W miarę niedawno - na początku roku - mój ulubiony bloger motoryzacyjny, red. dr rehab. Z. Łomnik dokonał dość srogiego pojazdu po innych motoblogerach, a konkretnie po ich skillu testerskim. Nie kryję - miał sporo racji, choć nie ze wszystkim się zgadzam. Mimo pewnych rozbieżności opinii (JESTĘ BLOGERĘ NIE REDAKTORĘ, mam swój gust, jestem subiektywny i będę pisał o tym, co podoba mi się, a co nie, rzekłem), stwierdziłem, że warto wziąć złomnicze sugestie pod uwagę. Przynajmniej kilka.
A pierwsza okazja nadarzyła się w mijającym tygodniu.
Będąc lekko poirytowanym posuchą w kwestii tematów wpisowych zrobiłem coś, czego wcześniej, będąc człowiekiem mającym swoje zahamowania (szczególnie w kwestii uskuteczniania ściemy i marnowania cennego czasu innych ludzi), raczej nie robiłem jeśli nie było okazji pod postacią dni otwartych czy konkursu - a konkretnie poumawiałem się na jazdy próbne kilkoma nówkami-salonówkami. Przynajmniej takimi, co do których z moją nieprestiżową fizjonomią mogę udawać potencjalnego klienta. Dlatego celowałem w modele niewielkie, niedrogie i raczej skromne. A jako, że najwięcej niezbyt kosztownych (jak na nówki) wehikułów można znaleźć w niższych segmentach, stwierdziłem, że można sprawdzić, co ciekawego dzieje się w klasie A, czyli wśród miejskich toczydełek. Tam zaś - wedle testów publikowanych przez Poczytne Periodyki Motoryzacyjne - królują bliźniaki (a w zasadzie trojaczki, ale tego trzeciego nie widziałem na żywca chyba ani razu) z koncernu, do którego niechęć podkreślałem nie raz, nie dwa i nie piętnaście. Dlatego postanowiłem przejechać się obydwoma.
Na pierwszy ogień poszedł okaz wyprodukowany przez firmę-matkę, czyli Volkswagen Up!.
Tak, z wykrzyknikiem.
A pierwsza okazja nadarzyła się w mijającym tygodniu.
Będąc lekko poirytowanym posuchą w kwestii tematów wpisowych zrobiłem coś, czego wcześniej, będąc człowiekiem mającym swoje zahamowania (szczególnie w kwestii uskuteczniania ściemy i marnowania cennego czasu innych ludzi), raczej nie robiłem jeśli nie było okazji pod postacią dni otwartych czy konkursu - a konkretnie poumawiałem się na jazdy próbne kilkoma nówkami-salonówkami. Przynajmniej takimi, co do których z moją nieprestiżową fizjonomią mogę udawać potencjalnego klienta. Dlatego celowałem w modele niewielkie, niedrogie i raczej skromne. A jako, że najwięcej niezbyt kosztownych (jak na nówki) wehikułów można znaleźć w niższych segmentach, stwierdziłem, że można sprawdzić, co ciekawego dzieje się w klasie A, czyli wśród miejskich toczydełek. Tam zaś - wedle testów publikowanych przez Poczytne Periodyki Motoryzacyjne - królują bliźniaki (a w zasadzie trojaczki, ale tego trzeciego nie widziałem na żywca chyba ani razu) z koncernu, do którego niechęć podkreślałem nie raz, nie dwa i nie piętnaście. Dlatego postanowiłem przejechać się obydwoma.
Na pierwszy ogień poszedł okaz wyprodukowany przez firmę-matkę, czyli Volkswagen Up!.
Tak, z wykrzyknikiem.
Nie kryję - jestem uprzedzony do marki VW i do całego koncernu VAG. Nie będę wdawał się tu w szczegóły czy roztrząsał powodów - po prostu nie, nie lubię, nie chcę, nic nie poradzę, przepraszam. Nope nope nope. Nope. Jednak małe trojaczki - Up! (Borze Tucholski, po zwiędły prąć ten idiotyczny wykrzyknik w nazwie), Citigo i niewidziany chyba przez nikogo poza fabryką Seat Mii (Cii? Tak, mii) w jakiś dziwny sposób przypadły mi do gustu jeszcze zanim się z nimi zapoznałem. Sensowne ceny (tak, również w VW!), bezpretensjonalna a jednocześnie niebrzydka stylistyka, no i proste, skuteczne, niedrogie w produkcji i naprawach rozwiązania, z nieskomplikowanymi jednolitrowymi trzycylindrówkami na czele. Dwa warianty mocy (60 i 75 KM), żadnych wynalazków w stylu bezpośredniego wtrysku czy turbo, dziękuję, wystarczy. Taki motoryzacyjny no-nonsense. Podobie mnie się.
