czwartek, 25 października 2012

Pojeździwszy: Zuzia

Witam Szanowne Państwo w ten piękny, ciepły wieczór.

Jak już ongiś wspomniałem, zdarza się, że niezmotoryzowany basista ma Bliską Rodzinę od której może czasem pożyczyć wehikuł. Będąc basistą nie bardzo ma jak się zrewanżować za pomocą sympatycznej wziątki (czyt. flaszki wypełnionej odpowiednim procentem), może jedynie (a wręcz powinien) przed oddaniem podtankować pojazd do poziomu zastanego. Może też jednak - gdy pojawi się po temu okazja - zrobić coś, co nie wymaga wkładu finansowego, a jedynie odrobiny czasu i orientacji w temacie. Coś, co zrobiłem i ja.

Otóż moja Czcigodna Staruszka jeździła przez 7 lat opisywaną już swego czasu przeze mnie Fiestką. Jeździła ze sporym ukontentowaniem, wynikającym z przyjemnych walorów trakcyjnych i bardzo satysfakcjonującej niezawodności. Jednak Fiestka miała jedną wadę, polegającą na całkowitym braku jakiegokolwiek wyposażenia. Czcigodnej przez lata to zbytnio nie przeszkadzało, ale od pewnego czasu licho (czyt. ja) podszeptywało jej, że swą ciężką, solidną pracą zasłużyła na coś extra. Jakiś dodatkowy bajerek, ponadnormatywną dawkę komfortu mogącą ucieszyć ją nieco na stare lata... I tak oto rozpoczęły się poszukiwania godnego następcy Fiestki.

Założenia były proste: nie więcej niż 5 lat i 60-70 tysięcy przebiegu, benzyna (diesel przy robionych przez Czcigodną przebiegach ma sens porównywalny z tłuczeniem komarów łopatą), radyjko i klima, wszystko za kwotę nieprzekraczającą ok. 35 tysięcy złotych polskich. I miał absolutnie nie być srebrny ani szary (moja rodzicielka ma podobny do mojego stosunek do tych kolorów, tak ukochanych przez nasze wąsate, oglądające Familiadę i nietolerujące jakiejkolwiek oryginalności społeczeństwo). Zacząłem tedy intensywnie przeglądać ogłoszenia i podsyłać Staruszce coraz to nowe propozycje. Wybór okazał się być spory, jednak szybko znalazł się faworyt: kilkuletnie Suzuki SX4, najlepiej z napędem na 4 koła. Oczywiście rozważaliśmy inne opcje, umawialiśmy się w salonach, gdzie porywaliśmy różne modele na jazdę próbną - była Kia Venga (nawet przyjemna), był Nissan Note (zaskakująco fajny, szczególnie jeśli chodzi o pozycję za kierownicą), oglądaliśmy Mazdę 3 poprzedniej generacji, ale Suzuki, które oczywiście też przetestowaliśmy, coraz bardziej umacniało się na pozycji lidera. Miało w sobie pierwiastek fajności, którego nie posiadały inne propozycje. Jednak wspólnie doszliśmy do wniosku, że jeśli SX4 to na pełnym wypasie, koniecznie z napędem 4x4. Po pierwsze nie ma sensu kupować samochodu z podwyższonym zawieszeniem i napędem tylko na jedną oś, po drugie zaś po jednej z jazd próbnych okazało się, że wersja przednionapędowa jest nieco inaczej zestrojona. A konkretnie - dużo sztywniej. Co prawda przejechałem się tym egzemplarzem jedynie w roli pasażera, ale to wystarczyło, by po zrobieniu kółka po uliczkach Zacisza moje nerki na dłuższą chwilę zamieniły się miejscami z wątrobą. Na szczęście Czcigodna też w każdej niemal wolnej chwili błąkała się po internetach w poszukiwaniu wymarzonego jeździdła... I oto znalazło się: prześlicznie utrzymane Suzuki SX4 4x4 z benzynowym silnikiem 1.6, w topowej wersji wyposażeniowej (łącznie z dupogrzałką i systemem bezkluczykowym) i w przepięknym rudym metalicznym kolorze. Staruszka rzecz jasna zakochała się natychmiast. Umówiła się od razu ze sprzedającą - niestety akurat wtedy nie mogłem jej towarzyszyć, więc zabrała ze sobą mojego dobrego znajomego, który niejeden już samochód kupował... i okazało się, że to jest właśnie to auto.

W ten sposób Zuzia (no bo jakże by inaczej nazwać dość damskie z charakteru Suzuki?) zamieszkała z Czcigodną Staruszką.


