poniedziałek, 24 grudnia 2012

Życzliwie

Mili moi.

Jako, że nastał nam radosny czas atakującego zewsząd "Last Christmas" i rozpasanego korporacyjnego konsumeryzmu, życzę Wam wszystkim - wszem i wobec, Urbi et Orbi - żebyście przeżyli to wszystko bez stawania się seryjnymi mordercami.

A ponadto... basów i nagłośnienia do nich pod choinką. I żeby zawsze było czym je wozić. I żeby zawsze była kasa, by tenże środek transportu zatankować.

I żebyście byli szczęśliwi. Jak ja od prawie już roku.

Dużo i dobrze Wam życzę zasadniczo.

J.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Top 5: Drogi Mikołaju...

Powitalnie szczękam na Was zębami po długiej przerwie.

Wybaczcie rozwlekłe czasowo milczenie - ostatniemi czasy działania pracowo-muzyczno-domowe pozbawiły mnie możliwości podrapania się po miejscu, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, nie mówiąc już o naskrobaniu czegokolwiek. Dlatego dziś króciutko - mała lista, nawet nie Topten tylko Topfajw. Pięć rzeczorów, które chciałbym zobaczyć pod choinką. Wersja dla Mikołaja z portfelem średnio wypchanym. To znaczy w miarę wypchanym, ale niekoniecznie milionami. Moje największe basowe marzenia są niestety poza zasięgiem Mikołaja odwiedzającego 99% populacji - choć tego, który odwiedza Billa Gatesa i sułtana Brunei byłoby zapewne stać na Wala, Statusa i Citroena DS21. Co prawda nawet poniższy zestaw jest aktualnie poza zasięgiem, jednak pomarzyć można - choćby o rzeczach niewielkich.

Here goes:

5. Struny Dean Markley SR 2000


Nie grałem nigdy na tych strunach. Tzn. miałem kiedyś Markleye - jedne Blue Steele (rozczarowały mnie) i jedne Nickel Steele (nawet niezłe), ale na SR 2000 nie miałem okazji położyć palca. A ilekroć ktoś mi coś o nich mówił, zawsze miał głupkowaty uśmiech na twarzy i ślinił się przy tym nieco. Dlatego... tak. Chętnie spróbowałbym. Tym bardziej, że mają nietypowe rozmiary. Poproszę 48-128, dziękuję.

A jeśli nie te Markleye... Mogą być zwykłe niklowe Ernie Balle, 45-130. Będę bardzo zadowolony.

4. Głośniki samochodowe

W Madzi padł niedawno jedyny działający głośnik. Efekt - jeżdżę w świecie ciszy... A to nie jest miłe. Jakiekolwiek w miarę przyzwoite głośniki (2 wystarczą) byłyby bardzo miłym podchoinnikiem. Byłoby wiele radości - tyle, ile po zjedzeniu minstreli Robina.

3. Switchcraft L113


Mój cudowny, kochany Alembic cierpi na kłopot z gniazdkiem. Jakieś półtora roku temu zostało to tymczasowo naprawione, ale znów zaczyna odrobinę narzekać. Gniazdko jest mocno zużyte, a Switchcraft L113, którego czarodzieje z Alembica używali w latach, gdy moja Esencja opuściła bramy ich domu dziwów w Santa Rosa, jest praktycznie nie do dostania. Tak więc jeżeli ktoś gdzieś ma... I can has?

2. Steinberger Spirit fretless 5

Obrazek z aukcji: http://www.ebay.co.uk/itm/Steinberger-Spirit-5-Str-Headless-Fretless-Bass-Guitar-Sunburst-finish-w-Case-/321037992349?pt=UK_Musical_Instruments_Guitars_CV&hash=item4abf5b019d
Od dawna marzy mi się 5-strunowy, bezgłówkowy fretless. Malinek jest bardzo fajny, ale mój kręgosłup nie kocha jego masy, zaś standardowe pokrowce nie łykają jego rozmiaru. Zaś taki obrzynek nie dość, że fajnie wygląda (nieporównywalnie lepiej, niż klasyczne Steinbergery przypominające wiosło do łódki oparte o kosmiczną technologię), jest wystrugany z klasycznych drewien (olcha/klon/palisander - bardzo dobra kombinacja do fretlessa) i ma przystawki we w miarę normalnych miejscach, to jeszcze wlazłby do bagażnika Madzi. Tylko proszę, Mikołaju... Nie pomyl go z odrażającym XL-2 czy dramatycznie peniśnym Synapse. Ma mieć dechę.

1. Niedrogi, sympatyczny, czterostrunowy, progowy obrzyn

Nie mam wysokich wymagań. Może być neck-thru, może być bolt-on. Ważne, żeby miał pełnowymiarową dechę, stroił we wszystkich pozycjach i wydawał dźwięk nadający się do klangu i strojenia o cały ton w dół. Bo do tego bym go używał. Może być np. nieprodukowany już Hohner The Jack, taki jak ten:


Wolałbym naturala, niż czarne, które właśnie pokazały się na Jebaju, ale tak czy inaczej - nie marudziłbym. Byłbym naprawdę hepi.

Mikołaju?...

niedziela, 2 grudnia 2012

W czym wozić

Witam wszystkich z grudniową oziębłością.

Ostatnimi czasy moja wena twórcza wybrała wolność i poszła w tango, nie informując mnie, kiedy wróci. Z basów do opisania zostały mi może ze trzy, z czego jeden nie był mój (pozostałe albo męczyłem zbyt dawno temu, albo nie są godne osobnego wpisu), z samochodów już w zasadzie żaden (choć siedziałem za kierownicą około 30 aut, większością z nich przejechałem się zbyt krótko, by cokolwiek wartościowego o nich powiedzieć... dlatego kto chce, bym jego jeździdło pokrótce przetestował, proszony jest o kontakt; gwarantuję drobne podtankowanie i kilka chwil zażenowania podczas lektury), Topteny zajmują strasznie dużo czasu (nie znaczy to, że zarzuciłem pomysł - po prostu ostatnio miałem trochę więcej realnego życia, na czym ucierpiał mój przyjaciel Internet)... Na szczęście jest Wybranka i jej pomysły. A jednym z jej pomysłów jest wystruganie mi na maszynie pokrowca na Malinka, który (Malinek, nie pokrowiec) nie mieści się w prawie żadne masowo produkowane opakowanie do transportu instrumentów, a to, które mam, powoli dogorywa... I myśląc w tym kierunku, Wybranka podsunęła mi pomysł na zanudzenie Was wszystkich: wpis dotyczący idealnego ubranka na bas.

Zacznijmy od określenia jaki bas będziemy taszczyć i czym go transportować. Wbrew pozorom - jest to dość istotna kwestia, gdyż instrumenty pewnej klasy (i powyżej pewnego pułapu cenowego) powinny być przenoszone tylko i wyłącznie w solidnym, sztywnym futerale. Tylko takie mieszkanko zapewnia odpowiedni stopień ochrony swej cennej zawartości. Trzeba by chyba było mieć poważne problemy z mózgiem, by Alembica, Foderę czy vintage'owego Jazza targać w szmacianym pokrowcu EverPlaya za 60 zł. Zatem - jeżeli posiadasz wysokiej klasy bas za grube tysiące, zainwestuj też w solidne, bezpieczne opakowanie, w którym Twój ukochany instrument będzie miał wygodnie i bezpiecznie. Najlepszym rozwiązaniem byłby tutaj tzw. flight case, czyli futerał lotniczy, zaprojektowany tak, by przeżyć podróż Tupolewem. Jednakże taka trumna ma zazwyczaj wymiary i masę własną zbliżone do pojemnika, od którego pozyskała tę powszechnie używaną nazwę. Wiem, gdyż taki futerał pozyskałem razem z Arią... Co prawda udało mi się go wcisnąć do Clio I, ale musiałem złożyć w tym celu tylne siedzenie. Cholerstwo nie chciało dać się wepchnąć na rzeczoną kanapę ani nawet pod nią (za przednie fotele). Wniosek - jeżeli masz cenny instrument i chcesz mu zapewnić maksimum bezpieczeństwa, zaś regularnie wozisz ze sobą więcej, niż jedną osobę, musisz też zainwestować w pakowne kombi lub vana. Jednak, jako, że właśnie wydałeś oszczędności swojego życia (lub też zaciągnąłeś wieloletni kredyt) na skandalicznie drogi bas, nie będzie Cię już na taki samochód stać. Pozostaje zatem standardowy sztywny futerał. Na szczęście wybór takowych jest duży i można znaleźć solidny case w nie urągającej intelektowi cenie. Zawsze jednak warto przymierzyć swoją ukochaną basię do trumny, w której zamierzamy ją złożyć - instrumenty w nietypowym kształcie mogą poważnie ucierpieć w wyniku transportu w niedobranym futerale...

W lepszej sytuacji znajdują się właściciele zwykłych, przyzwoitych, roboczych instrumentów - wszelkiej maści Laklandów Skyline, Yamah TRB, średniej klasy Fenderów itd. Tu całkowicie wystarczy standardowa trumna. Jeżeli zaś masz małe autko lub parkujesz dość daleko od domu, dobrym rozwiązaniem może okazać się lekki, usztywniony, futerał piankowy. Tego typu wynalazki zapewniają znacznie lepszą ochronę od standardowych miękkich pokrowców, zaś ważą (i kosztują!) mniej od sklejkowych futerałów, często również zajmując przy tym mniej miejsca. Istnieją dwa rodzaje tychże: prostokątne i kształtowe (szersze przy desce, węższe w części gryfowej). Te drugie łatwo przewieźć niewielkim samochodem - sam mam taki piankowy pokrowiec, w którym noszę Jazza. Bez problemu wchodził na półkę za tylną kanapą Chaimka. Najlepsze jest zaś to, że jeżeli masz bas nietypowych rozmiarów (choćby akustyczny lub półakustyczny, potężne bydle typu Malinek albo na odwrót - basik o krótkiej menzurze, np. Fender Mustang/Musicmaster) można zamówić tego typu piankowy futeralik pod wymiar u któregoś z krajowych producentów. I wcale niewykluczone, że wśród nich pojawi się za pewien czas jeszcze jeden (wink wink, nudge nudge)...

