś z mych nerek, po ogarnięciu tego, co jest w niej do ogarnięcia przejedzie kolejne 230 kkm. I będzie jeździć dalej.

I muszę przyznać, że ze słoneczkami prezentuje się genialnie. I dobrze jej wśród drzew.

Aby nie być gołosłownym - kilka malowniczych fotek wywczasowych.

Inspekcja pod kątem zdatności do transportu kotów
"Zgłaszam uwagi co do anteny"
Król Euzebiusz uwag nie zgłosił.
Halogeny z Poldka (chyba) też pordzewiały

Motyla noga!


Zdatność do transportu basów nie uległa zmianie
Dobranoc.

niedziela, 23 marca 2014

Długodystans: Madzia, część kolejna

Dziś Madzi stuknęło 227000 km.

Czyli to już ok. 20 tysięcy z nami.

Warto z tego tytułu przypomnieć, że Madzisława nadal jest, jeździ i ma się dobrze. No, w miarę. Co zatem zadziało się od ostatniego odcinka długodystansu?

- padło zasilanie konsoli środkowej (najprawdopodobniej zaśniedziały lub odlutowany kabelek czy insza bzdura), co oznacza, że znowu nie mam radia (ani zegarka, ani gniazda zapalniczki);
- zdechło podświetlenie części tablicy rozdzielczej (konkretnie prędkościomierza i wskaźnika temperatury cieczy chłodzącej), po czym... znów wstało;
- rdza w najlepsze chrupie tylne błotniki;
- zaczął stukać jeden przegub;
- została sieknięta trasa do Torunia i z powrotem, która pokazała, że przy płynnej jeździe Madzia nadal jest jeździdełkiem oszczędnie obchodzącym się z paliwem a i jej żwawość nic a nic nie maleje; to samo można było zaobserwować podczas wczorajszej, dużo krótszej trasy na należącą do mej rodziny sympatyczną, zaciszną działeczkę służącą do nienachalnego zażywania relaksu.

Madzia w scenerii leśnej
Oczywiście cały czas, niezmiennie i niestrudzenie wozi moje basiwa tam a nawet nazad. Mieszczą się tak, jak mieścił się do tej pory.

Jednak najważniejszą rolę dopiero przyjdzie jej pełnić.

Niedawno (no, będą już ze 3 miesiące - zaiwaniał wtedy śnieg) mieliśmy przyjemność z Wybranką spotkać się z imć Notlaufem i jego szanowną Małżonką na bardzo sympatyczne posiedzenie i pogaduchę będące związane z pewnym zakupem. A zakupem owym było nosidełko pełniące funkcję fotelika dziecięcego dla jamochłona w rozmiarze XXS.

Fotelik zostanie zamontowany na przełomie lipca i sierpnia.

Ależ się będzie działo.

poniedziałek, 14 października 2013

Długodystans: MADZIA JEZD GWIAZDO

Jak w każdy poniedziałek, zastanawiam się dziś co komu przeszkadzał weekend. Zamiast siedzieć w robocie wyszło by się na spacer - pogoda ładna, złote liście, kasztany turlają się wprost pod nogi, a i jakieś wrosty na pewno można by było tu i ówdzie upolować. Generalnie poniedziałkowy spleenik. Na szczęście w plecaku spoczywa sobie zakupiony w piątek aktualny numer magazynu Auto Moto, w którym na stronie 79 można znaleźć jeździdło, które znam od półtora roku i gębę, którą znam w zasadzie od zawsze.

Zacznijmy od tego, że ok. miesiąca temu otrzymałem propozycję pojawienia się z Madzią w artykule o zadowolonych użytkowinkach samochodów za niewielki pieniądz. Oczywiście, łasy na wszelki fejm i spragniony tłustego lansu, zgodziłem się od razu. Wkrótce potem odbyła się mała sesyjka zdjęciowa. W tzw. międzyczasie na liczniku Madzi wyświetliła się bardzo zacna liczba:


Liczba ta rosła (i rośnie nadal), co poskutkowało rychłym pojawieniem się na wyżej wzmiankowanym liczniku kolejnej interesującej wartości:


Tak sobie jeździłem (nie tylko Madzisławą - wraz z przyjściem jesieni moje niemotoryzacyjne potrzeby transportowe przerzuciłem z roweru na zbiorkom), czekałem, kupowałem kolejne numery Motoru i zacząłem się zastanawiać, czy aby artykulik nie został odrzucony. Zapomniałem jednak, że to samo wydawnictwo wydaje też inne pismo - tym razem miesięcznik - a artykuły znanego mi i lubianego przeze mnie obywatela ukazują się również tam. A uświadomił mnie w tym temacie jeden z czytaczy (i jednocześnie pisacz innego blogasa), który akurat zanabył najświeższy numer i podrzucił mi na fąpaża tę oto niespodziankę:

Zdjęcie podrzucone z fąpaża Old Parked Cars Warsaw

Oczywiście natychmiast udałem się do kiosku celem zanabycia egzemplarza periodyku. Do czego zachęcam i Was.