W międzyczasie Fiestka (z odrobiną mojej pomocy) szybko znalazła nowego właściciela. Trochę było smutno - służyła świetnie przez 7 lat - ale nastał czas, by Zuzia zajęła jej miejsce.

Wkrótce potem zanabyłem Chaimka, co Rodzicielka przyjęła z ulgą, gdyż raczej nie za bardzo uśmiechało jej się dzielić jej nowym ukochanym maleństwem z kimkolwiek, nawet z Pierworodnym. Chaimek służył mi... tak, jak mi służył (choć wciąż wspominam go z rozrzewnieniem i dostaję ciężkiego ataku nostalgii na widok każdego ZX-a) aż w końcu przestał. I gdy któryś raz z rzędu stanąłem w drzwiach Czcigodnej z miną Kota ze Shreka, w końcu zmiękła.

Pierwsza rzecz, do której musiałem odrobinę przywyknąć to... wyposażenie. Klima (bardzo wygodny wynalazek, również zimą, gdy przydaje się do szybkiego odparowania szyb), sterowanie radiem z kierownicy, podgrzewanie zadu - to wszystko bardzo fajne rzeczy, w przeciwieństwie do idiotycznego systemu bezkluczykowego. Otóż by otworzyć Zuzię nie trzeba wrażać jej kluczyka w służący ku temu otwór. Wystarczy mieć go (kluczyk, nie otwór) np. w kieszeni i wcisnąć mały przycisk znajdujący się w klamce, by auto stanęło dowolnie wybranym otworem. Pozornie wygodne, ale tylko wtedy, gdy jedziemy w pojedynkę. Gdy trzeba otworzyć pozostałe drzwi lub bagażnik, trzeba przycisk wdusić ponownie - jednak należy zrobić to w odpowiednim momencie. Sekunda za wcześnie i mamy piękny koncert na alarm i (opcjonalnie, w zależności od pory doby) poirytowanych sąsiadów. Przy czym alarm jest uparty i nie chce się zazwyczaj wyłączyć przy pierwszym wciśnięciu odpowiedniego guzika na pilocie, który trzeba jeszcze w międzyczasie wygrzebać z kieszeni (czy torebki, jeśli jesteśmy kobietą)...



Na szczęście gdy już dostaniemy się do środka humor natychmiast się poprawia, nawet mimo kiepskiej jakości tworzyw użytych we wnętrzu. Miejsca jest mnóstwo, kabina jest wygodna i ergonomiczna. Z tyłu też siedzi się bardzo dobrze - wątpię, by komukolwiek było tu ciasno. Dodam, że ze Staruszką mieszka Dziadek - człowiek dalece posunięty w leciech (rocznik 1924) i, niestety, z wynikającymi ze swego bardzo szacownego wieku konsekwencjami zdrowotnymi. Jasne jest więc, że do wysokiego samochodu, nie wymagającego mocnego schylenia się przy wsiadaniu, gramoli mu się znacznie łatwiej. W takim przypadku (i nie tylko) jest to ogromna , nie do przecenienia wręcz zaleta. Niestety, przestrzeń dotyczy tylko kabiny. Projektanci Suzuki w dbałości o dobre warunki dla pasażerów zapomnieli o ich bagażach... Bagażnik jest po prostu mały. Co prawda odznacza się sporą głębokością, jednak jest krótki i wąski. Owszem, wchodzą do niego zakupy, można też wrzucić do niego torbę na weekendowy wyjazd, ale to w zasadzie tyle. O wciśnięciu tam standardowej wielkości basu można zapomnieć. Na domiar złego po złożeniu dzielonego oparcia tylnej kanapy powstaje duży stopień utrudniający załadunek większych bambetli. Można co prawda złożyć siedzenie "na dwa razy" - po pociągnięciu zawleczki całość wędruje pionowo do przodu i przytula się do oparcia przedniego fotela - ale wtedy użyteczna przestrzeń jest krótsza. Coś za coś.


Graty (jakimś cudem) załadowane, sempiterna wygodnie usadzona na komfortowym, podgrzewanym fotelu - można ruszać.