Pozostają jeszcze miękkie pokrowce. Wiele z nich jest naprawdę przyzwoitych, z grubą, sztywną gąbką - można w nich spokojnie wozić nawet niezłe ale niedrogie instrumenty typu większość popularnych Ibanezów, tańsze wersje Yamahy BB, Mayones Forum Pi, Cort GB, ewentualnie basy o dziwacznych wymiarach, na które nie sposób dostać futerał (vide Malinek). Jednak drogiego basu bym tam nie wsadził. Zwyczajnie szkoda... Zupełnie pomijam tu te najtańsze, cienkie pokrowce - oczywiście jeśli jesteś początkującym basistą i masz wiosło za kilkaset złotych, możesz bez wyrzutów sumienia załadować je w taki pokrowczyk, wrzucić go na plecy i pobiec na przystanek, jednak jeżeli dysponujesz instrumentem wartym powyżej 1000-1200 zł, warto rozejrzeć się za pokrowcem nieco lepszej klasy. I tu też mam dobre wiadomości - wybór na rynku jest ogromny, ceny bardzo zróżnicowane, zaś każdy z nich nadaje się do w miarę bezbolesnego przejazdu zbiorkomem i zmieści się bez większych problemów na tylną kanapę Cinquecento czy Tico.

W ten sposób praktycznie wyczerpaliśmy temat. W zasadzie można sprowadzić go do krótkiego podsumowania: im wyższej klasy bas mamy, tym solidniejsze nosidełko należy mu zapewnić. W końcu gdy ktoś ma Astona Martina, raczej nie parkuje go na ulicy pod domem...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Basowisko: MexiJazz

Czym się różni Fender meksykański od amerykańskiego?
Meksykańskie Fendery są robione w Meksyku przez Meksykanów. Amerykańskie są robione w Kaliforni... Przez Meksykanów. 

Bądźcie pozdrowieni, Ziemianie.

Jak już ongiś wspomniałem, każdy basista powinien mieć w arsenale któreś z dzieł Leo Fendera - niekoniecznie noszące jego nazwisko, ale oryginalnie przez niego zaprojektowane. Geddy, którego mam aktualnie, był zakupem celowym i przemyślanym, ale czasem zdarza się, że trzeba kupić coś na szybko, jako rozwiązanie tymczasowe, i akurat wtedy wpada w ręce któraś z interpretacji klasycznych konstrukcji wielkiego Leo. Tak zdarzyło się i w moim przypadku.

Gdy sprzedałem Nexusa celem sfinansowania Alembica, otrzymałem w ramach swego rodzaju wymiany (bas + dopłata ze strony kontrahenta) lutniczy wynalazek wykonany przez niejakiego Grzegorza Kolasińskiego. Basik był niezły, przyzwoicie wykonany i do tego ładny, ale... nie łechtał mnie. Dlatego szybko zacząłem rozglądać się za możliwościami wymienienia go na coś innego. W tym akurat czasie pewien mój znajomy rozglądał się za czymś nieco bardziej nowoczesnym, niż miał podówczas. A miał bardzo ładny egzemplarz meksykańskiego Fendera Jazza V.

Transakcja była szybka, sprawna, sympatyczna i bezgotówkowa.


Recepta na ten bas była prosta i klasyczna: klonowy gryf z palisandrową podstrunnicą o 20 progach przykręcony do olchowego korpusu. Do tego dwie pasywne przystawki typu J (single) i pasywna elektronika z osobnymi potencjometrami głośności dla każdej przystawki i jednym pokrętłem tonów. Generalnie - mięsko z ziemniaczkami i tyle. Wszystko razem zapowiadało ciepłe, okrągłe lecz wyraziste brzmienie - i tak właśnie było. Jazz Bass brzmiał jak... Jazz Bass. Solidne, tradycyjne brzmienie, dobrze spisujące się w większości gatunków muzycznych. Jedyne, czego mógłbym się przyczepić to struna H. Miała ona słabszy atak i definicję od pozostałych strun - mówiąc prościej, nieco muliła. Jednak nie było dramatu - Jazzik odzywał się fajnie. I fajnie wyglądał.

Co prawda nie przepadam za palisandrowymi podstrunnicami w progowych basach, w szczególności fenderokształtnych, przede wszystkim dlatego, że wolę ostry strzał, który daje klon, ale również ze względu... na pospolitość (większość najtańszych badziewnych basów ma właśnie palisander, do tego jest to najpowszechniejszy typ podstrunnicy), jednak w połączeniu z absolutnie przepięknym kolorem korpusu i białą płytką całość prezentowała się pięknie. Naprawdę miło patrzyło się na ten bas. I miło się na nim grało - nie był za ciężki, wyważenie było przyzwoite a do tego całość sprawiała solidne wrażenie. Po prostu czuło się, że trzymało się bas, a nie zabawkę, i to mimo, że był to instrument raczej niedrogi.

Niestety, nie nagrałem niczego na tym Jazzie, ale zagrałem na nim kilka koncertów. Spisał się bardzo przyzwoicie - sound dobrze siedział w miksie, nic się nie gubiło, do tego miał w sobie coś, co sprawiało frajdę. Może to poczucie solidności, może fajne, klasyczne brzmienie... a może to charakterystyczne, rozpoznawalne logo Fendera na główce?



Podsumowanie, czyli zady i walety:

Czy warto kupić meksykańskiego, pięciostrunowego Jazza? Raczej tak. Sam na pewno rozważyłbym go, znów szukając tzw. backupowej piątki do brania na sztuki, na które wolałbym nie zabierać Alembica. To przyzwoity, dobrze brzmiący, solidnie zmontowany bas, który dzięki temu, że jest Fenderem, łatwo będzie w razie czego odsprzedać. Jednak w tej klasie (kroczek lub dwa nad tzw. instrumentami budżetowymi) jest spora konkurencja - choćby opisywana już przeze mnie Yamaha BB, od której Fender zresztą jest znacząco droższy. Żaden z tych basów nie jest idealny, ale każdy ma za swoją cenę sporo do zaoferowania. I warto rozważyć je wszystkie. Fendera Jazza V MiM też - nawet mimo nienajlepszej struny H.

Jedna rada: koniecznie weź go w tym przepięknym, bordowym kolorze.



Plusy:

* Klasyczne, uniwersalne brzmienie
* Solidne wykonanie
* Ma w sobie "to coś"

Minusy:

* Dość "muląca" struna H
* Jeden z droższych basów w swojej klasie

Czym go wozić:

To Fender Jazz Bass - klasyczne, popularne wiosło. Ja sam, nie będąc podówczas zmotoryzowany, woziłem go zbiorkomem, ale jeśli mamy transportować go wygodniej i bezpieczniej, to przyda się samochód o podobnym charakterze - praktyczny, solidny i sprawdzający się w większości sytuacji, do tego z odrobiną charakteru. Ford Focus pierwszej generacji będzie OK. Poza tym to amerykańska marka, jak Fender. I też na F, zresztą. A że w wersji na rynek europejski nie był robiony w Stanach... to co? Meksykański Jazz niby jest?

sobota, 24 listopada 2012

Pojeździwszy: Kangur

Bąsuar.

Na wstępie oznajmiam: Madzia jeździ, i to już od ponad półtora tygodnia. Okazało się, że konieczne było ogarnięcie układu zapłonowego (przeczyszczenie aparatu, wymiana kabli, do tego kopułka i palec rozdzielacza). Przy okazji zarządziłem zrobienie rozrządu z uszczelnieniem - i wygląda na to, że mam spokój. Szkoda tylko, że pieniędzy już nie mam.

A teraz do rzeczy.

Wspominając Chaimka niestety nie da się nie pamiętać o wizytach w warsztacie i zostawianej tam krwawicy. Jednak miało to też swój plus - możliwość pośmigania sobie oferowanym przez rzeczony warsztat samochodem zastępczym, którym było pociesznie żółte Renault Kangoo 1.9 dTi.


Nie była to niestety przyjemność darmowa, gdyż poza oczywistym uzupełnieniem poziomu paliwa do stanu z momentu odjazdu należało jeszcze uiścić 20 zł za dobę, jednak po pierwsze dojazd z Wolicy do Stolicy - choć nie jest to zbyt daleko - bez samochodu byłby dość kłopotliwy, a po drugie nigdy wcześniej nie jeździłem Kangurem więc... chyba jasne.

Po usadowieniu się za kierownicą zauważyłem na początku badziewne wykończenie wnętrza najtańszymi, twardymi plastikami oraz połacie lakierowanej blachy na drzwiach, ale chwilę potem przestałem o tym myśleć, gdyż stwierdziłem, że lepiej jest rozkoszować się zaskakująco wygodną pozycją za kierownicą. Niestety, ogarnęły mnie również pewne obawy - jako, że nigdy wcześniej nie jeździłem blaszakiem, zacząłem się martwić, jak będzie z wyjeżdżaniem tyłem z miejsc parkingowych, gdzie duże lusterka niewiele pomogą. Ewidentnie ktoś przede mną nie poradził sobie z tym problemem - "mój" egzemplarz miał na zadku ślady po raczej niemiłej przygodzie (widać je zresztą na zdjęciu). Obawy okazały się nie być bezpodstawne. Na szczęście żadne nieprzyjemne wydarzenia nie miały miejsca, ale wycofywanie na ślepo, nie mając zielonego pojęcia, czy z boku nic nie nadjeżdża, nie należało do przyjemności. Co prawda dysponuję ponadprzeciętną wyobraźnią, ale gdy próbuję ogarnąć, jak radzą sobie kierowcy ciężarówek i dużych dostawczaków, kapituluje ona całkowicie i idzie wstydzić się pod biurkiem.

Całe szczęście, że jeździ się nie tylko do tyłu. A do przodu Kangurek wyposażony w starszej generacji diesla 1.9 - już z bezpośrednim wtryskiem i turbosprężarką ale jeszcze bez common rail - pomykał zaskakująco raźnie. Dynamika zapewniana przez silnik wyposażony w starą, dobrą rotacyjną pompę wtryskową była więcej niż wystarczająca - przynajmniej w stosunku do tego, czego zazwyczaj oczekuje się po małym furgoniku. Zwrotność okazała się też bardzo przyzwoita. Jedynym problemem w kwestii prowadzenia były znaczne przechyły wąskiego i wysokiego nadwozia w zakrętach - przy dynamicznej jeździe na tyle pokaźne, że wolałem nie sprawdzać granic przyczepności Kangura.

Zupełnie zadowalający okazał się komfort - przynajmniej ta jego część, którą zapewniało dość miękko zestrojone zawieszenie (z przodu kolumny MacPhersona, z tyłu znana z licznych francuskich modeli konstrukcja oparta na drążkach skrętnych). Z komfortem akustycznym było już gorzej... Słabo wygłuszony klekot diesla odbijał się od tworzących blaszaną komorę rezonansową ścian kabiny i skrzyni ładunkowej, skutecznie zagłuszając żałosne wysiłki beznadziejnego systemu audio, składającego się z radia CD i dwóch głośniczków w desce rozdzielczej, najprawdopodobniej wyciągniętych z telefonu.