A tymczasem Madzia jeździ, nabija kolejne kilometry (choć, jak już wspomniałem, z okazji jesieni przeprosiłem się ze zbiorkomem i jeżdżąc środkami masowego rażenia nadrabiam zaległości czytelnicze)... i rdzewieje. W planach jest zmiana oleju i filtrów oraz przyjrzenie się buczącego w pewnym zakresie obrotów wydechowi. Trzeba będzie dopisać do tego zajęcie się rudzielcem. Inaczej po zimie błotników może już nie być...


środa, 7 sierpnia 2013

Długodystans: Madzia (cz. 4 czy któraś tam)

Dobry wieczór.

Wczoraj w godzinach późnowieczornych Madzi stuknęło 220 tys. km. To taki przebieg, przy którym samochody magicznie dezintegrują się a ich wartość rynkowa spada do poziomu małej paczki chipsów. Madzia prawdopodobnie o tym nie wie, bo jeździ dalej, ostatnio dostarczając mnie w pewne rejony woj. Łódzkiego, a wcześniej dzielnie zawożąc mnie na wschód, do Zamościa. I z powrotem.

photo by Paweł Penksa (bo nie miałem aparatu a telefon ocipiał)
Niestety, nie można rzec, by całokształt eksploatacji był w 100% bezproblemowy, choć - póki co - nieplanowych kosztów nie poniesiono. Mechanicznie wszystko działa dobrze - Madzia jeździ jak jeździła - jednak daje o sobie znać słaby punkt starszych Japończyków: blacha. Aktualnie Madzisława jest zaparkowana ok. 100 m od mojego bloku (tak, to jest MÓJ blok, żeby nie było wątpliwości), a ja słyszę rdzę z ukontentowaniem chrupiącą tylne błotniki w okolicy nadkoli. Do niedawna najgorzej prezentowała się lewa strona...

omnomnomnomnom
...jednak w niedzielę wracaliśmy z Wybranką z giełdy komputerowej (tak, mam nowy komputerek, piszę na nowej klawiaturze, jest szał) i gdy dotarliśmy do miejsca postoju tow. Madzisławy (zaparkowanej całkowicie prawidłowo), Wybranka zauważyła i pokazała mi coś, czego jeszcze chwilę wcześniej nie było...


Jakieś tępe bydlę było uprzejme wykonać trzy malownicze, dość głębokie wgniecenia w prawym tylnym błotniku między drzwiami i nadkolem. Nie mogę powiedzieć, by uradował mnie ten widok. Bliższe prawdy byłoby określenie mego stanu jako morderczy szał. Niestety, sprawcy ewidentnie nie było w pobliżu, więc nie miałem komu usunąć genitaliów, wepchnąć ich do gardła i przyjmować zakładów czy indywiduum prędzej się wykrwawi czy udławi...

Jak widać na załączonym obrazku, oprócz ślicznych, punktowych wgnieceń (określenie "dziury" nie mija się zbyt bardzo z prawdą), na błotniku ujawniają się urocze pęknięcia lakieru, spod których figlarnie wygląda tlenek żelaza...

...a może to zaschnięta krew? Ktoś się pokaleczył o Madzię? Byłaby to jakaś ulga
A tak kiedyś lubiłem rudzielce...

środa, 1 maja 2013

Pierwszomajowo

Dobry wieczór się z Szanownym Państwem.

Dziś 1 maja - dzień radosny, szczególny i wyjątkowy; dzień gdy lud pracujący miast i wsi całego świata jednoczy się w tej oto radosnej myśli: WOLNE!!! Po czym z chrząknięciem, mruknięciem, czy też innym dźwiękiem wydanym za pomocą dowolnie wybranego otworu fizjologicznego odwraca się na drugi bok i śpi dalej.

Tak też było w przypadku Wybranki i moim.

