wtorek, 19 września 2017

Spacerkiem i rowerkiem: Bema pamięci, prawdaż

Status tzw. osoby poszukującej zatrudnienia ma niewiele plusów, jednak na pewno można zaliczyć do nich możliwość wyskrobania odrobiny dodatkowego czasu. Czas ten można wykorzystać na najróżniejsze sposoby - choćby na małą wycieczkę celem zgromadzenia dodatkowych materiałów na mniej lub bardziej smakowity miksior.

Dlatego też, bez dalszych zbędnych wprowadzeń, zapraszam na dalsze zwiedzanie zachodnich rejonów Warszawy. Ostatnio skończyliśmy w Ursusie - a stamtąd wystarczy skok przez tory (lub też nieco bardziej legalne skorzystanie z wiaduktu), by znaleźć się w południowej części dzielnicy Bemowo. I tę oto dzielnicę pod kątem żelaza eksplorowadzć będziem w dniu dzisiejszem.

Proszszsz.

Skryte konesowanie dziedzictwa FSO

Jakoś nie jestem przekonany do tych felg w tym przypadku. Do koloru też, choć generalnie to ładny

Save Saab, zasadniczo

Rzadki klasyk, którego nikt nie chce. CIEKAWE DLACZEGO

Krasnal ogrodowy - odmiana koneserska

Nie wiem, czy to nie jest moje ulubione Porsche

To jest pocieszne, gdy masz na podwórku 2 samochody, z czego jedno Porsche - i to nie ono ma chłodzony powietrzem silnik z tyłu

#będęgorobił

#będęjąwrastał

#będęnimjeździł

Wiem, że brzmię, jakby mnie ktoś podmienił, ale 240 bardziej podoba mi się w sedanie

XM jest idealnym samochodem na quiz pt. "wrost czy po prostu zaparkowany"

Choć Żuk też nieźle się do tego nadaje

Widoczność lvl over 9000

Zlot jaktajmerów pod Tesco

No te to akurat wolę w kombiaczu

Z tym zlotem jaktajmerów to chyba niewiele się pomyliłem

Chwilę później podjechał 300ZX, ale jego już nie zdążyłem strzelić

Widoczek z NieRajdu

Kiedyś Bety miały stylówę

Passat w liftbacku, #gimbynieznajo

Nie no, muszę się jednak zastanowić co do wcześniejszego wyznania w kwestii sedana

...nie mam komentarza. Zaniemówiłem.

Szczyt ironii? Spoiler na W123 200D.

Jakiś chwast wyrósł

Rozmnożyły się

Nie no, nawet fajnie to wygląda

Ostatnio coś więcej widuję przedliftowych 405

W Anglii swego czasu był to ponoć ulubiony pojazd do napadów i inszych przestępczych przedsięwzięć

Na koniec coś pod bardziej klasyczne gusta
Następny przystanek - Wola. Ale to już kiedy indziej.

A tym, którzy jeszcze nie wiedzą, bo np. nieumio w fejsa, przypominam - w czwartek dobre granie. W sobotę też. Przybywajta.

sobota, 16 września 2017

Multibasowisko: druga wycieczka do Torunia

Czasami pewne sytuacje wymagają zdecydowanych rozwiązań.

Na ten dany przykład - potrzeba siusiania w domu zamiast pod drzewkiem pociąga za sobą konieczność instalacji kibelka. Chęć wyjścia na spacer wiąże się z zasadnością wzucia obuwia. Tęsknota za danym brzmieniem połączona z perspektywą nagrań, na których owo brzmienie może się całkiem nieźle sprawdzić, sprawia, że sensownym staje się zakup sprzętu, z którego dany soundomierz można uzyskać.

Na przykład Jazza.

