Pokazywanie postów oznaczonych etykietą V70. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą V70. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 grudnia 2019

Potrójny długodystans: kolejny rok volviarstwa

I tak, mili Państwo, kończy nam się kolejny rok. Wpis z jego (i nie tylko) ogólnym podsumowaniem planuję wrzucić pojutrze, czyli 31.12, jednak teraz możemy bardzo pokrótce podsumować to, jak wyglądał mijający rok w najbliższej memu sercu kwestii volviarskiej.

1. Skanssen


Tak, wiem. Miałem go robić. Jednak... nie wiem, czy się uda. Po prostu mój portfel nie jest obecnie w stanie udźwignąć serwisu 3 samochodów.

Nie zmienia to faktu, że Skanssen wciąż jeździ. Wziął udział w rajdzie Tata ma Grata, następnie w Rajdzie Grzyba (ten drugi zresztą z zupełnie niezłym wynikiem) a obecnie upala go mój brat, którego Carina ma pewne problemy z układem hamulcowym. A czy finalnie zostanie ze mną? Nie wiem. Jeszcze nie wiem. Ale... chciałbym.

2. DAFuq



Od czasu jedynego jak do tej pory wpisu o DAFuqu wydarzyło się całkiem sporo. Pojawił się na kanałach Złomnika i Motobiedy, wygrał drugi Świdermajerajd i przewiózł Obywatelkę Pilotkę i mnie przez cały sezon '19 Mistrzostw Okręgu Warszawskiego Pojazdów Zabytkowych, w których finalnie udało się dowieźć 16 miejsce w klasie. Wynik niby taki sobie, ale jak na debiut w punktowanej klasie, dodatkowo samochodem zgarniającym dużo punktów karnych za rocznik, chyba w miarę znośnie.

Tak czy inaczej - na pewno zostaje z nami na przyszły rok. Wszak kolejny sezon MOWPZ zaczyna się już w kwietniu.

3. V70 vel Czerwony



Wycieczka do Chorwacji i okolic udowodniła, że zakup Fałsiedemdzesiątki był dobrym wyborem - a przynajmniej tego egzemplarza. To wciąż niesamowicie wygodny, przyjazny i całkiem dynamiczny sprzęt. Do tego okazał się całkiem bezproblemowy - jeśli wyłączyć wciąż czekającą na wymianę sondę Lambda (zaplanowana na styczeń), kończącą się dwumasę (jeśli finans pozwoli, również do zrobienia z początkiem roku) i wibracji na kierownicy, które jednak ustąpiły po zmianie kół na zimowe, co oznacza, że problemem jest któraś z aluminiowych felg, którą trzeba będzie naprostować.


I... w zasadzie to tyle. Więcej w filmie. Zapraszam serdelecznie.


A już pojutrze dowiecie się co dalej.

Pozostańcie nastrojeni.



wtorek, 17 września 2019

Długodystans: na wywczasie

Za oknem coraz chłodniej. Słońce wschodzi coraz później i z dnia na dzień szybciej znika za horyzontem. Do tego dorwało mnie jakieś wredne choróbstwo, które jednakowoż nie zmienia faktu, że do tyry chodzić trzeba - choćby dlatego, że teraz przyszła kolej na urlop kolejnego z nas, co z kolei oznacza, że w razie elczwórki zwyczajnie zabrakłoby rąk (a w zasadzie mózgów i gąb) do roboty. W takich warunkach raczej nie dziwi to, że zamiast wracać myślami nad Adriatyk, najchętniej przewiesiłbym sobie Obywatelkę Pilotkę przez ramię, wskoczył w pojazd mechaniczny i wrócił tam fizycznie - nawet mimo tego, że droga momentami była dość męcząca. Jednak, mimo wielu godzin za kierownicą, warto było ją przebyć - i to nie tylko ze względu na czekający u jej końca cel, ale również z uwagi na nią samą. A do tego nasz nowy, czerwony nabytek poradził sobie z nią nader zacnie.

