Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania czyli bełkot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania czyli bełkot. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2019

Outro

No i kolejny rok dobiegł końca.

To był ciekawy rok. Po raz pierwszy wzięliśmy z Obywatelką Pilotką udział w punktowanej klasie MOWPZ, do tego kupiłem kolejne Volvo (będące moim pierwszym dwudziestopierwszowiecznym samochodem) którym następnie zaliczyliśmy nader przyjemną wycieczkę na południe. Poza tym zintensyfikowałem moją działalność youtubową - w tym roku udało mi się wrzucić 36 filmów a subskrypcje i oglądalność powoli rosną. Nie da się ukryć, że ogromną rolę w tym odegrał colab ze Złomnikiem - konkretnie zaś pierwsza, krótka wersja Bässe Höhen, która dzięki podlinkowaniu w złomnikowym teście Citroena BX zyskała ponad 56 tys. wyświetleń, za czym zresztą poszło też trochę subskrypcji. Zresztą ludność domagała się dłuższej wersji - i ta też jest już gotowa. Póki co ma niecałe 700 wyświetleń, ale mam cichą nadzieję, że finalnie dobije choć do kilku tysięcy.


Niestety, o ile kanał YT powoli rośnie, o tyle blog popadł w stagnację. Nie jest może aż tak tragicznie pod względem wyświetleń, jak w zeszłym roku, ale stagnacja jest ewidentna. Ani jeden wpis nie zbliżył się nawet do 1000 wyświetleń. Najpopularniejszy został przeczytany przez 756 osób. Do tego rośnie lista wpisów bez jakichkolwiek komentarzy - a to oznacza, że zwyczajnie nikogo nie zaintersowały. 

Owszem, w tym roku wreszcie udało się pokonać barierę 1000 polubień na fejsie, ale... zajęło to 7 lat. 

SIEDEM LAT.

Oznacza to jedno: moja pisanina z takiego czy innego powodu nie okazała się wystarczająco interesująca.

Pod koniec zeszłego roku zapowiedziałem pewne zmiany. Później, przy okazji pięćsetnego wpisu, przesunąłem ich dedlajn. Otóż obiecałem, że nadejdą zmiany... lub koniec. I, jak w sumie powinienem był się spodziewać od początku, zmian nie udało się wprowadzić. Wiadomo, to co zawsze - życie, praca, a teraz końcówka roku z wychodzącym z choroby Młodzieżem. A kolejny raz przesuwać zmiany byłoby, no cóż, niepoważne.

Dlatego pozostaje mi jedynie ogłosić, że jest to ostatni wpis na stronie bass-driver.blogspot.com.

Nie, nie kończę działalności - nadal będę wrzucał filmy na YouTube, wciąż będzie też funkcjonować fanpage na Facebooku. Jednak tu już raczej nic więcej się nie pojawi.

Nie wykluczam jednak, że wrócę z pisaniem - być może nawet całkiem niedługo. Będzie to jednak gdzie indziej i... prawdopodobnie pod inną nazwą. Gdy to nastąpi - oczywiście link od razu znajdzie się na fejsowym fąpażu. Do tego czasu jednak kończę swą pisaninę znaną jako Basista za Kierownicą.

Przypomnijmy sobie tymczasem, jak wyglądało te 7 i pół roku.

Zaczęło się się 15 lipca 2012.

W ciągu następnych lat wrzuciłem 56 wpisów z cyklu basowisko, przetestowałem 81 samochodów, z czego 65 na podstawie krótkiej przejażdżki, 16 zaś po kilkudniowym bujaniu się danym sprzętem oraz zdałem relację z 99 eventów, w tym z 69 rajdów. Najwięcej jednak udało mi się popełnić mixów - aż 124. I to właśnie z tej kategorii pochodzą najpopularniejsze moje wpisy, mające po kilka tysięcy wyświetleń. Ponadto było kilka recenzji książek i e-booków, trochę rozmyślań oraz nieco bezczelnej autopromocji. Wszystko to złożyło się na 525 wpisów.

I, cytując klasyka, chwatit'.

Do zobaczenia na YT, FB, Instagramie... i może jeszcze gdzieś indziej.

Najlepszego w Nowym!


DOPISEK WIELKANOCNY:

Od 1 marca funkcjonuje nowa strona: www.bassdriver.pl. I tak - właśnie tam mnie znajdziecie. Zapraszam!

A co z tą stroną? Zostanie. I myślę, że warto czasem tutaj wracać.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Pińcet

No i stało się.

Nie ma co już tego odwlekać. Właśnie stuknęło 500 wpisów.

Zajęło to nieco ponad 7 lat. Tak naprawdę siódma rocznica minęła nieco ponad 2 tygodnie temu - i właśnie na tamten dzień z początku planowałem pięćsetny wpisior. Jednak, rzecz jasna, nie wyszło. Nie byłbym sobą gdyby wszystko poszło zgodnie z planem.

A tym razem zgodnie z planem nie poszło nic.

W sylwestrowo-noworocznej odezwie do narodu zapowiedziałem, że pięćsetny wpis będzie albo momentem wielkich zmian, albo... pożegnaniem. I oczywiście, będąc mną, wziąłem się za  owe zmiany zdecydowanie za późno, nie biorąc pod uwagę możliwości wystąpienia tzw. codziennego życia, czyli choćby intensyfikacji obowiązków rodzinnych związanej np. z rozchorowaniem się Młodzieża. No bo przecież jak to, dzieci nie chorują a mleko dają, prawdaż, biedronki. W związku z tym należałoby rzucić rękawicę, ręcznik, mikrofon czy co tam się rzuca, i oddalić się w niebyt, tudzież w niepamięć. Problem jednak w tym, że... zwyczajnie tego nie widzę.

No bo jednak kilka rzeczy się udało.

Udało się choćby przekroczyć 1000 lajków fejsowego fąpaża. Udało się też stworzyć muzyczny kolab ze Złomnikiem, który zresztą zaowocował całkiem solidnym wzrostem liczby subskrybentów mojego kanału YT. I miałbym to teraz ot tak wywalić?