Tak - Jazza, i to spod znaku Wielkiego F, kiedyś już miałem, po czym nastąpiła spowodowana koniecznością finansową przesiadka na Precla. Też zresztą na F, tylko literki (licząc od trzeciej) były już nieco inne. Precel sprawdził się zacnie, zaś jego następca, czyli Westone, technicznie też jest Precisionem (aczkolwiek wygląda zupełnie inaczej, co zresztą bardzo mi odpowiada). Jednakże ostatnio, mimo niedawnego powiększenia stanu basowego posiadania, stwierdziłem, że czegoś mi brak w życiu (nie w rzyci): basu brzmiącego klasycznie, a jednak na tyle uniwersalnie, że da się na nim ugrać wszystko, do tego posiadającego własny wyrazisty charakter. Stało się jasne, że Dżezik jest jednak koniecznością.

A tak się złożyło, że właśnie teraz mogę.

Wiadomo natomiast, że tego typu zakupy - przynajmniej póki budżet sugeruje skupienie się na sprzętach Mejd In Dżapan - najlepiej robi się w Toruniu. Pozostało zatem załadować się w Skanssena i ruszyć w stronę województwa kujawsko-pomorskiego.

Oczywiście nie mogłem być sobą nie spieprzywszy czegoś. Tym razem spieprzenie ograniczyło się jeno do pozostawienia aparatu w domu, co zmusiło mnie do posługiwania się telefonem.


W Restauracji Gitar byłem już kilka lat temu - przy okazji zakupu wspomnianego wcześniej Precisiona. Wtedy siedziba mieściła się niejako kątem w budynku, gdzie znajdowała się jeszcze bodajże sala prób i insze przybytki. Teraz firma zajmuje robiący spore wrażenie dom na przedmieściach Torunia. I, biorąc pod uwagę bogactwo oferty oraz znacznie poszerzony (m.in. o własne, unikalne wykończenia instrumentów) zakres działań, trudno się temu dziwić.

Zresztą - po taki właśnie jednostkowo wykończony instrument jechałem. Przynajmniej w początkowym założeniu.


Niebieski Jazz z klonową podstrunnicą i pięknymi perłowymi markerami był pierwszym instrumentem, jaki wypróbowałem. Nie dziwota - wszak to z nim zamierzałem opuścić gościnny Toruń. Jednakże jego dość wysoka (choć usprawiedliwiona jakością remontu oraz samego basu) cena oraz ogromne bogactwo oferty sprawiły, że postanowiłem przyjrzeć się jeszcze paru innym opcjom.

Niektóre z nich jednak odrzuciłem a priori - wszak przyjechałem tu po Jazza, nie po bas do pudelmetalu z lat 80.


Precisiony, choć wybitnie smakowite, również nie leżały w kręgu mych zainteresowań (mam przecież Westone'a), zaś w kwestii Jazza zdecydowanie preferowałem klonową podstrunnicę.


Także basiwa typu hollowbody, choć nader zacne, nie wzbudziły mego zainteresowania. Nie dlatego, że było z nimi coś nie tak - wręcz odwrotnie, oferowane przez Restaurację egzemplarze należą do najlepszych propozycji w swej klasie cenowej, jednak ich stylówa i brzmienie nigdy mnie nie porywały. Ponadto w muzyce, którą gram, ich sound nieszczególnie by się sprawdził.


Moje postanowienie, że tylko Jazz i proszę mi dać spokój z innymi propozycjami, zachwiały się jednak, gdy zobaczyłem jedną z najpiękniejszych kopii Rickenbackera, jakie kiedykolwiejk dane mi było ujrzeć.


Niestety (a może na szczęście) egzemplarz był już sprzedany. Jednak na statywie z basami "rzeźnickimi" stał inny, niewiele mniej urodziwy japoński Rysiek.

Podłączyłem go i w trybie natychmiastowym zanieczyściłem bokserki.


Ten wykonany przez Fernandesa bas (o co chodzi z tymi japońskimi firmami i hiszpańskimi nazwami) to POTWÓR. Czyste, czterostrunowe, przesiąknięte adrenaliną, whisky i dymem papierochowym okrucieństwo. Zgadzało się w nim wszystko - poza, jak to w przypadku Ricka, uniwersalnością.