Najmocniejszym punktem Kangoo okazała się - rzecz jasna - praktyczność. Wersja, którą miałem okazję przejechać się tam i nazad, była dwuosobowym furgonem, co oznacza, że większą część objętości auta stanowiła skrzynia ładunkowa, do której bez najmniejszych problemów zmieściłby się cały sprzęt mojego głównego zespołu: moje trzy basy, głowa w kejsie 4U i Henryk, który (przypominam!) jest aktualnie na sprzedaż, trzy albo cztery gitary, rack ze wzmacniaczem gitarowym i efektami, podłoga sterująca nimi, dwie paczki Marshalla, trzy parapety (klawisze, znaczy) i statywy pod nie oraz potężny zestaw perkusyjny z ramą i licznymi blachami. Tylko zespół by już nie wszedł.

Nie wypowiem się na temat niezawodności i kosztów eksploatacji, gdyż zbyt mało jeździłem Kangurkiem (wypożyczyłem go dwukrotnie i przejechałem łącznie ok. 100 km, może troszkę więcej), by stwierdzić cokolwiek poza tym, że zużycie paliwa było całkiem znośne. Wiem tylko tyle, ile przeczytałem - silnik 1.9 dTi cieszy się niezłą opinią, w przeciwieństwie do 1.5 i 1.9 dCi, które go zastąpiły (jednak trudno już o niezajeżdżony egzemplarz - większość Kangurów z tą jednostką ma za sobą przebiegi wskazujące na wykorzystywanie do podróży kosmicznych), zaś newralgicznym punktem jest tylne zawieszenie, które raz na pewien czas trzeba poddać regeneracji. Generalnie użytkownicy zazwyczaj ciepło wypowiadają się o tych sympatycznych Renówkach, chwaląc praktyczność i niedrogą eksploatację. Co ciekawe, pierwsza generacja Kangoo cieszy się znacznie lepszą opinią niż druga, która co prawda ma trwalszą tylną belkę skrętną, ale trapią ją usterki elektroniki i kosztowne awarie silników dCi.

Podsumowując, czyli zady i walety:

Czy warto wziąć pod uwagę Renault Kangoo pierwszej generacji? Według mnie - jak najbardziej. Polowałbym jednak raczej na wersje benzynowe - po pierwsze mają przeważnie niższe przebiegi niż diesle, po drugie dają się bez problemu gazować. Jeśli turbodiesel to właśnie ten starszy, czyli 1.9 dTi, ale poszukiwania egzemplarza, który nie jest już straszliwie zmęczony, mogłyby trwać ad mortem defecatam - inaczej bardzo szybko czekałaby nas wymiana zużytych wtryskiwaczy i turbosprężarki. Dlatego może niegłupim pomysłem byłoby rozejrzenie się za starym, wolnossącym 1.9D? Też niekoniecznie - mimo, że to prosty silnik bez turbiny i bezpośredniego wtrysku, nigdy nie miał nawet w przybliżeniu tak dobrej opinii, jak niezniszczalne paleolityczne diesle PSA czy koncernu VW. Drugą kwestią jest tylne zawieszenie na drążkach skrętnych. To jedna z najważniejszych rzeczy, na które trzeba zwrócić uwagę w tych autach. Łożyska się zużywają a regeneracja belki kosztuje ok. 1000 zł. Co prawda potem jest spokój na dłuższy czas, ale po co narażać się na taki wydatek w przypadku jeździdła za kilka tysięcy?

I jeszcze jedno: jeśli miałbym kupować Kangurka - to w wersji 5-osobowej. Do bagażnika i tak pewnie władowałbym wszystkie moje graty, do tego mógłbym zabrać ze sobą więcej niż jedną osobę. No i cofać łatwiej.

I zdecydowanie chciałbym żółtego.


Plusy:

* praktyczność
* niedroga eksploatacja (nie dotyczy wersji dCi)
* duża oferta na rynku aut używanych
* sympatyczny pyszczek

Minusy:

* awaryjne dCi, zmęczone dTi
* niezbyt trwałe tylne zawieszenie
* hałas w środku i nędzne fabryczne audio

Co nim wozić:

Cały swój sprzęt. Wejdzie.

Bą włajaż.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Top 10: Ejtisy

Witam Szanowne Państwo.

Jak już wczoraj (a w zasadzie przedwczoraj - jest już grubo po północy) zapowiedziałem, będzie nowy cykl, a w nim tylko soczyste mięso prosto z Konstaru i pełen Wzwodzisław Śląski. Obietnicy niniejszym dotrzymuję, choć z prawie dwugodzinnym poślizgiem (żadnego wpisu nie tworzyłem tak długo): co pewien czas będę prezentował 10 najlepszych czegoś tam w jakiejś tam kategorii (Jezusie Świebodziński, jaki jestem oryginalny, NIKT nie wpadł przede mną na taki pomysł, poproszę Nagrodę Wedla). Oczywiście mojem skromnem zdaniem, ale jako, że mam wyśmienity gust zaś moja racja jest mojsza niż twojsza, można będzie wszystkie moje wywody spokojnie przyjąć jako aksjomat oraz Nową Prawdę Objawioną. I to jest moja opinia, i całkowicie się z nią zgadzam.

Dobrze, jedźmy zatem z tym koksem (wciągniętym w międzyczasie przez niejakiego Zenona S. w kiblu podczas baletu w klubie Blue Star).

Dziś będzie kolorowo, plastikowo, dziwaczne fryzy oraz bas pod szyją i kciuk w górze, wszystko to podczas bujania się do rytmu "Fade To Grey", "Too Shy" i "Lessons In Love" (te dwa ostatnie niszczą wszechświaty linią basu, tak bajdełej). Czyli lata osiemdziesiąte. Przyznaję bez bicia - kocham tamtą dekadę, szczególnie jej pierwszą połowę. New Romantic, pocieszne stroje, te rzeczy. Te lata przypadały na moje dzieciństwo, wtedy też zaczynała się rodzić moja miłość do muzyki. I właśnie wtedy w nagraniach muzyki cerkiewnej (znanej jako pop) królował bas. Klangowało się wtedy niemiłosiernie - Mark King i Nick Beggs to kosmici, wielbię ich - a i na fretlessie dużo się działo (nieodżałowany Mick Karn czy mój osobisty idol, mistrz Pino, który teraz gra już zupełnie inaczej ale nadal cudownie, nie potrzebowali progów). Dlatego na początek strzelam z grubej rury: Top Ten Basów z Lat Osiemdziesiątych.

10. Steinberger

Steinberger XL-2 - zdjątko ze strony http://www.myrareguitars.com/10-most-important-electric-basses

Nie zrozumcie mnie źle - jak 99% osób z choćby szczątkowym poczuciem estetyki, uważam, że ten bas jest dramatycznie, boleśnie, brutalnie szpetny. Do tego jego brzmienie... hmmm... W zasadzie trudno mówić o istnieniu tego dość istotnego w przypadku instrumentów muzycznych aspektu w odniesieniu do tego wynalazku.

Jednak musiał się tu znaleźć. Dlaczego?

Otóż dzieło Neda Steinbergera, słynny model XL-2, było rewolucją. Steinberger jako pierwszy przedstawił monolityczną, bezgłówkową konstrukcję z włókna węglowego ze szczątkowym korpusem i aktywnymi przystawkami. Próby skonstruowania bezgłówkowego instrumentu były podejmowane już wcześniej, m.in. przez Fendera (powstał bodajże jeden prototyp), aktywna elektronika została skonstruowana już dekadę wcześniej przez Rona Wickershama, współzałożyciela legendarnej firmy Alembic, a grafitowe gryfy jako pierwszy zaczął produkować Geoff Gould z Modulusa, ale to Steinberger połączył to wszystko razem, dodając opatentowany przez siebie mostek połączony z systemem naciągu strun oraz w zamyśle ergonomiczy zminimalizowany korpus. Pomysł chwycił - i to jak! Steinberger XL-2 stał się niemalże ikoną lat 80. - używali go m.in. Guy Pratt, Geddy Lee (przez krótki czas) i wielu innych basistów znanych zespołów. Wystarczy obejrzeć trochę klipów z tamtej dekady - w wielu z nich zobaczymy to dziwaczne, paskudne ustrojstwo. XL-2 zainspirował też inne firmy oraz lutników i wkrótce bas bezgłówkowy stał się muzycznym symbolem dekady.

Czym go wozić:

Wrzuć go na tylną półkę w Maluchu i ruszaj. 

9. Ibanez Roadster/Roadstar

Katalog Ibaneza Roadstera - wzięty ze strony http://blog.goo.ne.jp/span_21/e/8a9ad791d084b3db2231d1a6de021657
Firma Ibanez stała się znana w latach 70. jako producent kopii Fenderów i Gibsonów - tzw. "lawsuit copies". Kopii, zaznaczyć należy, bardzo udanych, co z oczywistych powodów bardzo zdenerwowało wytwórców oryginałów... Po serii procesów sądowych Japończycy stwierdzili, że bardziej opłaca się opracować własne konstrukcje, co okazało się być świetnym pomysłem.

Dlaczego Roadster i jego następca, czyli Roadstar, a nie instrumenty z wyższej półki, czyli np. Musician? Otóż te niższe serie stały się sposobem na posiadanie świetnie brzmiących i wykonanych basów i gitar za bardzo rozsądne pieniądze. Większość basów z tych serii było wyposażonych w bardzo popularny w latach 80. układ PJ, wszystkie zaś były skonstruowane z dobrych jakościowo klasycznych drewien (głównie jesion i klon) i wyposażone w solidny osprzęt. I brzmiały bardzo zacnie. Wystarczająco zacnie, by korzystali z nich m.in. Steve Harris z Iron Maiden (nie wierzycie to obejrzyjcie sobie klip do "Run To The Hills") czy John Wetton. Do tego wyglądały świetnie - symetryczna, rozszerzająca się ku górze główka tego modelu to chyba mój ulubiony kształt. Te basy podobały mi się tak bardzo, że sam kiedyś taki kupiłem... I do dziś żałuję, że pozbyłem się go. Może jeszcze kiedyś...

Mój Roadster - zepsuty przez poprzedniego właściciela przystawkami EMG... Ale i tak był świetny.
Czym go wozić:

Stara Mazda 626 (jeszcze tylnonapędowa) będzie w sam raz.