No nie, sorry. Nie.

Dlatego proponuję następujący deal: zmiany, o których mówiłem, zostaną wprowadzone do końca roku a 2020 zostanie rozpoczęty z przyzwoitym tupnięciem. Jeśli i tym razem się nie uda, będzie to oznaczało, że rzeczywiście nie ma sensu ciągnąć tego dalej a Wy możecie mnie obrzucić jajkami, czy co tam będziecie mieli pod ręką. Tymczasem zyskuję trochę czasu na to, by przygotować to, co zamierzyłem (a co komuś, kto umie choć podstawowo w kąputry i internety, powinno zająć może 2 dni) i może opracować coś jeszcze. Tak, by było Dobrze.

A jak wyglądała ostatnia pięćsetka?

  • przeprowadziłem 76 testów (z cyklu "śmignąwszy" i "pojeździwszy")
  • skleciłem 43 wpisy, w których testowałem swoje i nie swoje basetle (a kilka z nich wspominałem)
  • wrzuciłem 118 mixów
  • na jutubie pojawiły się 54 filmy
... i nie tylko.

A teraz? Teraz pozostaje się ogarnąć z planowanymi zmianami. Wszak zostało tylko 5 miesięcy.


czwartek, 14 marca 2019

COTY na to?

Tak, wiem - kto późno przychodzi, ten leje jak z cebra. Jednak wicie, rozumicie - robota, życie, codzienność, 27 filmów o tym zrobiłem. A że mam swoje przemyślenia, myślę, że nawet z tak haniebnym poślizgiem mogę podzielić się nimi z tymi ok. dziewięcioma czytaczami, których one obchodzą.

Tak czy inaczej - ogłosili się po raz kolejny.

Już po raz 54. jurorzy europejscy jurorzy zdecydowali, który z nowych samochodów podoba im się najbardziej - lub też który powinien podobać się Generałowi Publicznemu. 

Dwa lata temu zżymałem się z powodu upadku znaczenia plebiscytu Car Of The Year. Wybrany podówczas Peugeot 3008, choć niewątpliwie jest niebrzydkim, przyjemnym sprzętem, nie wnosił nic nowego do świata motoryzacji - był po prostu kolejnym przedstawicielem najmodniejszego segmentu, jakim są nieduże crossovery. Zwycięzcy z kilku poprzednich lat zresztą też nie wnosili nic ciekawego. Rok później, czyli w 2018, wynik też nie był do końca satysfakcjonujący, choć statuetkę zgarnął samochód Najsłuszniejszej z Marek. Jasne - Volvo zasłużyło na ten tytuł już dawno temu, ale fakt, że tytuł po raz kolejny zgarnął SUV/crossover, pozostawiał odrobinę niesmaku.

Tym razem jednak było nieco inaczej - i to nie ze względu na zwycięzcę, który zresztą znów okazał się crossoverem, do tego, zgodnie z duchem czasu, elektrycznym.


Żeby nie było - Jaguar I-Pace jest całkiem ciekawym sprzętem. Owszem, mocno zawiewa od niego duchem czasu (wszak eko-elektryk w modnej formie SUV-a o sylwetce coupe), ale jest pierwszym od dawien dawna laureatem plebiscytu niebędącym generycznym, choć modnie ukształtowanym, anonimowozem dla korporobocików. I nie tylko dlatego, że z maszerującej równym krokiem armii korpożołnierzy na I-Pace'a stać byłoby jedynie korpogeneralicję. Jest... po prostu troszkę inny. Seryjny, stały napęd na 4 koła (akurat żadne osiągnięcie w przypadku elektrowozu), świetne osiągi, niezwykle charakterystyczna i - muszę to niechętnie przyznać - bardzo udana stylistyka... no i to Jaguar, z całą legendą otaczającą tę szlachetną (przynajmniej niegdyś) markę. Samo to jest też swego rodzaju plusikiem - zawsze cieszę się, gdy tytuł zdobywa samochód marki, która wcześniej jeszcze nie dostąpiła tego, khm, zaszczytu.

Jednak, jak już wspomniałem, to nie zwycięzca jest tu najciekawszy.

Zacznijmy od tego, że po raz pierwszy w historii COTY dwa samochody otrzymały taką samą ilość punktów i zdobywcę tytułu trzeba było wyłonić w dogrywce. I choć wybór padł na bardziej oczywistego, zgodnego z zeitgeistem kandydata, to właśnie ten, który stoczył z nim walkę i finalnie zajął drugie miejsce, jest tu najgrubszym strzałem.

Alpine A110.


Pierwszym i - jak do tej pory - ostatnim sportowym autem, które zdobyło tytuł Samochodu Roku, było Porsche 928. Był to rok 1978 i od tamtej pory tytuł zdobywały same "cywilne" osobówki. Dwukrotnie samochodom o sportowym, niezbyt praktycznym charakterze udało się zdobyć drugie miejsce - były to Mercedes R129 w 1990 roku i Toyota GT86/Subaru BRZ w 2013 - ale żaden nie zwyciężył.

W tym roku było blisko. NAPRAWDĘ blisko.

Tytuł Car Of The Year po raz pierwszy od 41 lat mógł zostać ukierunkowany na radość z jazdy samochód sportowy. I po raz pierwszy w historii całego plebiscytu tak bezkompromisowy - A110 to wszak stricte dwumiejscowe coupe z centralnie umieszczonym silnikiem. Przepięknie zaprojektowany sprzęt do szybkiego jeżdżenia, do tego we wspaniałym stylu przywracający do życia legendarną markę, mógł nosić teraz laury niegdyś naprawdę przyznawane najlepszym - albo przynajmniej najciekawszym.

Było tak blisko... Ale nie udało się.

