niedziela, 23 czerwca 2013

Basista apeluje

I oto niedzielny wieczór nam nastał a ja siedzę i piję Tullamore Dew (irlandzka whiskey <3) zamiast tworzyć.

Obiecałem wcześniej pełnotłusty wpis - niestety eventualność, której miał dotyczyć, została przesunięta na inny termin, w związku z czym wpis też został przesunięty. W międzyczasie odbędzie się inna eventualność, tym razem basowa, z której sprawozdanie przedstawię niezawodnie. Ale to za tydzień.

Tymczasem na początku kończącego się właśnie tygodnia Madzia zawiozła mnie do Zamościa i z powrotem. Jej skromne 73 KM wystarczyły, by podróż (poza staniem w zaczopowanym na sztywno Lublinie) nie była zbytnio męcząca. Generalnie - licznik tyka, rdza chrupie nadkola a Madzia jeździ niezawodnie. Nie mam co prawda zdjęć z Zamojszczyzny ani z malowniczej drogi w jedną czy drugą stronę, ale mam fotki strzelone na Okęciu, gdzie lubię czasem zajrzeć i popatrzeć na unoszące się w powietrzu tony żelastwa. Są ładne i bez sensu (zdjęcia, nie tony żelastwa), dlatego też niniejszym  je wrzucam.




A teraz - hucznie zapowiadany apel:

Jeżeli ktoś z Was - czytaczy - dysponuje Malczanem, Poldolotem, starszawą Skodziną lub innym wynalazkiem z czasów słusznie nam minionego reżimu i nie boi się udostępnić mi go do karnięcia się po dzielni i opisania, z wdzięczności i wzruszenia popłaczę się i posikam synchronicznie. Największą ekstazę wywoła we mnie Wartburg lub Trabant (w szczególności w pięknie brzmiącej wersji dwusuwowej, z dźwignią zmiany biegów tam, gdzie dzisiejsza młodzież absolutnie by jej nie szukała), ale nawet zwykły Kaszlak będzie wspaniały. Umyję do sesji zdjęciowej, podtankuję, mogę nawet odkurzyć wnętrze. Anyone?...

To samo tyczy się basiw - jeżeli ktokolwiek ma ciekawy instrument, który byłby skłonny udostępnić na próbę lub granko (ze względu na aranżacje granych dzieł preferuję piątki - i nie, nie chodzi mi o dzień tygodnia), będę srodze zobowiązany. W kwestii formy podziękowania możemy się dogadać.

Do najbliższego zatem.

czwartek, 13 czerwca 2013

Śmignąwszy: Lexus

Konnichiwa.

Jak obiecałem - drugi wpis z cyklu "Śmignąwszy" pod rząd. Albowiem śmignąłem. A śmignięcie owo było srogie. Nie będę owijał w bawełnę - zdradziłem ideały. Zakochałem się w samochodzie klasy premium-sremium, luksus, prestiż, bauns w Cynamonie i zawiść sąsiadów. Do tego w sedanie. I to w najczerstwiejszym ze wszelkich występujących w naturze i poza nią kolorów.

A był (i nadal jest) to Lexus GS 300.

Lexus i jego ukontentowany właściciel
Właściciela Lexusa znam od kilku już lat. Jest (tak jak ja) basistą, do tego (nie tak jak ja) wysokiej klasy. A i pojeździć sobie lubi. A jako, że propozycja pobujania się po dzielni, powzbudzania szacunku  ludzi ulicy i szyjoskrętu nadobnych dziewic wyszła od niego, nie mogłem odmówić.

Pierwsze wrażenie jest dość oczywiste: spore bydlę. Jednak owa sporość nie sprawia wrażenia ociężałości - sylwetka owszem, jest dość masywna, ale jednocześnie dynamiczna, nie tracąc przy tym nic z elegancji. Ci, którzy twierdzą, że japońskie żelaza nie mają charakteru, powinni dobrze przyjrzeć się tej generacji GS-a. Spojrzenie na pierwszą serię IS też byłoby nie od rzeczy. Tak czy owak - ten samochód wygląda dobrze. Same jego proporcje z długą maską, krótkim przednim zwisem i nieco wydłużonym tylnym wyraźnie dają do zrozumienia, które koła zwijają asfalt. Po 15 latach od wyjechania z fabryki Lexus nadal wygląda dobrze.

