Wiosna już była w ogródku, już witała się z gąską, a tu nagle ścisnęło, zmroziło, sypnęło jakimś białym cholerstwem i tyle było w temacie nadziei na ocieplenie i listki na drzewach. Tym samym wszystkim, dla których odmarzający nos, przeziębienie i konieczność wciskania się przy każdym wyjściu w srylion warstw odzieży są atrakcjami równie ciekawymi, co leczenie kanałowe, pozostało udanie się po kolejną porcję prozaku.
W takich to zachwycających okolicznościach przyrody odbył się kolejny już rajd z cyklu "Szczękające Uzębienie i Przemoknięty But 2018". Na szczęście jednak, tak samo, jak wcześniejsze zimowe imprezy, miał on do zaoferowania znacznie więcej, niż tylko przeziębienie. Był to już drugi rajd z cyklu
Warszawa Inaczej - niestety na pierwszy, zatytułowany "Włochowska Robota", nie dałem rady się załapać, w związku z czym tym bardziej chciałem pojechać w kolejnym. I tym razem, na szczęście, udało się.
 |
Najsłuszniejsza ze Wszystkich Marek ewidentnie staje się najpopularniejszą wśród organizatorów rajdów |
 |
Pierwsza czynność po przybyciu - przygotowanie wszelakich pomocy i innych utensyliów |
 |
O, Virgo 15"? Myślałem, że występowały tylko jako czternastki |
 |
Sedany chyba wracają do łask |
 |
Od lewej: dobrze, dobrze, nieszczególnie |
 |
Tym razem otrzymaliśmy najlepszy możliwy numer startowy |
 |
Radość na twarzy głównodowodzącego sugerowała jasno, że łatwo nie będzie |
 |
Dość ostrożny entuzjazm na twarzach uczestników zdradzał, że doskonale zdawali sobie z tego sprawę |
 |
Itinerer tylko pozornie nosił znamiona względnej normalności |
 |
Widoczki, jakich należało wypatrywać, rozwiewały jednak wszelkie złudzenia |
Zabawa zapowiadała się dość hardkorowo. Nie dość, że trasa zawierała dwa plany, czyli elementy absolutnie nieogarnialne dla człowieka o ludzkim IQ, to jeszcze dodatkowo prawidłowe przejechanie pierwszego z nich zależało od znalezienia i wpisania w kartę odpowiednich obiektów ze zdjęć widniejących na osobnej kartce. Kolejność ich pojawiania się na trasie miała stanowić o kolejności przejazdu punktów na planie. Słowem - koszmar.
Na szczęście planem miała zająć się moja Obywatelka Pilotka - osoba o IQ zdecydowanie nadludzkim - zaś w kwestii zdjęć przyszedł w sukurs człowiek-legenda, weteran warszawskich rajdów i przede wszystkim wolski tubylec, doskonale znający okoliczne zakamarki, czyli Paweł S.
Paweł miał jechać jako połowa odrębnej załogi, ale pech chciał, że wykruszyły mu się jednocześnie wehikuł i pilot. Jego niefart stał się jednak naszym szczęściem, gdy zasiadł z tyłu Skanssena.
Tymczasem kolejne załogi mniej lub bardziej żwawo szykowały się do startu.
 |
Czołem, załogo! |
Przyszła tedy pora ruszyć w trasę.
 |
Pierwszym z dwóch bezobsługowych checkpointów był Najpopularniejszy Pojazd Rajdowy tego sezonu |
 |
Nie miałem pewności tylko co do AX-a |
 |
Dwuelementowa kolekcja Chevroletów oczywiście była pytaniem z trasy |
 |
"Ulubione" również |
Szło nam zupełnie nieźle, aż do momentu, gdy nieprawidłowo skręcająca w lewo ciężarówka zasłoniła znak nakazu jazdy prosto, a ja... podążyłem za nią. Straciliśmy sporo czasu, a jak się później okazało, również czujności.
Na szczęście po powrocie na właściwą trasę udało nam się nie zbaczać już z niej zbyt daleko, zaś pytania z karty (poza jednym, nader podchwytliwym, o modele samochodów z szyb warsztatu) okazały się niezbyt trudne do znalezienia.