Tak, jak w zeszłym roku, zaczęliśmy od noclegu pod Wrocławiem, następnego dnia zaś wyruszyliśmy do Czech. Tym razem jednak to nie Praga była naszym celem - podróż rozpoczęliśmy od wizyty w klimatycznej, industrialnej Ostrawie. A ta szczególne wrażenie robi po zmroku.



Choć trzeba przyznać, że za dnia też jest grubo.


Kolejny przystanek był już sporo dalej - konkretnie w rejonie Jezior Plitwickich. Czyli już w Chorwacji. W tym celu należało przejechać na południe przez praktycznie całe Czechy, Austrię i Słowenię. Czekała mnie najdłuższa - jak do tej pory - trasa w życiu.

Przez Czechy jechało się tak, jak rok wcześniej - spokojnie i całkiem przyjemnie. Jedyny dyskomfort sprawiała tkwiąca gdzieś z tyłu głowy myśl, że przed granicą austriacką trzeba będzie wyposażyć się w czerwoną nakładkę na hak. Tamtejsze przepisy nakazują zdemontować kulę, jeśli nie wiezie się przyczepy, zaś jeśli nie będzie to możliwe (a w naszym przypadku właśnie tak się okazało) - założyć na nią taki właśnie, prawdaż, czerwony kapturek. Nota bene - prawie nigdzie nie ma tej informacji, zaś by na nią trafić, trzeba i tak wiedzieć o istnieniu tego przepisu i wyszukiwać szczegóły! Tak czy owak - gdy warsztat, który odwiedziłem przed wyjazdem, poddał się, pokonany przez kompletnie zapieczoną śrubę, stwierdziłem, że zakup nakładki nie będzie żadnym problemem. Wszak takie rzeczy powinny być na każdej większej stacji benzynowej, szczególnie przed austriacką granicą, nieprawdaż?

No właśnie nie.

Zatrzymywaliśmy się chyba na co drugiej stacji. Szukaliśmy na półkach i ścianach z akcesoriami, pytaliśmy obsługi - nic. Zero. Hovno. W końcu na jednej ze stacji Obywatelka Pilotka zakupiła zestaw kolorowych taśm klejących, ja zaś na kolejnej w końcu upolowałem nakładkę, tyle, że czarną. Gdy dojechaliśmy do Mikulova, skąd zostało tylko kilka kilometrów do granicy z Austrią, wiedzieliśmy już, że trzeba wcielić w życie nasz demoniczny plan, godny Cytryna i Gumiaka.

NIE IDZIE POZNAĆ CO BYŁO ROBIONE
Owinięty przez Obywatelkę Pilotkę czerwoną taśmą kapturek został zamontowany na haku. Jest nakładka? Jest. Czerwona? Owszem, jak wóz strażacki. Jakieś pytania?

Tak. Jedno. Po cholerę tak się z tym szarpaliśmy, skoro żaden widziany przez nas w Austrii samochód wyposażony w hak nie miał takiego kapturka???

Abstrahując od tej obserwacji, która nieco zachwiała moim hodowanym przez internetowe media przekonaniem, że Austriacy rygorystycznie przestrzegają wszystkich przepisów, muszę stwierdzić, że ograniczenia prędkości nie są tam zbyt często łamane, a jeśli już, to nieznacznie. Nie spotkałem tak powszechnych na naszych drogach Władców Lewego, siadających na zderzaku przy każdej próbie wyprzedzenia ciężarówki. Same ciężarówki też wyprzedzały się jakoś rzadziej. Jednak, mimo dość wysokiej ogólnej kultury jazdy i bardzo malowniczej trasy, przejazd przez Austrię był dla mnie nieco stresujący. Prawdopodobnie znaczną rolę odegrała moja świadomość, że już za niewielkie wykroczenie można tu srogo beknąć - a relaksująca, leniwa jazda na tempomacie nie była tu zbytnio możliwa ze względu na liczne roboty drogowe i związane z nimi często zmieniające się ograniczenia. Do tego spory fragment, gdzie dość kręta droga ze względu na owe roboty miała postać jednego, bardzo wąskiego pasa, z jednej strony ograniczonego skałami a z drugiej betonową barierką, dość mocno nadszarpnął moje mentalne siły.