Trzeci stop mocowany nieśmiertelnym power tape'em do spoilera - odrobina złomnika w klasie premium
W środku zaś...

W środku jest jeszcze lepiej.

Przyznaję bez bicia - nie, nie siadałem z tyłu. Nie wiem, ile jest tam miejsca na nogi. Wiem tyle, że na kanapie spokojnie mieści się paczka 4x10. Ja jednak wolałem przód. A konkretnie miejsce kierownika. I wierzcie mi - jest ono świetne. Fotele są cudownie wygodne, deska rozdzielcza wygląda świetnie, do tego jest czytelna (umieszczone w osobnych tubusach, jasne, podświetlane na bladozielony kolor tarcze zegarów - nie cyfry a tarcze! - są fantastyczne), użyte materiały nie budzą wątpliwości w samochodzie z jakiej półki się znajdujemy a wszystko łącznie roztacza aurę niezwykłej solidności. Generalnie wnętrze ma w sobie coś ze starszych Mercedesów - solidność, jakość, świetna ergonomia, komfort... Do tego hamulec postojowy uruchamiany i zwalniany jest w mercowaty sposób: "zaciąganie" przez wciśnięcie lewą nogą pedału ukrytego niedaleko drzwi kierowcy, zwolnienie przez pociągnięcie za rączkę po lewej stronie deski rozdzielczej. Jak w Baleronie. A wyposażenie - automatyczna klima jest tu oczywistością, tak samo, jak świetny zestaw audio, automatyczna skrzynia była seryjna... ale kto z Was widział ekran dotykowy sterujący radiem i kilkoma innymi funkcjami w samochodzie z 1998 roku?! A tu - jest! Niestety, nie lubię ekranów dotykowych. Ale chrzanię to - wnętrze jest genialne.

A to jak ten wehikuł jeździ to już jest po postu bajka.

Rzędowa trzylitrowa "szóstka" o mocy 222 KM (według innych źródeł - 228) pracuje gładziutko, automat zmienia biegi bez szarpnięć, wspomaganie kierownicy działa w naturalny, "mięsisty" sposób... Ten samochód relaksuje. Wszystko się zgadza, wszystko jest takie jak trzeba. Nie ma potrzeby butowania na każdych światłach, nie ma potrzeby udowadniania czegokolwiek komukolwiek - Lexus tak właśnie nastraja kierowcę. To kolejna cecha wspólna z Mercedesem. Jednak gdy przyjdzie potrzeba (lub ochota) nie ma przeszkód, by zatopić podeszwę w dywaniku. O TAAAK. GS 300 może i waży swoje, ale ponad 200 wolnossących koników całkowicie wystarcza do tego, by horyzont zaczął bardzo szybko się przybliżać. Tym autem można się spokojnie bujać, można też się ścigać (tylko po co), zaś wyprzedzanie w trasie zapewne jest równie sprawne i bezproblemowe co zdjęcie stanika galeriance, której obiecało się nowe kozaczki. Mimo wszystko podstawowym doznaniem jest tu komfort i poczucie solidności, czyli cechy tradycyjnie kojarzone z Mercedesem. Trudno się dziwić - auta z gwiazdą są bardzo uważane w Azji, i choć marka Lexus powstała z myślą o rynku amerykańskim, trochę azjatyckiego pomyślunku tam jest. I dobrze. Dzięki temu, w przeciwieństwie do Mercedesów z okresu postbaleronicznego, przynajmniej nic się nie zepsuje. Inną cechą przypominającą dzieła inżynierów ze Stuttgartu jest... zwrotność. To niesamowite, jak mały promień zawracania ma ta wielka kolubryna. A że do tego, mimo standardowego VSC (to takie ESP po lexusowemu), można, gdy się zechce, majtnąć radośnie kuperkiem...

Powiedzmy sobie szczerze: jazda Lexusem jest zwyczajnie zachwycająca. Do tego, jak się okazuje, nie rujnuje też kieszeni. Części są dużo tańsze, niż wieść gminna niesie - przednie wahacze to łącznie wydatek ok. 500zł. Zresztą była to jedyna rzecz, która wymagała ingerencji. Wkrótce dojdzie druga - tarcze hamulcowe, które już dają o sobie znać. Ponadto ten konkretny GS został swego czasu wyposażony w instalację LPG. Było to jakieś 10 lat temu. Ewidentnie instalacja jest dobrej jakości i została założona w porządnym warsztacie, gdyż nie sprawia żadnych problemów. Dzięki niej przebycie 100 km w trasie (tak przeważnie eksploatowany jest inkryminowany egzemplarz) kosztuje ok. 27 zł. Jednak wiąże się ona z jedną wadą: koło zapasowe musiało wywędrować do bagażnika, zajmując spory jego fragment.