Do prowadzenia Zuzi także musiałem się troszkę przyzwyczaić - przede wszystkim ze względu na dużo wyższą pozycję siedzącą niż w "standardowych" konstrukcjach. Na szczęście oznacza ona również bardzo dobrą widoczność, nawet mimo niefortunnie ukształtowanych przednich słupków z wklejonymi weń dodatkowymi szybkami, które przeważnie niewiele dają. Do tyłu widoczność jest już słabsza, co daje się we znaki głównie przy wyjeżdżaniu tyłem z miejsca parkingowego na ulicę - ale niestety jest to specyfika 99% współczesnych samochodów. Poza tym - przywyknąć było łatwo: auto prowadzi się lekko i przyjemnie (może nawet troszkę za lekko - o ile cenię sobie wynalazek zwany wspomaganiem kierownicy, o tyle wolę mieć odrobinę więcej czucia tego, co dzieje się z przednimi kołami; pod tym względem Fiestka była idealna), mimo znacznej wysokości nie przechyla się zanadto i dobrze trzyma się drogi. Zapewne jest to częściowo zasługą innej cechy SX4, która jest (według mnie) jednocześnie jej wadą: dość sztywnego zawieszenia. Nie jest ono aż tak niedorzecznie twarde jak w wersji przednionapędowej (przynajmniej takie było w egzemplarzu, który przetestowaliśmy), ale i tak komfort jazdy po naszych "cudownych" drogach jest dość ograniczony. To, że można to zrobić lepiej, po raz kolejny udowodnił Ford - Fiestka była jednym z najlepiej prowadzących się samochodów, którymi jeździłem, a na brak komfortu trudno było w niej narzekać. Zuzia nie góruje też nad Fiestą osiągami, mimo ponad 30 KM różnicy na korzyść tej pierwszej. Jednak tutaj łatwo o sensowne usprawiedliwienie: SX4 jest sporo większe i cięższe. Co ciekawe, zużycie paliwa też okazało się być zbliżone - pamiętając o podstawowych zasadach tzw. eco-drivingu (co nie oznacza bycia zawalidrogą) można utrzymać je na zupełnie akceptowalnym poziomie nieco ponad 8 litrów na 100 km w mieście i ok. 6 w trasie. Jeśli chodzi o dołączany napęd na 4 koła, działa on przyzwoicie - sam nie miałem okazji go sprawdzić, ale Czcigodna już to zrobiła, dojeżdżając na działkę przy kiepskiej pogodzie. Napęd tylnej osi odłącza się co prawda przy prędkości 40 km/h, ale do swych podstawowych zastosowań wystarcza w zupełności.

Tak czy inaczej - Czcigodna Staruszka jest bardzo zadowolona. Zuzia okazała się być bardzo przyzwoitym, niezawodnym autkiem, które przez ok. półtora roku eksploatacji nie sprawiło żadnych problemów. I nie wygląda na to, by miała sprawiać jakieś w przewidywalnej przyszłości - wg statystyk jednej z niemieckich instytucji zajmujących się statystykami awaryjności samochodów (nie pamiętam już jednak, czy był to ADAC czy Dekra) Suzuki SX4 jest najbardziej niezawodną konstrukcją w swojej klasie. Ja jednak... trzymam się Madzi.



Podsumowując, czyli zady i walety:

Plusy:

* bardzo przestronna, wygodna kabina
* niezawodność
* przyzwoita skuteczność w lekkim terenie (podwyższone zawieszenie + dołączany napęd 4x4)
* bogate wyposażenie

Minusy:

* mały, niepraktyczny bagażnik
* zdecydowanie zbyt twarde zawieszenie
* twarde, nieprzyjemne plastiki we wnętrzu
* beznadziejny system bezkluczykowy

Co nią wozić:

Na to pytanie odpowiedzieć najtrudniej. Sam co prawda woziłem Zuzią Alembica, Yamahę, Jazza i Malinka, ale... tak naprawdę nie jest to samochód dla basisty. W cenie 30-35 tysięcy jest mnóstwo praktyczniejszych, bardziej dostosowanych do potrzeb muzyka propozycji. Nie zrozumcie mnie źle - Suzuki SX4 to bardzo przyzwoite, sympatyczne i niezawodne autko, świetnie sprawdzające się na co dzień, ale relacja kosztów do możliwości przewozu gratów jest słaba. Jeśli zatem masz dużo kasy (co raczej jest mało prawdopodobne jeżeli jesteś basistą), zapewne już masz praktyczne, pojemne jeździdło, do którego ładujesz swój sprzęt. Sprezentuj zatem SX4 swej Ukochanej - będzie zachwycona jego sympatyczną mordką, przestronnym wnętrzem, bezawaryjnością i łatwością prowadzenia. I będzie mogła wozić nim ciebie, gdy nadużyjesz na imprezie. Pamiętaj jednak, by wybrać egzemplarz bez systemu bezkluczykowego.