Słoweński odcinek przejechaliśmy dość szybko, co z jednej strony było nieco frustrujące, biorąc pod uwagę groteskowy wręcz koszt winiety (ostatecznie zadecydowaliśmy o pozostaniu na autostradach ze względu na czas dojazdu), z drugiej zaś - przyniosło sporą ulgę, gdyż... Słoweńcy jeżdżą zaskakująco agresywnie. Droga, którą jechaliśmy, nie była zresztą jakoś szczególnie fascynująca. Przy okazji warto nadmienić, że powtarzane wszędzie tezy głoszące, że w Słowenii prawie nie ma gdzie tankować gazioru, można włożyć między bajki. LPG jest praktycznie na co drugiej stacji - przynajmniej na autostradach.

W końcu dotarliśmy do Chorwacji, która przywitała nas dość pochmurną pogodą i pięknym, górskim pejzażem. Nie wiedzieliśmy jednak, że najtrudniejszy odcinek był jeszcze przed nami.

Znaczna część drogi przebiegła spokojnie - aż do momentu zjazdu z dróg szybkiego ruchu. Akurat wtedy zaczęło się ściemniać, a niedługo później wjechaliśmy na prowadzący do Jezior Plitwickich odcinek, gdzie... nie było widać nic. Droga była kręta, mocno pagórkowata a oświetlenie nie występowało w ogóle. Do tego zrobiło się niesamowicie wilgotno, co sprawiło, że szyby zaczęły parować w nieznanym mi wcześniej tempie. Na szczęście dość wydajna klimatyzacja z funkcją osuszania przedniej szyby (jak dobrze mieć takie wynalazki na pokładzie!) pomagała nie rozbić się na najbliższej skale. Najgorsze jednak było to, że co chwila jakiś znający drogę na pamięć tubylec siadał nam na ogonie, by chwilę później wyprzedzić nas pod górę, po ciemku i we mgle. Po godzinie takiej jazdy trzęsły mi się ręce i marzyłem tylko o tym, by wysiąść z samochodu. Tym bardziej, że za kółkiem spędziłem tego dnia łącznie około dziewięciu godzin i naprawdę miałem już dość.

W końcu dotarliśmy na miejsce, gdzie zostaliśmy powitani przez niezwykle serdeczną gospodynię. Niestety, nie było nam dane po prostu pójść spać - akurat trafiliśmy na bardzo huczną imprezę z okazji jakiegoś lokalnego święta prawosławnej mniejszości serbskiej. Koszmarne disco serbo dudniło przez pół nocy, a coraz bardziej fałszujący - niewątpliwie pod wpływem rakii - wokaliści sprawiali, że miałem ochotę przekłuć sobie bębenki.

Na szczęście kolejny dzień wynagrodził nam te, khm, drobne niedogodności. A urokliwa okolica, w której się znajdowaliśmy, była tylko początkiem.


Po wyjechaniu na drogę i skierowaniu się nad Jeziora Plitwickie okazało się, że... droga jest zupełnie niezła. Równa, sporo szersza, niż wydawało się to na zdjęciu, i umożliwiająca jazdę z, powiedzmy, cywilizowanymi prędkościami.

Same jeziora, na wycieczkę po których poszliśmy najpierw, okazały się przepiękne. Wręcz zjawiskowe. Takiego koloru wody nie widziałem nigdy wcześniej, zaś otoczenie... zresztą nie będę się rozpisywał. To po prostu trzeba zobaczyć.

Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić krótkiego rejsu łódką.

To powinna być łódka basistów. Davie504 zdecydowanie by pływał.
Z punktu, gdzie kończył się wybrany przez nas szlak, kursował wożący turystów z powrotem w okolicę pierwszego wejścia dość interesujący pociąg drogowy, w którym rolę lokomotywy pełnił - rzecz jasna - Unimog.