Właśnie - jak z najważniejszym walorem samochodu basisty, czyli miejscem na sprzęt? Otóż... jest nieźle. Ale do czasu.


Bas w usztywnianym pokrowcu wchodzi bezproblemowo. W twardym futerale - podobno też, i patrząc na szerokość bagażnika wierzę na słowo. Pod basem, obok koła, można zmieścić np. głowę w racku 3U - a i jeszcze zostaje nieco miejsca w głębi. Niestety, problem powstaje, gdy mamy więcej instrumentów... lub większą paczkę. A oparcie się w Lexusie nie składa... Basy można co prawda wrzucić na tylne siedzenie - ale wtedy z umieszczeniem tam nawet niewielkiej paczki będzie problem. Można wszystkie basiwa przenieść na kanapę a pakę zalogować do bagażnika - ale wtedy trzeba zostawić w domu koło zapasowe. A jeżeli mamy lodówkę Ampega to niestety leżymy i kwiczymy, popuszczając pod siebie z żalu...

I właśnie dlatego ten świetny, genialnie się prowadzący, cudownie komfortowy, fenomenalnie niezawodny i do tego niedrogi w eksploatacji samochód jest aktualnie na sprzedaż. Właściciel stwierdził, że jednak bez kombiaka ani rusz. Kupcie zatem Lexusa... zanim okradnę kogoś lub znów zapożyczę się jak idiota i pobiegnę w kasą w zębach, przymykając oko na znienawidzony przeze mnie kolor.

Podsumowanie, czyli zady i walety...

Plusy:

* rewelacyjny komfort
* świetne osiągi
* niezawodność i trwałość
* spory, szeroki bagażnik (o ile nie wozimy tam koła zapasowego)
* niewysokie koszty eksploatacji (ceny części - niższe niż można się spodziewać, silnik świetnie znosi LPG)

Minusy:

* mała uniwersalność (dostępny tylko sedan, tylne oparcie nie składa się)
* wysoki koszt ubezpieczenia (jeśli nie masz pełnych zniżek)

Co nim wozić:

Tym konkretnym GS-em jest wożony Lakland Skyline 55-64 (5-strunowy Precel), stara japońska kopia Jazza (nie pamiętam czy Greco czy Tokai czy inna fajność) i - niestety - Music Man Bongo. Ja bym nim woził... moje basy. I Yamahę TRB-6 JP. I zmieniłbym paczkę na mniejszą. Po to, by nie musieć zmieniać samochodu.

Jest genialny.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Śmignąwszy: Asteroida

Guten abend.

Jak już nadmieniłem na mym fejsikowym fąpażu, będą dwa wpisy z cyklu "Śmignąwszy" pod rząd. Powód jest jeden, do tego bardzo prosty: pośmigałem sobie i mam o czym pisać w danym temacie.

Jedźmy zatem z tym koksem.

Stosunkowo niedawno Wybranka poinformowała mnie, że za jazdę próbną ix35 w którymkolwiek salonie Hyundaia można dostać jakieś tam punkty Premium czy inne. W zasadzie nie tyle poinformowała, co zasugerowała dość jasno, że mam się umówić, gdyż punkciki, po czym, gdy nadszedł dzień i godzina, wręczyła mi swą drogocenną kartę i pokazała mi drzwi. Dlatego chcąc połączyć przyjemne z pożytecznym pochwyciłem zameldowanego w półsztywnym futerale Jazza i ruszyłem.

