niedziela, 19 sierpnia 2018

Eventualnie: Między Mienią a Świdrem

Długo miałem apetyt na kolejny rajd. Bardzo ostrzyłem sobie zęby na zorganizowaną przez ekipę Rembertowskiego imprezę "Między Mienią a Świdrem", tym bardziej, że ekipa owa przyzwyczaiła już chyba wszystkich do tego, że dostarcza za każdym razem. Dostarczyła i teraz - rajd został bardzo dobrze zorganizowany, trasa była zróżnicowana i urokliwa, zaś pekapy przygotowane przez zaprzyjaźnione fanpejdże okazały się nader ciekawe. Niestety, mimo tego, zamiast z jeszcze większą ekscytacją wyczekiwać kolejnego eventu, w zasadzie odechciało mi się. I to wszystkiego.

Nie przez sam rajd - jak już napisałem, był nader udany, jak to zresztą u Rembertowszczaków. Przeze mnie.

Tak czy inaczej, gdy przybyliśmy na start, znaczna część załóg już tu była.













Wkrótce rozpoczęła się odprawa.


Na odprawie czekała mnie bardzo sympatyczna niespodzianka - otrzymałem nagrodę specjalną "za wzorową frekwencję", czyli za udział we wszystkich rajdach rembertowskiej ekipy. 

Wkrótce po odprawie ruszyliśmy w drogę.








Ważnym elementem rajdu była historia, którą należało sobie sklecić z wiszących na tzw. tablicach gminnych kartek z kawałkami informacji.



Były też checkpointy typowo turystyczne.











Po trudnym (a ciekawym) pekapie Pracujących Klasyków rozpoczęła się druga część rajdu.










W końcu dotarliśmy na metę, gdzie czekała nas jeszcze tzw. SZ-ka, czyli próba sprawnościowa.


I to na niej wszystko poszło się walić.

Trasę przejechaliśmy bardzo przyzwoicie. Mieliśmy - chyba po raz pierwszy - prawie wszystkie zdjęcia (przegapiliśmy jedynie czerwonego Transita i zapewne ze 2-3 znaki z tonażem), odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania, nawet pekapy poszły nam w miarę nieźle.

I tylko ta zasrana SZ-ka.

Piotrek L. powtórzył kilka razy: jechać spokojnie, taryfa pozbawia szans. Nie wspomniał jednak, że kiepski (w moim przypadku lepiej powiedzieć szokująco wręcz żenujący) czas też. I to definitywnie.

Próba była pozornie łatwa, jednak w realu okazała się piekielnie trudna - przynajmniej dla człowieka nie posiadającego wyobraźni przestrzennej i umiejętności ogarniania bezpośredniego otoczenia do tego stopnia, że nawet pieszo musi poruszać się powoli, by co chwilę na kogoś nie wpadać lub nie potykać się o własne nogi. Czyli dla mnie. Stopień precyzji, którego wymagała, z niewidocznymi praktycznie słupkami, był dla mnie na tyle kosmiczny, że przy manewrze tyłem musiałem się poprawić, by nie potrącić jednego z nich, co oczywiście skutkowałoby taryfą. Niestety, gdy dany obiekt znika mi z oczu, mój mózg zwyczajnie nie potrafi podać mi jego orientacyjnego położenia - stąd konieczność poprawki. Do tego doszła konieczność zatrzymania wywołana niezgodnością co do tego, między którymi słupkami jechać z powrotem. Nieistotne, kto w sporze miał rację - ważne, że kolejne zatrzymanie doprowadziło do tego, iż od załogi z przedostatnim "nietaryfowym" czasem dzieliło nas... kilkanaście sekund.

A pomyśleć, że była to pierwsza SZ-ka, przed którą nie dostałem ataku paniki z drgawkami i hiperwentylacją włącznie.

Nie zdając sobie jeszcze sprawy z poziomu osiągniętej żenady zaparkowałem Skanssena i jąłem w doborowym towarzystwie Obywatelki Pilotki i zaskakująco grzecznego Młodzieża zwiedzać teren mety (będący zresztą tożsamym z miejscem startu).









W końcu przyszła pora na ogłoszenie zwycięzców.






I powrót do domu.


Tak, przyznaję, liczyłem na coś. Może, by nie przeginać, na na 3 miejsce w Open. Wszak trasę wreszcie udało się pojechać zupełnie dobrze. To, że nie udało się niczego ugrać, było średnim zmartwieniem, choć oczywiście ambicja troszkę ucierpiała. "No dobra", pomyślałem. "Może będzie pierwsza dziesiątka, to też niezły wynik". O tym jednak, jak źle nam naprawdę poszło, dowiedziałem się wieczorem.

A wszystko to przez cholerną SZ-kę - a tak naprawdę przez mój zerowy refleks połączony ze skrajnym nieogarnianiem przestrzeni wokół.

W tym kontekście nagroda specjalna - choć wiem, że nie taka była intencja absolutnie uroczych Rembertowszczaków - jawi mi się dość... ironicznie. Nagroda za udział - to maksimum tego, na co mogę liczyć.


Nie wiem, czy jest ktoś, kto pomógłby mi nauczyć się jeździć SZ-ki. Nie jakoś szczególnie szybko, na to nigdy nie będę liczył. Po prostu poprawnie. By dojeżdżać bez taryfy ze średnim czasem. Tyle by wystarczyło. Jeśli ktoś taki się znajdzie - zapraszam. Zapłacę, serio. Może niezbyt dużo (zarabiać  po męsku też niestety nieszczególnie umiem), ale coś tam wyskrobię z portfela. Boję się jednak, że to próżny trud.

Póki co - zapraszam na filmidło.


A kiedy następny wpis? Szczerze mówiąc - nie wiem. Jak już wspomniałem na wstępie, chwilowo odechciało mi się wszystkiego.