EDIT 9.06.2015

Prawie 3 lata później - Zuzia nadal jest w tych samych rękach. I nadal sprawuje się bez zarzutu, choć wygląda na to, że kończy się sprzęgło. W ostatni weekend zrobiłem nią nieco ponad 400 km i mogę potwierdzić to, co napisałem wcześniej, z dwiema uwagami:

1. Do fotelika w nieco podwyższonym aucie bardzo łatwo ładuje się dziecię, co może częściowo tłumaczyć popularność SUV-ów i crossowerów.
2. Zawieszenie nie jest po prostu twarde. Ono jest skandalicznie twarde. Będąc zmuszonym pokonać trochę dróg słabszej jakości (a także leśnych ścieżek) stwierdzam, że jedynym elementem resorującym w SX4 są opony.

I jeszcze jedno. Gdyby Czcigodna zechciała sprzedać Zuzię, miałaby kłopot z przekonaniem nabywców, że w 9-letnim aucie przebieg nie sięgnął nawet 100 tysięcy...


niedziela, 21 października 2012

Władcy parkingu

W ostatni poniedziałek zarysowałem Madzię. Pojechałem wieczorem na próbę, wjechałem na parking znajdujący się nieopodal, bezskutecznie szukałem miejscówki, za mną wjechały kolejne trzy samochody, których kierowcy podejmowali dokładnie takie same (i równie nieudane) próby... A jako, że parking był zastawiony dokumentnie - nie tylko wyznaczone miejsca do parkowania, ale również m.in. fragmenty trawnika - manewrowanie było wybitnie utrudnione, w szczególności zawracanie. Dlatego też próbowałem wyjechać stamtąd tyłem, i już gdy byłem tuż przy wyjeździe z parkingu, musiałem wyminąć kolejny samochód, który władował się tam w straceńczej misji, i próbując nie zahaczyć go, zahaczyłem inny... Teraz Madzia ma brzydkie wgniecenie i czerwoną szramę między lewym tylnym reflektorem a klapką wlewu paliwa zaś ja mogę pożegnać się ze zniżką na OC w przyszłym roku (niestety, będąc basistą nie dysponuję walorem gotówkowym pozwalającym na rozliczenie nieoficjalne... choć ile może kosztować polerowanie i lakierowanie małego fragmentu zderzaka, i to na niemetaliczną czerwień?). Takie rzeczy się zdarzają (szczególnie, jeśli jest się pierdołą), jednak ta by się nie zdarzyła, gdyby gość, o którego vana się otarłem, postawił swój wehikuł prawidłowo. Co natychmiast kieruje me myśli ku dzisiejszemu tematowi...

Jeden z moich pierwszych wpisów dotyczył różnych gatunków debili spotykanych na co dzień na drogach. I nie tylko na drogach - poruszyłem również tematykę parkingową. A przypomniała mi o niej nie tylko niedawna przycierka, ale również pewien misio, który na moich oczach zaparkował pod moją pracą swego Matiza w taki sposób, że zajmował de facto dwa miejsca. WZDŁUŻNIE. Wystarczyłoby, żeby podjechał pół metra do przodu (a miejsca było na taki manewr aż nadto) i wszystko byłoby w porządku - można by mu było wybaczyć nawet stanięcie prawie metr od krawężnika. Ale nie, po co się męczyć, po co liczyć się z kimkolwiek - mam błękitnego Matiza i wąsy, więc ja rządzę na tej dzielni, dziwki.

I to właśnie finalnie skłoniło mnie do podzielenia się moją skromną kolekcją zdjęć uwieczniających takich właśnie władców parkingu a w zasadzie ich wehikuły. Podziwiajcie, kręćcie głowami, płaczcie... I nigdy nie stawajcie tak, jak oni.

Na pierwszy ogień Matiz szefa dzielnicy:

Podjechanie kilka kroków bliżej stojącej przed nim Vectry było już zbyt wielkim wysiłkiem...
Niestety, pozostałe zdjęcia mają ponad rok, czasem kilka lat, i były robione rukwią wodną - jednak nawet to wystarczy, by skretynienie i brak liczenia się z kimkolwiek wylały się Wam z ekranów. Yndżoj.

Najwyraźniej w Bułgarii można stawać na przejściu.

Władca Dwóch Miejsc, cz. 1

Władca Dwóch Miejsc, cz. 2

Władca Dwóch Miejsc, cz. 3, wydanie hipermarketowe: "Jestem tak tłusty, że potrzebuję półtora metra by wydostać się z auta"

To jest miejsce dla niepełnosprawnego ruchowo, nie intelektualnie. Naklejki, rzecz jasna, nie miał...
Muszę chyba wyposażyć się w plik naklejek z Karnymi Kutasami. I przenośny stół do bicia po pyskach takich indywiduów, jak na powyższych przykładach...