Tutaj powinien nastąpić opis kolejnej, drugiej już z rzędu salonowej nówki, którą sobie śmignąłem. Niestety, nie będzie go. Dlaczego? Bo nic nie pamiętam. Absolutna, totalna nijakość tego doświadczenia przesłoniła jakiekolwiek możliwości opisania go i zdusiła w zarodku wszelkie pomysły na osobny wpis. Jak jeździł ix35 z benzynowym 1.6 GDI? Nijak. Jak się go prowadziło? Nijak. Jaki był komfort? Nijaki. Jakie osiągi? Nijakie. Wrażenia z prowadzenia tego auta można porównać z bogactwem walorów smakowych kleiku ryżowego. Jedyne, co mogę powiedzieć o tym kosztującym od 71 600 zł w górę samochodzie to to, że jest w miarę niebrzydki, benzynowe 1.6 ma bezpośredni wtrysk więc zapomnij o podtlenku LPG, zaś w wersjach z silnikami o pojemności poniżej 2 litrów (zarówno benzyna jak i diesel) niedostępny jest w nim napęd na 4 koła. Doprawdy. Przednionapędowy SUV - ma to równie wiele sensu co hatchback bez możliwości złożenia tylnych siedzeń. Właśnie, jeszcze kwestia bagażnika - bas w usztywnianym, kształtowym pokrowcu wchodzi na wcisk. Jako, że tę samą cechę ma też auto, które można kupić za nieco ponad 10 tysięcy, lepiej przejdźmy od razu do niego.

Multiinterfejsowy SUV z napędem na jedną oś
Jakiś czas temu zamieściłem na tymże blogu pewien toptenik obejmujący niedrogie jeździdła zdatne dla basisty pełniącego jednocześnie zaszczytne obowiązki ojca rodziny. Na miejsce 10 załapał się niezwykle popularny u nas model - Opel Astra II w wersji kombi. A tak się złożyło, że od niedawna pod salą prób stoi sobie właśnie Asteroida drugiej generacji, z tym że nie kombiak a hatchback. W ślicznym granatowym kolorze. Ma na lewej tylnej szybie kartkę z deklaracją woli zbycia. I tąże właśnie Astrą miałem ostatnio możliwość wykonać kilka rundek po okolicy, z której to możliwości skwapliwie skorzystałem.

Astra, jaka jest, każdy widzi - niedrogi, dość prosty w konstrukcji kompakt który w Polsce jest chyba częściej spotykany niż Golf IV, z którym konkurował. W każdym razie na pewno był bardziej popularny jako nówka salonówka. Niewątpliwą zasługę miała tu cena oraz fakt, że przez pewien czas Astrę tłuczono w Polsce. Zresztą tłucze się ją nadal - przy czym jest to już kolejna, trzecia generacja zwana Classic oraz najnowsza, czwarta odsłona, charakteryzująca się masą własną sprawiającą, że automobil ów ma własne pole grawitacji.

Egzemplarz, którym miałem możliwość się karnąć był - jak już wspomniałem - w najpopularniejszej wersji nadwoziowej, którym był 5-drzwiowy hatchback. Wersja wyposażeniowa to już jednak inna bajka - inkryminowana Asteroida występowała w topowej wersji Njoy, charakteryzującej się pełnym tłuszczem. No, pełnym na 2002 rok, w którym dany egzemplarz został wypluty przez fabrykę. Tak czy owak - jest klima (manualna ale jest), jest kiera w świni, są szyby i lusterka w prądzie, czyli jakiś tam tłuszcz jest. Zawartość cholesterolu obniża brak stylowych alusków, ale nie można przecież mieć wszystkiego. Nie za tę cenę.

Na szczęście można za nią mieć całkiem przyzwoity choć może mało porywający samochód.



Ależ mam zgrabne nogi
Po zalogowaniu się za kierownicą oczom ukazuje się prosta, logicznie uporządkowana deska rozdzielcza z czytelnymi wskaźnikami. Dla tych, którzy nie jeździli wcześniej Oplami pewne rzeczy wymagają przyzwyczajenia - m. in. włącznik świateł nie jest w dźwigience tylko w pokrętle po lewej stronie kierownicy, zaś wsteczny wrzuca się jak w starszych Renówkach (tylko takimi jeździłem, w nowych może być podobnie, nie wiem), czyli pierścień pod gałką w górę, następnie dźwignia w lewo i do przodu - ale przyzwyczajenie się zajmuje jakieś 15 sekund. Mi nawet krócej, bo miałem okazję jeździć Corsą z podobnych lat. Tak czy inaczej - wszystko jest na swoim miejscu, proste, raczej niewyszukane, ale sprawiające przyzwoite wrażenie, mimo wytartej skóry na kierownicy. Miejsca jest dość, fotel jest całkiem wygodny, jedynym mankamentem miejsca woźnicy jest niezbyt wygodne umieszczenie pedałów - dość blisko siebie i wszystkie przesunięte odrobinę w prawo w stosunku do tego, do czego byłem przyzwyczajony. Ale nic to - do jednej niedogodności (zresztą niewielkiej) też idzie się przyzwyczaić. Czas sprawdzić jak to auto śmiga.

