czwartek, 10 maja 2018

Basowisko: nowy, lepszy Westone

Rzadko się zdarza, bym tę samą rzecz opisał dwa razy. Zasadniczo nie ma to, prawdaż, większego sensu - po co wszak pisać o jednym i tym samym? Czasem jednak zdarza się drobny wyjątek od tej reguły (który jednakowoż niczego nie potwierdza, wbijcie sobie to do głów, wielbiciele gwałcących logikę powiedzonek). Szczególnie, jeśli ponownie opisywany artefakt nie jest już do końca taki sam.

Nieco ponad 2 lata temu stałem się posiadaczem bardzo ciekawego basiwa wyprodukowanego przez japońską manufakturę Matsumoku pod marką Westone. Zakup uznałem za nader udany - szczególnie biorąc pod uwagę relację ceny do jakości i brzmienia. No i, nie ukrywajmy, basik zwyczajnie mi się podobał.


Niestety, jak to bywa ze sprzętami za Bardzo Mały Piniondz, było z nim kilka drobnych problemów. Żaden nie był szczególnie palący, ale z jednym - dość drażniącym moją naturę estety - uporałem się dość szybko. Problemem owym były klucze. Otóż te zamontowane w moim egzemplarzu były dostosowane do rzędowej główki, podczas gdy tu mamy do czynienia z układem 2 + 2. Zakup niedrogiego, ale zupełnie przyzwoitego kompletu koreańskiej produkcji rozwiązał problem - a do tego dzięki temu uzyskałem możliwość ucinania końcówek strun już po ich założeniu i nastrojeniu, co - nie ukrywajmy - mocno skraca czas zazwyczaj dość upierdliwej wymiany.

Co nie zmienia faktu, że w obrzynie i tak zmienia się je szybciej.


Na tak oto delikatnie zmodyfikowanym Westonie grałem przez pewien czas, nawet nagrywając na nim większość wciąż niestety niewydanej płyty Amaze. Jednak jego dość ciemne brzmienie z wyraźnie stłumioną górką powoli przestawało mnie satysfakcjonować. A biorąc pod uwagę klonowo-jesionowy korpus i jasny dźwięk przy grze na sucho, winowajca był w zasadzie oczywisty: przystawka.

Oryginalny przetwornik, wkręcony w dechę Westone'a, był japońską konstrukcją mocno wzorowaną na Modelu P słynnej firmy DiMarzio. O ile jednak oryginał, choć nieco ciemniejszy w brzmieniu od klasycznych konstrukcji opartych na magnesie AlNiCo, miał trochę górnego pasma, japońska wersja brzmiała niemalże jakby bas miał na stałe skręcony potencjometr tonów. Dlatego też zapadła decyzja: wymieniamy przystawkę.

Niestety, najlepsze do klasycznego preclowego brzmienia przystawki Fendera kosztują swoje. Na szczęście istnieje znacznie tańsza, a ciesząca się bardzo dobrą opinią alternatywa - i to polskiej produkcji. Otóż w małym zakładzie mieszczącym się w Olsztynie powstają sensownie wycenione przystawki pod nazwą Merlin. I właśnie takowego Merlina postanowiłem sobie sprawić.

Aby mieć pewność, że nic nie zostanie skopane,  wymianę postanowiłem zlecić zaprzyjaźnionemu lutnikowi. Stwierdziłem przy tym, że skoro basiwo i tak będzie w jego czułych rękach, warto np. zrobić mały szlifik progów, który - biorąc pod uwagę uporczywe brzęczenie w okolicach 2 i 3 progu - powoli stawał się koniecznością. A jak się okazało podczas fachowych oględzin, konieczność była już dość mocno paląca.

Ze względu na stan progów, całość prac trwała nieco dłużej i kosztowała nieco więcej, niż  z początku planowałem. Ale efekt... efekt jest naprawdę zacny.


Przede wszystkim, co czuć nawet bez podłączania basiwa, mocno wzrósł komfort gry. Struny można opuścić dużo niżej niż dotychczas, a brzęczenie o progi pozostaje pod kontrolą. Jednak najważniejszą różnicą jest oczywiście brzmienie. Sound zrobił się dużo bardziej wyrazisty, nieco agresywniejszy. Słychać mocno zaznaczoną górkę, której tak mi wcześniej brakowało, do tego czuć silniejszy "cios" w środkowym paśmie. Uzyskałem tym samym cechy, których oczekiwałem po basie "preclopodobnym".

Zresztą... posłuchajcie sami.

Palce, odkręcony potencjometr tonów:


Palce, skręcony potencjometr tonów:


Kostka:


Kostka + przester:


Kciuk:


Tapping + chorus:


Podsumowania (czyli zad i walet) nie będzie - było już w pierwszym wpisie traktującym o Westonie. Można jedynie dodać, że dzięki wymianie przystawki znikła jedna z pierwotnych wad, czyli zbyt ciemne (jak na mój gust) brzmienie. Nadal jest to świetnie wykonany, fajnie gadający, charakterny Japoniec z wygodnym gryfem i niebanalną stylówą.

I tak, nadal wożę go Skanssenem. Choć ostatnio, niestety, dużo rzadziej, niż bym chciał. I to nie tylko dlatego, że częściej wożę fretlessa. Bo i na nim gram zdecydowanie za rzadko.