Nie zmienia to jednak faktu, że zjawiskowe Alpine, zbudowane po to, by cieszyć wszystkie zmysły - zarówno podczas jazdy, jak i na postoju, gdy można godzinami delektować się jego stylistyką - otrzymało dokładnie tyle samo punktów, co elektryczny Jaguar, któremu w końcowym rozrachunku przypadło w udziale zwycięstwo. A to, jakby na to nie patrzeć, budzi pewną nadzieję.

Może jeszcze nie zabiliśmy do końca ducha motoryzacji?

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Podobno Nowy Rok

No tak, to w końcu musiało nastąpić. Dość intensywny rok 2018 przechodzi właśnie do historii - jak każdy przed nim (i po nim). Inna rzecz, że mijający rok będzie jednym z tych, które szczególnie mocno się w mojej własnej, osobistej historii zapiszą.

No bo tak:


Niestety, rok nie składał się z samych pozytywów.

Przede wszystkim, mimo wzbogacenia stanu liczebnego instrumentarium, liczba zagranych w tym roku koncertów wyniosła 0. ZERO. Grzmiące plany związane z bardzo dobrym przecież materiałem Amaze nie wypaliły, a zespół po prostu... rozlazł się. Bez huku, bez błysku, nawet bez piśnięcia. Nie ma - i tyle. Nie ma też żadnych innych grań. Nastała cisza.

Do tego dane liczbowe dotyczące czytelnictwa mojej pisaniny mówią wyraźnie: ten blog zdycha.

Jeszcze w 2017 roku wpisy regularnie przekraczały 1000 wyświetleń. 2016 był pod tym względem jeszcze lepszy. W 2018 przekroczenie 300 było już bardzo dobrym wynikiem. Do tego filmy, w których pokładałem sporą nadzieję, nieszczególnie zażarły - te posiadające więcej niż 200 odtworzeń znajdują się w mniejszości.

Jest to jasny sygnał: albo wprowadzę zasadnicze zmiany, albo pora zwinąć ten interes.

Nie zrozumcie mnie źle - jestem wdzięczny za każdy przeczytany wpis i każdy obejrzany film. Łapki w górę, czy to na YT, czy na Fejsie, sprawiają, że cieszę się jak dziecko z Łomży na widok odpustowego diabełka, zaś po każdym komentarzu muszę zmieniać bokserki z powodu nagłego napadu radości. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy TFUrca tworzy nie tylko dla siebie, ale również - o ile nie przede wszystkim - dla swoich odbiorców, zaś brak tychże sprawi, że wena wraz z radością oddalają się pospiesznie w sobie tylko znanym kierunku.

Dlatego będę wprowadzał plan naprawczy. Zmiany będą spore, delikatnie rzecz ujmując. Na to jednak potrzeba czasu (oraz pomocy ze strony Ludziów, Którzy Umio w Pewne Rzeczy). Dlatego nie nastąpią one od razu. Daję sobie na nie czas do pięćsetnego wpisu - a do tego zostało już tylko 40. Ale... będą. Mam nadzieję. I za to trzymajcie kciuki.

Wam natomiast życzę tego, czego sami byście sobie życzyli.

Choćby fajnych gratów.


I basów.


Oraz - na koniec - to samo, tylko paszczą.


I, zgodnie z umową (o czym początkowo zapomniałem), zapytowywuję: czy jest coś, czego chcielibyście więcej lub mniej? Pamiętajcie tylko, że finalna decyzja będzie, prawdaż, moja, więc ten, no.

Do zobaczenia w 2019!

niedziela, 15 lipca 2018

6

O w mordę.

To już 6 lat. SZEŚĆ.

Było ledwie pół godziny po północy, ale data jest data - 15 lipca. I też była to (już) niedziela. Tyle, że rok był... no, inny. Konkretnie zaś 2012.

Sporo się w tzw. międzyczasie wydarzyło. 

Gdy zaczynałem pisać, jeździłem Madzisławą i miałem trzy basy, z których dziś nadal posiadam jeden. Wkrótce z trzech zrobiły się cztery...


...z czego niedługo później stan posiadania znów zjechał do trzech.


Niedługo później pojawił się Młodzież, zaś wraz z nim rósł jego stan posiadania - a tym samym potrzeby transportowe. I między innymi właśnie dlatego na miejsce Madzi wjechał Skanssen.


Tymczasem stan posiadania basowego wciąż fluktuował.

No dobra, drugi od prawej nie był mój, ale dobrze się komponował



Aktualnie jest pięć basów. 

Hohner, Bąk fretless, Founder Jazz, Alembic i Westone. Każdy opisan.
Być może tak już zostanie. Może coś się zmieni. Tyle, że... aktualnie prawie w ogóle nie gram. Zespół, z którym wiązałem ogromne nadzieje, tkwi w zawieszeniu. Rozpuszczam wici, że zasadniczo to pograłbym - ejtisy jakieś, może prog rock, dream pop ewentualnie, nawet chałturę sieknę - ale póki co effectus jest nullus. A przecież jeszcze sporo muzy rozbrzmiewa mi we łbie.

Tymczasem Skanssen nadal śmiga niestrudzenie. Przewiózł mnie przez, można powiedzieć, burzliwe zmiany w moim życiu, pomógł w kilku przeprowadzkach (w tym jednej mojej) woził (i mam nadzieję, że znów będzie wozić) setki kilogramów sprzętu muzycznego oraz mój własny przyciężkawy odwłok do kolejnych zakładów pracy. Nawet załapał się na foty pamiątkowe ze służbowozami w przedostatnim z nich - choć do tamtej roboty akurat przeważnie cisnąłem metrem.




Oprócz tego był bohaterem wpisu na Automobilowni i filmu autorstwa Blogomotive'a (tak, nadal się tym pałuję). Do tego uczestniczył za mną i Obywatelką Pilotką (i nie tylko) w sporej ilości rajdów, na których nawet coś tam czasem się udało.

Puchar za III miejsce na II Rembertowskim jest chyba w którymś z nierozpakowanych przeprowadzkopudeł
Co poza tym?