Jak się jednak okazało, nasze zagubienie w połowie pierwszego etapu sprawiło, że na metę dotarliśmy jako ostatni. Do tego, zamiast spokojnie oddać kartę, trzeba było jeszcze pokonać drugi plan, do którego instrukcje widniały na ostatnim już punkcie.
 |
Sympatyczna, futrzasta obsługa pilnowała dyskretnie, czy nie omijamy pekapu |
Zadanie, które należało rozwiązać, by prawidłowo ułożyć trasę przejazdu drugiego planu, było naprawdę srogim dowcipem. Otóż na kartce widniały zdjęcia z pierwszego checkpointu, czyli Volva 245, tyle, że w innej kolejności. Zadanie polegało na tym, by przypomnieć sobie, jak były uszeregowane na pierwszej kartce.
Czy muszę dodawać, że oczywiście miałem zdjęcie z piewszego pekapu?
Jednak nie był to jeszcze koniec zabawy. Zdając kartę drogową dowiedzieliśmy się, że czeka nas jeszcze jedna próba: parkowanie precyzyjne. Zadanie polegało na tym, by tak stanąć między pachołkami, by ich odległość od przedniej i tylnej osi była taka sama. Mój wynik - odchylenie o 4,5 cm. Jeden z lepszych, ale nie najlepszy.
Pozostało już tylko zaparkować i czekać na wyniki.
 |
Błogosławiony między Cegłami |
 |
Klimaty nordyckie z holenderskim, ziołowym posmakiem |
 |
Bas w miękkim pokrowcu miałby szansę wejść |
 |
Znamy, lubimy |
 |
Kącik teutoński |
 |
Trofea już czekały |
 |
Pieseł też czekał |
Niestety, okazało się, że przed pierwszym planem przeoczyliśmy jedno ze zdjęć, co wpłynęło na sposób jego przejazdu, tym samym pogrzebując szanse na miejsce w czołówce. Jednak, głównie dzięki Pawłowi i jego wąsom znajomości terenu, był to jedyny punkt, którego nie udało nam się zlokalizować.
Tymczasem przyszła pora na ogłoszenie wyników.
 |
Organizatorzy ogłaszają |
 |
Wyróżnieni się radują |
 |
Zwycięzcy z jakichś powodów wyrażają równocześnie radość i niesmak |
 |
Metę opuszczać zaczęły zarówno klasyki... |
 |
...jak i te przyszłe |
 |
Dostawca kiełbasek zamknął podwoje |
Przyszła zatem pora i na nas.
Czy rajd był udany? Jak najbardziej - ogrom pracy włożonej w ułożenie trasy i zadań był bardzo widoczny. Sama trasa okazała się nader malownicza (na swój wolski, postindustrialny sposób), a pomysły - zdecydowanie niebanalne. Niestety, poziom trudności i złośliwość niektórych pomysłów mogły odstraszać niektórych mniej doświadczonych zawodników. Niewątpliwie odstraszała też temperatura - być może to z jej powodu na starcie pojawiło się tylko kilkanaście załóg. A może po prostu niedoszli uczestnicy domyślili się co ich czeka?
Tak czy inaczej - kolejny rajd zaliczony, kolejne doświadczenie zdobyte. I mimo znienawidzonego przeze mnie planu, dodatkowo utrudnionego przez wredne pomysły organizatorów, wiem, że warto wybierać się na eventy Warszawy Inaczej. Choćby nawet tylko w celach krajoznawczych.
Jedno jest pewne - po trasie wiodącej na zmianę przez wąskie, błotniste uliczki i okrutnie zasolone arterie oraz po dyskretnych boczurach na Ordona Skanssen zasłużył na solidną kąpiel. Okłady z błota i soli są dla niego równie nieprzyjemne, co dla mnie przemakające w śniegu buty.
Oby na następny rajd przyszła już wiosna. Cudowna aura
zeszłorocznego Rembertowskiego pozwala mieć pewną nadzieję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz