piątek, 18 sierpnia 2017

Spacerkiem i rowerkiem: mój własny Mokotów

Tak więc tak.

Nigdy nie wstydziłem się tego, skąd jestem. Nigdy nie kryłem się z tym, gdzie mieszkam. I nie chodzi tu o ogólnie o Warszawę (choć szczerze kocham to miasto i jestem w nie mocno "wrośnięty") ale konkretnie o Mokotów. W szczególności zaś o jego najbardziej chyba "klasyczną" część, zwaną Starym Mokotowem.

To tu spędziłem pierwsze dwa lata życia, tu wracałem regularnie, by odwiedzać moich dziadków, i tu w końcu wróciłem kilkanaście lat temu - i już zostałem.

Tak, mógłbym nazwać te okolice moim miejscem na Ziemi.

Jednak... czasem przychodzi pora na zmianę. I, choć może ona oznaczać rozstanie z czymś, co było ukochanym fragmentem rzeczywistości, spełnieniem marzeń z dawnych lat, to nie musi ona być czymkolwiek złym. Wręcz odwrotnie - może być z niecierpliwością wyczekiwana i witana z otwartymi ramionami, sercem czy czymkolwiek co tam kto ma otwieralnego. A właśnie taka zmiana powoli nadchodzi i w moim życiu.

Nie wiem jeszcze na 100%, gdzie mnie wyniesie - najprawdopodobniej wciąż będzie to południe Warszawy, ale prawie na pewno sporo dalej od jej centrum. Brane są pod uwagę różne opcje, z czego póki co przeważa jedna.

Czy mnie to martwi? Nie.

Tak, kocham Stary Mokotów, uwielbiam włóczyć się jego zaułkami, które znam lepiej niż własną kieszeń (co, biorąc pod uwagę moje zaskoczenie za każdym razem, gdy opróżniam spodnie przed wrzuceniem ich do pralki, nie jest szczególnym wyczynem), a mimo to wciąż odkrywam tam coś nowego. Kocham klimat tego miejsca - choć w ostatnich latach zaczął powoli zmieniać się na gorsze. Ale nawet po wyprowadzce stąd zawsze będę mógł tu wracać. A że jako "człowiek z zewnątrz"? Nie szkodzi.

Zapraszam zatem na prawdopodobnie ostatni gratospacer ulicami Starego Mokotowa zorganizowany przeze mnie jeszcze w roli jego mieszkańca.

Jadziem.

Gdyby to nie był sedan, pomyślałbym, że to ich wspólny wóz służbowy

Autentyczna konwersacja z Młodzieżem (właśnie przy tym egzemplarzu): "A to jest BMW." "Bewu ble fuj!"

Truper

Trup, po prostu trup

Ktoś się chyba wstydził marki. Teraz nikt nie rozpozna co to.

Jest wysoce prawdopodobne, że ten obywatel upala go od nowości. Miliona kilometrów życzę!

Ten, jeśli nie dociągnął do miliona, raczej go już nie osiągnie

Ostatnio zdarza mi się je widywać i nie powiem, cieszy mnie to

Czuję do niej estimę

Z cyklu "jak kołem zepsuć piękny samochód"

Markę Oldsmobile można tłumaczyć jako "grzybowóz"

Felgi-"kastety", podobają mi się

Wiem, klasyk itd., ale te proporcje są naprawdę skopane

Czcigodny i omszały

WTEM

Trabant wieczorową porą

Klubowy dowcipniś, he he, top kek

Sypiałbym. A swoją drogą - zaparkowany dokładnie w tym samym miejscu, co Klubowy Dowcipniś powyżej. PRZYPADEK? NIESONDZE

A ten - na przeciwko. Jak od lat. Czasem tylko przesuwa się w jedną lub drugą o kilka miejsc.

Ktoś tym naprawdę jeździ od ponad 17 lat. No chyba, że nie przerejestrował.

Ciekawe, czy pierwszy właściciel

Jakość zestawienia odwrotnie proporcjonalna do jakości zdjęcia. Swoją drogą - to właśnie E28 było w ostatnim Ciassicaucie

Ciekawe, czy ma zaszpachlowane dziury po kogucie TAXI

ZABIERZTA TE ZŁOMY, pozdrawiamy, Srasz Miejska

Mrugałbym długimi

Podejrzewam, że to nie Zibi nim jeździ

Najfajniejszy model BMW ever, koniec, kropa.