Skleciłem masę mixów. Zrobiłem trochę testów. Trzasnąłem nieco relacji z rajdów i inszych eventów. Idąc z tzw. duchem czasów uruchomiłem kanał na YT, gdzie czasem coś wrzucam. No i, w ciągu tych 6 lat, dorobiłem się całych grzmiących 900 lajków na fejsie. Daje to średnią 150 na rok. Szał na kortach, jak to mawiają.

Jednak... jeszcze nie zamykam tego interesu. 

Mam jeszcze sporo mixów do opublikowania, oprócz tego smażą się 2 kolejne testy, no i sezon rajdowy w pełni. Do tego - i tu uwaga, bo #ważnainformacja - sam też pomagam w organizacji pewnego rajdu. Piszę "pomagam" nie "współorganizuję", gdyż albowiem moja działka jest stosunkowo najmniejsza, jednak i tak jest to o wiele większy udział, niż w trzech jak do tej pory rajdach, gdzie jeno obstawiałem pekap. Powiem tyle: opracowałem kawałek trasy, wyłowiłem troszkę obiektów na pytania, i owszem, pekap też będzie. Wbijajcie, zapisy trwają, rajd już za dwa tygodnie, ale miejsca jeszcze jakieś się znajdą. Będzie grubo.

A tymczasem lecimy dalej. Blogas sam nie dobije do pięćsetnego wpisu. A po drodze może i ten tysiunc lajków się pojawi.

niedziela, 31 grudnia 2017

400 - i co dalej?

No i skończył się kolejny rok.

2017 był naprawdę grubym rokiem. Działo się naprawdę dużo, a finalizacja przeprowadzki w Wigilię  i pierwszy dzień Świąt była tak naprawdę wisienką na torcie.

Sporo działo się też przez ostatnie 5 i pół roku, w którym to czasie wrzuciłem łącznie 400 wpisów. Licząc z tym. Tak - to wpis nr 400.

Pytanie tylko czy będzie więcej.

Jak na razie udało się m.in. wrzucić co następuje:
  • 19 wpisów z cyklu Długodystans, z czego 9 o Skanssenie i 10 o Madzisławie, którą woziłem się przed nim
  • 58 testów samochodów
  • 39 testów basów (z czego sporo własnych)
  • 15 topsrylionów
  • 95 mixów
...oraz wiele innych tekstów a do tego kilka filmików (z czego jeden może się kwalifikować jako vlogas).

I właśnie we vlogasie znajdziecie odpowiedź na pytanie co dalej.


Tymczasem, jak na videłku, pozostaje mi życzyć Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Obyście w 2018 roku mieli ze wszystkiego taką frajdę jak ja z poniższej kanapy i jej zawartości ;-)


No i chyba... do najbliższego!

poniedziałek, 6 marca 2017

No COTY?

No i ogłosili.

Po miesiącach testów, porównywania, zastanawiania się i mierzenia grubości kopert, Peugeot 3008 został oficjalnie mianowany Samochodem Roku 2017.


Łał. Ziewłem z ekscytacji.

Nie, żeby nowy, jeszcze modniejszy, jeszcze bardziej trendy 3008 był złym samochodem. Pewnie nie jest - nie wiem, nie jeździłem, nie znam się. Jedno, co mogę powiedzieć, to to, że jest ładny. Zgrabny, modny, nawet całkiem gustowny gadżecik. I to tyle.

W sumie wszystko się zgadza - wszak 3008 to, proszę państwa, KROSOŁWER, czyli taki pseudo-SUV do atakowania krawężników w rytmie miejskich beatów. Albo Beat, bo zapewne niejedna Beata skusi się na nowego Peżocika. Aczkolwiek sądzę, że targetem są tu raczej Nikole i Żakliny. Tak czy owak - 100% mody, 100% trendu, 100% rynkowego riserczu wspartego niestrudzonym marketingowym ciśnięciem w kolorowych magazynach i tiwi.


Z drugiej strony - jestem odrobinę zaskoczon. Wszak konkurencja była całkiem zacna: ekscytująca Alfa Giulia, wysmakowane Volvo S/V90 czy choćby inny crossover, czyli przekonująca dostępnością wersji z tak przecież cenionym hybrydowym napędem Toyota C-HR. Właśnie tę ostatnią obstawiałem jako najbardziej prawdopodobnego zwycięzcę - nie dość, że jest przedstawicielem ultramodnego segmentu (do tego w ultramodny sposób pozbawionym jakiejkolwiek widoczności do tyłu), nie dość, że jeżdżąc hybrydową wersją można z pełną jarmużu paszczą popiskiwać o swojej ekowrażliwości, to do tego wszystkiego target jest jeszcze jaśniej zdefiniowany, niż u Peugeota. Nawet sama nazwa mówi, kto najlepiej będzie się czuł wysiadając z nowej Toyotki na korpoparkingu. C-HR, czyli Cipy z HR-u.

A jednak to zgrabny Pełzacz sięgnął po tegoroczne laury - i to mimo tego, że koncern PSA ceniony jest obecnie przede wszystkim za całkiem udane diesle, a przecież ten rodzaj napędu jest aktualnie ble, fuj i weź mi tu nie wjeżdżaj tym smrodem w ogóle.

Po cichu liczyłem, że na najwyższym podium stanie Alfa, która byłaby pierwszą od 30 lat tylnonapędówką z tytułem Car Of The Year (ORZESZWMORDĘŻ, OMEGA MA JUŻ 3 DYCHY!!!1), lub Volvo, które byłoby pierwszym autem tej marki dostępującym tego - powiedzmy - zaszczytu (i które, swoją drogą, jest zwyczajnie zajebiste, nawet mimo dostępności jedynie 2-litrowych silników). Ale nie, to byłoby zbyt ciekawe. I chyba trochę niepoprawne politycznie.