Podobie mnie się też wygląd - przynajmniej Up!-a. Tak, Volkswagen, który fajnie wygląda. Trudno uwierzyć, ale tak właśnie jest. Ciekawie rozwiązany przedni zderzak, czarna, szklana klapa bagażnika (dużo lepiej zaprojektowana niż w Peugeocie 107 i Citroenie C1 poprzedniej generacji - nowym jeszcze się nie przyjrzałem), prosta, pudełkowata ale zgrabna sylwetka - wszystko to robi nader sympatyczne wrażenie.
Skoro jesteśmy przy estetyce (czyli bardzo subiektywnej kwestii - i tak, będę ją poruszał), warto wspomnieć o pewnym minusie. A konkretnie o gamie kolorów. Małe toczydełko, pretendujące do miana "miejskiego cwaniaka" powinno wyglądać wesoło. Ciekawie. Zaryzykuję wręcz twierdzenie, że modnie - nabywcami takich często są ludzie młodzi, chcący się wyróżniać, lubiący gadżety. A tu mamy niemetaliczny biały (zresztą nieźle pasujący do Up!-a) i czerwony, metaliczne srebrny (jakże by inaczej, musi być coś dla nudziarzy bez osobowości), ciemny srebrny (który jest po prostu jednym z odcieni szarości) i bardzo ładny niebieski oraz perłową czerń dla tych spragnionych powiewu prestiżu w klasie budżetowej. Tyle, dziękuję. Nie ma żółtego. Nie ma zieleni (która, co ciekawe, jest dostępna w Skodzie). Poza czerwienią i ciemnoniebieskim metalikiem mamy monochromatyczną paletę wziętą z telewizora Junost'. Chcą być lajfstajlowi i modni, a mimo to wieje nudą i smutkiem w kopalni cynku.
Na szczęście we wnętrzu - przynajmniej w bogatszych wersjach - znów jest fajnie.
![]() |
| Nie miałem okazji zrobić zdjęcia, jestem beznadziejny, fota wzięta STĄD (najbardziej podobne do "mojego" które znalazłem, jedyną różnicą jest skrzynia biegów) |
Zacznijmy od podstawy, czyli pozycji za kierownicą i widoczności. A tym w zasadzie nic nie da się zarzucić. Przestronność, szczególnie jak na tak małe autko, okazuje się zupełnie przyzwoita, fotele są niezłe (nieco wąskie, ale na pewno nie można ich nazwać niewygodnymi), pozycja za kierownicą - dobra, zaś widoczność we wszystkie strony bardzo pozytywnie zaskakuje. To jeden z bardzo niewielu nowych samochodów, w których zadbano o odpowiednie przeszklenie. Nie ma tych beznadziejnych czołgowych wizjerów znanych z wielu większych samochodów. Nie ma wywołanego brakiem światła i widoczności poczucia klaustrofobii. Jedynym minusem w tej kwestii jest duże martwe pole
Druga kwestia - estetyka wnętrza i poziom tłuszczu. Przejechałem się "średnią" wersją nazwaną move up, wyposażoną w pakiet "Cool&Sound". Było tam to, co najważniejsze, czyli elektryka, radio i klima. Był jednak też lakierowany (w "moim" Up!-ie na czarno) panel na desce rozdzielczej, który wedle cennika zarezerwowany jest dla najtłustszej wersji high up i obudowanego mającymi (prawdopodobnie) wyglądać bojowo plastikami Crossa. Tu jednak był, a pracownik salonu, z którym jechałem, uparcie twierdził, że to move up. I wiecie co? Ten panel wygląda FANTASTYCZNIE. Skromna, prosta deska rozdzielcza małego Volkswagena dzięki kawałkowi lakierowanego plastiku zaczyna wyglądać grubo. Szykownie. Nie, nie użyję brzydkiego słowa na "p", gdyż ten element mam tradycyjnie w serdecznym gdziesiu, ale przyznaję, że wnętrze sprawiało wrażenie o klasę droższego. I tak, mimo mikroskopijnego obrotomierza (w Madzi nie mam go w ogóle i żyję) oraz połaci nieosłoniętej blachy na drzwiach (nie przeszkadza mi) bardzo je polubiłem.
Czy zatem polubiłem Up!-a za to, jak jeździ?
I tak i nie.
Tak, gdyż jeździdełko okazało się zwrotne, bardzo łatwe i przyjemne w prowadzeniu, wspomniana już przeze mnie świetna widoczność czyniła manewry formalnością a mocniejszy, 75-konny silnik był przyzwoicie wyciszony. Nie, gdyż testowany egzemplarz wyposażony był w zautomatyzowaną skrzynię ASG.
Na Srygława i Twaroga, ona jest STRASZNA.
Ruszamy, jest jeszcze w miarę nieźle, choć wrzucenie D jest dość nieoczywiste. I nagle przychodzi pora zmiany na dwójkę. Zawahanie (tak ze 2-3 sekundy) - szarpnięcie - jedziemy dalej. Ustabilizowawszy głowę latającą w przód i w tył po szarpnięciu, przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, co to było. I nie, nie była to antonówka. To była zautomatyzowana (czyli mechaniczna z siłownikami przerzucającymi biegi) skrzynia, która przy kolejnej zmianie przełożenia zrobiła to znowu. Tym razem mocniej. Gdybym nie miał zapiętych pasów (a zapinam zawsze), miałbym sporą szansę na spadnięcie z fotela. Choć nie, raczej zdążyłbym się czegoś złapać, gdyż rzucający czaszką tam i nazad cios poprzedzony jest wysprzęgleniem trwającym mniej więcej tyle, ile zajęłoby mi ręczne przeskoczenie przez wszystkie biegi. Z cholernym międzygazem. Którego nie umiem poprawnie zrobić.
Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek (poza tymi, którzy dostają na samochód dofinansowanie z PFRON) świadomie zdecydował się na tę skrzynię, dopłacając za nią 2800 polskich złotych. Nie jest warta nawet 28. Tak naprawdę nie jest warta nic - ani grosza, ani guzika, ani złamanego włosa łonowego - poza wiadrem słów równie soczystych co plugawych. I ewentualnie miejscem w piecu hutniczym.
Na szczęście powodów by narzekać na praktyczność najmniejszego z VAG-ów jest dużo mniej, biorąc pod uwagę jego klasę i rozmiary.
Według danych katalogowych bagażnik Up!-a i jego rodzeństwa ma 251 litrów. To bardzo przyzwoity wynik jak na takie maleństwo. Jednak po otwarciu klapy tej pojemności jakoś nie widać. Jest tak samo, jak w innych miejskich toczydłach: krótko i wąsko. Już na oko można ocenić, że standardowy bas, nawet w miękkim pokrowcu, nijak tam nie wejdzie. Po wyjęciu "drugiej podłogi" bagażnik pogłębia się o kilkanaście centymetrów, odsłaniając przy tym niepokrytą czymkolwiek blachę nadkoli i równie goły metal "obramowania" dna kufra. Za to po ponownym umieszczeniu płyty podnoszącej dno bagażnika i złożeniu oparcia uzyskujemy całkowicie równą powierzchnię. To plus. Plusem jest też, że oparcie się dzieli (z wyjątkiem najtańszej wersji take up, której i tak raczej nikt nie kupuje), minusem za to - brak linek podnoszących półkę bagażnika razem z klapą. Półeczkę trzeba unosić ręcznie, co jest dość idiotyczną, bo groszową, za to dość utrudniającą załadunek oszczędnością. Takich oszczędności jest zresztą więcej - choćby wspomniane już braki tapicerskie czy tylne szyby jedynie uchylne, bez możliwości opuszczania ich.
Rzut okiem w cennik skutkuje wiedzą, że 75-konny, 5-drzwiowy move up kosztuje 39 570 zł zaś "Cool&Sound" (czyli de facto klima i radio) podbija jej cenę o 2 290 złociszy. Czyli, jak to u Volkswagena, dość drogo. Jednak są to ceny katalogowe, z których można zazwyczaj coś urwać, poza tym sympatyczny sprzedawca dodał, że aktualnie trwa wyprzedaż rocznika i egzemplarz podobny do "mojego", tylko z manualną skrzynią, za to bez szklanego dachu i akcesoryjnych alusków, kosztowałby nieco ponad 36 tysięcy. A to już jest niezła propozycja. Dokładnie taki egzemplarz, jakim jechałem, można wyjąć za ok. 41 tysiączków, jednak to, w jakim celu ktoś miałby dopłacać za jedną z najgorszych przekładni w historii motoryzacji, pozostaje dla mnie zagadką.
I może niech już nią pozostanie.
Jednak Up! pozostawił pewien niedosyt. Może to ten smętny mechanizm udający skrzynię biegów, może fakt, że nie wziąłem ze sobą basu na przymiarkę - tak czy inaczej umówiłem się również w salonie Skody celem bujnięcia się siostrą najmniejszego Volkswagena, czyli Citigo.
Oczywiście z manualem.
Skoda Citigo prezentuje się nieco skromniej od Up!-a. Nie ma wziętego wprost z konceptu zderzaka, nie ma szklanej tylnej klapy - jest za to typowy dla Skody grill. Generalnie mamy tu do czynienia z niezwykle prostym w formie autkiem o znacznie mniej młodzieżowym charakterze. Mógłbym wręcz rzec, że jest on niemalże odwrotnością tego z małego VW - patrząc na Citigo wyobrażam sobie starszego pana podążającego swą Skodziną na działeczkę. Być może w kapeluszu. Prawdopodobnie z wąsami. Jednak ów posunięty (hy hy hyyy... przepraszam, musiałem) w leciech obywatel raczej nie zdecydowałby się na któryś z niewystępujących w palecie Up!-a za to dostępnych w Skodzie wesołych kolorów - takich, jak choćby to przesympatyczne "zielone jabłuszko".
Dziadkowo-działkowe skojarzenia powracają jednak po zajęciu miejsca za kierownicą.
![]() |
| SMUTNO MI BORZE |
W środku mamy... po prostu Skodę. W taniej, bazowej, smutnej jak kolonoskopia wersji. Montaż - owszem, solidny, tworzywa - nawet niezłe, ale wizualnie całość wywołuje depresję równie skutecznie co przejazd przez Małkinię. Nie ma tu śladu po dostępnym w Up!-ie panelu, choć zdjęcia w internetach twierdzą, że i do Citigo można coś takiego zamówić. Ja jednak takiego egzemplarza nie widziałem na oczy - widziałem za to jeżdżącymi malutką Skodą starszych ludzi. Z bardzo smutnym wyrazem twarzy.
Na szczęście wygoda i pozycja za kierownicą są takie same jak w bratnim VW, czyli bez zarzutu. Równie dobra jest też widoczność. Można usiąść wygodnie, ustawić wszystko pod siebie i jechać.
Pod maską "mojej" Skody pracował ten sam silnik co w Up!-ie, czyli mocniejsza, 75-konna, rzędowa "trójka", sprawnie napędzająca lekkie autko. Tym razem jednak została sprzęgnięta ze zwykłą, manualną skrzynią biegów. Różnica w jeździe jest wręcz kolosalna. Przyspieszenie jest o niebo lepsze a przede wszystkim nic nie próbuje zrzucić pasażerów z siedzeń. Jeśli pasażerowie poczują szarpnięcie przy zmianie biegu, znaczy, że to kierowca spieprzył, a nie siłownik przerzucający przełożenia. A spieprzyć trudno - skrzynia chodzi precyzyjnie, choć dość twardo.
Dość twarde jest też zawieszenie. Do takiego standardu czeski producent zdążył już przyzwyczaić klientów i dziennikarzy (którzy z niezrozumiałych dla mnie powodów lubią, gdy jest niewygodnie - widać zdaje im się, że oczywistym jest pałowanie miejskiego pierdzipudełka na torze). Może to moje złudzenie, może powietrze miało tego dnia inny skład, może to kwestia innego stopnia toksyczności pieluchy Młodzieża - jednak wydawało mi się, że VW był nieco bardziej komfortowo zestrojony.
Najważniejsze jednak, że tym razem wziąłem ze sobą basiwo w usztywnianym pianką pokrowcu.
No i niestety wyszły na jaw grube braki w kwestii zdolności do przewozu sprzętu basowego.
![]() |
| Płyta wyrównująca podłogę bagażnika przy złożonych siedzeniach była akurat zdemontowana |
Jak wygląda sprawa z kosztami?
