Nie da się ukryć - nie lubię niemieckich samochodów.
No dobrze, trochę generalizuję. Są wyjątki, szczególnie spod znaku trójramiennej gwiazdy, jednak ogólnie rzecz biorąc aktualna germańska motoryzacja ma w sobie coś, co mnie odrzuca. Może to wina zazwyczaj dość agresywnych a jednocześnie konwencjonalnych form, w które obleczone są współczesne produkty naszych zachodnich sąsiadów, może wynika to z postępującej w ostatnich latach nadmiernej ich komplikacji i ewidentnie celowego utrudniania (i - co za tym idzie - podrażania) obsługi serwisowej, a może powodem jest panujące nad Wisłą nadmierne uwielbienie i niemalże mitologizacja aut Gemacht im Deutschland - tak czy inaczej, efekt jest taki, że Niemcy znajdują się na trzecim miejscu od końca na mojej liście pożądanego pochodzenia samochodu. Przed Chinami i Indiami. Najzwyczajniej w świecie nie chcę być kojarzony z ludźmi, którzy uznają tylko (podkreślam - tylko) niemieckie auta. Z mojego doświadczenia wynika, że większość osób o takich motoryzacyjnych upodobaniach jednocześnie gustuje w wódce zaś z muzyki preferuje nieco bardziej zelektronizowane, nieskomplikowane rytmy - a są to dwie spośród rzeczy, które w mym osobistym rankingu mieszczą się poniżej chlamydii, wizyt u dentysty i apokalipsy zombie.
Nie zmienia to faktu, że większość z nich jest bardzo dobrze wykonana. A niektórymi po prostu świetnie się jeździ. Idealnym zaś przykładem jest to, czym miałem okazję przejechać się ostatnio.
W zeszłym miesiącu przekonałem się na własnej skórze, co niektórzy widzą w BMW. I choć sam nigdy nie pałałem (i nadal nie pałam) szczególnym uczuciem do samochodów tej marki, rozumiem jej fanów: to świetnie prowadzące się auta o doskonale spasowanym, wygodnym wnętrzu, zachęcające do, powiedzmy, nieco aktywniejszej jazdy. Wszystko jest na swoim miejscu wszystko się zgadza. W "becie" można naprawdę poczuć się dobrze. Przynajmniej w "trójce" E36.
Ale, powiedzmy sobie szczerze, "siódemka" E38 to już osobna liga.
Zacznijmy od odczuć całkowicie subiektywnych.
E38 to ostatnie doskonale wyglądające BMW serii 7 i w ogóle jedna z ostatnich naprawdę urodziwych "beemek". Klasyczne proporcje, smukła, dynamiczna linia, wysmakowana prostota detali - wszystko to sprawia, że E38 jest jedną z najgenialniej zaprojektowanych wielkich limuzyn w historii. Całość jest jednocześnie imponująca i lekka. Tym bardziej szokująco prezentuje się na jej tle porażająco szpetny następca, zwaliste, bezkształtne E65/E66. Lifting samochodu, za którego zaprojektowanie Chris Bangle nie powinien był dostać złamanego ojro, nieco poprawił wygląd, jednak w porównaniu z przepięknym E38 jego następca do końca pozostał odrażającym wielorybim rzygiem. Kolejna, aktualnie produkowana "siódemka" (F01) jest już po prostu nijaka.
Do fantastycznie prezentującej się linii E38 doskonale pasuje jego wnętrze.
Nigdy wcześniej nie jechałem samochodem tej klasy. O ile pamiętam, nigdy wcześniej nawet w czymś takim nie siedziałem (nie licząc przewspaniałego Mercedesa W116 z lat 70., ale jego genialność wynikała z czegoś innego). I to, co zobaczyłem a także poczułem własnemi palcyma, troszkę mnie... onieśmieliło.
Skóra. Wszędzie skóra. Nie tylko siedzenia, ale również boczki drzwi a nawet deska rozdzielcza pokryte były krową. Wedle słów właściciela całość była szyta ręcznie - i to nie przez małe, chińskie łapki, tylko przez krzepkie, germańskie dłonie zastępu cycatych Helg z blond warkoczami. We wnętrzu tak wyposażonej "siódemki" można spędzić całe godziny jedynie macając miękkie obicia, smyrając szlachetne, lakierowane drewno i postukując w najlepszej klasy tworzywa. Tutaj po prostu wszędzie czuć jakość. Materiały, montaż - wszystko jest pierwszorzędne.
Pierwszorzędne również jest wyposażenie. Przynajmniej jak na 14-letni samochód.
Ujeżdżane przeze mnie E38 pochodziło z ostatniego roku produkcji i opuściło fabrykę w jednej z najtłustszych specyfikacji. Wyposażenie obejmowało choćby system audio połączony z wbudowaną nawigacją. Tak, w 2001 roku. I choć dziś nawigację, i to dotykową, można mieć już nawet w miejskich toczydłach, to 14 lat temu było to nie w kij pierdział.
Równie imponujące jest to, co dzieje się z tyłu. O ile nie bardziej.