No bo spójrzcie - w ostatnich latach triumfowały głównie samochody nijakie lub bardzo nijakie, dostępne zwykłym ludziom (no, wedle zachodnioeuropejskich standardów) lub przynajmniej mile widziane we flotach. Owszem, dopracowane, ale - poza virtue-signallingiem pod postacią Priusa (którego nota bene lubię), Ampery i Leafa - nie wnoszące totalnie nic nowego do tematu. Co gorsza, trend ten trwa już od niemal 20 lat. Ostatnim naprawdę zasługującym na ten tytuł samochodem (jeśli pominiemy trzy podane przeze mnie wyjątki, których wybór był jednak bardziej komunikatem, deklaracją niż czymkolwiek innym) był według mnie... pierwszy Focus. Tak - rdzewiejący obecnie po szrotach Ford był po pierwsze czymś zupełnie nowym, niemalże rewolucyjnym w segmencie kompaktów, po drugie zaś odświeżył oblicze marki. A był to 1999 rok. Dobra, tytuł COTY dla Yarisa I (2000) i Pandy II (2004) też miał jakiś sens, ale reszta? I nie, nie rzucajcie mi tu Alfą 147, która poza śliczną acz szybko starzejącą się stylistyką i dobrym dieslem 1.9 JTD była przedłużeniem stereotypu o makaroniarskiej wujni. Astra? Błagam. Insignia? Idźta mi z tym. 307? Niech płonie. 308? Ziew. Cała linia generycznych aut ze znaczkiem VW? Idę spać, a wy nie zapomnijcie o regularnych dolewkach oleju.

Tak właśnie wygląda obecny trend w kwestii czegoś, co było niedgyś ekscytującym plebiscytem. Do dziś pamiętam swoje rozczarowanie, gdy tytuł zdobył Fiat Tipo (którego obecnie bardzo lubię) i radość, gdy rok później tytuł przypadł Citroenowi XM. Starsi ode mnie mogą pamiętać, jak statuetkę zgarniały takie konstrukcje, jak Mercedes W116 czy Porsche 928. Samochodem roku był zarówno wesoły, bezpretensjonalny Fiat 127, jak i wymysł absolutnych świrów, jakim było NSU Ro80. Doceniono bezprecedensową uniwersalność Renault 16 i innowacyjność Citroenów GS i CX. Tak - właśnie takie auta były kiedyś nagradzane. Innowacyjne, wnoszące coś do świata motoryzacji, a przede wszystkim ciekawe. Jakieś.

A dziś?

Dziś możemy się jedynie cieszyć, że konkurs nadal istnieje, gdyż znaczy to, że motoryzacja nie została jeszcze zakazana i jest co nagradzać. A że zwycięzcy plebiscytu nikomu, kto lubi czasem powąchać benzynkę, nie podniosą tętna?

No cóż. Signum temporis. Kiedyś może zabraknąć i tego.

środa, 1 lutego 2017

Wypad z Mesy, cz. II - koniec

No i Wyciągniętych już nie ma.

Tak, jak było zapowiedziane, 28 stycznia odbył się ostatni koncert Wyciągniętych Z Mesy. Poza obiecanymi wykonami (2 wesela przyjaciół) więcej grań WZM już nie będzie.

Tym, którzy przybyli, dziękuję. Dla tych zaś, którzy chcieli, lecz z takich czy innych przyczyn pojawić się nie mogli, kilka słów, zdjęć i nagrań.

Niewiele brakowało, by koncert odbył się bez mojego udziału (zakładam, że bas przejąłby wtedy niezawodny Jasiek, który na szczęście przywiózł swego Fendera Dimension). Na niecałe cztery godziny przed wejściem na scenę moje żebra bardzo gwałtownie zetknęły się z lodem nieopodal miejsca, w którym przestały się z tymże lodem stykać podeszwy mych butów. Lód zaś, zgodnie ze swą naturą, był nie tylko zimny, ale i twardy.

Po nasmarowaniu maścią i nafaszerowaniu środkami przeciwbólowymi (co ważne, nie upośledzającymi zdolności do prowadzenia pojazdów) okazałem się na szczęście zdolny do wzięcia basu w łapy i stanięcia przed mikrofonem. Co prawda każdy większy ruch prawą ręką czy próby podniesienia nią czegokolwiek były (i nadal są) dość okrutnie bolesne, ale ostatni koncert może być tylko jeden.

Dotarłem.





Po próbie dźwięku i zagraniu trzech utworów na dzień dobry zaczął zmieniać się skład na scenie. Tonic wydostał się zza bębnów, gościnnie wspomagający nas Kocur opuścił miejsce za klawiszami, ja zaś przekazałem Westone'a pierwszemu basiście WZM - Panu Panu.


Poza Panem Panem na scenie pojawił się Flacha, po czym rozpoczął się set pierwotnego składu Wyciągniętych.






Następowały również zamiany instrumentów.


Na scenie pojawiły się kolejne dawne elementa WZM, czyli Ania i Dorota...



...oraz jeden z autorów Wyciągniętej "Czarnej Wody", czyli Miłosz.


Po secie "Paleo-Wyciągniętych" nastąpiła przerwa, w której mój żołądek przyjął kolejnego procha, a mój prawy bok - drugą porcję kojącej maści, po czym na scenę wbił się finalny, rozszerzony, 6-osobowy skład.

Zrobiło się srogo.





Oczywiście nie mogło zabraknąć utworu z Jasiem w charakterze basisty - wszak przez niemal półtora roku zastępował mnie w tej roli.


W tym samym czasie za bębnami zasiadł mój imiennik, który przez prawie rok zastępował Tonica gdy ten ostatni zrastał się mozolnie po skuterowej wywałce.

To już jednak był koniec personalnych roszad na scenie - niestety nie dali rady przybyć ani Radomir ani Gandi, czyli skrzypkowie, którym w ciągu ostatnich lat zdarzało się zastępować Bławka. Zabrakło również Bartka Zbroszczyka, który nie raz wspomógł nas gitarowo.

Koncert trwał.






Granie powoli dobiegało końca. Oczywiście nie mogło obyć się bez dwóch ulubionych numerów publiczności - a także naszych.