Otóż... zupełnie nieźle.

Dynamika może nie porywa, ale jest całkowicie wystarczająca do sprawnego poruszania się. Egzemplarz, którym śmignąłem, jest wyposażony w najpopularniejszy benzynowy silnik 1.6 - z braku innych oznaczeń na tylnej klapie wnioskuję, że jest to nieśmiertelna ośmiozaworowa jednostka idealna do zamontowania gazu i bujania się po taniości. Ta konkretna Asteroida gazowana nie była, ale nie widzę przeszkód, by sprezentować jej przyzwoitej jakości instalację. Oplowskie 1.6 8v prócz bezproblemowego łykania LPG charakteryzuje bajeczna wręcz oferta niedrogich zamienników i możliwość naprawy gdziekolwiek przez kogokolwiek. Nie, żebym polecał - zawsze najlepiej jechać do zaufanego warsztatu gdzie rezyduje ogarnięty mechanik - ale w razie konieczności da się. Inna rzecz, że przy rozsądnej eksploatacji (wszystkie rzeczy typu olej, rozrząd itd. robimy terminowo) taka konieczność nie powinna nastąpić długo.

Jak wiadomo jednak, samochód nie składa się tylko z silnika - warto np. przykręcić do czegoś koła, i to najlepiej nie na sztywno. Tutaj z pomocą zazwyczaj przychodzi zawieszenie. W Astrze II jest ono proste, klasyczne, wręcz banalne: z przodu kolumny MacPhersona, z tyłu - nieśmiertelna belka skrętna i sprężyny, dziękuję, dobranoc. I dobrze. Belka, póki coś nie właduje się nam w tylne koło, jest praktycznie wieczna. Bo i co może się z nią niby stać? Tak czy inaczej - mimo prostoty zawiasu Asteroida jeździ nawet przyjemnie. Zawieszenie jest dość sprężyste - wystarczająco komfortowe, by jazda po naszych "drogach" nie była torturą, a jednocześnie nieprzesadnie miękkie, dzięki czemu zakręty można pokonywać sprawnie a na długich nierównościach nie grozi choroba morska. Nie jest to może mistrz zwinności, ale pozwolę sobie przypomnieć o prostocie konstrukcji i kosztach eksploatacji. Jakieś pytania?

I jeszcze jedna rzecz, jakże ważna dla muzykanta, czyli osoby wożącej klamoty: bagażnik. Otóż jest całkiem pojemny jak na ten rozmiar auta. Można go oczywiście również powiększyć - oparcie kanapy składa się w proporcjach 1/3 - 2/3. Powstaje wtedy dość wyraźny próg - nie jest on na szczęście duży, jednak do równości powierzchni (jak w Madzi) trochę brakuje. Nie zmienia to faktu, że Astrę można nazwać praktycznym samochodem. Jasne - dla basisty (i nie tylko) najlepsze będzie kombi, ale i do hatchbacka wciśnie się bas. Zupełnie jak w Hyundaiu ix35. Tyle, że Astrę można mieć kilkakrotnie taniej.



Podsumowanie, czyli zady i walety...

Jak już napisałem - Astra, jaka jest, każdy widzi: prosta, praktyczna, niezbyt chwytająca za serce i genitalia, za to przyzwoicie wykonana, nieskomplikowana w konstrukcji i tania w eksploatacji. Do tego wystarczająco praktyczna do większości codziennych zastosowań. Po prostu - normalny samochód za normalne pieniądze.

Plusy:

* niezła praktyczność
* silnik 1.6 8v - świetnie dogaduje się z gazem, bogata oferta zamienników
* proste i solidne zawieszenie
* niskie koszty eksploatacji

Minusy:

* pospolitość (wada subiektywna)
* niezbyt wygodne rozmieszczenie pedałów
* próg po złożeniu oparcia
* bardzo takie sobie diesle (poza jednym - 1.7 konstrukcji Isuzu)

Co nią wozić:

Astrą II w hatchbacku można przewieźć sporo - może nie jest pojemna jak kombi, ale bagażnik ma całkiem pakowny. Wejdzie tam bas w półsztywnym futerale, w miękkich pokrowcach wlezą nawet dwa. Zmieści się główka, a jeżeli basy wrzucimy na tylne siedzenie powinna wejść niewielka paczka 2x10... Ja bym nią woził np. Laklanda serii Skyline. Albo Sandberga Electra. Ale Ty możesz wozić nią co chcesz - najpierw jednak trzeba ją kupić. A tak się składa, że jest do łyknięcia.

Polecam. Fajny egzemplarz.


wtorek, 4 czerwca 2013

Basowisko: Ibek Bezprożny

Dobry.

Jako, że nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni dopadło mnie życie (czyt. praca i obowiązki muzyczne), blog znów leżał sobie odłogiem, wesoło zarastając mchem. Dlatego, po skromnych trzech tygodniach, doszedłem do wniosku, że warto by było ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości coś spłodzić - oczywiście łudząc się przy okazji, że ktokolwiek to przeczyta. Temat na wpis miałem już dawno, w zasadzie od lutego, jednak chciałem zaczekać aż będę dysponował jakimś materiałem dźwiękowym. Niestety - takowym nadal nie dysponuję a napisać coś trzeba. Toteż piszę - tym bardziej, że dawno nie było nic w tematyce stricte basowej.

Najpierw jednak trzy małe dywagacyjki celem wprowadzenia w meandry mego chorego umysłu, w których po tak długiej przerwie niechybnie się pogubicie.

1. W ramach przygotowań do odbywającego się niedługo rajdu Złomnika - Lemingi w Słoikach - Wybranka, która zgodziła się być mym pilotem, zaczęła uczyć się rozszyfrowywania itinererów. W  ramach treningu udaliśmy się w ostatnią niedzielę szlakiem złomnikowego rajdu sprzed dwóch lat, prowadzącego malowniczymi zakątkami skarpy warszawskiej. Wnioski są trzy: a) nasza piękna Stolyca zawiera okolice o dość zdecydowanie wiejskim charakterze znajdujące się w odległości ok. 4 km od ścisłego centrum, b) Wybranka może wpisać sobie czytanie itenererów strzałkowych w CV, c) Madzia posiada pewne zdolności terenowe. Choć były fragmenty, które bezpieczniej (dla podwozia i nerwów) byłoby przebyć Zuzią. Albo jeszcze lepiej Niwą. Lub Łunochodem.

2. Bezczelnie korzystając z wybycia Brata w kierunku północno-zachodnim (pojechał konsumować haggis i Marsy smażone na głębokim oleju) podprowadziłem jego rower celem zapewnienia sobie taniego transportu do i z pracy połączonego z wmawianiem sobie iż uskuteczniam jakąkolwiek aktywność fizyczną. Jak na razie wniosek jest jeden: w ładną pogodę jest to bardzo sympatyczny środek lokomocji - choć, biorąc pod uwagę fakt nie występowania u mnie zjawiska zwanego "formą", nie tak szybki jak sugerują Guglmapy. Ze zbiorkomem przegrywa jedynie brakiem możliwości poczytania sobie w drodze zaś góruje pod względem braku współpasażerów i likwidacji konieczności sterczenia na przystanku, samochód natomiast pokonuje kosztami i możliwością wmówienia sobie, że zrzucam którąś tam krągłość, zaś pozostaje w pokonanym polu w kwestii możliwości słuchania radia (rower + słuchawki na uszach jest to zestaw wskazujący na terminalne bezmózgowie), komfortu i ochrony przed aurą. Wniosek - póki jest ładnie mogę postępować wedle starej znanej maksymy "jestę hipsterę, jeżdżę rowerę". Choć nie. Nie jestem chorobliwie chudy (de facto w ogóle nie jestem) i nie ubieram się w sposób, który przywodzi na myśl nazwę zespołu Cock And Ball Torture, rower natomiast nie ma ostrego koła tylko mainstreamowe przerzutki Shimano, nie jest też podrabianym holendrem, tylko zwykłym, całkiem niezłym góralem. Still, it's fun. A Brat w międzyczasie odwiedził rodzinne strony i udzielił mi i rowerowi błogosławieństwa.

Dodam tylko, że rowerem da się przewieźć jeden bas - na plecach, w miękkim pokrowcu - ale i tak w tej kwestii zdecydowanie wolę Madzię.