Tymczasem wczoraj Madzia wreszcie otrzymała element rzeczywistości, który powinna była otrzymać już pewien czas temu: nowe głośniki. Jeśli chodzi o prestiż marki czy też lansowanie się logiem został wykonany downgrade, jednak jako, że mam tendencję do czynności defekacyjnych na tematykę ogólnoprestiżową, jestem ze zmiany nader zadowolony. Otóż w miejsce starych, zajeżdżonych aż do punktu niedziałania i o kilka rozmiarów za małych Alpine'ów zostały zamontowane również dość stare, za to w pełni sprawne i doskonale dopasowane Audiovoxy. Jak się okazało, Alpine'y, które do tej pory zamieszkiwały dolne rejony drzwi Madzi, były modelami średniotonowymi przeznaczonymi do montażu w desce rozdzielczej i, będąc smętnymi mikruskami, wisiały markotnie w przeznaczonych na to otworach, zamocowane za pomocą... pasków samozaciskowych. Oczywiście, oba dokonały żywota już pewien czas temu. Audiovoxy natomiast żyją, mają się dobrze i - co najważniejsze - działają w sposób całkowicie satysfakcjonujący.

Tak. Muzyka grająca w samochodzie to wspaniała rzecz.

Pozdrawiam partyjnie i macham służącymi do tego elementami, zapraszając na kolejny wpis, który już wkrótce.


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wiosna, wiosna, ach to Ty... PRIMA APRILIS

Melduję, że przedwczoraj Madzia pozytywnie przeszła przegląd. Mam w planach przebijać się nią w przez wiosenne zaspy i ślizgać po kwietniowym śniegu tak długo, póki to białe gówno nie stopnieje a podróż zbiorkomem do pracy przestanie być torturą i gwarancją złapania zapalenia oskrzeli lub innego cholerstwa (najpierw w grubej kurtce do zapchanego, dusznego autobusu a potem znów na "rześki chłodek"... a przypominam, że z najbliższego przystanku mam ponad kilometr do biura, z czego ponad połowa po wąziutkim, zasypanym po kostki i oblodzonym chodniczku).

Tymczasem z okazji wielkanocnych śnieżyc życzę wszystkim nadejścia szumnie zapowiadanego przez rozmaitych "specjalistów" globalnego ocieplenia.

Do najbliższego.

piątek, 1 marca 2013

Myślę sobie że...

...ta zima kiedyś musi minąć.

I chyba wkrótce minie. Mamy marzec, temperatura wzrosła do poziomu w którym gałki oczne przestają zamarzać, resztki śniegu zamieniają się dziarsko w błoto zaś na trawnikach (czyli o tej porze roku klepiskach) i chodnikach brązowieją wesoło przebiśniegi, podśmiardując i uśmiechając się lepko do podeszew.

A to oznacza, że niedługo zazieleni się, urośnie kilka... no, jakaś trawa urośnie zapewne. Nie wiem jak Wy, ale ja się na to cholernie cieszę.

Choć Madzia i na śniegu spisuje się dobrze. I nawet nieźle się z nim komponuje...


Tymczasem - jakoś tak na początku tego tygodnia - stuknęło jej 215 000 km.


Podejrzewam, że przy odpowiedniej trosce i w miarę pomyślnych wiatrach jest skłonna przejechać drugie tyle.

* * *

To tak tytułem tego (ale ładna aliteracja mi wyszła), że o Was nie zapomniałem.

Normalne (czyli - w przypadku tego bloga - z klasyczną normalnością nie widzące się nawet przez ścianę) wpisy już wkrótce.

piątek, 11 stycznia 2013

Długodystans: Madzia (cz. 3)

Witam wszystkich wszem i wobec.

Mija 3 kwartał śmigania Madzią, w związku z czym nadszedł czas na krótkie podsumowanie kolejnego etapu tego pełnego czułości, ciepła i wahań cen paliw związku.

Stan na 10.01.2013, czyli wczoraj
Jak widać na załączonym obrazku, licznik nabija sobie kolejne kilometry. To już prawie równo 7000 od stanu zastanego. 7 tysięcy w 9 miesięcy - niby niedużo, ale zdanie można sobie już wyrobić.

A zdanie owo jest ze wszech miar pozytywne. No, w większości kwestii.

Przede wszystkim - jak na 15-letnie jeździdło ze sporo ponad 200 tysiącami km nawiniętych na nieduże, 13-calowe kółka, Madzia wyróżnia się ponadprzeciętnym poziomem niezawodności. Ze 2 miesiące temu było jednak troszkę przygód...