Jasiek z Bławkiem zajęli się pojedynkami skrzypcowo fletowymi, a ja stęknąłem w mikrofon.


Niestety - nie było to najlepsze wykonanie Jacobites w naszej karierze. Trudno śpiewać czysto, gdy głos jest już zmęczony (do czego, przyznaję, przyczyniły się też moje braki techniczne) a na początku jedyne, co było słychać, to sprzęg.

Dalekim od ideału okazało się również ostatnie oficjalne wykonanie naszej sztandarowej ballady - Johnny'ego Długiego Noża - gdzie również dało się we znaki zmęczenie głosów.

Wszak był to przedostatni utwór naszego ostatniego koncertu.


Jeszcze tylko pożegnalna piosenka z gościnnym udziałem Doroty...



...i koniec.


Tak, po 17 dość burzliwych latach zakończył działalność zespół Wyciągnięci Z Mesy.

Owszem, w ostatnich miesiącach zmęczenie materiału było coraz wyraźniejsze, do tego dochodziło coraz rzadsze granie, w ciągu ostatniego pół roku zredukowane w zasadzie do jednego koncertu w miesiącu, na który regularnie przychodziło coraz mniej osób. Jednak... żal. Żal tego, co trzeba było zostawić za sobą, żal tego, co być może bogłoby nastąpić w przyszłości. Niestety, Zibi nie za bardzo tę przyszłość widział - i przyznaliśmy mu rację.

Wiem jedno: gdyby na nasze wykony przychodziła połowa tych wszystkich ludzi, którzy w ostatnią sobotę odwiedzili Gniazdo Piratów, i gdyby bawili się oni w połowie tak dobrze, jak na tym ostatnim koncercie, nawet przez myśl nie przeszłoby nam, by kończyć.

A teraz? Teraz czas na inne klimaty, inne dźwięki, inną muzykę. Ręce i łeb nadal są sprawne, basiwa wciąż trwają w pogotowiu. Żyje i gra się dalej.

Tyle, że już bez Wyciągniętych.


Zdjęcia - Klara Plewicka (Wolha Photography), Pajonk i ja

środa, 13 kwietnia 2016

21

Dokładnie 21 lat temu, 13 kwietnia 1995 roku, wyszedłem z nieistniejącego już komisu muzycznego na rogu Jana Pawła II i al. Solidarności dzierżąc swoją pierwszą w życiu gitarę basową - enerdowską Musimę De Luxe.

Tak, pisałem o tym również rok temu. A zdarzało się też wcześniej

Dlatego też nie będzie długich, nudnych podsumowań, które nie interesują nikogo poza mną samym (a i to nie zawsze). Tak, przez ostatni rok zmieniło się parę rzeczy - sprzedałem jeden bas, kupiłem inny, wyposażyłem się też w działające nagłośnienie - ale nie ma sensu wdawać się w zbędne szczegóły.

Zamiast tego pozwolę sobie zaprosić Was na mój kanał na SoundCloudzie, gdzie znajdziecie próbki basów, linie nagrane do tzw. backing tracków, stare numery, w których nagraniu kiedyś tam uczestniczyłem, a w przyszłości zapewne pojawią się tam również nowe.


Na tym jednak nie koniec zaproszeń: już za 11 dni, 24 kwietnia (niedziela) zagram w warszawskich Hybrydach koncert z pewnym dość starym zespołem, do którego dołączyłem niedawno, a który powstał mniej więcej wtedy, gdy zaczynałem swoją przygodę z graniem, czyli w połowie lat dziewięćdziesiątych. Być może niektórzy z Was pamiętają takie numery, jak "Włosy", "Shake Down" czy "Zabić siebie". Ci, którzy kojarzą te tytuły, zapewne skojarzą też nazwę Yokashin.

Zapraszam. Będę ja, będzie muzyka. I będą moje basy.



A muzycznie zapowiada się więcej. Jednak o tym w swoim czasie.

Do najbliższego.


poniedziałek, 12 października 2015

Złomnik tymczasowo zezłomowany, czyli Keep Calm and (Suzuki) Carry On

Sporo się wydarzyło w ostatnim czasie: zakończenie sezonu Youngtimer Warsaw (byłem), bardzo interesujące śmignięcie (będzie zaraz po relacji z zamknięcia sezonu YT - pozostańcie nastrojeni, gdyż tłuszcz), jednak jedno wydarzenie, spodziewane i niespodziewane zarazem, przyćmiło swym ciężarem gatunkowym całą resztę.

Złomnik - można rzec, że ojciec polskiej złomosfery, najbardziej unikalny bloger motoryzacyjny w tym kraju a niewykluczone, że niezbyt powtarzalny w szerszej skali - ogłosił, że nie planuje publikacji dalszych wpisów.

Zanosiło się na to od dłuższego czasu: wpisy pojawiały się coraz rzadziej, niektóre kategorie (choćby ukochane przez ludność miksy) zostały zarzucone już wcześniej, sam kontent też się zmieniał, dryfując coraz dalej od ociekających tłuszczem merytoryki, zanurzonych w sosie ciętego humoru długich tekstów w stronę krótkich wpisów i filmików. Niespodziewane zaś było to, że stanie się to tak szybko. Sam co prawda wiedziałem, że coś takiego ma nastąpić, miałem jednak nadzieję, że dzień ten nadejdzie nie wcześniej, niż pod koniec roku.

Niestety - nastąpiło teraz.