3. W weekend, poza ćwiczebnym przejazdem po zakamarkach tudzież wądołach, spotkała mnie jeszcze jedna przyjemność - otóż dostałem w dzierżawę klawisz. I to nie jakieś tam Casio tylko pełen tłusty wintydż pod postacią Vermony SK-86. Jest przeokrutnie usyfiony (najwyraźniej pokrowiec najpierw zgnił od środka a następnie zasechł) i nie wiadomo, czy bangla, ale jest. Jeśli da się go uruchomić (sprawdzamy czy będzie potrzebny zasilacz - not included) i wydać zeń dźwięk, będę się uczył. Bo tak. Tylko jajościsków nie założę.

Ale do ad remu, jak to mawiali Sumerowie.

Jak już napisałem pewien czas temu, w me brudne łapska wpadł bardzo sympatyczny basik - Ibanez Roadstar II fretless, rocznik '84. Ten sam rok, w którym, pacholęciem będąc pięcioletnim, usłyszawszy Radio Ga Ga w trybie natychmiastowym zostałem fanem Queen na resztę żywota mego (którego owoce aktualnie je ZUS). Basik jest czarny, niewielki, lekki i fajny. A pieniądz kosztował zaiste niewielki.

Ibek w krasie swej napodłogowej
Historię wejścia w jego posiadanie opisałem już onegdaj, więc nie będę ponownie zanudzał licznie zgromadzonej braci czytelniczej szczegółami - przypomnę jedynie, że transakcja była bardzo sympatyczna. Poprosiłbym więcej takich sprzedawców sprzętu.

O samym basiwie słów kilka.

Mój egzemplarz (jak i cała reszta tej zacnej ibanezowskiej serii) został wytworzony przez zgrabne żółte rączki w latach, gdy cała produkcja sprzętów tej słynnej marki odbywała się tam, gdzie odbywać się powinna, czyli w Japonii. W efekcie mamy instrumencik o przyzwoitej, solidnej jakości wykonania, sklecony z dobrych komponentów. Co prawda jest ewidentnie nadgryziony zębem czasu (ząb ów zostawił choćby malownicze pęknięcie wokół potencjometrów, ale najwyraźniej zostało ono zabezpieczone, gdyż nic nie ma w planach odpaść), jednak trzyma się mężnie. Zresztą nie ma się to za bardzo co rozsypywać - basik jest bardzo prosty: w lipową deskę zostały wkręcone dwa potężne pasywne humbuckery, elektronika jest również pasywna (głośność, balans i ton - 2 pierwsze gałki mają wspomnianą już funkcję push-push przełączającą cewki przystawek), do tego mamy solidny, mosiężny (chyba) mostek i polakierowany na czarno klonowy gryf z bezprogową palisandrową podstrunnicą o 24 pozycjach, zakończony śliczną symetryczną główką.

śliczna, symetryczna główka
Podejrzewam, że w oryginale Roadstar miał progi - nieliczne bezprogowe wersje, które znalazłem w internetach, nie miały linii na podstrunnicy. Tu zaś są. Bardzo wyraźne. Trudno je przeoczyć. Są na tyle wyraźne, że bas na pierwszy rzut oka wygląda jak progówka. Na drugi też. W zamian za brak wizualnego lansu mamy tu pewność, że nawet na słabo oświetlonej scenie będziemy mieć szansę trafić w dźwięk.

Właśnie, dźwięk.