Cennik Citigo okazuje się nieco bardziej przejrzysty niż Up!-a. Aktualnie występują tylko dwie wersje wyposażenia - Ambition i Elegance. Już ta pierwsza wyposażona jest w Niezbędnik Nabywcy Nówki, czyli klimę (manualną, ale to całkowicie wystarczy), elektrycznie opuszczane szyby z przodu (z tyłu, jak w volkswagenowskim bliźniaku, są jeno uchylane) i oczywiście radyjko. W 75-konnej wersji kosztuje to wszystko 38 170 zł, czyli nieco mniej, niż move up, do którego klimatyzację i radio trzeba dodatkowo dokupić. Jednak dealerzy VW oferują aktualnie dość smakowite rabaty na auta z rocznika 2014, w związku z czym Up! w obecnej chwili okazuje się nieco tańszy. Rozmowa z pracownikiem salonu poskutkowała jednak informacją, że taki egzemplarz, jak ten, którym jeździłem (5-drzwiowe, 75-konne Ambition z metalicznym lakierem), można podjąć za ok. 36 tysięcy, czyli tyle, co promocyjnego Up!-a. Który wybór jest lepszy - to już kwestia preferencji. Mały Volkswagen ma (wg mnie) bardziej atrakcyjną stylówę, w Skodzie zaś dostaniemy większy wybór kolorów. Wnętrze odrobinę lepiej wypada w VW, ale wpływający na to panel na desce rozdzielczej jest opcją. Zawieszenie zdawało się przyjemniej pracować w Up!-ie, jednak aby to potwierdzić musiałbym oboma autami przejechać się po tej samej trasie, tego samego dnia. A jako, że jestem jeno skromnym blogerem (do tego dość subiektywnie piszącym) a nie Redaktorem Poczytnego Periodyku, szanse na takie bezpośrednie porównanie są raczej niewielkie.
Podsumowanie, czyli zady i walety:
VAG-owskie auta miejskie wygrywają ostatnimi czasy praktycznie wszystkie porównania w prasie motoryzacyjnej. Nie wiem, na ile jest to kwestia rzeczywistej ich wyższości nad bezpośrednią konkurencją, a na ile wynika to z faktu, że większość naszych poświęconych automobilizmowi periodyków jest w rękach naszych braci zza Odry (przypadek? NIE SONDZE), ale niemiecka konstrukcja okazuje się zupełnie niezła. Tak, są to małe, miejskie toczydełka, które mają być przede wszystkim niedrogie w zakupie i eksploatacji, i tę taniość w paru miejscach widać, jednak całość jest przemyślana i dopracowana. Up! i Citigo są zwrotne, zwinne i przyjazne w miejskim ruchu, gdzie łatwość manewrowania i parkowania w ciasnych miejscach są sprawami kluczowymi. Nie są to jednak samochody dla basisty - co prawda jedno z promocyjnych zdjęć mających obrazować wszechstronność malutkiego Volkswagena pokazuje rzucik z góry na jadący Up!-em trzyosobowy zespół, ale wśród sprzętu nie widziałem gitary basowej, były jedynie dwa futerały na gitarę akustyczną, pozbawione jakiegokolwiek opakowania niewielkie klawisze, malutki piecyk w bagażniku i trochę toreb z akcesoriami. Bas o standardowych rozmiarach, szczególnie zapakowany w sztywny futerał, będzie miał tu bardzo ciasno. Tak, można tymi jeździdełkami wozić obrzyna lub instrument o krótszej menzurze, ale patrzący na przestronność i wielkość bagażnika muzyk dysponując kwotą poniżej 40 tysięcy złotych wybierze raczej używane kombi, np. 2-3 letnią Fabię. Lub - jeśli preferuje nówki-salonówki - dostępnego w podobnych cenach Logana MCV.
Plusy:
* zwinność i zwrotność
* prosta, sensowna konstrukcja wróżąca bezproblemową eksploatację
* przestronna kabina
* dobra widoczność
* rozsądny cennik
* dobre wyposażenie w Citigo
Minusy:
* nieco zbyt twarde zawieszenie (Citigo)
* ponure wnętrze bazowych wersji
* konieczność dopłacania do radia (!) i klimy w move up (średnia wersja Up!-a)
* fatalna, tragiczna, przerażająco beznadziejna skrzynia ASG (w Skodzie niedostępna, i tak nikt jej nie chce)
* mimo niezłej praktyczności kiepska przydatność do transportu sprzętu basowego
Co nimi wozić:
Jak już wspomniałem, VW Up! i Skoda Citigo nienajlepiej sprawdzają się w roli basowozu. Oczywiście da się - do Up!-a będzie pasować choćby Steinberger Spirit albo Hohner B2, czeską siostrą można targać np. krótkomenzurową Jolanę Diamant - ale tak naprawdę w Up!-ie prędzej znajdziemy iPada, zaś w Citigo prawdopodobnie najczęściej wożone będą krzesełka ogrodowe. I może jakieś sadzoneczki.