8. Pedulla Pentabuzz

Pedulla Pentabuzz pożyczona ze strony http://www.talkbass.com/forum/f182/pedulla-pentabuzz-5-string-fretless-ireland-469903/

W latach 80. zaczął się szał na basy hi-endowe (zwane przez niektórych butikowymi) oraz bezprogowe. 5-strunowe basy nie były jeszcze popularne, ale zaczynały być widoczne. Jeden znany lutnik połączył wszystkie te trendy. Był nim Michael Pedulla.

Pierwsze basy Pedulli powstały już w latach 70., zaś jego produkowana do dziś flagowa seria MVP została zaprezentowana ok. 1976 roku. Dwa lata później, specjalnie dla Marka Egana i Tima Landersa, została stworzona bezprogowa wersja MVP, nazwana Buzz. Mark Egan był zainspirowany grą legendarnego Jaco Pastoriusa (nawet wziął kilka lekcji u niego), więc naturalną koleją rzeczy była koncentracja na fretlessie. Jednak Pedulla Buzz była zupełnie innym zwierzęciem, niż Jazz Bass, na którym grał Jaco. Gryf wklejany przez całą długość korpusu (neck-through-body), w pełni klonowa konstrukcja za wyjątkiem pokrytej poliestrowym lakierem hebanowej podstrunnicy oraz przystawki Bartollini w układzie PJ - wszystko to sprawiało, że Buzz miał bardzo charakterystyczne brzmienie, które szybko znalazło wielu wielbicieli, mimo, że różniło się od klasycznego, śpiewnego soundu olchowo-klonowo-palisandrowego Jazza nazwanego Bass Of Doom.

W latach 80. coraz częściej pojawiały się basy 5-strunowe. Co prawda istniały już w połowie lat 70. (pierwszego zamówił niejaki Jimmy Johnson u czarodziejów z Alembica), a nawet wcześniej (Fender Bass V nie był jednak wyposażony w niskie H), ale dopiero elektroniczne brzmienia kolejnej dekady zachęciły mniej tradycyjnie myślących basistów do zejścia poniżej E. Świetne piątki robili już wspomniany Alembic oraz coraz bardziej ceniony Michael Tobias, ale pierwszym naprawdę rozpoznawalnym pięciostrunowym fretlessem, kochanym przez basistów na całym świecie, stała się właśnie wyposażona w dodatkową strunę bezprogowa Pedulla, nazwana Pentabuzz.

Czym ją wozić:

Ten bas jest robiony do dziś i kosztuje straszne pieniądze. Samochód, w którym najlepiej by się czuł co prawda nie jest już produkowany, ale stylem i ceną pasowałby do Pedulli. Jest to Cadillac Eldorado z lat 80.

7. Kubicki Ex-Factor

Kubicki Ex-Factor - fotka ze strony http://stuartclayton.com/gear/kubicki-ex-factor/
Kolejne dziwadło o dyskusyjnych walorach estetycznych... Powiedzmy sobie szczerze - lata osiemdziesiąte pełne były takich gwałcących estetykę wynalazków. Jednak ten był wyjątkowy.

Philip Kubicki miał świetny pomysł: skoro basy bezgłówkowe stają się popularne a do tego coraz więcej basistów schodzi poniżej E, przy czym wielu nadal z rezerwą podchodzi do konceptu piątej struny, niegłupio byłoby dać im dostęp do niższych dźwięków w czwórce. Na podobny pomysł wpadli mili państwo z firmy Hipshot, prezentując na początku lat 80. słynny (i do dziś produkowany) Xtender, jednak obniżał on strój do tzw. drop D, przez co pozycje na gryfie przesuwały się - przynajmniej na strunie E. Nie każdemu to odpowiadało (na pewno nie mi - NIENAWIDZĘ dropów). Kubicki korzystając z braku główki po prostu przedłużył "kikut" i dodał dwa niższe progi na strunie E oraz kapodaster. Zwalniając go, basista grający na Ex-Factorze zyskiwał dostęp do dwóch dodatkowych dźwięków - Es i D. Do tego bas zachowywał swe kompaktowe rozmiary dzięki menzurze na "podstawowych" progach
skróconej do 32" (po zwolnieniu kapodastera menzura całej najniższej struny przedłużała się do 36"). Pomysł genialny w swej prostocie.

Niestety, design był już nieco przekombinowany. Olchowy korpus przybrał kształty... powiedzmy - kontrowersyjne. Dziwacznym pomysłem był też gryf sklejony z ponad 30 klonowych listewek. Toż to w zasadzie sklejka! Na szczęście to wszystko, uzupełnione hebanową podstrunnicą, działało. Stu Hamm - basista Joe Satrianiego - uznał, że to wystarczająco dobry instrument dla niego. A znaczy to, że musiał być dobry.

Czym go wozić:

To dość dziwaczny bas, więc zasługuje na dość dziwaczny samochód. Najlepiej amerykański, gdyż Ex-Factor powstał właśnie w Stanach. Dobrym wyborem będzie Buick Riviera z '85 roku, wyposażony w ukochany wynalazek tamtej dekady: elektroniczną tablicę rozdzielczą.



6. Yamaha BB



Oba zdjęcia ukradzione radośnie ze strony http://www.izuminaoya.com/bass-gear.html

Tu w zasadzie nie trzeba zbyt wiele pisać. BB to chyba najbardziej znana basowa seria Yamahy. Bardzo szeroka seria. Instrumenty o dość klasycznej linii (choć bardziej zaokrąglonej od Fenderów), większość miała pasywne przystawki w układzie PJ (choć zdarzały się modele tylko z jedną przystawką P a w późniejszych wersjach również z układem JJ i humbuckerami), praktycznie wszystkie były wykonane z olchy (korpus), klonu (gryf) i palisandru (podstrunnica). Istniały wersje bolt-on (z przykręconym gryfem) i neck-thru, z pasywną i aktywną elektroniką, był też jeden z pierwszych popularnych basów 5-strunowych (BB 5000)... Wszystkie, oprócz podobnego wyglądu i użytych drewien miały jeszcze dwie wspólne cechy: świetną jakość wykonania i bardzo dobry, sprawdzający się w większości sytuacji sound. Wystarczająco dobry, by główną broń uczynił z niej Michael Anthony i dziesiątki świetnych basistów sesyjnych.

Czym ją wozić:

To solidny, praktyczny bas, więc zasługuje na solidny, praktyczny samochód. Oczywiście japoński. Taki, jak np. Toyota Carina kombi.


5. Alembic Spoiler

Zdjątko znalezione na http://en.wikipedia.org/wiki/File:1988_Alembic_Spoiler_Coco_Bolo_guitar.jpg

Tak, jakiś Alembic po prostu musiał się tu znaleźć. Lata 80. były tak naprawde dekadą Alembica - to wtedy basiści rzucili się tłumnie na drogie, hi-endowe basy z wklejanym gryfem i aktywną elektroniką, a król tej klasy instrumentów jest tylko jeden i jest nim właśnie Alembic. Instrumenty tej właśnie firmy zapoczątkowały ów trend, i to ona do dziś pozostaje pewnego rodzaju wzorcem.

Dlaczego zatem Spoiler a nie wyższe, jeszcze droższe modele, czyli Series I i II? Po pierwsze Spoiler był pierwszym ukłonem Alembica w stronę tych basistów, którzy nie potrzebowali 200 przełączników i 800 potencjometrów, nie chcieli (lub nie mogli) wydać równowartości dobrego samochodu na instrument, a pokochali to charakterystyczne brzmienie Alembica. I dostali bas, który był w zasadzie wszystkim, czym jest Alembic, ale sprowadzonym do najbardziej podstawowych elementów: konstrukcja ntb z klonowym gryfem przechodzącym przez mahoniowy korpus ozdobiony z wierzchu pięknym, egzotycznym drewnem (wybór był szeroki), 24-progową hebanową podstrunnicę, tę klasyczną, niepowtarzalną alembicowską elektronikę (2 aktywne "mydełka" połączone z filtrem) oraz niezrównaną jakość wykonania. Do tego nieco skrócona menzura (32") i nowy design główki (tzw. cone, czyli stożek). Wszystko to razem dawało instrument prostszy, nie tak wymyślny jak modele z najwyższej półki, ale nadal wysmakowany i niepowtarzalnie brzmiący. W tym właśnie brzmieniu zakochali się m.in. Brown Mark z zespołu Prince'a i niezapomniany Cliff Burton. A to o czymś świadczy.

Czym go wozić:

Szlachetny bas zasługuje na szlachetny środek transportu. Najlepiej równie charakterny. Dlatego najbardziej będzie pasować do Corvette w jej ejtisowym wcieleniu C4.


4. Music Man StingRay 5


Ten śliczny egzemplarz Music Mana SR5 był na sprzedaż na forum BassChat - konkretnie tu: http://basschat.co.uk/topic/44707-musicman-stingray-5-string-3eq-bass/


Najbardziej znane brzmienie Music Mana z lat osiemdziesiątych wychodziło spod palców jednego z moich absolutnych mistrzów - niejakiego Pino Palladino. I była to bezprogowa czwórka, która w jego rękach przepięknie śpiewała. Jednak to nie ten bas był najważniejszym modelem Music Mana w dekadzie ostrego makijażu i idiotycznych krojów spodni, tym bardziej, że powstał jeszcze w latach siedemdziesiątych. Był nim za to StingRay 5.

Po koniec lat 80. piątki stawały się coraz szerzej akceptowane. Produkowali je na mniejszą czy większą skalę Alembic, Ibanez, Pedulla, Tobias i Yamaha, pięciostrunową wersję wspaniałego Mach II zaprezentował również Wal. Natomiast to właśnie Music Man uczynił ten format naprawdę popularnym.

StingRay, dzieło wielkiego Leo Fendera, był znany już od 1976 roku, szybko stając się jednym z ulubionych instrumentów basistów na całym świecie. Był solidnie wykonany, zaś jesionowa decha z przykręcanym klonowym gryfem i klonową lub palisandrową podstrunnicą połączone z umieszczonym blisko mostka humbuckerem sprzężonym z aktywną elektroniką dawały w rezultacie charakterystyczne brzmienie doskonale nadające się do klangu, stającego się podówczas nader popularną techniką. Zaprezentowany około 1987 roku model StingRay 5 oprócz dodatkowej, niskiej struny otrzymał również możliwość rozłączania cewek w przystawce, co wpłynęło na zwiększenie możliwości brzmieniowych. Pięciostrunowy Music Man szybko zyskał ogromną popularność, stając się główną bronią w rękach tak fenomenalnych muzyków, jak mistrz Tony Levin. I to wystarczający powód, by znalazł się tak wysoko w rankingu najważniejszych basów dekady.