Tymczasem idę zbierać na lakierowanie błotnika Madzi. Dobranoc się z Państwem.

sobota, 13 października 2012

Basowisko: Nexus

W ciągu 17 lat swego grania na basie miałem już instrumenty lepsze i gorsze, miałem (a wręcz nadal mam) basiwa docelowe i dożywotnie (Alembic), ale miałem też takie, które się nimi nie stały, choć powinny. Lub przynajmniej powinienem był je zatrzymać jeszcze przez kilka lat...

Jednym z takich basów było dość wczesne dzieło cenionego polskiego lutnika Jacka Kobylskiego - Nexus Shining 5.



Było lato 2006, miałem podówczas całkiem sympatycznego Mayonesa Be5 i fretlessa, na którym gram do dziś, czyli Malinka, ale doszedłem do wniosku, że przyszedł czas na coś profesjonalnego. A na Alledrogo właśnie wtedy pojawił się przecudnej urody Nexus... I to niedrogo. Bardzo niedrogo.

Basy Jacka Kobylskiego podobały mi się zawsze. Miały swój własny, niepowtarzalny styl, który bardzo do mnie przemawiał (i do tej pory przemawia). Miałem też wcześniej w rękach jeden egzemplarz - był to model Belial należący do ówczesnego basisty zespołu Firebirds. Wydarzyło się to kilka lat wcześniej, ale nadal pamiętałem wrażenie - zarówno wizualne jak i soniczne - jakie na mnie wywarł. Pamiętałem również, jak przepięknie odzywał się inny Nexus - i to właśnie Shining, tyle, że bezprogowa szóstka - należący do rewelacyjnego Waldka Tkaczyka, grającego onegdaj w ONA. Wystarczy posłuchać numeru "Koła czasu". Trudno się zatem dziwić, że perspektywa wejścia w posiadanie takiego basu wywołała we mnie efekt porównywalny ze sztachnięciem skondensowanego feromona.

Gdy już zmieniłem spodnie, zacząłem zastanawiać się nad sposobami finansowania tego cudeńka. Zarabiałem wówczas troszkę na graniu (zresztą z tym samym zespołem chałturniczo-szantowym, z którym gram do dziś) ale niestety nie byłem w stanie wyasygnować za jednym zamachem żądanej kwoty - mimo, że jak na klasę instrumentu była ona naprawdę niewysoka. W sukurs przyszedł mi mój bębniarz, kochany człowiek, który po pijaku stwierdził coś w stylu "na głowie stanę a będziesz miał ten bas" a do tego właściciel Nexusa zgodził się na rozłożenie płatności na kilka rat.

Choć nie, nie właściciel. To była właścicielka. A konkretnie ówczesna basistka Formacji Nieżywych Schabuff - kobieta pasująca urodą do swego instrumentu, a do tego, jak się okazało, przesympatyczna osoba.

W taki oto sposób przecudny Nexus Shining 5, bas nie tylko z klasą ale i historią, trafił w końcu w moje brudne łapy.

I ani przez chwilę nie byłem rozczarowany.

Pierwsze, co zauważyłem, to nieprawdopodobnie wygodny gryf. Wąski, ergonomicznie wyprofilowany - na tym basie można było grać godzinami bez zmęczenia lewej ręki. W ogóle był to chyba najmniej męczący bas, z jakim miałem do czynienia: nie dość, że nadzwyczaj komfortowy w grze, to jeszcze zaskakująco lekki. Jedynym minusem było ograniczone podparcie dla kciuka przy grze palcami - drewniana (tak, drewniana!) obudowa przystawki ledwie wystawała poza obrys seksownie ukształtowanego korpusu - ale szybko się do tego przyzwyczaiłem.

Druga sprawa - i w przypadku każdego instrumentu, który ma być używany zgodnie z przeznaczeniem a nie wisieć na ścianie i robić za ciekawie uformowany obrazek bez ramy, najważniejsza - to brzmienie. O tak, BRZMIENIE. Shining odzywał się zdecydowanie nowocześnie, ale nie oznacza to, że sterylnie i bezjajecznie. Wyobraźcie sobie Music Mana StingRaya... A teraz dorzućcie do jego brzmienia kilka kilo szlachetności i szczyptę nieco bardziej rockowego charakteru (dla zdziwionych mam małego newsa: nie, Music Man NIE JEST rockowym basem). Dość powiedzieć, że pewien mój znajomy, świetny basista, wówczas posiadacz bardzo ładnego Music Mana SR5, usłyszawszy mnie z zespołem, zaoferował mi natychmiastowy odkup Nexusa. Rzecz jasna, nie ożeniłem mu go wtedy. Później niestety też się nie udało... Ale o tem potem.