Forman przedlift na czarnych to już chyba rodzyn

Nawet Garbusów się więcej widuje

Jest u mnie już po raz trzeci, ale warto czasem dać znać, że wciąż żyje

Myślałem, że to wrost, a on jeździ. Czasem.

Myślałem, że to wrost i miałem rację

Nie no, te Virgo zajebiaszczo tutaj robią

W przeciwieństwie do tych kół. Za to reszta wspaniała.

Nie no, zwykła Beczka, nic ciekawego, scrolluj dalej

Wysokie stężenie koneserstwa

Przejeżdżasz lub przechodzisz obok takiego i nawet nie wiesz, co się w środku dzieje po wielkiemu cichu

Leniwa Faza Złomiarska

Gdybym miał mieć kabrioleta, to Krokodyla. Krokobriolet.

Autonaprawa, czyli naprawia sobie sam.
Tak, na pewno będziemy jeszcze tu wracać. Ale już na występy gościnne.

Poza tym cholera wie - może finalnie zostanę na Mokotowie, tylko przemieszczę się w inny jego rejon.

Do z(r)obaczenia.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Śmignąwszy: Karyna

Są samochody, na które - przynajmniej teoretycznie - tzw. petrolheadowi nie wypada nawet spojrzeć. Ani to szczególnie ładne, ani szybkie, ani luksusowe, ani nie da się zaliczyć do grona ciekawych klasyków. Nie jest nawet głupie. Nuda, panie. Takich aut jest masa - wszelkie Astry, Golfy od III generacji wzwyż, ostatnie Sunny, wszystkie Almery i wiele, wiele innych, rzecz jasna pomijając rzadkie, najmocniejsze wersje. Jedną z marek, która zdaje się specjalizować w produkcji takich włąśnie zwykłych samochodów dla zwykłych ludzi, jest Toyota. Owszem, w swojej historii ma sporo modeli, które można uznać za fascynujące lub przynajmniej dziwaczne (i to znacznie więcej od takiego Opla czy VW), ale od lat najpopularniejsze auta japońskiej marki u większości miłośników motoryzacji wywołują ból szczęki od niekontrolowanego ziewania. Szczytowym okresem motonudy w wykonaniu Toyoty były lata 90. ubiegłego stulecia, zaś czołowym przedstawicielem tamtego okresu - Carina E.


Spójrzmy: sylwetka mydła (nawet nie agresywnego), średnia wielkość, zwyczajne proporcje, znaków szczególnych brak. Gdyby zdjąć znaczki i spytać o markę kogoś, kto deklaruje, że lubi samochody, ale jego pasja ogranicza się do sporów z Sebą i Matim czy lepsze jest Audi czy BMW (w ostateczności EVO kontra WRX), odpowiedzią byłoby "yyyy" o niskim nasyceniu witaminą IQ. Powiedzmy sobie szczerze - ostatnia generacja Cariny to wzór anonimowości.

Do tego, w tym konkretnym przypadku, to sedan.


Dziadkowata czterdrzwiówka z osobnym kufrem - czy da się nudniej?

Dobrze przynajmniej, że egzemplarz nie był srebrny - wtedy sam z marszu upadłbym w kojące objęcia Morfeusza.

Nie lepiej pod względem designu jest we wnętrzu. Płaskie powierzchnie czarnego tworzywa o niewyróżniającej się ani na plus ani na minus jakości, ukształtowanego w jak najostrożniejszy, możliwie najmniej ofensywny sposób, wszystko normalne, zwyczajne, na swoim miejscu...

No właśnie.


Właśnie we wnętrzu ta zwyczajność okazuje się ukrytą siłą Cariny. Wszystko jest tam, gdzie się tego spodziewamy. Nawet wsiadając tu po raz pierwszy nie miałem problemu, by zorientować się w układzie przełączników. Wszystko jest solidnie zmontowane, również materiały, które na pierwszy rzut oka wyglądają po prostu przeciętnie, okazują się trwałe. Do tego jest najzwyczajniej w świecie wygodnie. Miejsca jest dość - Carina może nie jest mistrzynią przestronności w swojej klasie, ale tak naprawdę trudno narzekać na ciasnotę. Fotele zapewniają odpowiedni komfort a ich tapicerka nie wygląda na zużytą. Cytując red. Z. Łomnika, w Toyotach wszystko jest "jaktrzeba". I Carina E nie jest wyjątkiem.

"Jaktrzeba" - pomijając oczywiście ograniczenia wynikające z rodzaju nadwozia - jest również w bagażniku.


Miejsca, tak samo, jak w kabinie, jest dość. Oczywiście, jest to sedan, ze wszystkimi jego niedostatkami, czyli mizernymi możliwościami powiększania przestrzeni ładowniczej. Do tego oparcie (na szczęście dzielone) składa się tu wyjątkowo trudno - aby je odblokować, trzeba zasadniczo wgramolić się do bagażnika. Na szczęście "bazowa" pojemność i ustawność nie rozczarowują. Bas w pokrowcu wchodzi bez problemu, a sądząc po tym, ile luzu jeszcze zostaje po bokach, sztywny futerał też dałoby się tu zmieścić. Co prawda raczej kształtowy, a nie prostopadłościenny, ale fakt jest faktem - szerokość kufra nie rozczarowuje. Jasne, niektórzy (*khm*dziennikarzemotoryzacyjni*khm*) mogliby przyczepić się nieregularnego kształtu, ale uwaga: ten nieregularny kształt powstał na skutek pozostawienia maksimum przestrzeni na bagaż po obudowaniu nadkoli i całej reszty. A jeśli komuś to przeszkadza, znaczy, że nie umie się pakować. Dla mnie jest ważne, że bas wchodzi - w przeciwieństwie do tak "wzorowo ukształtowanego" bagażnika Audi A4, do którego bas z rzędową, fenderowską główką nie wlezie w żaden sposób.

Pozostaje jeszcze kwestia przemieszczania się. I tu też jest... zwyczajnie. W pozytywnym tego słowa znaczeniu.


Komfort jazdy jest w pełni zadowalający. Zawieszenie pracuje dość miękko, co człowiekowi takiemu, jak ja, stawiającemu wygodę nad sportowym prowadzeniem, zdecydowanie odpowiada. Układ kierowniczy działa nieco inaczej, niż w nowoczesnych konstrukcjach - hydrauliczne wspomaganie jest nieco słabsze, niż obecnie stosowane elektryczne rozwiązania, co mi się zresztą podoba. Manewrowanie jest wystarczająco łatwe, za to nieco lepiej czuć co dzieje się z przednimi kołami.

Skoro jesteśmy przy przednich kołach - w testowanej Carinie odpychały się one od podłoża za pomocą 115-konnego silnika 1.6, przepuszczającego swą moc przez klasyczny, hydrokinetyczny automat o 4 przełożeniach. I trzeba przyznać, że już ten podstawowy silnik, do tego sprzężony z leniwą z natury automatyczną skrzynią, całkowicie zadowalająco radzi sobie z niemałym przecież autem. Osiągi co prawda nie remodelują rysów twarzy za pomocą przeciążeń, ale do sprawnego przemieszczania się są więcej niż wystarczające. Duża w tym zaleta niezbyt wysokiej masy - sporo niższej od Skanssena, który ze swym stadem 130 koni wydaje się subiektywnie mniej żwawy. Wisienką na torcie jest wspomniany już automat, który mięciutko zmienia biegi, a do tego słynie z ponadprzeciętnej trwałości. Bardzo cieszy także deklarowane przez właściciela zużycie paliwa - nawet przy dynamicznej jeździe w ruchu miejskim trudno jest osiągnąć spalanie rzędu 10 litrów na 100 km. I tak - słysząc poczułem spore ukłucie zazdrości.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Toyota Carina E to kawał przyzwoitego sprzętu. W 100% spełni oczekiwania każdego, kto nie potrzebuje modnej stylistyki czy najnowocześniejszego wyposażenia, za to ceni sobie wygodę i bezproblemową eksploatację. Nie jest może ideałem - nieco do życzenia pozostawia choćby zabezpieczenie antykorozyjne - ale znalezienie zadbanego, niezgnitego egzemplarza wciąż jest możliwe. A że nie chwyta za genitalia i raczej nie poderwiemy na nią żadnej Karyny? Powiem tak: czasami pozornie nieciekawe rozwiązania okzazują się zaskakująco ponadczasowe. A najstarsze egzemplarze ostatniej generacji Cariny - w tym ten, którym miałem okazję bujnąć się wokół kwadrata - mają już 25 lat. Tyle, co Skanssen.


Plusy:
  • niezawodność
  • "użytkownikoprzyjazność"
  • niezłe osiągi połączone z niskim zużyciem paliwa
  • przyjemnie działający automat
  • przyzwoity bagażnik
Minusy:
  • podatność na rdzę
  • kłopotliwe kładzenie oparcia kanapy
  • problemy ze zdobyciem niektórych części (szczególnie uszczelek)
  • całkowity brak podniet
Co nią wozić:

Carina to trochę "generyczny" samochód, więc do jej sporego bagażnika można załadować podobnie "generyczny" bas - przyzwoity, robiący robotę, nie wyróżniający się zanadto. Może być to choćby Ibanez z serii Soundgear lub późniejsze Yamahy RBX. Chociaż tym egzemplarzem częściej akurat jeżdżą... klawisze.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Spacerkiem i rowerkiem: w samym środku Mokotowa

Dziś miałem wrócić do dobrego, dawnego zwyczaju publikowania mixów zaprawdę sążnistych. Tłustych nie tylko gatunkowo, ale i objętościowo. Miało być 60 zdjęć okrutnego rdzawego dobra. Miało być grubo, srogo i chędogo.

Niestety, najzwyczajniej w świecie nie wyrobiłem się z obróbką.

Pomyślcie jednak w ten sposób: dzięki temu będziemy mieć jeden mix więcej.

Tak czy inaczej - dziś pospacerujemy po centralnej części Mokotowa, czyli Wierzbnie, na koniec zaś zahaczymy o jego zachodnie rubieże zwane Wyględowem.

Proszszsz.

Deszczyk popada, Malczan się zazieleni

Czasem chciałbym wiedzieć, w jakich latach i gdzie wydawane były tablice

Wtedy można by było rozważać, czy to aby nie pierwszy właściciel

Tu interesuje mnie też, czy to fabryczne (ew. dealerskie) dodatki tuningowe czy aftermarkety

Musi koneser, nie widzę inaczej

Jest miłość

Jest bardzo dużo miłości

Kochu kochu miłościu

Mazda 323 USDM miała tzw. Parkingowych Polaków (ang. Parking Poles) zanim miał je W140

Nr 1 w moim rankingu "co jeśli nie Volvo"

Jak wrastać to na bogatości

Mina zaczajonego w tle Skanssena nie wróży zbyt wiele dobrego dla Wartburga

Wrak Zasadniczo Absurdalny

Wierzcie lub nie, ale ten sprzęt prowadzi się całkowicie współcześnie

Ależ to byłby zestaw: Daihatsu Applause i Fiat Bravo. Za kierownicą - pan O'Cluskey.

Kiedyś już zadałem pytanie: czy Legacy Raz to już jaktajmer?

Bo BX to bez gadania, i to od dawna.

Nie no, te koła go trochę psują. Dwa cale mniej i byłby czadzior.

Tu z kolei nie trzeba nic zmieniać

Nie jestem fanem sedanów, ale dowolną "malezją" cisnąłbym jak zły. Do odpadu kół.
W następnym miksie dorżniemy temat Mokotowa. A potem się zobaczy.

To znaczy, ja już wiem. Chyba.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Śmignąwszy: Ameryjaponiec

Nie lubię sedanów.

No, może nie tyle nie lubię, co uważam je za całkowicie nieprzystające do moich potrzeb. Co mi po eleganckiej linii (która tez jest wszak kwestią gustu), jeżeli bagażnika nie da się powiększyć jak w kombi czy nawet w co ustawniejszym hatchbacku poprzez zdjęcie półki lub zwinięcie rolety? Do tego po złożeniu oparcia kanapy (o ile w ogóle się składa - vide Audi 80 B3 lub Mercedesy W124 i W201) tworzy się żałośnie mały przesmyk. Bas jeszcze przewieziesz, ale większej paczki już niezabałdzo. Generalnie - bida z nyndzą pod względem praktyczności, dzie mi z tym szajsem, wypad, do widzenia.

Są jednak przedstawiciele tego gatunku, którzy - mimo wrodzonych wad dotykających ich zadnich rejonów - mają w sobie tyle uroku, tyle wewnętrznego "mniam" i ogólnej fajności, że jeżdżąc nimi zapominam o niedostatkach bagażowych. Tak było z Lexusem GS300, tak było ze wspomnianą już stodziewięćdziesiątką i tak też było z pewną dojrzałą Japonką zza oceanu, czyli Toyotą Camry V20 z - o ile pamiętam - kanadyjskim paszportem.


Sylwetka 4-drzwiowej Camry trzeciej generacji (lub drugiej, jeśli nie liczyć Celiki Camry z lat '79 - '82) jest zdecydowanie konserwatywna. To najklasyczniejszy sedan, jaki tylko może być, z bardzo wyraźnie zarysowanymi wszystkimi trzema bryłami nadwozia. Widać, że to dość stary samochód. Mimo tego uświadomienie sobie, że jest to już ponadtrzydziestoletni projekt, może nieco zaskoczyć. Inna rzecz, że takie zadziwienie ogarnie raczej tkwiącego mentalnie w zamierzchłych czasach piernika. Takiego, jak ja.


Wiek Camry dużo bardziej rzuca się w oczy we wnętrzu - szczególnie zaś w wersji przeznaczonej na północnoamerykański rynek. Dopasowane kolorystycznie do lakieru wiśniowe obicie deski rozdzielczej, tapicerka i dywaniki na kilometr walą latami osiemdziesiątymi (raz jeszcze udowadniając, że była to zajebista dekada), wątpliwości nie pozostawia też kształt wyposażonej w srylion przycisków deski rozdzielczej, zaś wielka kierownica z cienkim wieńcem mogłaby spokojnie znaleźć się w aucie jeszcze o dekadę starszym. I przyznaję, że strasznie mi się to podoba.


Jednak tym, co najmocniej wali w nerw wzrokowy, są... pasy bezpieczeństwa.

Tak - mamy tu wszak do czynienia z amerykańską wersją z lat, gdy karmionych pędzonym na hormonach kurczakiem tubylców należało zachęcać do przypinania się za pomocą właśnie takiego wynalazku, czyli automatycznych pasów. Po zajęciu miejsca za kierownicą i przekręceniu kluczyka w stacyjce, pasy ramieniowe delikatnie przytulają kierowcę i pasażera. Nie mam pojęcia, w jaki sposób miało to być wygodne, skoro wsiadanie wymaga przez to pewnego przyzwyczajenia, a zamocowany osobno pas biodrowy i tak trzeba przypiąć własnoręcznie. Może dlatego rozwiązanie to nie było stosowane zbyt długo. A może dlatego, że oprócz wątpliwej wygody (i, jak się okazało, gorszej ochrony podczas zderzenia) było zwyczajnie kretyńskie.


Na szczęście, poza tym jednym upiornym wynalazkiem, do wnętrza Camry nie sposób się przyczepić. Fotele są wygodne, ergonomia nie pozostawia wiele do życzenia, zaś miejsca jest najzwyczajniej w świecie dość. Do tego wszystkiego dochodzi wyśmienita widoczność we wszystkich kierunkach i coś, z czego Toyoty są znane: jakość wykonania. Tworzywa nie noszą prawie żadnych śladów zużycia, elementy są świetnie spasowane, a do tego WSZYSTKO DZIAŁA. Po 30 latach od wyjechania z fabryki we wnętrzu japońskiego sedana trudno doszukać się jakiegokolwiek zużytego czy zepsutego elementu wyposażenia. Jeśli ktokolwiek wątpi w toyotowską jakość, powinien przejechać się starą Camry a następnie udławić się własnymi słowami.

Wiadomo jednak, że jakość i przestronność wnętrza nie muszą przekładać się na pakowność bagażnika. Do tego trzeba pamiętać, że mamy tu do czynienia z sedanem, czyli karoserią charakteryzującą się przerostem tzw. prestiżu nad walorami praktycznymi. Na szczęście sama jego pojemność i przede wszystkim ustawność okazują się całkiem zacne.