Testowana "siódemka" miała na końcu literkę L. Skrót od Lang. I nie chodzi tu o lutnika Zdzisława Langowskiego, tylko o mierzącą ponad 5 metrów wersję przedłużoną. A całość tego przedłużenia przypadała na miejsce z tyłu.
Na tej kanapie można mieszkać.
Miejsca na nogi z tyłu przedłużonego E38 jest ze dwa razy więcej, niż w mojej kuchni. Kanapa jest bajecznie wygodna, a do tego ma możliwość regulacji. Tak, tylne siedzenia. Regulowane. Można np. przesunąć siedzisko nieco do przodu, jednocześnie trochę kładąc oparcie. I choćby pójść w kimę.
Albo bawić się dwustrefową klimą.
Albo wyjąć szeroki podłokietnik i zadzwonić do kogoś.
Zadzwonić. Z samochodu. Nie z komórki.
Można też postawić kubek lub kieliszek z napojem. I podziwiać swą twarz. Twarz człowieka sukcesu.
Tak - BMW serii 7 w długiej wersji z założenia służy właścicielowi do bycia wożonym z tyłu. Nie znaczy to jednak, że z przodu nie ma czego szukać. Pamiętajmy, że to BMW - co na początku naszego wieku jeszcze oznaczało, że będzie się czym pobawić. A w tym konkretnym egzemplarzu zdecydowanie było czym, gdyż była to topowa wersja. 750i.
Czyli 326-konne V12.
O bawarskiej dwunastce krążą legendy. Najbardziej znaną jest ta, która mówi, że moneta postawiona kantem na pracującym silniku nie przewraca się. Przyznaję bez bicia - nie sprawdziłem tego, ale właściciel twierdzi, że to prawda, sprawdzone info, true story itd. Jestem skłonny mu uwierzyć - dwunastocylindrowy silnik pracuje absurdalnie wręcz gładziutko. Spod maski dobywa się głównie uspokajający szum. Jednak gdy mocniej wciśnie się pedał gazu...
Ale o tym za chwilę.
Zajęcie miejsca za sterami 750iL jest przyjemnością. Nie tylko ze względu na wspomnianą już jakość wykonania, ale też z uwagi na łatwość znalezienia idealnej pozycji. Fotel, oczywiście elektrycznie regulowany, jest fantastycznie wygodny. Elektrycznie regulowana jest też kolumna kierownicy, rzecz jasna w dwóch płaszczyznach. Praktycznie wszystko można tu ustawić pod siebie a cały proces trwa dosłownie chwilę. Pozostaje lekko przekręcić kluczyk (przy czym po przekręceniu należy go puścić - rozrusznik jest automatyczny i sam kręci wałem tyle, ile trzeba) i ruszyć.
Borze Tucholski, jak to wielkie bydlę jest wygodne.
Przy czym nie jest to łagodnie bujająca miękkość, którą tak lubię w hydropneumatycznych Cytrynach i starszych Mercedesach. Zawieszenie BMW pracuje jakby jędrniej, bardziej zdecydowanie, co jednak nie wpływa ujemnie na komfort resorowania, co jest zasługą m.in. aktywnych amortyzatorów EDC. Wspaniały fotel relaksuje, automatyczna skrzynia mięciutko zmienia biegi, widlastka dwunastka szumi... póki nie wdepnie się mocniej gazu.
Szum zamienia się w przytłumiony ryk a chwilę potem jesteśmy we Wrocławiu. Lub w kostnicy.
Ten samochód potrafi być przerażający. Jest wielki - zajmuje na pasie tyle miejsca, co dostawczak. I to samo w sobie nie jest problemem. Jest też szybki - osiągi są w stanie zawstydzić niejedno sportowe auto. I to też, w oderwaniu od reszty, nie stanowi powodu do niepokoju. Jednak te dwie cechy w połączeniu ze sobą sprawiają, że pas nagle staje się przerażająco wąski. Milimetrowe drgnięcie ręki na kierownicy - i już spychasz kogoś z drogi. Tak, da się E38 jeździć spokojnie, ale... to nie jest do końca jego żywioł. To jest BMW. Ono angażuje, wręcz prowokuje. "Przyciśnij" - zdaje się mówić. No i przyciskasz, a potem w gazetach i internetach można przeczytać, że kretyn w BMW zabił niepełnosprawną staruszkę w ciąży przeprowadzającą przez jezdnię stado kaczuszek.
Żeby naprawdę zaprzyjaźnić się z 750iL trzeba wjeździć się w nie. Przyzwyczaić się do zajmowania prawie całej szerokości pasa. Pozwolić zmysłom przywyknąć do kontrolowania tego, co z perspektywy wnętrza zdaje się milimetrami, w ciągu ułamków sekundy. Nade wszystko zaś trzeba przestawić się na nieco inne myślenie. Może nie agresywne, ale bardziej zdecydowane. Jedziesz "siódemą", NIKT CI NIE WYJEDZIE. Jesteś królem lewego, ludzie niejako z automatu ustępują. Wolą nie ryzykować - cholera wie, kto jedzie tą "betą". Ja zaś tak nie potrafię. Jest to totalnie w poprzek mego rozumowania i odczuwania. Tak, lubię jeździć dynamicznie, ale źle się czuję w roli władcy drogi. A w taką rolę trzeba wejść, by naprawdę dobrze poczuć się za kierownicą E38.