Przed rozgrzaniem silnika zapłon był tylko na 3 cylindrach. Problem pojawił się raz, potem zniknął, ale po pewnym czasie powrócił i już został, aż w końcu któregoś dnia Madzia po prostu orzekła, że nie ma ochoty na współpracę. Mój dobry kolega i współgracz, pracujący nieopodal w sklepie muzycznym, po moim telefonie zjawił się niezawodnie swą Astrą i próbowaliśmy odpalić Madzisławę z kabli. Niestety, jak to kiedyś rzekł pewien oskarżony o zoofilię szlachcic, opisując swe próby zaznania rozkoszy z wiewiórką, effectus był nullus. Jako, że był to dzień grający, załadowałem tedy basiwa oraz swój zad prywatny do Asteroidy i pojechaliśmy grać. Potem nastąpiło jeszcze kilka prób rozruchu - za każdym razem natykałem się jednak na opór materii, po czym akumulator stwierdził, że na emeryturę czas. Pomyślałem, że oprócz zdychającej baterii zapewne zawiniły świece (takie podejrzenia miałem już wcześniej, gdy na zimno nie palił jeden z cylindrów), w związku z czym za pośrednictwem innego dobrego znajomego (również basisty zresztą) zanabyłem odpowiednie artefakty i podjąłem próbę własnoręcznego doprowadzenia Madzi do stanu jeżdżącego. Nawet wyposażyłem się za zawrotną kwotę 14 złotych polskich w klucz do świec. Szybko okazało się, że tani klucz w połączeniu z brakiem Pudziana do kręcenia nim może mieć tylko jeden skutek: stare świece nadal tkwiące twardo w gniazdach i podśpiewujące "trollolollo". Tutaj nieocenioną pomoc zaoferował jak zawsze niezawodny wybranek Czcigodnej Staruszki: przybył jej Zuzią (swoje Vivaro pożyczył wcześniej synowi) celem zaciągnięcia mnie i chwilowego truchła do warsztatu. Madzia zrobiła tymczasem kawał: zanim podczepiliśmy linkę... odpaliła. Niechętnie, ale jednak. Doturlaliśmy się do Serwisu MitsuManiaków (wybranek Czcigodnej ubezpieczał mnie na wypadek kolejnego napadu humorów Madzi), gdzie kolejny mój dobry ziom dobył profesjonalnego klucza i wymienił świece w minutę. Odjechałem z radosną pieśnią na ustach. Niestety, dwa dni później okazało się, że to nie świece... Ukochany Staruszki znów przybył na ratunek i po raz kolejny poratował skillem holowniczym. Tym razem Madzia została zaciągnięta do samego warsztatu, pod którym z resztą... odpaliła. Zostawiłem ją w rękach MitsuManiaków. Co się okazało - naturalnemu zużyciu uległy niektóre elementy układu zapłonowego (zaś inne - równie naturalnemu usyfieniu). Co zmarło zostało wymienione, co się upaprało zostało przeczyszczone, do tego zleciłem standardowe zrobienie rozrządu (po pół roku - kids, don't try this at home, takie rzeczy powinno się robić od razu po zakupie używanego samochodu)... A efekt jest taki, że Madzia jeździ. I nie marudzi.

To niestety nie była jedyna usterka - na szczęście jedyna, która miała coś wspólnego z mechaniką. Otóż w okresie przedświątecznych mrozów jedyny działający z głośników zaczął popierdywać a następnie zamilkł na dobre. Nie wiem, czy to wina samego głośnika, czy może radyjko dokonało żywota, czy też problem leży jeszcze gdzieś indziej, np. w okablowaniu - tak czy inaczej jeżdżę teraz w świecie ciszy. A brak radia gdy stoi się w korku i nie ma się pasażera, z którym można pogadać o Wiśle i przemyśle nie jest miłą rzeczą...

Nie jest również miłą rzeczą wynikające z niskich temperatur i ciągłych korków podwyższone zużycie paliwa. Niestety - takie warunki są nieuniknione, w związku z czym szybsze ubytki w baku nie dziwią. Dlatego, mimo wygody i niezawodności oferowanych przez Madzię, od przyszłego tygodnia będę ze 2-3 razy w tygodniu korzystał w drodze dom-praca-dom z dobrodziejstw zbiorkomu. Tylko czemu od najbliższego przystanku do biura jest ponad kilometr?...

Na szczęście poza zwiększonym apetytem zimowe trudy Madzia znosi dziennie. Odpala od razu i zawsze dowozi mnie (plus opcjonalnie basy, Wybrankę lub innych pasażerów, zazwyczaj kogoś z kolegów z pracy) na miejsce. Madzia jeździ (i to dość żwawo) do przodu, do tyłu, skręca, hamuje, a nawet czasem trąbi. Basy mieszczą się w niej bez większych problemów - a jak trzeba, to i bębny do kompletu z bębniarzem. Niestety, autko nie jest już tak śliczne jak w momencie zakupu - wspominałem już o niefortunnej parkingowej przycierce - ale nie wpływa to na wrażenia z jazdy.