Dla wielu nowy wpis na Złomniku był czymś w rodzaju mentalnego śniadania, porannokawowego rytuału. Jako, że natura nie znosi pustki, znaczna część czytelników będzie próbowała znaleźć coś w zamian. Homogeniczną masę blogów typu Marian Wśród Prestiżu, Sromem Po Trylince czy Inżynier Reklamuje Skodę fani twórczości Dr Rehab. Red. Z. Łomnika raczej pominą, spuszczając się na ich zasłonę milczenia. Ci, którzy lubią poczytać o nowiościach, na pewno zaprzyjaźnią się ze znanym i lubianym Blogomotive'em, o ile jeszcze tego nie zrobili. Problem niestety w tym, że Blogo w ostatnich miesiącach cierpi na tę samą przypadłość, która (między innymi) skłoniła Z. Łomnika do zawieszenia twórczości literackiej, czyli brak czasu, na skutek czego wpisy pojawiają się raz - dwa razy w miesiącu. Znacznie lepszą regularnością charakteryzuje się rzetelnie i z charakterem pisany Just Well Driven, jednak i on raczej nie usatysfakcjonuje miłośników gratów. Jest oczywiście niezawodne Stado Baranów, ale krótkie wrzuty na ich stronie przeważnie mają charakter czysto informacyjny, poza tym brak możliwości komentowania znacząco zmniejsza interaktywność. Są też Duże Ilości Naraz Blogów Mniej Lub Bardziej Zainspirowanych Złomnikiem - od opartych głównie na kontencie miksowym (ale zawierających też całkiem ciekawe testy) Szrociaków począwszy, przez eksplorującą mazowieckie złoża żelaza Motovarsovię, bardzo dobry, skupiony na mało znanych ciekawostkach Autobezsens, codzienny, wyznający zasadę "jeden na raz", zadziwiający wiedzą o wszelakich limitówkach blog Mech i Patyna, równie sympatycznego co wielotematycznego Demonicznego, wyważonego w swych poglądach Cubino aż po Szczepana i jego wyśmienitą Automobilownię, która jest chyba najbliższa Złomnikowi pod względem głębokości i rzetelności ujęcia każdego tematu. Niestety - nikt tak jak Tymon vel Z. Łomnik nie łączy fachowości, wiedzy, równie zdroworozsądkowych co nietypowych poglądów z nader charakterystycznym, bardzo mi bliskim poczuciem humoru.

Póki co poza czytaniem wyżej wymienionych autorów pozostaje zaglądać na złomnikowego fejsika, czekać na kolejne rajdy (będą, w tym planowane jest e-rally), oglądać filmiki, które wrzuca na YouTube'a (i ma zamiar proceder kontynuować - a z tego, co wiem, będzie całkiem ciekawie) oraz spróbować wreszcie zaprzyjaźnić się z Instagramem, gdzie również Złomnik ma swoje konto i - jak sam napisał - "miks trwa cały czas". Jednak jest też mały promyczek nadziei - wszaknie padły słowa "zamykam/likwiduję Złomnik". Nie było mowy o definitywnym końcu. Była za to mowa o braku planów co do nowych wpisów. A plany mają to do siebie, że lubią czasem się zmieniać.

Oby.



sobota, 19 września 2015

Kwestia gustu, czyli gra w kolory

Wyobraź sobie ten moment: kupujesz nowy samochód. Stać cię na to, a któryś z oferowanych modeli przypadł ci do gustu. Masz już wybrany silnik i opcje wyposażenia. Teraz jeszcze tylko to, co niby najmniej istotne, ale najbardziej widoczne: kolor.

Wiadomo - na luksus wyboru lakieru mogą pozwolić sobie jedynie nabywcy nowych aut. Szukając używki, szczególnie gdy dysponujemy ograniczonym budżetem, nie ma co grymasić - po prostu trzeba brać najlepszy egzemplarz, który znajdziemy, i tyle. Również czasem kupując nówkę-salonówkę możemy trafić na sytuację typu "to, co na placu, jest 20% tansze" - w takiej sytuacji wielu potrafi przymknąć oko na to, że finalnie zanabyty egzemplarz nie jest do końca zgodny z wymarzonym. Jednak nie o takich przypadkach tu mowa. Jeśli podejmujesz świadomy wybór, trzymasz się go i finalnie zań płacisz, pokazujesz światu kawałek siebie, a przynajmniej swój gust. Lub jego brak.

Szczepan z Automobilowni stworzył niegdyś dwuczęściowy wpis omawiający trendy i mody w samochodowej kolorystyce na przestrzeni lat. Ja zaś pozwolę sobie podejść do tematu od innej strony - konkretnie przez pryzmat mego własnego doskonałego gustu. Wymyśliłem kilka nazw handlowych pasujących do konkretnych kolorów i dopasowałem je do typów ludzi takowe wybierających. Dlatego też jeżeli masz za sobą operację założenia bypassów na poczuciu humoru lub też czerpiesz chorobliwą przyjemność z obrażania się - zakończ lekturę w tym miejscu i wejdź na stronę, gdzie wszystko jest poważne jak zawał i równie mało obraźliwe, co powietrze.

Albo potem nie mów, że nie ostrzegałem.

* * * * *

1. Biały

Biel jest modna. Biel jest łał, dżezi, kul i zasadniczo wypada się w niej pokazać. Jeśli wybierasz biel, bywasz. A to w modnym klubie, a to w modnym towarzystwie, a to chociaż na Pudelku. To, że twój pojazd 5 minut po wyjeździe z salonu (tudzież z myjni) będzie wyglądał równie atrakcyjnie, co Lublin Cytryna i Gumiaka, nie zaprząta twego pochłoniętego rozważaniami o modzie umysłu.

Nazwa handlowa: Fashion White

2. Srebrny

Jesteś prawdziwym korpożołnierzem. Stoisz na baczność przed Wielkim Korpobratem, gotów ginąć za Misję Firmy. W imię walki o nią wyzbywasz się jakichkolwiek przejawów osobowości. Własny charakter to brak profesjonalizmu, przeszkoda na drodze do stworzenia idealnego raportu z wyjścia do klopa. Lakier twego samochodu nie może mieć własnego koloru - w nim ma odbijać się biurowiec. Maszeruj. Raz, dwa, lewa. Ewentualnie, jeśli nawet nie jesteś korpożołnierzem, to po prostu sąsiad ma srebrny samochód, sąsiadka też, tak samo, jak wszyscy ludzie, którzy przyjechali z rodzinami do hipermarketu zaraz po Familiadzie. A przecież miliony much nie mogą się mylić. Prawdopodobnie mówisz "wziąść".