Po kilkugodzinnym spacerze pozostało ruszyć w dalszą drogę. Tym razem już do punktu docelowego, gdzie mieliśmy spędzić kolejnych kilka dni - do Dalmacji.

Znów, aby jak najszybciej znaleźć się na miejscu, wybraliśmy trasę szybkiego ruchu. Być może był to błąd, gdyż Jadranska Magistrala niewątpliwie oferuje piękniejsze widoki, jednak przejechanie wydrążonego w górze kilkukilometrowego tunelu Św. Rocha też jest całkiem niezłym przeżyciem.


Tym bardziej, że wyjeżdżając zeń trafiamy już w zupełnie inny świat. Może mniej trawiasty, bardziej skalisty, jednak oszałamiający cudownym zapachem i przepięknymi kolorami.

Klimat śródziemnomorski.

Nigdy wcześniej nie byłem poza strefą tzw. klimatu umiarkowanego. I choć zdarzyło mi się być o wiele dalej od domu, za oceanem, powietrze pachniało tam w zasadzie tak samo, tak samo świeciło słońce i wiał wiatr. Tu zaś... to był dla mnie zupełnie nowy świat. Nowe doznania, nowe smaki, nowe zapachy. Obezwładniająco słodkie figi prosto z drzewa. Przepyszne ryby, które jeszcze kilka chwil wcześniej pływały w Adriatyku. I przede wszystkim odczuwalne wszędzie inne tempo życia. Spokojniejsze. Bardziej ludzkie. Bardziej... moje.


No chyba, że mówimy o tempie, w którym poruszają się chorwaccy kierowcy.

Podobno niedawno w Chorwacji wprowadzono surowsze kary za łamanie przepisów, w tym przekraczanie prędkości. Jeśli tak było, miejscowi kierowcy przejęli się tym faktem w stopniu, powiedzmy, umiarkowanym. Chyba nikt nie jechał tam zgodnie z ograniczeniami - każdy przekraczał prędkość o średnio ok. 15 km/h. Póki rygorystycznie pilnowałem ograniczeń (wszak nie byłem u siebie), wyprzedzali mnie wszyscy. W końcu jednak stwierdziłem, że skoro wjechałem między Chorwatów, muszę jeździć tak, jak oni, i... od razu się zrelaksowałem. Ruch, choć nieco szybszy, niż nakazują znaki, jest tu płynny i sprawny. Nie ma popisów drogowego chamstwa czy koncertów skretynienia, jakie co dzień widzimy na polskich drogach. Jest dokładnie tak, jak przeczytałem gdzieś o "południowym stylu jazdy" - mało kto przestrzega przepisów, ale wszyscy biorą na to poprawkę i uważają na siebie nawzajem. Był jednak jeden wyjątek. Zaobserwowałem pewną grupę kierowców, która jeździła szczególnie agresywnie, zaś prędkości w trasie dopiero zaczynały się dla niej od 20 km/h powyżej obowiązującego ograniczenia. Otóż byli to... Niemcy. Tak - karni, zdyscyplinowani Niemcy i ich słynne ordnung muss sein. Chyba zostawiali ten ordnung w domu, zaś w drogę zabierali ze sobą cegłę pomagającą w operowaniu pedałem gazu (wszak, prawdaż, gaz i Niemcy - no ewidentnie nie mogą się powstrzymać). Gdy jeden z nich obtrąbił mnie, gdy szukałem miejsca do zaparkowania, moja irytacja sprawiła, że dopiero chwilę później przyszła mi do głowy odpowiednia riposta. W skutek tego do dziś żałuję, że nie wysiadłem, nie podszedłem do jego szarobłękitnego E90 i nie poinformowałem go:

- Achtung, Hans. Wir haben neununddreißig nicht vergessen.