Wiadomo, że brzmienie musi się skądś brać. W tym przypadku zaś pochodziło ono z dość nietypowych źródeł. Otóż wielu ludzi - w tym i ja - jest zwolennikami teorii, że dobrze sezonowane, klasyczne, lutnicze drewna są kluczem do sukcesu: klon, jesion, olcha, mahoń, orzech... to wszystko, jeśli jest dobrej jakości, brzmi. Takie zaś wynalazki, jak wenge, ovangkol czy inne śliczne drewienka, tak ukochane przez pewną niemiecką firmę na W (znaną z kompletnej głuchości swych basów), nadają się, a i owszem, na stoliki, półki itd. - na instrumenty zaś... niekoniecznie.  A tu - niespodzianka. Mój Shining był wykonany w całości z egzotycznych drewien: gryf i wierzch korpusu z azobe, zaś tył z etimoe. Co to za drewna, gdzie rosną drzewa, z których się je pozyskuje - nie mam pojęcia. Wiem tylko, że całość, uzupełniona przez 24-progową hebanową podstrunnicę i napędzana pasywną, trójcewkową przystawką Bartollini Triplebucker wspomaganą aktywnym, trójpasmowym układem własnej konstrukcji Nexusa (działał jedynie na zasadzie podbicia, bez funkcji obcinania wybranego pasma) gadała wyśmienicie. I to mimo olejowego wykończenia, które zazwyczaj ma tendencje do tłumienia górnego pasma. Nie wiem, jak twórca tego basu, Jacek Kobylski, tego dokonał - ważne, że mu się udało.

Właśnie, twórca.

Nie mogąc poradzić sobie z zapieczonymi śrubami w mostku typu monorail, którego nie dało się przez to ustawić w związku z czym po zmianie strun bas nie stroił na progach, udałem się do pracowni ojca tego pięknego instrumentu, czyli wspomnianego już Jacka Kobylskiego. Jacek nie dość, że szybko i fachowo poradził sobie z problemem, do tego odpowiadając na moje pytania dotyczące basu (pamiętał go dobrze i opowiedział mi pokrótce jego historię), to jeszcze okazał się być przeuroczym człowiekiem i fantastycznym gawędziarzem. Od tamtej pory odwiedziłem jego warsztat nie raz i nie dwa - zarówno z Shiningiem jak i później z Alembikiem - i zawsze kończyło się tym, że siedziałem u niego grubo ponad godzinę słuchając jego opowieści, pijąc zieloną herbatę i ogrywając kolejne jego basy. Ze wszystkimi lutniczymi problemami, z którymi się do niego zwracałem, radził sobie wyśmienicie (szczególnie z meteopatycznym gryfem Alembika) co poskutkowało tym, że wielu spośród moich znajomych z kwestiami dotyczącymi napraw i regulacji swych gitar, udało się właśnie do niego. Z tego, co wiem, nikt nie narzekał.

Czy zatem owo piękne basiwo miało jakieś wady? Owszem, miało. Przede wszystkim wspomniany już mostek - kłopotliwy w ustawieniu nawet po naprawieniu go przez Jacka. Po drugie - olejowe wykończenie skutkowało łatwym i szybkim zbieraniem się na instrumencie (w szczególności na gryfie) kłopotliwego w usunięciu brudu. Po trzecie zaś - wymyślny, zmysłowy kształt sprawił, że bas niestety okazał się dość delikatny... Któregoś pięknego dnia po wyjęciu mego ukochanego Nexusa z futerału ze zgrozą zauważyłem, że ułamał się dolny róg korpusu. Nie wpływało to na brzmienie czy komfort gry (przynajmniej na stojąco), ale wyglądało niezbyt pięknie... Nie znałem wtedy jeszcze Jacka, więc udałem się do człowieka, którego polecił mi gitarzysta, z którym wtenczas grałem - czyli do imć Marka Leuto. Na szczęście również i on nie zawiódł: róg został przyklejony ładnie, niemalże bez śladu (co nie było łatwe ze względu na kształt złamania i odpryski drewna). Później jednak już byłem bardzo ostrożny, w czym pomogła mi zmiana futerału i styropianowa podpórka pod korpus wykonana przez pana Marka.