Tak - znów będę narzekał na debilną modę na zabudowywanie boków bagażników w nowych samochodach. Co najgorsze, dziennikarze motoryzacyjni, którzy pojemność pagażnika mierzą zawsze prostopadłościennymi pudełkami (chyba na buty) pałują się tym kretynizmem niemal równie mocno, co jeszcze do niedawna okrutnie sztywnymi nastawami zawieszenia (na szczęście w tej kwestii obserwuję od pewnego czasu powrót do cenienia komfortu). Doszło wręcz do tego, że całkowicie zabudowany po bokach kufer aktualnego Superba w tegotygodniowym numerze "Motoru" został pochwalony za "idealny kształt"! Idealny do czego? Przewożenia butów w pudełkach? Skrzynek piwa? Serio, idealne dla was jest OGRANICZENIE użytecznej szerokości bagażnika?! Walnijcie się swoimi prostopadłościennymi pudełkami w mózgoczaszkę, oderwane od  realiów Transportowych Potrzeb Basisty pismaki.

Na szczęście w Camry tego problemu nie ma. Nikt nie wpadł na poroniony pomysł zwężania kufra plastikiem, nie ma nienadających się do czegokolwiek poza przechowywaniem prestiżu własnego schowków w burtach. Za nadkolami bagażnik rozszerza się pięknie i gościnnie a bas w pokrowcu wchodzi z luzem sugerującym, że i sztywny futerał zmieściłby się tu bez problemu. Co więcej - do węższej części między nadkolami spokojnie daje się wcisnąć obrzyna w pokrowcu.

No taki bagażnik to ja szanuję. Nawet mimo tego, że to sedan.


Wiadomo jednak, że sama możliwość przechowania basetli bez konieczności zajmowania nią miejsca na nogi pasażerów tylnej kanapy nie na wiele się zda, jeśli nie zapewnimy onemu schowkowi możliwości przemieszczania się. A przemieszczanie się 30-letnią Camry jest nader przyjeme.

Wiśniowa Toyota nie była niestety wyposażona w najfajniejszy silnik, jaki można było mieć w Camry z tamtych lat, czyli w 2,5-litrowe V6. Na szczęście skromniejsza, za to niewątpliwie tańsza w eksploatacji dwulitrowa rzędowa czwórka okazuje się agregatem całkowicie wystarczającym by żwawo wprawiać w ruch sporego sedana. Zapewne spora w tym zasługa niewielkiej, jak na te rozmiary, masy własnej japońskiego auta, jednak fakt jest faktem - osiągi okazują się całkowicie wystarczające. Oczywiście nie jest to jednak maszyna do bezlitosnego ciśnięcia lewym - relaksująco miękkie zawieszenie w połączeniu z pluszową przytulnością foteli i gładką pracą 4-biegowego automatu skłaniają raczej do leniwego, amerykańskiego tempa jazdy. Niestety, amerykańska okazuje się też średnica zawracania. W tej konkurencji tylnonapędowe Volvo i Mercedesy wciąż okazują się nie do pobicia - szczególnie przez pokaźnych rozmiarów przednionapędówkę.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Mimo kiepskiej zwrotności i paru innych drobnych (kretyńskie automatyczne pasy, na szczęście dostępne tylko w wersji USDM) lub mniej drobnych (podatność na korozję, która wytępiła większość egzemplarzy) wad trudno nie polubić 30-letniej Toyoty Camry. Ponadprzeciętna wygoda, całkowicie satysfakcjonujące osiągi, do tego fantastyczna wręcz niezawodność oraz niezła dostępność części - wszystko to sprawia, że Camry V20 okazuje się doskonałym youngtimerem do upalania na co dzień (przynajmniej w tzw. sezonie).
Szkoda tylko, że to sedan. Ale i tak bagażnik wystarcza do większości zastosowań. A nawet jeśli nie - było też kombi.


Plusy:
  • ponadprzeciętny komfort
  • legendarna niezawodność - po 30 latach wszystko działa bez zarzutu
  • bardzo przyzwoity bagażnik
  • widoczność
  • cudna kolorystyka wnętrza (szkoda, że tylko w wersji na rynek amerykański)
Minusy:
  • podatność na rdzę (choć i tak mniejsza, niż u większości japońskiej konkurencji z tamtych lat)
  • słaba zwrotność
  • bezsensowne automatyczne pasy (tylko w wersji amerykańskiej - zresztą można je uznać za pocieszny smaczek)
  • sedan z jego ograniczoną praktycznością (ale było też kombi)
Co nią wozić:


Do Camry pasuje orgomna ilość japońskich basów z lat 80. Idealna byłaby choćby klasyczna Yamaha BB lub Aria serii SB. Jeśli jednak chcesz przewieźć również głowę z paczką - wybierz kombi. Ja właśnie tak bym zrobił.