Jednak... chyba nie mam czego żałować, skoro miejsce postoju, które w końcu znalazłem, wyglądało tak:


I tak w sumie wyglądał cały pobyt w Dalmacji - relaks, delektowanie się zapachem powietrza, pływanie w Adriatyku i żal, że nie można mieć tego przez cały rok. Wszystko było tu takie, jak lubię - temperatura, słońce, nieco jakby spokojniejsze tempo życia, a nawet powietrze. Oddychało mi się tu doskonale a moja astma, mimo dość intensywnego przemieszczania się per pedes, nie odezwała się ani razu.

Na ostatnie dwa dni wypuściliśmy się do pięknej, historycznej Puli, gdzie z okna naszego wynajętego na jedną noc pokoju mieliśmy całkiem niezły widok...


...i do Triestu, który okazał się... dość stresujący, przynajmniej pod względem tego, jak się tam jeździ. Jeśli wszędzie we Włoszech jeździ się jak tam, to chyba następne wizyty w słonecznej Italii wolę odbyć innym środkiem lokomocji lub przynajmniej zostawiać samochód na obrzeżach miast (lub pod hotelem, jeśli trafi się dłuższy wyjazd na obuwniczy półwysep) a rejon zwiedzać zbiorkomem. No chyba, że wyhoduję do tego czasu dodatkowy zmysł orientacji, co jednak w moim wieku jest mało prawdopodobne.

A jak sprawił się Volviacz?

Bardzo zacnie. Wiadomo - brak awarii na dystansie nieco ponad 3000 km nie powinien być niczym niezwykłym nawet dla pełnoletniego samochodu, jednak... oboje byliśmy bardzo zadowoleni. Wszak wiadomo - to nowy nabytek, którego jeszcze nie zdążyliśmy dobrze poznać. Niestety nie było jednak idealnie - po drodze zaczęły mocno bić przednie tarcze. Hamowanie przy autostradowych prędkościach, choć wciąż skuteczne, stało się zwyczajnie nieprzyjemne. Również podczas jazdy dało się odczuć lekkie drżenie kierownicy, którego nie było przed zmianą kół. Podejrzewam zatem, że któraś z felg może nie być tak prosta, jak powinna być. Trzeba będzie zająć się tym (wraz z przednimi hamulcami) po najbliższej wypłacie. Na szczęście mam szansę do niej dożyć dzięki... instalacji gazowej. Tak - ceny LPG, choć za granicą (szczególnie w Austrii) wyższe, niż w Polsce, nadal na tyle różnią się od kosztów benzyny, że same przejazdy kosztowały nas niewiele ponad połowę tego, co musielibyśmy wyasygnować jeżdżąc jedynie na dziewięćdziesiątce piątce. Lepsze Ponieważ Gazowe!

Podsumowując - nasz czerwony Volviacz okazał się bardzo wygodnym i, poza dwiema wymienionymi niedogodnościami (które można jednak nazwać sprawami eksploatacyjnymi), niezawodnym towarzyszem podróży. Zdecydowanie zasłużył na nadanie mu imienia. Problem w tym, że... wciąż nie raczył się nam przedstawić.

Cholera, nie wiem. Może Junior? Wszak jest prawie nowy - ma ledwie 18 lat...


P.S. Dziś w Chorwacji niewielkie zachmurzenie i 21-22 stopnie. Chcę tam wracać. Już.

środa, 21 sierpnia 2019

Koniec łowów, czyli Nowy Długodystans

Niektórzy się domyślili. Byli nawet tacy, którzy odgadli konkretny egzemplarz. Inni strzelali całkiem blisko. Tak czy inaczej - pora zakończyć ten festiwal domysłów i podzielić się wiadomościami. Tradycyjnie - jest dobra i zła.

Zła wiadomość - nie udało się upolować Cegły. Naprawdę dobre egzemplarze znalazły się już poza moim zasięgiem a te, które w nim pozostają, okazują się niestety mniej warte, niż chcieliby uzyskać za nie ich właściciele.

Dobra - udało mi się pozostać wiernym marce.