Nazwa handlowa: Anonymous Corporate Silver

3. Szary

Dyskrecja to twoje drugie imię. Dyskretna elegancja - twój ulubiony styl. Tak dyskretny, że aż niewidzialny. Uwielbiasz wtapiać się w tło, z twarzy i ogólnej stylówy podobny dokładnie do nikogo i każdego jednocześnie. Prawdopodobnie nie lubisz myć samochodu. Pamiętaj tylko, by korzystać zawsze ze świateł mijania - jeśli będziesz używać dziennych, prędzej czy później ktoś wjedzie ci w zad.

Nazwa handlowa: Stealth Asphalte Grey

4. Brązowy

Ciepłe, domowe ognisko. Przywiązanie do tradycji. Poroże na ścianie, skóra dzika na podłodze, cięty kryształ, reprodukcje klasycznych mistrzów i portrety wąsatych przodków, oczywiście rodowodowo-herbowych. Ciągnie cię do konnych polowań a swojski aromat obornika wywołuje w tobie rozrzewnienie.

Nazwa handlowa: Old Geezer Brown

5. Czerwony

Zdecydowanie najszybszy kolor. Najszybszy i najbardziej wyróżniający się. A ty uwielbiasz się wyróżniać. Regularnie bywasz w centrum - konkretnie zaś w centrum uwagi. Jesteś chodzącą definicją ekstrawertyzmu. Zawsze na imprezie - nawet na jezdni. Stopa w podłodze i patrzcie, kto rządzi. Nieważne, że to niespełna 70-konne pierdzipudełko.

Nazwa handlowa: Superfast Red

6. Zielony

Niby samochód jest ci potrzebny, ale jednak odczuwasz odrobinę winy. No bo klimat. Bo drzewka. Bo foczka na biegunie dostanie kaszelku. Potrzebujesz listka figowego, swego rodzaju symbolicznych przeprosin, sygnału wysyłanego w kierunku wszystkich tych, którzy nienawidzą cię za to, że nie gnieciesz się z rodziną i bagażami w zbiorkomie i nie ciśniesz na rowerku w środku zimy, mówiącego, że jednak jesteś z nimi. Aż dziwota, że obecna generacja Priusa nie wychodzi w zielonym.

Nazwa handlowa: Tree-Hugger Green

7. Czarny

Prestiż. To jest właśnie to, co interesuje cię najbardziej. Samochód ma być prestiżowy i groźny, budzić respekt samym swym wyglądem. Jadący przed tobą lewym pasem, bo akurat wyprzedzają ciężarówkę, mają na widok twego auta w lusterku natychmiast się pod ową ciężarówkę wcisnąć, inwalidzi zaś powinni grzecznie ustępować ci swych miejsc na parkingu, - wszak twój splendor nie może być noszony piechotą przez pół parkingu pod hipermarketem, w którym kupisz promocyjną parówkową, by starczyło na ratę kredytu.

Nazwa handlowa: Prestige Black

* * * * *

To wszystko, co udało mi się wycisnąć z meandrów mego mózgowia. Wiem, że lista jest niekompletna - zabrakło błękitu, granatu, wiśni i paru innych pięknych odcieni. Jednak nawet moja szydera ma swoje granice. Dziś granicą ową jest senność.

Dobranoc.


środa, 15 lipca 2015

3

Tak, to już 3 lata.

Pół godziny po północy 15 lipca 2012 napisałem pierwszy wpis. Krótkie "dzień dobry" (choć dziwnie mówi się "dzień dobry" w środku nocy) okraszone klipem zespołu, w którym podówczas grałem. 3 lata, 253 wpisy, 470 lajków na fejsie, kilka kilogramów i jedno dziecko później jestem tu, gdzie jestem - czyli wciąż na Blogspocie, choć były plany by przenieść się gdzieś "na swoje". Niestety - ilość pracy koniecznej do wykonania przy takim ruchu (której ze względu na informatyczny analfabetyzm nie ogarnę sam) w stosunku do dostępnego wolnego czasu sprawiła, że krok ten zostaje przesunięty "na kiedyś".

Za to - podpuszczony (i słusznie) przez jednego z Czytaczy - zmieniłem tło. Przy okazji pojawiło się też nowe zdjęcie w tle i grafika profilowa (bo tym razem nie jest to fotografia) fejsowego fąpaża. Wszak jest ku temu okazja.


Tak się złożyło, że blogojubileusz zbiegł się z zanabyciem przeze mnie nowego (dla mnie, nie dla świata, po którym jeździ już od 23 lat), bardziej rodzinnego i sprzętoprzyjaznego wehikułu. Można powiedzieć, że sprawiłem sobie (oraz rodzinie i basom) coś w rodzaju prezentu na trzylecie. Jest więcej miejsca, więcej komfortu, na pewno będzie więcej do zrobienia (wszak 23 lata, trochę przygód i nieco zaniedbań) ale też więcej frajdy (absolutnie nie ujmując niczego Madzi, KTÓRA WCIĄŻ JEST DO ŁYKNIĘCIA, I TO ZA JESZCZE MNIEJSZY PIENIĄDZ, ZAPRASZAM) i, oczywiście więcej do opisywania.

Pierwszy odcinek kolejnego długodystansu już za kilka dni.


A co poza tym?

Poza tym wciąż jeżdżę na różnorakie motoryzacyjne i basowe eventy, wciąż gram (już niedługo wreszcie nowy wpis z kategorii "Basowisko"), wciąż słucham, wciąż czytam, i, rzecz jasna wciąż piszę. I nie mam w planach przestawać.

I basy też mam trzy. I po raz pierwszy w mej karierze wszystkie trzy mieszczą się do bagażnika.


Trzy basy na trzy lata pisania. Czy to znaczy, że za rok będą cztery?

Do najbliższego.