Dlatego postanowiłem ograć jeszcze kilka Jazzów znajdujących się w menu Restauracji (w tym przepiękne egzemplarze z unikalnym wykończeniem "paisley")... i podjąłem decyzję.

Jaką? O tym niedługo.

Wiem tylko, że Restaurację Gitar wciąż zdecydowanie warto odwiedzić - nawet, jeśli droga tam i z powrotem zajmie pół dnia. Jakość oferty, poziom dopieszczenia wszystkich gitar i tzw. "doświadczenie okołozakupowe" są według mnie jedyne w swoim rodzaju. Zresztą - jeśli po przeprowadzce i sprzedaży aktualnego mieszkania kościosłoniowy Rick by Fernandes nadal będzie tam stał, chyba po niego wrócę.

środa, 13 września 2017

Długodystans: Ballada o Skanssenie

No i stało się po raz kolejny.

Jak już wspominałem na fejsie, komuś ewidentnie nie wystarczyło kwietniowe oberwanie grilla. Skanssen znów stał się ofiarą jakiegoś debila, najprawdopodobniej dysponującego poziomem witaminy IQ obniżonym z ok. 75 do odrobiny powyżej p. Nijakiego (niestety nie znalazłem warzywa wystarczająco tępego, by mogło służyć za porównanie) za pomocą butelki z procentami. Ów biologiczny fenomen udowadniający, że można podtrzymywać funkcje życiowe mimo braku mózgu, uznał za stosowne up#§*dolenie Skanssenowi listwy z podszybia, wykonanie wgniotki na zagięciu blachy drzwi (NA ZAGIĘCIU! Ile trzeba było siły do tego!) oraz zarysowanie szyb w przednich i tylnych prawych drzwiach.


Brawo, gnoju. Mamusia na pewno jest zajebiście dumna.


Poza przypadkami umysłowego sqrwienia niektórych przedstawicieli gatunku homo podobno sapiens zdarzały się również inne przygody.

Jakiś czas temu pojawiły się problemy ze wspomaganiem. Pompa wyła, następnie wspomaganie zaczęło przerywać krótkimi szarpnięciami, po czym zupełnie padło. Płynu nie ubywało, więc podejrzenie naturalnie padło na zgon pompy. Okazało się jednak, że owszem, chodzi o pompę, ale nie o samo jej działanie tylko... obluzowanie jej mocowania. Otóż zwisała sobie ona dość luźno, co sprawiało, że równie luźno wisiał pasek napędzający ją. Po właściwym przymocowaniu wspomaganie zaczęło działać ponownie - i to lepiej, niż przed wystąpieniem usterki.

Nieco później obluzował się kolejny element - tym razem z drugiej strony silnika.

Jadąc pewnego piątkowego popołudnia po Młodzieża zaobserwowałem niepokojące objawy: najpierw zaczął świrować obrotomierz, następnie jęły spadać same obroty (stojąc na światłach musiałem "pompować" gaz, by nie zgasł silnik), po czym zaprzestał działania kierunkowskaz. Domyślając się, że za chwilkę będzie po zabawie, zmusiłem Skanssena by resztkami sił dotoczył się do znajdującej się nieopodal zatoczki. Traf chciał, że właśnie wtedy przechodził tamtędy niejaki LordEssex, znany czytelnikom sekcji komentarzy zarówno Poznajemy Samochody (d. Złomnik) jak i Automobilowni. Lord, będący również dumnym posiadaczem 940 (tyle, że sedana w eltekodyzlu), zajrzał wraz ze mną pod maskę i zauważył mocno obluzowany pasek alternatora. Niestety, będąc na mocnym niedoczasie, musiałem pożegnać pomocnego kolegę (pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję), po czym, nieco już spóźniony, udałem się po mą progeniturę sztuk raz per pedes. Wracając planowałem skorzystać z mego Asistąs w PeZeteMie (dzięki któremu udało mi się uzyskać dodatkowe 70% zniżki w PZU, przysługujące co najmniej ćwierćwiecznym trupom), jednak, jak się okazało, Skanssen był łaskaw uskutecznić zgon kilka kroków od... warsztatu. Pan Mechanik znalazł powód braku napięcia paska - alternator wziął był się poluzował, zupełnie, jak wcześniej pompa wspomagania. Niestety, po wspólnym przymocowaniu go i odpaleniu Skanssena z kabli okazało się, że ładowanie niby występuje, ale dalece niesatysfakcjonujące. Skanssen został tedy celem zregenerowania zdegenerowanego alternatora, ja zaś powiozłem Młodzieża w kierunku domostwa tramwajem.

Na szczęście alternator jest już zregenerowan, Skanssen zaś wciąż dzielnie służy do tego, do czego służył mi przez ostatnie dwa lata z okładem. Czyli choćby do wożenia basów - aktualnie w ilości sztuk czterech.




Zaś o tym, jak wozi się nim basy, jak dobrze skręca, ile pali i jakie ma dalsze perspektywy, mogę w końcu opowiedzieć... własnopaszcznie.

Tak - po ponad dwóch miesiącach od nakręcenia kilkudziesięciu filmików (w zasadzie to grubo ponad 100, ale finalnie do stworzenia filmidła wybranych zastało nieco poniżej 50), korzystając z chwilowego nieposiadania pełnowymiarowego zatrudnienia, wreszcie udało mi się sklecić pierwszy pełnoprawny odcinek vlogasa. Pełnoprawny nie oznacza jednak pełnosprawnego, co łatwo możecie ocenić po jakości montażu. Lub raczej jej braku. 

Ja naprawdę nie umiem w nowoczesną technikę. Ale się uczę. Powoli.

Zapraszam.



I tak, w razie pytań - muzyka jest moja. Nagrana przeze mnie za pomocą wirtualnych bębenków i wszystkich moich aktualnych basideł. Chociaż nie nagrywałem jej siedząc za kierownicą.

Ani w bagażniku.

poniedziałek, 4 września 2017

Eventualnie: ostatni balet w Norblinie

Targi bywają różne.

Może to być wielki spęd, gdzie właścicieli zmieniają sprzęty za grube cebuliony, a może być to w zasadzie bazarek pod gołym niebem, gdzie można kupić resoraka za dwie dychę a potem zagryźć go bułą z dowolnie wybraną wkładką. Może też być to połączenie tych dwóch idei, gdzie obok resoraka, były i paru naklejek znajdziesz na ten dany przykład Ferrari. Albo przynajmniej Fiata 500. I wszystko będzie na sprzedaż.

Tak właśnie było na zorganizowanej na terenie legendarnego już warszawskiego Norblina imprezy Classicauto pod niezwykle odkrywczą nazwą Classicauto Market.

Evencik zapowiadany był dość intensywnie już od pewnego czasu, w związku z czym nawet takie nieogarnięte melepety, jak ja, pamiętały, by stawić się w wyznaczonych ramach czasowych w jednym z najbardziej charakterystycznych punktów warszawskiej Woli. Oczywiście, będąc mną, nawet mimo codziennych fejsbukowych przypominajek nie udało mi się przybyć na samo otwarcie. Na szczęście jeszcze w połowie całej imprezy wciąż działo się sporo.

Całkiem przyjemnych wrażeń estetycznych  można było doznać już przed wejściem na teren dawnej fabryki Norblina.

Nie no, zdecydowanie mogłaby dołączyć do mojego zestawienia fajnych sedanów
Po przejściu przez bramę szybko skonstatowałem, że frekwencja wciąż sprawiała wrażenie zacnej  - i to mimo nieszczególnie sprzyjających warunków pogodowych.



