sobota, 1 lutego 2014

Basowisko: GMR

Dobry wieczór. Podobno.

Mamy już luty, na dworze pizga złem a krew zamarza w żyłach. Dlatego zamiast łazić gdziekolwiek lepiej na ten dany przykład pochwycić basik i wydać z niego kilka dźwięków. Szczególnie jeśli ma się okazję pograć na czymś innym, niż własne, dobrze znane basiwa. A taką okazję miałem ostatnio.

W studiu należącym do mojego dobrego znajomego od dłuższego czasu leżał pewien bas, będący zresztą małym kawałkiem historii polskiego rocka progresywnego. Był to dość stary (niemal 20-letni) egzemplarz GMR-a Bassforce - chyba jeszcze sprzed czasów gdy nazwa Bassforce była używana, gdyż GMR miał podówczas tylko ten jeden model w ofercie. Bas leżał bezczynnie, gdyż jego właścicielka zarzuciła pewien czas temu zacną sztukę wytwarzania niskich dźwięków i zostawiła swój instrument w tymże studiu. A jako, że nieużywane instrumenty nudzą się strasznie, zaś ja nie miałem jeszcze okazji pograć dłużej na GMR-ze, stwierdziłem, że zapewnię mu odrobinę rozrywki i - oczywiście po uzyskaniu pozwolenia - zabiorę go na kilka dni do domu celem obgrania. Co też uczyniłem.



Jedno co na pewno można powiedzieć o "klasycznych" modelach GMR-a to to, że są ładne. Zawsze mi się podobały - może kiedyś bardziej niż teraz ale nadal uważam, że najbardziej znany GMR-owski kształt jest miły dla oka a do tego łatwo rozpoznawalny. Oczywiście wrażenia estetyczne są subiektywne, jednak jakość wykonania już nie. A ta na szczęście jest niezła. Brakuje jej co prawda nieco do perfekcji osiąganej przez najbardziej renomowanych (i najdroższych) producentów jak Alembic czy Zon (miałem ostatnio w rękach przepiękny egzemplarz Sonusa 6 - fenomenalny instrument!) ale jest zupełnie przyzwoicie. A byłoby jeszcze lepiej, gdyby bas nie był zwyczajnie zaniedbany. Abstrahując od zanieczyszczeń niemalże wżartych w matowe, olejowe wykończenie GMR-a, największym problemem w tym egzemplarzu były nierównomiernie zużyte progi, co dawało wybór: albo wysoka, niewygodna akcja strun, albo potworne brzęczenie w okolicach 7 progu, szczególnie na strunie A. Finalnie wybrałem to drugie. Być może udałoby się poprawić sytuację regulując napięcie pręta w gryfie, jednak przez min. 2 lata bez ruszania stawiał on duży opór a nie chciałem ryzykować siłowania się z nim.

Skoro jesteśmy już przy niedoskonałościach, warto wspomnieć o... główce. Owszem, jest bardzo ładna, do tego zawsze podobały mi się główki w układzie 2+2 (oczywiście nie wszystkie), jednak jej smukły kształt powoduje, że klucze strun A i D są zbyt blisko jej osi, co z kolei sprawia, że końcówki strun niemal się dotykają. Niezbyt przemyślane rozwiązanie, które zostało poprawione w późniejszych wersjach.


O konstrukcji słów kilka.

GMR był - obok Nexusa czy Mayonesa - jedną z pierwszych polskich firm, które wprowadziły na nasz rynek rozwiązania znane na szeroko pojętym zachodzie już od lat, takie, jak aktywna elektronika czy konstrukcja neck-thru-body z użyciem egzotycznych drewien. Tak jest i w tym przypadku. Wyposażony w 24-progową palisandrową podstrunnicę siedmioczęściowy gryf (cztery warstwy klonu - dwie szerokie, dwie wąskie - przełożone cienkimi paskami wenge) przebiega przez całą długość instrumentu. Doklejone do niego skrzydła korpusu zostały umiejętnie wystrugane z drewna, którego niestety nie potrafię dokładnie zidentyfikować - otwarte pory wskazują na mahoń, jednak słoje sugerują, że może być to np. bubinga. Niestety nie mam dostępu do dokładniejszych danych w tym temacie. Siodełko jest mosiężne, co w mojej ocenie jest sporym plusem. Generalnie widać dość wyraźnie, że twórca marki GMR Roman Koc dość mocno zapatrzył się na basy Warwicka - we wczesnych GMR-ach królowały przystawki i elektronika MEC, dobór drewien był zbliżony (wiele Bassforce'ów, głównie bolt-on, miało korpus z bubingi lub ovangkolu, co nie skończyło się za dobrze) a znaczna ilość instrumentów, podobnie, jak Mayonesy Be z tego okresu, miała warwickowskie mostki. W tym egzemplarzu co prawda mostek został wyprodukowany przez Schallera, ale klucze noszą logo Warwicka zaś aktywna elektronika i single zostały wykonane przez firmę MEC, kojarzoną nierozerwalnie z basami na "W". Dodajmy do tego olejowe wykończenie i w zasadzie można założyć, że bas brzmi jak Warwick. Czyli nie brzmi.

Na szczęście nie jest aż tak źle.


Najpierw jednak kilka słów o wrażeniach manualnych. 

GMR zwraca uwagę bardzo dobrym wyważeniem - przy grze na siedząco, bez paska, naturalnie utrzymuje poziome ułożenie. Gryf jest dość wygodny - nie za szeroki, nie za wąski. Całości dopełnia przyjemne w dotyku matowe wykończenie (choć jestem przyzwyczajony do lakierowanych basów i takie, mówiąc prawdę, wolę).

Pora zatem coś zagrać.

"Na sucho" GMR brzmi dość żywo, choć zdecydowanie nie tak dynamicznie jak basy o klasycznej konstrukcji bolt-on (np. Jazz Bass) ani nie tak potężnie i dźwięcznie jak Alembic. Brzmienie "unplugged" jest dużo bardziej wyraziste niż w przypadku znanych mi Warwicków. Prawdopodobnie jest to zasługą złożonego głównie z klonu gryfu, który w konstrukcjach ntb narzuca charakter brzmieniu. Po podłączeniu jednak sound okazuje się być zaskakująco ciemny, szczególnie w trybie pasywnym uruchamianym pociągnięciem potencjometru głośności. Można co prawda podbić górę w trybie aktywnym, jednak jest ona bardzo sucha a przy mocnym podbiciu wręcz nieprzyjemna. Całokształt brzmienia jest suchy, brakuje w nim "ciosu" właściwego dla konstrukcji fenderokształtnych czy szlachetnej dźwięczności którą możemy znaleźć w basach Alembica, stanowiących według mnie wzorzec metra w temacie nowoczesnej, aktywnej gitary basowej. Na szczęście spora ilość "warczącego" środka sprawia, że w niezbyt gęstym miksie bas nie ginie zaś specyficzna charakterystyka zaskakująco dobrze spisuje się w niektórych stylach. 

Zabrałem GMR-a ze sobą na dwie próby. Na pierwszej ćwiczyliśmy z zespołem semiakustyczne wersje swoich utworów - i tu basik pokazał się z najlepszej strony. Gitara akustyczna, grająca nieco innym pasmem niż "elektryk", zwolniła częstotliwości, które udało się zająć GMR-owi. Brakowało co prawda dynamiki Jazza, jednak generalnie nie było źle. Niestety, na drugiej próbie, gdzie grałem już z gitarą elektryczną oraz klawiszowcem obsługującym Norda, było już sporo słabiej. GMR, którego użyłem w numerach, gdzie zazwyczaj gram na Jazzie, zwyczajnie ginął. Nie było słychać ataku, brzmieniu brakowało "definicji", zaś podgłośnienie się sprawiło jedynie, że bas był za głośno. Podłączenie Alembica czy bezprogowego Ibaneza udowodniło, że gitara basowa nie musi być bardzo głośno, by była wyraźnie słyszalna.

Jednak jest jeszcze jedno pole, w którym GMR bryluje: granie solo, szczególnie klangiem. Okładanie kciukiem GMR-a jest przyjemnością, a jego suche brzmienie z nieco oderwaną od reszty pasma górą sprawdza się tu bardzo dobrze. Należy jedynie włączyć preamp, podbić nieco wysokie tony i można godzinami nieudolnie udawać Wojtka P.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Stary GMR z serii, która nieco później uzyskała nazwę Bassforce, jest specyficznym instrumentem. Nie mogę powiedzieć, że jest zły, choć nie za bardzo przypadł mi do gustu. Po prostu nie do wszystkiego się nadaje. Jego zalety najbardziej uwidaczniają się (a w zasadzie usłyszalniają) w slapowych wygłupach oraz w niezbyt rozbudowanym, akustycznym składzie, gdzie łatwo można znaleźć dla niego miejsce w paśmie. Bez problemu mogę wyobrazić go sobie w zespole grającym np. poezję śpiewaną. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że miałem w rękach kilka GMR-ów, które konweniowały mi znacznie bardziej, podejrzewam, że można sporo poprawić w brzmieniu wywalając lub wymieniając preamp i zastępując przystawki MEC przyzwoitymi pasywnymi pickupami. Sporo może też dać zmiana mostka (np. na ABM lub Hipshota) - Shaller robi bardzo dobre klucze, ale mostki wychodzą mu znacznie słabiej. Oczywiście może być też tak, że po prostu lubisz tego typu sound - wtedy stary GMR z egzotyczną dechą jest dobrym rozwiązaniem. Jeśli poszukujesz warwickopodobnego brzmienia, dostaniesz je właśnie tu, według mnie lepsze, bardziej użyteczne niż w oryginale, za to za znacznie niższą cenę. Ja jednak takiego soundu nie szukam.