Wszystko to jednak w niczym nie zmieniało faktu, że był to świetny, pięknie brzmiący, pełen charakteru bas. Nagrałem na nim trzy płyty, a powinienem był jeszcze użyć go na dwóch innych, przynajmniej w kilku utworach. Dlaczego więc tego nie zrobiłem? Otóż gdy kupiłem Alembica (który - jak się później okazało - spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieje) miałem nieco długów wynikających z zapożyczenia się nań. Chciałem je spłacić jak najszybciej, przynajmniej częściowo - obmyśliłem więc, że zamienię Nexusa na jakiś tańszy, przejściowy instrument. Akurat na Alledrogo pojawił się inny lutniczy wynalazek a jego sprzedawca brał pod uwagę zamianę na coś wyższej klasy, z dopłatą z jego strony. Transakcja została sfinalizowana - niestety wynalazek, który przybył do mnie, okazał się być dość przeciętnym basem (nie powiem, że złym, ale i tak byłem rozczarowany), zaś Shining już kilka dni później wylądował na Allegro... w jakiejś zupełnie abstrakcyjnej cenie. Co najśmieszniejsze, handlarzyna użył na swej aukcji moich zdjęć. No cóż. Lutnicze wiosło wkrótce zamieniłem na całkiem sympatycznego meksykańskiego Fendera Jazza piątkę, którego mile wspominam, jednak gdybym wiedział, jak dalej potoczą się kwestie finansowe w tamtym roku, Nexus przynajmniej przez pewien czas zostałby jeszcze ze mną, pięknie uzupełniając się brzmieniowo z Alembikiem.

 Tak, nagrywałem ten numer na Nexusie.

Nic jednak straconego. Gdy Matka Boska Pieniężna spojrzy na mnie łaskawszym okiem i będę mógł pozwolić sobie na swego wymarzonego obrzyna, zwrócę się z tą sprawą właśnie do Jacka Kobylskiego.



Podsumowując, czyli zady i walety:

Plusy:

* świetne brzmienie, które sprawdziło się na trzech płytach i niezliczonych koncertach
* rewelacyjna ergonomia - szczególnie jeśli chodzi o gryf
* unikatowość i charakter

Minusy:

* delikatność wynikająca z cienkiego profilu korpusu
* kiepski mostek
* olejowe wykończenie (słabsza ochrona drewna, łatwo zbierający się brud)

Czym go wozić:

Będąc szczęśliwym posiadaczem Nexusa nie miałem jeszcze prawa jazdy, w związku z czym woziłem go zazwyczaj środkami masowego rażenia. Jakoś dałem sobie radę, ale do przyjemności to nie należało... Teraz, gdybym nadal miał ten bas, najchętniej wrzuciłbym go do bagażnika czegoś, co też ma charakter i osobowość. Do auta wyróżniającego się z tłumu, może nawet nieco dziwnego... A do tej roli idealnie nadałby się Citroen XM. I wiedziałbym wtedy, że Nexusowi jest wygodnie.

niedziela, 7 października 2012

Eventualnie: Festiwal Nitów i Korozji


Dobrý večer.

I znów przez dłuższy czas (w tym przypadku tydzień) nie miałem kiedy usiąść do klawiatury celem spłodzenia jakiegoś krotochwilnego tudzież pouczającego tekstu. Na szczęście dziś przytrafiła się zarówno wolna chwila jak i odpowiedni temat: Festiwal Nitów i Korozji 2012.

Już od dłuższego czasu zaczajałem się na ów zacny event organizowany przez nieocenione Stado Baranów we współpracy z jak zawsze niezawodnym Złomnikiem. Byłem nań napalony niczym Talib na kurs pilotażu - szczególnie biorąc pod uwagę to, że wrześniowy Saturday Night Cruise, wbrew mym buńczucznym zapowiedziom, przeszedł mi koło nosa. Tym razem warszawski Służewiec miał przeżyć zmasowany najazd budzących ślinotok złomów i wiedziałem, że jeżeli ominie mnie takie wydarzenie, zwinę się w kłębek pod najbliższym stołem, gdzie będę ostentacyjnie nienawidził świata. Na szczęście, kosztem cennych godzin snu (ze względu na uskuteczniany poprzedniego wieczoru wykon muzyczno-zarobkowy po którym nastąpiło wykorzystanie Madzi jako transport bębnów i ich operatora położyłem się koło 3 w nocy) udało mi się stawić na miejscu startu owego niemalże legendarnego już rajdu. Rzecz jasna nie jako uczestnik (Madzia, co by nie mówić, jest za mało zabytkowa i zdecydowanie niewystarczająco zgnita), jednakże aparat w łapie też może być elementem zabawy, nawet jeśli nie przekłada się to na punkty...