Jednak mi, jako mizantropowi podejrzewającemu samego siebie o lekkiego Aspergera, nieszczególnie o ludność chodziło (choć spotkania z wybranymi elementami tejże były nader satysfakcjonujące). Celem wyprawy były dobra materialne - rzecz jasna nie w charakterze towarów do zakupienia (nie te zdolności finansowe, niestety), lecz pojmowane jako potencjalne źródło pieszczot nerwu wzroku. I, opcjonalnie, pożądania.

I to właśnie założenie mogę uznać za w pełni zrealizowane.

Spęd odbywał się pod znakiem Tatry. A trudno o lepszy znak. 

Kiedyś Ople potrafiły się do czegoś nadawać

Nie umiem zdefiniować tego koloru. Złocista musztarda?

Takie rzeczy dumni synowie Albionu tłukli jeszcze po wojnie. Ależ bym oglądał test łosia w jego wykonaniu. Austina, nie Albionu, rzecz jasna.

Malczan w wersji uber-rzadkiej, Syrena w wersji jak zawsze

A ja palę faję

Nadal na sprzedaż. Za 999. Jaram się nim jak Hindenburg, ale niestety priorytetem jest obecnie Jazz. Nie Honda.

Ten wzorek z boku wygląda jak taśma, od której oderwała się listwa

Gangster-elegant

Szkoda, że nie kombi. Na szczęście i tak mnie nie stać.

Strasznie kręcą mnie te oznaczenia modeli na maskach starych Peugeotów. 

Najładniejszy kolor w gamie Malucha ever. EVER.

Gdyby nie to, że pierwszy właściciel, można by było stwierdzić, że Niemiec dzwoni, by posłuchać silnika.

"Panie, posuchej pan jak równo chodzi, nicniestukanicniepuka, jedynytaki!"

Zabytkowa 500 w cenie sporo powyżej nowej. Signum temporis.

WTEM!

DRUGI WTEM!

TRZECI WTEM! Przynajmniej tak długo, jak nie zorientujesz się, że pod spodem to Opel

Dość groźny wyszczerz

MIŁOŚĆ

I wreszcie Tatry. Tutaj - żywy dowód na to, że im więcej liftów, tym smutniejszy efekt. Jak u ludzi.

Tutaj lifty nie zdążyły zepsuć niczego - a były dwa

Vzduchem chlazeny... tak, wiem, piszę to za każdym razem

Tu z kolei vzduchem chlazeny jest boxer. Czterocylindrowy. Nie wiem, jak to jest po czesku.

Posiadacz ww. boxera jest jednym z może 3 samochodów w historii motoryzacji, które dobrze prezentowały się nawet w srebrnym.

Nie wiem, ile WAD miała ta konstrukcja, ale stylówę zaliczam do zalet

Niby prościutko, ale takim czymś trza umić

O, dzień dobry, skąd się znamy?

Krul Druk opuszcza teren

Silnik z tyłu, chłodzenie powietrzem. Prawie jak Tatra. Jak mawiają Angole - close, but no cigar

Modeliki też można serwisować u najlepszych fachowców

Za plastikowego Poldka - TYSIÓNC. Za Kaszla na kabelku - PÓŁTORA. Chyba jednak wrócę po Cuore.

Znajdź niepasujący element
Niestety, przez dość późne dotarcie nie załapałem się na egzemplarz z pierwszej serii książeczki "Ale Auta". Pozostało mi zakupić dodatkowy komplet naklejek C&G. I wzdychanie, że gdybym nie był dziadem, może jednak wyjechałbym tym Cuorczakiem o złotówkę tańszym od plastikowego Poloneza z napędem na pych.

Ale, na pocieszenie, można było popieścić uszy dźwięcznym pyrkotem dwucylindrowego boxera Tatry 12.

Oczywiście vzduchem chlazonego.


Była to niestety ostatnia impreza na terenie Norblina - przynajmniej w obecnym jego kształcie. Teren ma przejść rewitalizację - i o ile słowo to brzmi nieźle (na ten dany przykład na Pradze używane jest zgodnie z założonym znaczeniem), boję się, że po zakończeniu prac klimat miejsca będzie już... no, nie ten. 

Obaczym.