Czym go wozić:

Popularny amerykański bas poczuje się dobrze w popularnym amerykańskim samochodzie. Ford Taurus SW (kombi) lub Jeep Cherokee będą jak znalazł.

3. Aria Pro II SB-1000


Ten przepiękny egzemplarz Arii mieszka... na Białorusi: http://www.bassbel.com/forums/topic.php?forum=1&topic=102
Wchodzimy na podium. Tu już nie ma żartów - przed nami trzy basowe ikony tamtych lat. Basy, które zachwycają bezbłędną stylówą, jakością wykonania i brzmieniem.

Aria Pro II była flagową marką Matsumoku - japońskiego konsorcjum słynącego z produkcji świetnej jakości instrumentów. Najbardziej znaną i cenioną serią basów Arii była linia SB, zaś jej topowym modelem - legendarny SB-1000. SB to - wbrew niewesołym skojarzeniom - skrót od "Super Bass". I te basy naprawde były super: najmodniejsza podówczas konstrukcja neck-thru, doskonałej jakości drewna (skrzydła korpusu z jesionu, gryfy z klonu przekładanego bodajże mahoniem, podstrunnice zazwyczaj z palisandru), solidny osprzęt, przystawki typu humbucker - to wszystko składało się na te znakomite instrumenty. SB-1000 miała jednego humbuckera w środkowej pozycji (tzw. sweet spot) i ciekawą aktywną elektronikę z obrotowym przełącznikiem trybów działania. Znam ludzi, którzy twierdzą, że tego typu konstrukcja po prostu się nie sprawdza, jednak tu brzmienie było rewelacyjne. Wystarczy powiedzieć, że takie właśnie basy wybrali m.in. Trevor Horn (później legendarny producent) podczas nagrywania 2 płyt z The Buggles, Pete Trewavas z grupy Marillion, ś.p. Cliff Burton (po tym, jak skradziono mu Alembica) i fenomenalny John Taylor z Duran Duran.

Czym ją wozić:

Trudny wybór. Stawiałbym na szlachetnego japończyka z tamtych lat (Złomniku, pomóż!!!)... Mógłby być Mitsubishi Galant - najlepiej Lambda.


2. Status Series 2


Przepiękna rodzinka Statusów znaleziona tu: http://basschat.co.uk/topic/25170-get-your-status-graphite-basses-out/page__st__200


Gdy pisałem, że Ned Steinberger zainspirował swą konstrukcją innych twórców instrumentów, miałem na myśli przede wszystkim Statusa. Ta brytyjska firma doprowadziła koncept bezgłówkowego basu z grafitowym gryfem do perfekcji. Instrumenty owe nie tylko miały charakterystyczne, w pełni użyteczne, pasujące do wielu gatunków muzycznych i technik brzmienie, ale też - w przeciwieństwie do basów Steinbergera - świetnie wyglądały. Do gryfu z włókna węglowego były doklejane skrzydła korpusu wykonane z mahoniu, orzecha lub jesionu, z pięknymi topami z wzorzystych drewien. Pasywne humbuckery były sprzężone z aktywną elektroniką. Do tego estetyka wręcz ociekająca ejtisowym klimatem... Nic dziwnego, że na basach Statusa grali (i grają nadal) tak genialni muzycy, jak Mark King czy Guy Pratt...

Czym go wozić:

W kwestii Statusa wyłamię się ze schematu. Nie będę ładował go w angielskie bryki. Jednak samochód, którym będzie wożony, musi mieć podobny klimat i masę charakteru... Myślę, że klasyczny Saab 900 ("Krokodyl") lub Citroen CX nadałyby się doskonale.


1. Wal Mach I i II




Tak, król może być tylko jeden. I jest nim ociekający atmosferą lat 80. Wal.


Firma Wal (a w zasadzie Electric Wood) została założona w latach 70. przez Iana Wallera i Pete'a Stevensa. Od początku robili oni basy z wysokiej półki, lecz popularność przyszła na początku lat 80 wraz z fenomenalnym modelem Mach I. Miał on mahoniową deskę z topem z egzotycznego drewna i przykręcony do niej klonowy gryf z palisandrową (w wersji progowej) lub hebanową (fretless) podstrunnicą. Całość uzupełniała niezwykła elektronika: dwa autorskiej konstrukcji humbuckery połączone z aktywnymi filtrami, po jednym dla każdej przystawki. Filtry miały przełączany zakres działania poprzez pociągnięcie danego potencjometru. Wszystko to sprawiało, że basy Wala brzmiały bardzo charakterystycznie. W zdecydowanie pozytywnym tego słowa znaczeniu. Brzmienie było mocne, wyraziste i szlachetne - głównie dzięki zastosowaniu najlepszych, sezonowanych drewien. To brzmienie urzekło zmarłego na początku zeszłego roku Micka Karna - z bezprogowego Wala wydobywał dźwięki nie do pomylenia z kimkolwiek innym. Na Walach grał także Geddy Lee (zarówno Mach I jak i smuklejszy, wyposażony w 24-progowy gryf Mach II) a obecnie używają ich m.in. Justin Chancellor z Toola (głównie Mach II) i Jeff Ament z Pearl Jam (fretless). W swojej kolekcji bas tej szlachetnej marki ma też Paul MacCartney - jest to pięciostrunowy Mach II (jedyna piątka tego legendarnego basisty).

Niestety, założyciele marki już nie żyją - jednak firma po kilku latach przerwy w działaniu została zreaktywowana. W międzyczasie starsze Wale zdążyły mocno zyskać na wartości - ich ceny są aktualnie astronomiczne...

Wal zawiera w sobie wszystko, co było najlepsze w latach 80. - niepowtarzalną stylistykę, brzmienie i charakter pozwalający wysunąć się gitarze basowej na front. W wersji Mach II jest do tego jednym z najpiękniejszych instrumentów, jakie kiedykolwiek powstały. Dlatego musiał znaleźć się na czele tego zestawienia.

Czym go wozić:


Najlepszy bas zasługuje na najlepszy transport. Lub przynajmniej odpowiadający jego charakterowi. Dlatego woziłbym go Jaguarem XJS, Daimlerem Sovereign... czy choćby nawet Rollsem. Jest tego wart.

Dobranoc.

sobota, 17 listopada 2012

Ogłoszenia parafialne: PIĘKNE, PRESTIŻOWE PACZKI DLA KONESERA!

Szalom.

Bywa tak, że basista opiera swój budżet na konkretnych wykonach, po czym okazuje się, że - jak to zazwyczaj bywa - dupa jest blada, jednego wykonu nie będzie a na drugi został zatrudniony ktoś inny, kto nie musi "normalnie" pracować i może pozwolić sobie na próby w dni powszednie przed południem. W związku z tym, stając w obliczu widma głodu, bezdomności i - co najgorsze - odłączenia internetów, basista musi wyzbyć się nieco sprzętu. Takoż i się wyzbywa.

Do zanabycia są niniejszym:

1. DMNF 1x15



Wyrób Obywatela podpisującego się jako Demanufacture, który w swym rodzinnym Lublinie robił przez pewien czas dobre paczki basowe. Niestety przestał - a szkoda.
 
Używałem jej na chałturkach i pomniejszych graniach, a nawet na jednym większym (podczas opisywanego już przeze mnie eventu w Łomży). Dała radę bez problemu.


Moc - bodajże 300 lub 400W (nie pamiętam, przepraszam - napędzałem ją 600-watowym Carvinem, którego nigdy nie rozkręcałem bardziej niż na 1/3, było bardzo dobrze), impedancja - 8 ohmów.

Jak sama (nieoficjalna - Demanu chyba nie zatytułował tego modelu oficjalnie) nazwa wskazuje, paczka jest wyposażona w jeden piętnastocalowy głośnik. Zielonego pojęcia nie mam, jaki, przykro mi. Ważne, że gada bardzo przyzwoicie. Do tego jest gwizdek - nie podłączony (z tego, co mówił Bratekr, czyli jej poprzedni właściciel, wystarczy go podpiąć, na co jednak nigdy nie miałem czasu). Z tyłu znajdują się dwa wejścia - jackowe i speakon (podpięty jest tylko jack, ale działają oba - sprawdzałem).

Paczka mimo nie podpiętego gwizdka gada bardzo fajnie - ciepło i "okrągło". Górki jest raczej niewiele, ale mimo to paka nie muli. Zagrałem na niej kilka niewielkich koncertów - sprawdziła się wyśmienicie. Dodatkowym plusem jest łatwość transportu: waga paczki jest rozsądna, rozmiar - niewielki (z łatwością wchodzi do niedużego samochodu) a taszczenie ułatwione dzięki kółkom, które sam zamontowałem.

Wady - też są. Konkretnie jedna: jakość wykończenia. Maskownica jest badziewna, obicie nierówno przycięte (widać na zdjęciu) zaś tylna klapka z wejściami i regulacją gwizdka wciśnięta a nie przykręcona. Samo pokrętło jest tak zamontowane, że lata (jako, że nie podpiąłem gwizdka, nie było potrzebne, więc zamocowałem je szarą taśmą). Jednak w obliczu bardzo sensownego brzmienia, praktyczności i ceny, o której poniżej, myślę, że te niedoskonałości są do zaakceptowania. Mi nie przeszkadzały - paczka dobrze pełniła swoją funkcję.

DMNFa kupiłem za 400zł i tyle chciałbym za niego dostać (zwiększyłem nieco wartość paki dodając kółka). Jestem otwarty na negocjacje, ale w granicach rozsądku (propozycje typu "biere za 200" będą kwitowane opętańczym rechotem).

Czym go wozić:

To mała, poręczna paczucha, więc spokojnie wejdzie na tylne siedzenie do Punto, Polo, Lanosa czy 206. Jeśli masz Nexię - wrzucisz nawet do bagażnika. Ja ją woziłem Madzią, czyli Mazdą 323, i (raz) Zuzią, czyli Suzuki SX4 - nie było problemów.
UWAGA: ze względu na to, że jestem pracującym człowiekiem i w domu bywam tylko wieczorami, raczej nie chce mi się bawić w wysyłkę. W razie zdecydowania na zakup i złożenia sensownej propozycji możemy się na to dogadać, ale przyznaję, że niechętnie. Mogę za to dowieźć paczkę w granicach Warszawy.