No chyba, że jesteś dyrektorem albo innym premierem i jedziesz sobie z tyłu.
No właśnie. Tył. A konkretnie to, co kryje się za dyrektorsko-ministerialnymi plecami.
Bagażnik wedle danych katalogowych ma 500 litrów pojemności. Dość standardowa "sedanowa" objętość. Po kolubrynie tej klasy można by było spodziewać się nieco więcej, ale tu bagażnik jest zwyczajnie wąski. Powodem jednak nie są schowki na prestiż własny, tylko... akumulator, tradycyjnie już dla BMW umieszczony w kufrze. Ponoć wpływa to pozytywnie na rozkład mas, który od lat jest jednym z priorytetów bawarskiego producenta. A że Bardzo Ważne Persony zazwyczaj nie wożą basów w bagażniku, jego szerokość nie była najważniejszą cechą. Sprawia to, że basiwo w futerale zwyczajnie nie wejdzie.
Ale w pokrowcu - już tak. WZDŁUŻ.
Bagażnik zresztą - a konkretnie jego pokrywa - jest kolejnym miejscem, gdzie widać niemiecką dbałość o detale. Otóż wewnętrzna strona tejże pokrywy zawiera klapkę, która po odchyleniu ukazuje... piękny zestaw narzędzi. Prawdziwy niezbędnik szofera, którego obowiązkiem jest dbanie o stan techniczny dyrektorsko-ministerialnej limuzyny. Zestaw jest zaiste imponujący. Imponujący jest też sam fakt, że w ogóle się tam znalazł. Narzędzia? Do samodzielnych napraw? W luksusowym samochodzie? A, przepraszam, to rok 2001, nie 2015. Teraz by to nie przeszło.
Tak - samodzielne naprawy są tu możliwe.
Ilekroć czytamy gdzieś o wyposażonym w dwunastocylindrową jednostkę BMW E38, zawsze jak mantra powtarzane są słowa o przerażających kosztach eksploatacji. Owszem, zużycie paliwa jest spore. Musi być. I tak, obsługa w warsztatach potrafi kosztować chore pieniądze, choćby ze względu na utrudniającą manewry ciasnotę pod maską. Jednak odpowiednio ogarnięty człowiek może sporo tu zrobić sam, czego dowodem jest właściciel tego egzemplarza - człowiek o sporej technicznej wiedzy i umiejętnościach. Dodatkowo wiele części można kupić w zaskakująco (przynajmniej jak na tę klasę auta) przystępnych cenach, co sprawia, że eksploatacja BMW 750iL jest sporo tańsza niż mogłoby się wydawać. Trza jeno umić. Niestety - aby utrzymywać kilkunastoletnią "siódemkę" w stanie idealnym, trzeba też umić w blachę, gdyż zabezpieczenie antykorozyjne nie było idealne. A trudno znać się jednocześnie na mechanice i blacharce, jednocześnie odnosząc w swym fachu takie sukcesy, by jeździć topowym BMW. Nawet mimo tego, że E38 na rynku wtórnym potrafi kosztować zaskakująco niewiele.
Podsumowanie, czyli zady i walety:
BMW E38 z pięciolitrowym V12 pod maską jest samochodem wręcz niesamowitym. Komfort jazdy i bajeczna jakość wykonania łączą się tu z osiągami godnymi sportowego auta. Jednak nie jest to samochód dla mnie. Nie czuję się dobrze cisnąc lewym pasem podczas gdy "maluczcy" grzecznie zjeżdżają z drogi. Poza tym nie jest mi potrzebna aż tak wielka kobyła. Ale choć nadal nie przepadam za niemiecką motoryzacją, przyznaję: niektórzy jej przedstawiciele są imponujący.
Plusy:
* wspaniały komfort i przestrzeń
* jakość wykonania
* dbałość o najdrobniejsze detale
* fantastyczny silnik
* możliwość samodzielnej obsługi
* stylistyka
Minusy:
* wizerunek
* koszta eksploatacji dla tych, którzy nie potrafią zadbać sami
* pojawiająca się gdzieniegdzie rdza
* zużycie paliwa (ale to nieuniknione)
* za wąski bagażnik
* aby wykorzystać potencjał tego auta, trzeba zmusić się do specyficznego toku myślenia
Co nim wozić:
Nie jest to jedyne znane mi E38. Drugi kolega, który ma szczęście jeździć takim autem, jest też basistą i swym egzemplarzem wozi stare Fendery i Music Mana. Nie oszukujmy się jednak: do bagażnika "siódemy" najlepiej pasuje ciało kogoś, kto przeszkodził nam w interesach.