Już mam nawet przygotowane jedno zdanie do ogłoszenia, gdy kiedyś Madzia będzie szukać nowego właściciela: "Jedyna rysa w pięknym czerwonym kolorze (jak słynne Rosso Corsa FERRARI, koneserzy wiedzą, o co chodzi) w oczywisty sposób podnosi wartość tego wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju samochodu!"
Na same wrażenia z jazdy nie wpływa też umycie ubłoconego, usyfionego po przejażdżce do Grodziska i z powrotem samochodu... ale na wrażenia z wsiadania - już tak. Drogie dzieci, pamiętajcie, że po wizycie w myjni w zamkach zostaje woda. I jeśli nie wydmuchacie jej np. kompresorem do opon, czeka Was już kilka godzin później występowanie w darmowym przedstawieniu dla sąsiadów pt. "Radości wsiadania przez bagażnik". Nie, nie jest to wygodne...

Na walory trakcyjne czy niezawodność nie ma wpływu również inny, wcześniejszy estetyczny ubytek - otóż któregoś dnia zauważyłem brak... znaczka. Komuś najwyraźniej się spodobał... Mi z kolei spodobałoby się trzepnięcie go taboretem w potylicę.

Muszę zmierzyć miejsce po znaczku - może uda się upolować coś w odpowiednim rozmiarze. Przy okazji przydałaby się nowa ramka na tablicę rejestracyjną - jak widać na załączonym obrazku, gdzieś zgubiłem listewkę zabezpieczającą tablicę przed wypadnięciem...
To tyle w kwestii kolejnego rozdziału wspólnego życia z Madzią. W skrócie - jest ono nader miłe. Zbieram się niniejszym - czas po raz kolejny załadować basiwa do Madzi, odpalić ją i oddalić się w kierunku lokalu, w którym wykon zarobkowy uskuteczniać będę...

Do najbliższego!

wtorek, 1 stycznia 2013

Niu Jiiir, czili co dalej

Witam wszystkich noworocznie.

I znów nastąpiła pewna przerwa w nadawaniu (choć już nie taka, jak ostatnio), co wynika z faktu, że okres świąteczno-noworoczny służy do tego, by zapierdzielać jak dzika świnia kosmiczna. Tak czy inaczej - święta, święta i po świętach. Sylwek takoż (już drugi raz spędzony z Najpiękniejszą Kobietą na Ziemi, zwaną w skrócie Wybranką - niestety, za krótko, gdyż znów okazało się, że mój organizm i alkohol w ilościach większych niż homeopatyczne bardzo się nie lubią). Jutro powrót do szarej rzeczywistości co, choć moją robotę uważam za nader sympatyczną, nie napawa mnie jakąś szczególną radością. Człowiek przyzwyczaja się do dobrego - w tym przypadku do możliwości pospania w opór, wypór i rozpór, co jest jedną z największych znanych mi przyjemności.

Nic to. Zaczynamy kolejny rok, kolejny rozdział wspólnego życia trzech gatunków ssaków pod jednym dachem (przy czym najliczniej reprezentowany jest Felis catus)Są pewne plany, pewne postanowienia - zobaczymy, co z nich wyniknie, szczególnie z tych, które wymagają silnej woli... Jednym z postanowień (wymagających może nie silnej woli ale czasu i odrobiny natchnienia) jest powrót do bardziej regularnego raczenia Was moją pisaniną. Pomysły się zbierają i już wkrótce będziecie mogli znów delektować się moją głęboką pseudowiedzą motoryzacyjno-muzyczną, mymi idiotycznymi przemyśleniami objawiającymi się pod postacią bełkotu niezrozumiałego dla człowieka w stabilnym stanie mentalnym oraz moim dramatycznym poczuciem humoru, potrafiącym doprowadzić dojrzałego, doświadczonego życiowo i odpornego psychicznie osobnika do płaczu i guzów na czole. Zapraszam.

Tymczasem...

- dużo zdrowia (w tym psychicznego),
- mnóstwo miłości (może być własna),
- spokoju ducha,
- odpowiedniej ilości kasy, by nie martwić się tym, co jutro i za tydzień,
- niewyczerpanych źródeł inspiracji,
- satysfakcjonującego brzmieniowo, jakościowo, manualnie i estetycznie sprzętu basowego
...oraz...
- niezawodnych, tanich w eksploatacji samochodów z bagażnikami, które ten sprzęt połkną...

...w nowym, 2013 roku życzą:

Heja z Geddym...
...Mona z Alem...

...Kluska z Malinkiem...
...oraz Król Euzebiusz z Madzią.
Do najbliższego!