Plusy:

* przyzwoite wykonanie
* dobry komfort gry
* ładny wygląd

Minusy:

* mało uniwersalne, ciemne a jednocześnie "suche" brzmienie
* elektronika
* mostek
* niefortunne rozmieszczenie kluczy na główce

Czym go wozić:

GMR-a przywiozłem ze studia (i wkrótce odwiozę go tam z powrotem) oraz zawiozłem na obie próby Madzią, jednak myślę, że będąc polskim, popularnym w latach 90. instrumentem, najbardziej pasowałby do najpopularniejszych podówczas na naszych drogach aut: Lanosa, Fiata Sieny czy Skody Felicii. Nie są to najbardziej ekscytujące samochody, ale spełniają swoją funkcję - i GMR też ma na to szansę, jeśli będziemy używać go w składach, gdzie jego brzmienie się dobrze odnajdzie. Lub tez wymienimy w nim kilka elementów.

I na koniec małe ogłoszonko parafialne.

GMR to nie jedyny bas, który znalazł się na kilka chwil pod moim dachem. Na rzetelne obgranie czeka jeszcze jeden basik - bardzo ciekawy i fajnie się zapowiadający. Jednak aktualnie nie jest w pełni funkcjonalny. Abym mógł go opisać, trzeba dorobić/naprawić jeden element jego mostka, a może to zrobić... tokarz. Jeśli zatem znacie jakiegoś tokarza w obrębie Warszawy, który nie odrzuca drobnych zleceń, koniecznie dajcie cynk. Albo wolfram.

Do następnego.

8 komentarzy:

  1. "będący zresztą małym kawałkiem historii polskiego rocka progresywnego" - możesz to rozwinąć? Pamiętam (choć może mnie się coś popyrmyliło), że Kinsky, występując z Dezerterem grał na GMR. Tyle, że Dezerter to nie progrock ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dezerter absolutnie nie, za to Talath Dirnen jak najbardziej.

      Usuń
  2. "Ja jednak takiego soundu nie szukam."
    Od razu widac, że nie bywasz na forach. Nie możesz tak napisać, to jest internet! To tak nie działa! Piszesz, że do dupy, albo, że jest zajebisty, a potem obrzucasz się wulgaryzmami z tymi, którzy myslą inaczej. Tak to sie odbywa w internecie. To ma być recenzja*?

    ps Kiedyś studenci polonistyki będą uczyć się poezji z twoich opisów brzmienia...
    ps2 Sory, że odgrzewam, ale mam "pewne" zaległości w rss`ach.

    *;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, Panie szanowny, chyba nie czytałeś moich opinii o Warwickach, które regularnie wygłaszam na BassCity ;-)

      Usuń
    2. Faktycznie, nie zaglądam tam za często.

      Usuń
    3. Ja czytałem. Gdybym miał W, to po przeczytaniu chyba bym go sprzedał ;p

      Usuń
  3. Oglądnąłem sobie zdjęcia (tego wpisu jeszcze nie czytałem, dopiero niedawno się wziąłem za czytanie wszystkiego po kolei od początku) - i stwierdzam dość konkretne podobieństwo do bezproga, którego dostałem z 2,5 roku temu. Kolor dechy ten sam, kształt płytki zakrywającej baterie ten sam, gryf NTB i też podobny kolor, klucze zamknięte, przystawki MEC J-J, trzy pokrętła, też czarne.

    Dałem go niedawno znajomemu, który zajmuje się gitarami i stwierdził, że "nie wie, jak została zrobiona ta gitara, ale nie jest pewien, czy nie do powieszenia na ścianie jako dekoracja". Ale mi się podoba.

    Szkoda, że pochodzenie w zasadzie niemożliwe do ustalenia. Jedyny znak rozpoznawczy to dwie czterolistne koniczynki - jedna na desce, druga na główce.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pierwszego gmra mialem w 94 roku,potem byly kolejne,kazdy na aktywnych mecach,każdy miał coś w sobie mniej lub bardziej fajnego.. Przypadkiem kiedyś podstawilem któremuś zwykle pasywne pickupy i okazało się,ze tu tkwił moj problem. Mece to stack humbuckery stąd moze dziwna ich górka,a zwykle single dały mi wszystko to czego brakowało

    OdpowiedzUsuń