Ale po kolei.

Po żmudnych, przeciągających się poszukiwaniach stanąłem przed alternatywą: brać cokolwiek na szybko lub postarać się pożyczyć coś na wyjazd i szukać na spokojnie dalej. Skłaniałem się już ku tej drugiej opcji, dogadawszy się wstępnie z bratem w kwestii jego Cariny. Oczywiście pozostawał jeszcze Skanssen, ale z Obywatelką Pilotką zgodnie uznaliśmy, że po pierwsze będziemy w tej podróży potrzebować klimy, po drugie zaś warto by było ograniczyć wydatki na paliwo, by pozostało choć trochę finansów na jakieś atrakcje na miejscu. Pozostało jednak jeszcze jedno ogłoszenie, na które odpowiedziałem kilka dni wcześniej. Sprzedający był akurat wyjechany i wstępnie umówiłem się z nim, że jeśli nie kupię nic innego, obejrzę wóz po jego powrocie. A muszę przyznać, że nie byłem do końca przekonany - trochę bałem się kosztów eksploatacji modelu, a poza tym... zwyczajnie nie byłem zachwycony jego estetyką. Czerwony, niemetalizowany lakier w połączeniu z dość smutnym, niemal jednolicie czarnym wnętrzem wyglądał według mnie niezbyt pociągająco - szczególnie w porównaniu z egzemplarzami w ciemniejszych metalikach i z jasną tapicerką. Przynajmniej jednak nie był srebrny. Zadzwoniłem zatem do sprzedającego i umówiłem się na poniedziałkowe popołudnie.

Gdy dotarłem na miejsce, pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, był... Citroen CX wrastający dostojnie w jedno z miejsc parkingowych. W tym samym momencie zadzwonił właściciel auta, które miałem oglądać. Poinformowałem go, że jestem już na miejscu i znajdzie mnie śliniącego się do CX-a. Rozmówca zgodził się, że rzeczywiście, piękny sprzęt, co wpłynęło pozytywnie na moje nastawienie. Po kilku minutach oczekiwania wyszedł do mnie obywatel z krótką brodą, za to z długimi włosami spiętymi w kitę, co podbiło moje nastawienie jeszcze o jeden poziom w górę. Nie zmieniało to jednak faktu, że wóz trzeba obejrzeć dokładnie, do czego niezwłocznie przystąpiłem.

Samochód, poza dwiema wgniotkami i fantazyjnie porysowanym lewym tylnym błotnikiem (dzieło jednego z synów, jak wyjaśnił sprzedający), prezentował się nieźle. Z silnika nie ciekło, test odmy zdany śpiewająco, do tego - poza przednią szybą wymienioną po radosnym działaniu bemowskich wandali (na co była zresztą dokumentacja zdjęciowa) - nie znalazłem śladów napraw powypadkowych. Oczywiście jednym z miejsc, gdzie takowych należy szukać, jest podłoga bagażnika, którą - po wyciągnięciu spoczywających tam alusów z bardzo zużytymi letnimi oponami -obadałem dość dokładnie, rzucając przy tym pół żartem, że widać, iż bas wejdzie. "Bas?" - spytał nader sympatyczny sprzedawca - "TEŻ???".

W tym momencie zacząłem mieć szczerą nadzieję, że z autem okaże się wszystko w porządku, gdyż transakcja "od basisty do basisty" byłaby naprawdę satysfakcjonująca.

Udaliśmy się na przejażdżkę. Wnętrze wozu, choć depresyjnie czarne, spodobało mi się od razu pod względem wygody i ergonomii. Zawieszenie pracowało dobrze, bez zbędnych hałasów, amortyzując przy tym tak, jak lubię - miękko i relaksująco. Silnik chodził dobrze zarówno na gazie jak i benzynie, do tego brzmiał bardzo przyjemnie, nie wydając przy tym niepokojących odgłosów. Klima chłodziła jak trzeba. Pozostało dokładnie obejrzeć sprzęt od dołu, co udało się zrobić dzięki znajdującemu się nieopodal czynnemu do wieczora warsztatowi. Podwozie okazało się może nie fabryczne, ile naprawdę solidnie utrzymane.