Jak już napisałem, gdy tylko Ibek trafił w me niszczycielskie łapki, miałem troszkę obaw związanych z lipą, z której wystrugany został korpus. Z moich doświadczeń lipa to lipa. Wystarczy pograć na kosztującym chory pieniądz Music Manie Bongo, który wygląda jak deska sedesowa w stylu techno... i tak też brzmi. Na szczęście, jak zapewnił mnie mój dobry znajomy (wyborny basista i świetny realizator dźwięku - Alfik, pozdrawiam!), azjatycka lipa nie ma się nijak do amerykańskiej czy europejskiej (czyli tej lipnej) i charakterystyką zbliżona jest bardziej do olchy, czyli najbardziej klasycznego drewna na fretlessa. I rzeczywiście - w brzmieniu nie brakuje dolnego środka, który jest podstawowym komponentem bezprogowego brzmienia. Nie jest on co prawda tak śpiewny jak w kosztujących grube tysiące olchowych Jazz Bassach czy innych fretlessach tworzonych wedle klasycznej receptury (olcha+klon+palisander), ale brzmienie i tak przyjemnie pieści ucho. Jak to określił sam Alfik - jest to typowa "balladówka". Oczywiście pod warunkiem, że korzystamy z mostkowej przystawki w trybie... yyy... no nie wiem, który jest równoległy a który szeregowy, ale jeden z nich brzmi dużo lepiej, bardziej "okrągło", podczas gdy drugi zasadniczo nie pasuje do fretlessa - ma nieco wycięty środek i uwypukloną górkę, przez co przy użyciu obu pickupów w tym trybie mamy instrument bardzo fajnie gadający z kciuka. Jak na fretlessa, rzecz jasna. Tak czy inaczej - znalazłem optymalne ustawienie (balans 100% w stronę mostka, jeden tryb działanie przystawki, ton odkręcony na full) i trzymam się go, dziękuję, dobranoc. W ten sposób mamy właśnie balladówkę: instrument ślicznie, łagodnie brzmiący przy grze długimi, "wypuszczonymi" dźwiękami. I do tego zasadniczo go używam.

Jak na razie korzystam zeń w jednym składzie - szantowo-folkowo-chałturniczym WZM - gdyż w rockowym potrzebuję piątki, którą to funkcję pełni (jeszcze) Malinek. Ale mam już pomysły na przyszłość...


Zestaw WZM-owy na średnią scenę, czyli Carvin + DMNF 1x15 + Alembic + Ibanez
Na koniec mała ciekawostka: w zaprzyjaźnionym sklepie Pasja (polecam, Krzysztof Ibisz) pojawił się inny bezprogowy Ibanez, a konkretnie pięciostrunowa sygnaturka Garry'ego Willisa. Miałem w łapach - bardzo interesujący bas. Świetnie wykonany, z wygodnym (jak to w Ibanezie) gryfem, bardzo przydatną we fretlessie rampą biegnącą od krawędzi podstrunnicy do przestawki i z charakterystycznym soundem. Właśnie to ostatnie nie do końca mnie przekonało, ale nie ze względu na jakość tylko na charakter: jest nieco za mało fretlessowy. To - wg mnie - basówka do groovów. Ale da się na nim zagrać śpiewnie, po prostu nie w ten sposób, którego szukam we fretlessie. Generalnie - bardzo fajny bas, zdecydowanie warto mu się przyjrzeć. Tym bardziej, że - w przeciwieństwie do droższej wersji - jest do łyknięcia w zupełnie przyzwoitej cenie.


Podsumowanie czyli zady i walety:

29-letni Ibanez Roadstar II po profesjonalnie wykonanym zabiegu defretyzacji robi mnóstwo sensu: dobrze brzmi, ładnie wygląda, do tego jest lekki dzięki czemu nie masakruje kręgosłupa podczas dłuższych wykonów. Czasami brak mi w nim piątej struny, ale nie kupiłem go po to, by był uniwersalny i pokrywał całe zapotrzebowanie fretlessowe, tylko dlatego, że ma fajną ejtisową stylówę (a ja w ejtisach ostatniemi czasy siedzę ostro - Ibek nie co prawda jest Walem, ale mocno zainspirował mnie do rozgryzania genialnych partii nieodżałowanego Micka Karna z Japan), dobrze brzmi... i kosztował naprawdę nieduży pieniądz. Ale i w kwocie o kilka stów wyższej byłby godzien.

Plusy:

* bardzo fajne brzmienie, szczególnie w moim ulubionym ustawieniu
* niska masa
* wygodny gryf
* stylówa
* relacja ceny do jakości

Minusy:

* średnie przystawki
* nieco za mało szlachetnej śpiewności
* na czarnym widać paluchy

Czym go wozić:

Japończyk polubił się z Japonką, czarne dobrze komponuje się z białym, różnica wieku może spora, ale i tak jest dobrze... Tak, Madzia (dla tych, co zajrzeli tu po raz pierwszy - moja i Wybranki Mazda 323, rocznik '97) jest idealna do przewozu Ibaneza. Który zresztą w miękkim pokrowcu mieści się do jej bagażnika. Ale i tak zazwyczaj podróżuje na tylnej kanapie.

A skoro jesteśmy przy Madzi... właśnie stuknęło jej 10 tys. km pod mym zadkiem (czyli łącznie nieco ponad 217k). I jedzie dalej...