I już w kilka sekund po dotarciu na miejsce wiedziałem, że warto było się nie wyspać.

Już na wstępie powitał mnie charakterystyczny zadek Zaporożca, z wycelowanymi do tyłu niczym dwa AK-47 rurami wydechowymi. Co prawda była to niestety "poliftingowa" wersja 968M, bez wlotów powietrza wzorowanych na MiG-ach i pięknych, okrągłych tylnych lamp, ale... Kiedy ostatnio widzieliście Zaporożca? Właśnie.

Było też kilka innych propozycji z dawnego bloku wschodniego. Zwolennicy rodzimej motoryzacji z tamtych lat nie mieli się czego wstydzić:

Kurołapy!!!

Dla chłopa małorolnego...

...i PGR-u

Jednakże szczególnie liczna była reprezentacja Enerdówka:
Wartburg 312, czyli wersja przejściowa - buda jeszcze od starego modelu, ale rama i tylne zawieszenie już takie, jak w późniejszym 353... Wg mnie jedno z najpiękniejszych aut powstałych w krajach słusznie nam minionego reżimu.
Tak, przyznaję, jestem fanem Wartburgów - rama, piękny dźwięk i aromat dwusuwa... a do tego fenomenalna wręcz praktyczność. Oj, woziłbym nim swoje basy. Wszystkie.

Mam też sentyment do Trabantów - mój dziadek woził się onegdaj takim, tyle, że białym... Był lans.
Jest gleba, jest negatyw, jest prestiż.

Przybyli również zgnili kapitaliści z troszkę bardziej zachodnich Niemiec...

Nie dość, że Szkop z RFN, nie dość, że w imperialistycznej, amerykańskiej wersji, to jeszcze inicjatywa prywatna!
Pozakonkursowy niemiecki prestiż. Z polskim prestiżem w tle.

Połaziwszy nieco z aparatem doszedłem do wniosku, że tym razem - choć nie biorę udziału - zwiedzę choć część trasy. I zdecydowanie było warto.

Pierwszy checkpoint został ustawiony w nader klimatycznym zaułku na końcu ul. Bokserskiej. Okazał się być do tego bardzo fotogeniczny...

Polskie drogi, lata 70.
Dwa oblicza prestiżu
Carry on

Twice the Mazda, double the fun!
Przecudowny Amazon. To cóż że ze Szwecji?
Follow me, he said...

...and I did.

Kolejny etap rajdu zaprowadził mnie w miejsce, które obudziło we mnie wspomnienia. Tak... Ulica Zatorze - tam, gdzie onegdaj odbyłem rajd Renault Clio z napędem na Nissana Patrola. Etap ten należał do Złomnika - i ze złomniczym pytaniem był związany. Otóż trzeba było przyporządkować marki i modele hiszpańskich furgonetek do zdjęć wywieszonych na złomnikowym Suzuki Carry i stojącym nieopodal Mini...




Samo Carry budziło podziw i rispekt - głównie faktem, że dojechało...


Pojawiło się też trochę innej japońszczyzny, czego nie mogłem zignorować; powstał zatem portret rodzinny babci i wnusi (z zacnym i dobranym kolorystycznie tłem):

Przyjechało trochę Fordów...




...przecudnej urody Saab 900 (kocham te auta)...

...pełen uroku osobistego Garbus...

...prześliczny VW T1...

...z siłom i godnościom osobistom przybyły Trabanty...


...pojawił się włoski elegant starej daty - Fiat 1800...

...podziwiać można było kolejne odsłony różnych oblicz prestiżu...

...oraz następny odcinek "polskich dróg w latach 70."...


...z  wdziękiem popsuł się Austin-Healey Sprite...


...ja zaś obliczałem ile basów wlazłoby do zacnych, starych kombiaków...


...i doszedłem do wniosku, że najwięcej sprzętu - i to razem z zespołem - upchnęłoby się tu:

Nad tym wszystkim latały sobie samoloty (jeżu kolczasty, ile basów weszłoby do takiego)...

...a ferajna bez powodzenia głowiła się, który blaszany dziwoląg to Siata, a który Ebro.

Po biernym udziale w Festiwalu Nitów i Korozji wiem jedno: w przyszłym roku chciałbym wziąć udział czynny. Oczywiście o ile wyposażę się w odpowiedni wehikuł - jednak wątpię, czy uda się nań odłożyć. W końcu jestem basistą...

Dobranoc.