 2. SWR Henry the 8x8
 
To już jest konkretny sprzęt. Profesjonalny i prestiżowy niczym Pasek W Tedeiku. Henryk służył mi dobrze przez ok. półtora roku. Grałem na nim próby i koncerty z moim głównym zespołem. Wyposażony jest 8 ośmiocalowych głośników i gwizdek. Jego moc to 600W, impedancja - 4 ohmy.

Jeden z głośników został wymieniony przez poprzedniego właściciela - na szczęście nie ma to wpływu na brzmienie, które jest potężne, a równocześnie szybkie i selektywne. Tą paką można robić przemeblowania i prowadzić prace wyburzeniowe.

Henryk mieszka w twardym kejsie z solidnymi kółkami i oczywiście dorzucam to wszystko szczęśliwemu nabywcy. Niestety, oznacza to, że jest cholernie ciężki - z tego powodu wysyłka niestety nie wchodzi w grę. Paczka stoi na warszawskim Bródnie - tam możemy się umówić celem ogrania jej i (mam nadzieję) dobicia targu.

Cena, którą niniejszym wołam to 2200zł. Jednak BIORĘ POD UWAGĘ TAKŻE ZAMIANĘ na mniejszą, tańszą paczkę, najlepiej 4x10 (z Twoją dopłatą) - w sumie, takie rozwiązanie nawet bym preferował. Od paczki na zamianę oczekiwałbym szybkiego, selektywnego brzmienia. Nie chcę Ashdowna MAG, zupełnie mi nie leży jego charakterystyka. Co do innych - zawsze możemy pogadać.

Czym go wozić:

Jako, że to wielka i ciężka paka, do małego samochodu raczej nie wejdzie. Najlepszy transportem dla niej jest zespołowy bus. Kombi też będzie nie od rzeczy. Jednak do niektórych hatchbacków da się ją wbrew pozorom załadować - ja np. przewiozłem ją dwukrotnie Chaimkiem, czyli Citroenem ZX. I było dobrze.

* * *

I to wszystko, co oferuję. Zainteresowanyś?  Pisz komentarz lub maila: jarekjurek@gmail.com - odpiszę, dogadamy się.

* * *

Jutro wpis z nowej serii. Mięsny jak karkówka, którą robię dziś na obiad. Stej tjund!

niedziela, 11 listopada 2012

Basowisko: Aria

Bry.

Madzia znów stoi (wymiana akumulatora i świec nie pomogła, aktualnie głowi się nad nią mój ulubiony warsztat specjalizujący się w sushiwozach), niczym ciekawym ostatnio nie jechałem (pośmigałem jedynie Zuzią, która ponadto okazała się być świetnym koniem pociągowym), eventów motoryzacyjnych brak, zaś na ulicach debile okładają się nawzajem płytami chodnikowymi - można zatem wrócić do basów.

Basy mają to do siebie, że można czasem jakiś... znaleźć. Co prawda zazwyczaj kończy się to tym, że znajduje się również i właściciel, ale jeżeli zdarzyło mu się już bas zgubić lub po prostu zostawić go gdzieś i o nim zapomnieć (!) to zdarza się również, że jest on skłonny z takim basem się rozstać. Za niewielki pieniądz.

Było to nieco ponad 6 lat temu. Nagrywałem właśnie linie basu na pierwszą płytę, w której tworzeniu miałem okazję uczestniczyć (większość numerów nagrałem na Nexusie, z wyjątkiem jednego, nagrywanego na Malinku, zaś efekt końcowy brzmiał tak). Sesje odbywały się w nieistniejącym już studiu VIS na Woli. Po którymś dniu nagrań zajrzałem do kanciapy za reżyserką, gdzie spostrzegłem potężny, długi futerał, znajdujący się w poważnym stanie zakurzenia. Spytałem właściciela studia i realizatora dźwięku zarazem (który jest także bębniarzem, gitarzystą, dziennikarzem muzycznym i przemiłym gościem), czy to jakieś stare klawisze, na co otrzymałem odpowiedź, że w środku spoczywa... bas. Chyba nie trzeba ogromnej wyobraźni, by domyślić się, że w ok. 0,1583 milisekundy później otwierałem już ten futerał.

A w futerale spoczywało TO:


Myślę, że w tym momencie jedyną rzeczą większą od moich oczu była wypukłość w okolicach mego rozporka.

Jak się okazało, znajomy właściciela studia zostawił tam swą piękną, starą Arię Pro-II Rev-Sound Bass jakiś rok czy dwa lata wcześniej i nie zgłaszał się po nią. A jako, że budynek, w którym znajdowało się studio, był przeznaczony do rozbiórki, trzeba było coś z nią zrobić... Zaproponowałem tedy, że jeżeli właściciel Arii nie zgłosi się po nią, ja to zrobię - i, rzecz jasna, będę gotów zwrócić prawowitemu właścicielowi jego własność w dowolnym momencie.

Niestety, zgłosił się.

Jednakże basu nie odebrał.

Aria trafiła do piwnicy M. (teraz już byłego właściciela studia), gdzie leżała sobie w swym pancernym futerale, czekając na posiadacza. Zniecierpliwiony M. skontaktował się w końcu z tymże obywatelem, informując, że jest sobie pewien gość, mocno zainteresowany ewentualną transakcją. Właściciel, jak się okazało, również był zainteresowany. Wkrótce potem dobiliśmy targu.

Za 400 złotych polskich.

CZTERYSTA.

Byłem wniebowzięty. Stary, japoński bas bardzo cenionej firmy za cztery stówy! Co prawda był on mocno styrany, gniazdko było wbite do środka z otaczającym go kawałkiem korpusu, większość potencjometrów nie działała, klucze miały w planach poddać się na dniach (jeden finalnie to właśnie uczynił) zaś całość była straszliwie poobijana, ale nadal był to kawał solidnego, gatunkowego drewna. A w zasadzie kilku drewien: między zabarwione na miodowy brąz jesionowe skrzydła korpusu wklejony był gryf z klonu przekładanego bodajże mahoniem, na który została przyklejona palisandrowa podstrunnica z 24 progami. Sam gryf miał interesujące wymiary - rozstaw strun od siodełka do mostka praktycznie się nie zmieniał, co utrudniało nieco grę klangiem. Drugim utrudnieniem była bliskość gryfowej przystawki do krawędzi podstrunnicy. Jednak... w sumie nie było to problemem, gdyż, w przeciwieństwie do bardziej znanych modeli z serii SB, okazało się, że Aria RSB nie bardzo nadawała się do tej techniki. Był to rockowy bas pod palce i kostkę.

Jako, że przełączniki były ułamane, obie przystawki grały w trybie humbuckerów, przez co wiosło brzmiało dość ciemno. Nie znaczyło to, że źle - był to po prostu specyficzny sound do specyficznych zastosowań. Basik gadał, że tak powiem, oldschoolowo. Więcej było w nim lat 70. niż 80. Jednak nie założyłem nań flatów - po naprawie gniazda uskutecznionej przez p. Bogusława Poniatowskiego oraz wymaganej na gwałt wymianie kluczy, której dokonałem sam, Aria dostała nowe struny z okrągłą owijką i zaczęła odzywać się tak, jak trza.

Nagrałem na niej jedną całą płytę i 3 numery na inną - sprawdziła się wyśmienicie. Brzmiała pełnym, okrągłym, tłustym soundem, ładnie klejącym się z resztą instrumentów. Gdy tylko potrzebne było brzmienie z dawnych lat - Aria była tym basem, którego używałem. Wystarczy posłuchać tych dwóch numerów, w których została uwieczniona:

(W drugim kawałku bas wchodzi dopiero od 1:54... ale i tak warto posłuchać od początku)

Nadszedł jednak (nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni) moment, gdy potrzebowałem pieniądza. Grałem (tak, jak teraz) głównie na piątce - tak więc Aria trafiła do znajomego z forum basowego za zupełnie uczciwą (dla obu stron) kwotę. W międzyczasie, czekając na Alembica, wyposażyłem się w tzw. bas przejściowy, którym był zupełnie sympatyczny meksykański Fender Jazz V. Alembic w końcu dotarł, zaś ja doszedłem do wniosku (troszkę błędnie, swoją drogą), że dwóch progowych piątek nie potrzebuję... Okazało się wtedy, że znajomy zlecił gruntowny remont Arii, obejmujący naprawę elektroniki i (niestety) zdjęcie popękanego lakieru. O ile to pierwsze było bardzo dobrym posunięciem, wydobywającym z tego zacnego instrumentu pełnię jego możliwości, drugie wg mnie zepsuło nieco jego rasowy wygląd - lakier wydobywał piękną rzeźbę słojów jesionu, zaś brązowa bejca, która go zastąpiła była... no cóż, po prostu matowo-brązowa. I tyle. Mimo to, stwierdziłem, że tęsknię za Arią, znajomy zaś doszedł do rozsądnego wniosku, że Jazza będzie łatwiej mu sprzedać (jednym ze źródeł jego dochodu był handel instrumentami).

I w ten oto sposób Aria wróciła do mnie.


Zabieg naprawy potencjometrów i przełączników poskutkował potężnym zwiększeniem możliwości brzmieniowych. Można było grać na potężnie, dość ciemno brzmiących humbuckerach, można było wybrać tryb 1 singiel - 1 humbucker (w dowolnej konfiguracji) lub postawić na dwa single, uzyskując ostry, świetnie świetnie przebijający się sound, idealny pod kostkę, choć w wyraźnie słychać wtedy słabszy sygnał przystawek niż w trybie dwucewkowym. Dokładnie tego ustawienia użyłem nagrywając jeden numer na nadchodzącą płytę mojego głównego zespołu - płyta ukaże się wkrótce, zaś gdy to się stanie, nie omieszkam się pochwalić. Jednak była ona - ze względów w dużej mierze niezależnych od nas - nagrywana bardzo długo. Wystarczająco długo, bym zdążył Arię ponownie sprzedać - tym razem definitywnie. Jednak znów trafiła w ręce kolegi z forum (choć nie był to ten sam kolega co za pierwszym razem). Mam nadzieję, że dobrze mu służy.

Podsumowując, czyli zady i walety...