Wiedziałem już, jaka będzie decyzja: kupuję kolejnego Volviacza. Tym razem drugą generację V70.


Volviaczowi akurat wyszedł przegląd, więc umówiłem się z właścicielem, że następnego dnia zrobi go i wtedy przyjadę z kasą i umową. Jak umyśliliśmy, tak też zrobiliśmy - sprzęt bez problemu zasłużył na pieczątkę, ja zaś po pracy stawiłem się wraz z Lubą (vel Obywatelką Pilotką) na Bemowie, celem wyskoczenia z finansu, podpisania umowy i pobrania naszego nowego jeździdła - rzecz jasna, o ile nowym można nazwać 18-letni samochód.

W ten oto sposób stałem się właścicielem czerwonego Volvo V70, rocznik 2001. 



Oczywiście, nowy nabytek należało sprawdzić w najróżniejszych warunkach drogowych - w tym na leśnych dróżkach prowadzących na działkę. Mimo zawieszenia niższego niż w Skanssenie, Fałsiedemdziesiątka bardzo ładnie dała sobie radę.

Komfortowe okazało się nie tylko zawieszenie. Również wnętrze zasługuje na wysokie noty pod względem wygody. Szczególnie dobre wrażenie robią fotele - obszerne, dobrze wyprofilowane, z twardością dobraną tak, że mój spasły zad i geriatryczny kręgosłup nie odczuwają cierpień nawet po dłuższym czasie za kółkiem. Do tego zarówno z przodu jak i z tyłu trudno narzekać na ilość przestrzeni - nawet wysoki osobnik znajdzie tu wystarczająco dużo miejsca dla siebie.

Wykończenie wnętrza można określić jako przyzwoite - dominują przyjemne, dobrej jakości tworzywa, ale jakość wykonania tunelu między fotelami nieco rozczarowuje. Na szczęście nawet on nie sprawia wrażenia, jakby planował rozpaść się w najbliższej przyszłości, zaś deska rozdzielcza czy boczki drzwi wyglądają, jakby były przygotowane na kolejne dziesięciolecia eksploatacji.




Wyposażenie można uznać za więcej, niż satysfakcjonujące. Poza automatyczną, dwustrefową klimą mamy tu elektrykę wszystkich szyb, bardzo dobrze brzmiący zestaw audio a nawet elektrycznie regulowany fotel kierowcy oraz - uwaga - wbudowany telefon ze slotem na kartę SIM! Naprawdę tłusto.

Oczywiście Volvo kombi to przede wszystkim praktyczność i kawał solidnego bagażnika. I tu jest... dobrze. Nawet bardzo. Ale nie aż tak, jak w Skanssenie.



Kufer bez większych problemów łyknął cały sprzęt potrzebny mi na wykon nad Zalewem Sulejowskim, jednak była to już niemal granica jego możliwości. Niestety - bagażnik 940 jest zwyczajnie szerszy, choć i temu w V70 trudno cokolwiek zarzucić pod tym względem. Nie zapominajmy jednak, że były właściciel mojego egzemplarza jeździł tym sprzętem w trasy z kontrabasem. I wszystko mieściło się pięknie. I to mimo zajmującej nieco miejsca dojazdówki, w której zwyczajowym miejscu umieszczono 55-litrową butlę na pożywny gaziorek.

Właśnie. Gaziorek.

Podczas moich poszukiwań skupiałem się głównie na samochodach z instalacją LPG - Skanssen takowej nie posiadał, co skutkowało puszczaniem straszliwych kwot przez rurę wydechową. Tutaj zaś znalazła się dobrej jakości instalacja STAG, dzięki której koszt jazdy w porównaniu ze Skanssenem spadł o ponad połowę - i to mimo tego, że podtlenek biedy napędza stadko 170 koni, zapewniających Fałsiedemdziesiątce naprawdę przyjemne osiągi. A, co nader przyjemne, towarzyszy im nader soczysty dźwięk pięciu cylindrów.


