czwartek, 26 stycznia 2017

Basista kontra Qltura: tlenek żelaza

Powszechnie obowiązująca opinia o aj kju basistów nie należy do szczególnie przychylnych. Wedle tejże opinii od perkusistów odróżnia nas jedynie to, że na imprezie przynajmniej odsuwamy naczynia na bok zanim nasikamy do zlewu. Niestety nie umiem się ustosunkować do tej kwestii, gdyż raczej nie chadzam na imprezy.

Acz dzięki temu nie muszę odsuwać naczyń.

W oparciu o takie dane trudno przypuszczać, że statystyczny basista czyta cokolwiek poza napisem na główce instrumentu innego basisty (sprawdzić, czy nie obrzyn). Oczywiście zdarzają się wyjątki - tacy Guy Pratt czy Tony Levin nawet popełnili własne memuary - jednak, jeśli wierzyć tzw. wieści gminnej, basista lekturę ogranicza do obrazka na okładce.

No chyba, że książka składa się głównie z obrazków.


Pod koniec zeszłego roku Tymon Grabowski (który po wejściu w internety przeistacza się w red. Z. Łomnika) połączył siły z Pawłem Maciejcem, młodym, bardzo zdolnym fotografem z południa Polski, w internetach znanym lepiej jako Ulvraith. Efektem tej współpracy jest dzieło o rzadkiej tematyce i niebanalnej estetyce: "Żelazo".

"Żelazo" jest pięknie wydanym albumem fotograficznym, traktującym o... no, o żelazie. A konkretnie jego tlenku, będącym nieruchomą pozostałością po niegdyś lśniących pomnikach mobilności: samochodach. Auta złowione przez obiektyw Pawła Maciejca są w większości wypadków wspomnieniami czegoś, co kiedyś było spełnieniem marzeń kolejnych właścicieli, niejednokrotnie kupionymi za oszczędności całego niemal życia. Teraz, porzucone, wrośnięte po osie, zapadające się pod własnym ciężarem, bezradnie pozwalają skonsumować się przez otaczającą naturę. Inne znikają pod coraz grubszą kołdrą z kurzu, pozostawione w szopach i stodołach, w bezterminowym zawieszeniu znanym powszechnie jako "będę go robił". Przez "normalnego" człowieka uznawane zazwyczaj za ohydne śmieci, w ujęciu Maciejca zyskują zaskakujące, niebanalne piękno.

Jako, że jest to jednak - bądź co bądź - książka, są tu również literki.


Komentarze autorstwa Tymona Grabowskiego oraz wstęp napisany przez Pawła Maciejca traktują o tym, co przedstawiają zdjęcia: porzuconych na pastwę losu i żywiołów samochodach oraz o motywach, którymi kierowali się ich właściciele po raz ostatni zamykając drzwi swych pojazdów. Często było to zwykłe odkładanie koniecznych napraw na bliżej nieokreślone później, które rozciągnęło się w efekcie na dziesięciolecia, czasem śmierć właściciela, a czasem... zapomnienie.

W zapomnienie też odejdą za pewien czas same wrosty, wywiezione na złom celem zwolnienia miejsca pod nową inwestycję deweloperską lub rozkradzione przez zbieraczy złomu. Tym bardziej warto zapoznać się z "Żelazem", które pozostałościom po niegdyś wspaniałych, wymarzonych, drogocennych pojazdach nadaje nieśmiertelność.

Pierwsza edycja "Żelaza" rozeszła się błyskawicznie, zaś egzemplarz z numerem 001, wystawiony na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, osiągnął cenę ponad 1000 zł. I choć tysiaka bym nie wyskrobał, nie żałuję ani grosza z 45 zł, które kosztował "zwykły" egzemplarz. Ponumerowany i odręcznie podpisany przez obu autorów album jest według mnie wart więcej.

Tym bardziej, że znalazłem się w pierwszej dwudziestce nabywców.

PRESTIGE
Druk "Żelaza" ma ponoć zostać wznowiony - co prawda tym razem w miękkiej okładce, ale nie zmienia to estetycznej i artystycznej wartości albumu.

Tak - polecam czworokopytnie. Po prostu warto. Bardzo.

4 komentarze:

  1. Ehhh... a mój to 355.Album zacny, aż rdza wylewa się ze środka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fotki z okolic Bielska, nieprawdaż?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wszystkie, ale zdaje się, że większość.

      Totalnie muszę tam pojechać.

      Usuń