Plusy:

* rasowe, rockowe brzmienie
* po naprawie elektryki - całkiem bogate spektrum brzmień
* niezniszczalny futerał
* cena (w każdym razie tego konkretnego egzemplarza ;-) )

Minusy:

* wąski rozstaw strun na mostku nie wszystkim będzie odpowiadał
* w trybie singli przystawki mają znacznie słabszy sygnał
* mała uniwersalność

Czym ją wozić:

To stary, japoński bas, więc zasługuje na stary, japoński samochód. Najlepiej solidnego JDM-a. Niestety nie przewiozłem jej Madzią - śmigała Melodilą (czyli Clio I) i Fiestką, ale najlepszym transportem dla niej byłaby stara, jeszcze tylnonapędowa Toyota Celica. Choć nie wiadomo, czy dałoby się upchnąć do środka ten potężny futerał...

poniedziałek, 5 listopada 2012

Eventualnie: zamknięcie sezonu (plus kolejne apdejty)

Obywatele, Obywatelki, pozostałe elementy.

Dziś był pierwszy dzień w mej nowej pracy. I...

JEST DOBRZE.

Roboty jest sporo (a nawet jeszcze więcej), dużo wiedzy do przyswojenia, wyszedłem z kwadratową głową... ale ta robota przynajmniej ma sens. I, co najważniejsze, atmosfera jest świetna, a wręcz wysoce satysfakcjonująca. Ogłaszam niniejszym koniec ery nienawiści do wykonywanego zajęcia. Howgh.

Ponadto dodałem kolejne próbki dźwiękowe - tym razem we wpisie o Malinku. Jeśli ktoś chce usłyszeć, jak kaleczę fretlessa, serdecznie zapraszam.

A teraz pora przejść - cytując klasyka - do adremu.

Jadąc wczoraj do Czcigodnej celem oddania jej Zuzi (Madzia nadal stoi, cierpiąc na zgon świec, które wymienię jutro za pomocą świeżo zakupionego klucza), zaobserwowałem skręcającego w al. Zieleniecką pięknego, czerwonego Lotusa Esprita za którym, niczym kurczęta za kurą, podążały trzy klasyczne Miniaki. Otarłszy ślinę z pyska natychmiast udałem się ich śladem. Wesoła brytyjska gromadka zaprowadziła mnie wprost pod Narodowy Koszyk Na Jajka, gdzie stało już sporo smakowitej, leciwej blachy. Okazało się, że tego dnia miało miejsce zamknięcie sezonu zacnego klubu Youngtimer Warsaw.

Nie mogłem zachować się inaczej, jak tylko wyjąć aparat i dokonać obfocenia.

Liczna reprezentacja Malczanów. Basów bym nimi raczej nie woził, chyba, że Steinbergera, który jest abominacją.
Tym już mógłbym wozić sprzęt...

...tylko musiałbym wykombinować jakąś plandekę.
Muszę przyznać, że urodziwy to egzĘplarz.
Tak mógłbym wozić paczkę. Ale raczej nie Henryka. Po pierwsze nie dałbym rady go tam wtaszczyć, po drugie zaś bagażnik dachowy mógłby nie wytrzymać.
Ależ one piękne. Obie.
Prześliczny egzemplarz, jeździłbym. Podobają mi się dużo bardziej od 125p.
"1000 Małych Błędów"
Prestiż.
Jeszcze większy prestiż.
Takiego Opla to ja rozumiem. I poproszę. W tym kolorze.
Za tym jechałem.

Za tym akurat nie.
Najbardziej krwisty blaszany befsztyk zlotu. V8, RWD i rama. Poproszę.

Yes, you're under arrest for being too awesome.
2 tony amerykańskiego żelaza na tle Koszyka Narodowego.
Stary, 3-drzwiowy Accord (tak, Honda Accord HATCHBACK, 3-DRZWIOWY). W automacie. I w absolutnie przepięknym kolorze. Mój ulubiony eksponat całego eventu.
Cudna Celica, prawdziwe japońskie mięso.
Portret zbiorowy na tle narodowym

Spędziłem tam może ze 20 minut, maksymalnie pół godziny... A i tak jadąc oddać Staruszce Zuzię czułem się odwodniony z powodu obfitego ślinotoku. Czekam niniejszym na otwarcie kolejnego sezonu.

Dobranoc się z Państwem.

czwartek, 1 listopada 2012

Zmarło się


Siedzi muzyk i rozmyśla:
Mozart nie żyje... Chopin nie żyje... Hendrix nie żyje... Pastorius nie żyje... Zappa nie żyje... Mercury nie żyje... A i ja coś się słabo czuję...

Z okazji Dnia Nieboszczyka dokonały żywota trzy artefakty (a w zasadzie sześć): akumulator, świece (cztery) i monitor od komputera stacjonarnego. Co prawda udało się zdobyć monitor zastępczy (bardzo dobry, swoją drogą) i na własny możemy z Wybranką odkładać w swoim tempie (czyli ok. 72 grosze miesięcznie), ale z akumulatorem i świecami nie jest już tak łatwo, przez co Madzia stoi i marznie, a ja celem dostania się ze sprzętem na miejsce wykonu muszę korzystać z uprzejmości kolegów... Nieutulony w żalu wystawiam niniejszym kapelusz celem zbiórki niezbędnych walorów finansowych. Mogę nawet coś zagrać na basie - jeśli chcecie, żebym przestał, wrzućcie pieniążek.

Tymczasem udało mi się odkryć kilka zawieruszonych w meandrach ewolucji próbek moich basów, które radośnie wrzuciłem na SoundClouda i uzupełniłem nimi wpisy dotyczące danych instrumentów. Jak na razie wgrałem próbki Alembica i Jazza - na Malinka i Yamahę przyjdzie czas. W swoim czasie.

Poza akumulatorem i świecami przyszło mi pożegnać jeszcze jeden aspekt mego dotychczasowego żywota - jednak tym razem z nieskrywaną radością. Otóż wczoraj, czyli w środę 31.10.2012, o godzinie 16, po raz ostatni wyłączyłem system automatycznego wybierania numerów (tzw. "predictive"), zdjąłem słuchawki z głowy, wstałem i wyszedłem. W związku z powyższym ogłaszam wszem i wobec: zrobię wszystko, co w mojej mocy, by już nigdy, przenigdy nie wrócić na słuchawkę. To najbardziej niewdzięczna, kretyńska, bezsensowna praca, jaką miałem nieprzyjemność się parać. Do tego skandalicznie nisko płatna, nie wspominając już o nieakceptowalnych warunkach zatrudnienia. Dlatego też, mimo, że ostatni projekt, na którym pracowałem, był całkiem znośny (przede wszystkim nie była to chamska sprzedażówka), zakraczę niczym kruk Edgara Allana Poe: NEVERMORE! KRRRAAA!!!

Przede mną coś dużo ciekawszego, w sympatycznej atmosferze i na dużo lepszych warunkach. Niby dla kogoś, ale jednak na własny rachunek. Tak - zakładam działalność gospodarczą. Firma BassDriver wyraża gotowość do świadczenia usług różnorakich. No, w każdym razie gdy tylko dostanę regon...

Tymczasem wracam do czczenia Dnia Denata za pomocą arii oskrzelowej.

Do najbliższego.



czwartek, 25 października 2012

Pojeździwszy: Zuzia

Witam Szanowne Państwo w ten piękny, ciepły wieczór.

Jak już ongiś wspomniałem, zdarza się, że niezmotoryzowany basista ma Bliską Rodzinę od której może czasem pożyczyć wehikuł. Będąc basistą nie bardzo ma jak się zrewanżować za pomocą sympatycznej wziątki (czyt. flaszki wypełnionej odpowiednim procentem), może jedynie (a wręcz powinien) przed oddaniem podtankować pojazd do poziomu zastanego. Może też jednak - gdy pojawi się po temu okazja - zrobić coś, co nie wymaga wkładu finansowego, a jedynie odrobiny czasu i orientacji w temacie. Coś, co zrobiłem i ja.

Otóż moja Czcigodna Staruszka jeździła przez 7 lat opisywaną już swego czasu przeze mnie Fiestką. Jeździła ze sporym ukontentowaniem, wynikającym z przyjemnych walorów trakcyjnych i bardzo satysfakcjonującej niezawodności. Jednak Fiestka miała jedną wadę, polegającą na całkowitym braku jakiegokolwiek wyposażenia. Czcigodnej przez lata to zbytnio nie przeszkadzało, ale od pewnego czasu licho (czyt. ja) podszeptywało jej, że swą ciężką, solidną pracą zasłużyła na coś extra. Jakiś dodatkowy bajerek, ponadnormatywną dawkę komfortu mogącą ucieszyć ją nieco na stare lata... I tak oto rozpoczęły się poszukiwania godnego następcy Fiestki.

Założenia były proste: nie więcej niż 5 lat i 60-70 tysięcy przebiegu, benzyna (diesel przy robionych przez Czcigodną przebiegach ma sens porównywalny z tłuczeniem komarów łopatą), radyjko i klima, wszystko za kwotę nieprzekraczającą ok. 35 tysięcy złotych polskich. I miał absolutnie nie być srebrny ani szary (moja rodzicielka ma podobny do mojego stosunek do tych kolorów, tak ukochanych przez nasze wąsate, oglądające Familiadę i nietolerujące jakiejkolwiek oryginalności społeczeństwo). Zacząłem tedy intensywnie przeglądać ogłoszenia i podsyłać Staruszce coraz to nowe propozycje. Wybór okazał się być spory, jednak szybko znalazł się faworyt: kilkuletnie Suzuki SX4, najlepiej z napędem na 4 koła. Oczywiście rozważaliśmy inne opcje, umawialiśmy się w salonach, gdzie porywaliśmy różne modele na jazdę próbną - była Kia Venga (nawet przyjemna), był Nissan Note (zaskakująco fajny, szczególnie jeśli chodzi o pozycję za kierownicą), oglądaliśmy Mazdę 3 poprzedniej generacji, ale Suzuki, które oczywiście też przetestowaliśmy, coraz bardziej umacniało się na pozycji lidera. Miało w sobie pierwiastek fajności, którego nie posiadały inne propozycje. Jednak wspólnie doszliśmy do wniosku, że jeśli SX4 to na pełnym wypasie, koniecznie z napędem 4x4. Po pierwsze nie ma sensu kupować samochodu z podwyższonym zawieszeniem i napędem tylko na jedną oś, po drugie zaś po jednej z jazd próbnych okazało się, że wersja przednionapędowa jest nieco inaczej zestrojona. A konkretnie - dużo sztywniej. Co prawda przejechałem się tym egzemplarzem jedynie w roli pasażera, ale to wystarczyło, by po zrobieniu kółka po uliczkach Zacisza moje nerki na dłuższą chwilę zamieniły się miejscami z wątrobą. Na szczęście Czcigodna też w każdej niemal wolnej chwili błąkała się po internetach w poszukiwaniu wymarzonego jeździdła... I oto znalazło się: prześlicznie utrzymane Suzuki SX4 4x4 z benzynowym silnikiem 1.6, w topowej wersji wyposażeniowej (łącznie z dupogrzałką i systemem bezkluczykowym) i w przepięknym rudym metalicznym kolorze. Staruszka rzecz jasna zakochała się natychmiast. Umówiła się od razu ze sprzedającą - niestety akurat wtedy nie mogłem jej towarzyszyć, więc zabrała ze sobą mojego dobrego znajomego, który niejeden już samochód kupował... i okazało się, że to jest właśnie to auto.