Niestety, rzędowa piątka ma też swoje wady - szczególnie, gdy jest umieszczona w poprzek. W przeciwieństwie do 940, V70 ma przedni napęd, co nie dość, że mocno ogranicza potencjał frajdowy, to jeszcze, w połączeniu z długim, wepchniętym poprzecznie silnikiem, sprawia, że zwrotność staje się pojęciem czysto teoretycznym. Manewrowanie tym wozem w ciasnych miejscach to koszmar - i to mimo przyjemnie działającego układu kierowniczego. Tam, gdzie Skanssen zawracał na raz, Fałką trzeba łamać się na trzy. Albo piętnaście.

Nie zmienia to jednak faktu, że V70 to niesamowicie przyjemny sprzęt - ponadprzeciętnie wygodny, zaskakująco szybki i praktyczny. A po wjeździe alusów obutych w zamówione zaraz po zakupie świeżutkie Pirelki - całkiem ładny.



Jednak, mimo przewagi w zakresie komfortu i osiągów... to nie Skanssen. Wbrew temu, co mówią niektórzy, to wciąż pełnoprawne Volvo, jednak brakuje mu charakteru niestrudzonego perszerona, którym wręcz ocieka 940, i tej niepowtarzalnej, klasycznej stylówy. Brakuje też poczucia niemalże braterstwa z innymi volviarzami, które odczuwałem jeżdżąc Skanssenem i pozdrawiając się wzajemnie z kierownikiem każdej mijanej Cegły. Dlatego, mimo pewnego finansowego ścisku nabiału, podjąłem pewną decyzję.

Skanssen zostaje. Przynajmniej na jakiś czas - tak, bym choć trochę go połatał i mógł jeszcze troszkę pocieszyć się jego kanciastym, tylnonapędowym towarzystwem. Dziurawą podłużnicę się zaspawa, sypiące progi się wymieni - bez pośpiechu, krok po kroku. A może dzięki temu za dwa-trzy lata będę mógł nim - na zmianę z DAFuqiem - latać w rajdach MOWPZ.

A tymczasem, gdy Skanssen będzie powolutku, w miarę możliwości czasowych i finansowych doprowadzany do stanu umożliwiającego mu przetrwać kolejne dziesięciolecia, będziemy mogli z Obywatelką Pilotką cisnąć wygodnie innym, ale też świetnym, wygodnym i przyjaznym Volviaczem.

Trzeba tylko jeszcze znaleźć mu imię.


Podsumowanie, czyli zady i walety:


Volvo V70 praktycznie od razu ujęło mnie swoim przyjaznym charakterem wygodnego, solidnego kompana rozmaitych podróży. Zarówno komfort, praktyczność, jak i osiągi są na takim poziomie, jakiego oczekiwałem. Do tego jest pierwszym moim samochodem wyprodukowanym w XXI wieku. Owszem, jako niepoprawny graciarz czuję się z tym trochę dziwnie. Ale... nadal mam DAFuqa i, co najważniejsze, Skanssena. I takie trio doskonale się uzupełnia.

Plusy
  • przestronne wnętrze
  • świetne fotele
  • komfortowe zawieszenie
  • osiągi
  • brzmienie silnika
  • bagażnik
Minusy
  • beznadziejna zwrotność
  • napęd na niewłaściwą oś (przynajmniej w tej klasie samochodu)
  • droższy niż w starych Cegłach serwis
  • to nie 940

Co nim wozić

Póki co, przewiozłem nim bezgłowego Nexusa, bezprogowego Bąka i japońskiego Jazza oraz zestaw SWR-a (niestety, nie mój). Ale tak naprawdę odpowiedzią na pytanie są wszystkie moje basy. Oraz my sami - Obywatelka Pilotka i ja.

Tymczasem zapraszam na filmidło.