W ten sposób Zuzia (no bo jakże by inaczej nazwać dość damskie z charakteru Suzuki?) zamieszkała z Czcigodną Staruszką.


W międzyczasie Fiestka (z odrobiną mojej pomocy) szybko znalazła nowego właściciela. Trochę było smutno - służyła świetnie przez 7 lat - ale nastał czas, by Zuzia zajęła jej miejsce.

Wkrótce potem zanabyłem Chaimka, co Rodzicielka przyjęła z ulgą, gdyż raczej nie za bardzo uśmiechało jej się dzielić jej nowym ukochanym maleństwem z kimkolwiek, nawet z Pierworodnym. Chaimek służył mi... tak, jak mi służył (choć wciąż wspominam go z rozrzewnieniem i dostaję ciężkiego ataku nostalgii na widok każdego ZX-a) aż w końcu przestał. I gdy któryś raz z rzędu stanąłem w drzwiach Czcigodnej z miną Kota ze Shreka, w końcu zmiękła.

Pierwsza rzecz, do której musiałem odrobinę przywyknąć to... wyposażenie. Klima (bardzo wygodny wynalazek, również zimą, gdy przydaje się do szybkiego odparowania szyb), sterowanie radiem z kierownicy, podgrzewanie zadu - to wszystko bardzo fajne rzeczy, w przeciwieństwie do idiotycznego systemu bezkluczykowego. Otóż by otworzyć Zuzię nie trzeba wrażać jej kluczyka w służący ku temu otwór. Wystarczy mieć go (kluczyk, nie otwór) np. w kieszeni i wcisnąć mały przycisk znajdujący się w klamce, by auto stanęło dowolnie wybranym otworem. Pozornie wygodne, ale tylko wtedy, gdy jedziemy w pojedynkę. Gdy trzeba otworzyć pozostałe drzwi lub bagażnik, trzeba przycisk wdusić ponownie - jednak należy zrobić to w odpowiednim momencie. Sekunda za wcześnie i mamy piękny koncert na alarm i (opcjonalnie, w zależności od pory doby) poirytowanych sąsiadów. Przy czym alarm jest uparty i nie chce się zazwyczaj wyłączyć przy pierwszym wciśnięciu odpowiedniego guzika na pilocie, który trzeba jeszcze w międzyczasie wygrzebać z kieszeni (czy torebki, jeśli jesteśmy kobietą)...



Na szczęście gdy już dostaniemy się do środka humor natychmiast się poprawia, nawet mimo kiepskiej jakości tworzyw użytych we wnętrzu. Miejsca jest mnóstwo, kabina jest wygodna i ergonomiczna. Z tyłu też siedzi się bardzo dobrze - wątpię, by komukolwiek było tu ciasno. Dodam, że ze Staruszką mieszka Dziadek - człowiek dalece posunięty w leciech (rocznik 1924) i, niestety, z wynikającymi ze swego bardzo szacownego wieku konsekwencjami zdrowotnymi. Jasne jest więc, że do wysokiego samochodu, nie wymagającego mocnego schylenia się przy wsiadaniu, gramoli mu się znacznie łatwiej. W takim przypadku (i nie tylko) jest to ogromna , nie do przecenienia wręcz zaleta. Niestety, przestrzeń dotyczy tylko kabiny. Projektanci Suzuki w dbałości o dobre warunki dla pasażerów zapomnieli o ich bagażach... Bagażnik jest po prostu mały. Co prawda odznacza się sporą głębokością, jednak jest krótki i wąski. Owszem, wchodzą do niego zakupy, można też wrzucić do niego torbę na weekendowy wyjazd, ale to w zasadzie tyle. O wciśnięciu tam standardowej wielkości basu można zapomnieć. Na domiar złego po złożeniu dzielonego oparcia tylnej kanapy powstaje duży stopień utrudniający załadunek większych bambetli. Można co prawda złożyć siedzenie "na dwa razy" - po pociągnięciu zawleczki całość wędruje pionowo do przodu i przytula się do oparcia przedniego fotela - ale wtedy użyteczna przestrzeń jest krótsza. Coś za coś.


Graty (jakimś cudem) załadowane, sempiterna wygodnie usadzona na komfortowym, podgrzewanym fotelu - można ruszać.

Do prowadzenia Zuzi także musiałem się troszkę przyzwyczaić - przede wszystkim ze względu na dużo wyższą pozycję siedzącą niż w "standardowych" konstrukcjach. Na szczęście oznacza ona również bardzo dobrą widoczność, nawet mimo niefortunnie ukształtowanych przednich słupków z wklejonymi weń dodatkowymi szybkami, które przeważnie niewiele dają. Do tyłu widoczność jest już słabsza, co daje się we znaki głównie przy wyjeżdżaniu tyłem z miejsca parkingowego na ulicę - ale niestety jest to specyfika 99% współczesnych samochodów. Poza tym - przywyknąć było łatwo: auto prowadzi się lekko i przyjemnie (może nawet troszkę za lekko - o ile cenię sobie wynalazek zwany wspomaganiem kierownicy, o tyle wolę mieć odrobinę więcej czucia tego, co dzieje się z przednimi kołami; pod tym względem Fiestka była idealna), mimo znacznej wysokości nie przechyla się zanadto i dobrze trzyma się drogi. Zapewne jest to częściowo zasługą innej cechy SX4, która jest (według mnie) jednocześnie jej wadą: dość sztywnego zawieszenia. Nie jest ono aż tak niedorzecznie twarde jak w wersji przednionapędowej (przynajmniej takie było w egzemplarzu, który przetestowaliśmy), ale i tak komfort jazdy po naszych "cudownych" drogach jest dość ograniczony. To, że można to zrobić lepiej, po raz kolejny udowodnił Ford - Fiestka była jednym z najlepiej prowadzących się samochodów, którymi jeździłem, a na brak komfortu trudno było w niej narzekać. Zuzia nie góruje też nad Fiestą osiągami, mimo ponad 30 KM różnicy na korzyść tej pierwszej. Jednak tutaj łatwo o sensowne usprawiedliwienie: SX4 jest sporo większe i cięższe. Co ciekawe, zużycie paliwa też okazało się być zbliżone - pamiętając o podstawowych zasadach tzw. eco-drivingu (co nie oznacza bycia zawalidrogą) można utrzymać je na zupełnie akceptowalnym poziomie nieco ponad 8 litrów na 100 km w mieście i ok. 6 w trasie. Jeśli chodzi o dołączany napęd na 4 koła, działa on przyzwoicie - sam nie miałem okazji go sprawdzić, ale Czcigodna już to zrobiła, dojeżdżając na działkę przy kiepskiej pogodzie. Napęd tylnej osi odłącza się co prawda przy prędkości 40 km/h, ale do swych podstawowych zastosowań wystarcza w zupełności.

Tak czy inaczej - Czcigodna Staruszka jest bardzo zadowolona. Zuzia okazała się być bardzo przyzwoitym, niezawodnym autkiem, które przez ok. półtora roku eksploatacji nie sprawiło żadnych problemów. I nie wygląda na to, by miała sprawiać jakieś w przewidywalnej przyszłości - wg statystyk jednej z niemieckich instytucji zajmujących się statystykami awaryjności samochodów (nie pamiętam już jednak, czy był to ADAC czy Dekra) Suzuki SX4 jest najbardziej niezawodną konstrukcją w swojej klasie. Ja jednak... trzymam się Madzi.



Podsumowując, czyli zady i walety:

Plusy:

* bardzo przestronna, wygodna kabina
* niezawodność
* przyzwoita skuteczność w lekkim terenie (podwyższone zawieszenie + dołączany napęd 4x4)
* bogate wyposażenie

Minusy:

* mały, niepraktyczny bagażnik
* zdecydowanie zbyt twarde zawieszenie
* twarde, nieprzyjemne plastiki we wnętrzu
* beznadziejny system bezkluczykowy

Co nią wozić:

Na to pytanie odpowiedzieć najtrudniej. Sam co prawda woziłem Zuzią Alembica, Yamahę, Jazza i Malinka, ale... tak naprawdę nie jest to samochód dla basisty. W cenie 30-35 tysięcy jest mnóstwo praktyczniejszych, bardziej dostosowanych do potrzeb muzyka propozycji. Nie zrozumcie mnie źle - Suzuki SX4 to bardzo przyzwoite, sympatyczne i niezawodne autko, świetnie sprawdzające się na co dzień, ale relacja kosztów do możliwości przewozu gratów jest słaba. Jeśli zatem masz dużo kasy (co raczej jest mało prawdopodobne jeżeli jesteś basistą), zapewne już masz praktyczne, pojemne jeździdło, do którego ładujesz swój sprzęt. Sprezentuj zatem SX4 swej Ukochanej - będzie zachwycona jego sympatyczną mordką, przestronnym wnętrzem, bezawaryjnością i łatwością prowadzenia. I będzie mogła wozić nim ciebie, gdy nadużyjesz na imprezie. Pamiętaj jednak, by wybrać egzemplarz bez systemu bezkluczykowego.

EDIT 9.06.2015

Prawie 3 lata później - Zuzia nadal jest w tych samych rękach. I nadal sprawuje się bez zarzutu, choć wygląda na to, że kończy się sprzęgło. W ostatni weekend zrobiłem nią nieco ponad 400 km i mogę potwierdzić to, co napisałem wcześniej, z dwiema uwagami:

1. Do fotelika w nieco podwyższonym aucie bardzo łatwo ładuje się dziecię, co może częściowo tłumaczyć popularność SUV-ów i crossowerów.
2. Zawieszenie nie jest po prostu twarde. Ono jest skandalicznie twarde. Będąc zmuszonym pokonać trochę dróg słabszej jakości (a także leśnych ścieżek) stwierdzam, że jedynym elementem resorującym w SX4 są opony.

I jeszcze jedno. Gdyby Czcigodna zechciała sprzedać Zuzię, miałaby kłopot z przekonaniem nabywców, że w 9-letnim aucie przebieg nie sięgnął nawet 100 tysięcy...