Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2019

Skala MIKSolidyjska: przerażający mix południowozachodni

Ostatni dzień października to taki dzień, w którym puryści i tradycjonaliści gardłują, że tylko porządna martyrologia, smutek i samoumartwienie są odpowiednio polskie, dzieciaki mają to w pompie i zbierają tony słodyczy, solidnie pracując na problemy z zębami i nadwagą, Obywatelka Pilotka wystawia ofiarę na balkon bo mieszkamy w bloku i nie mamy ogródka, a ja wrzucam mix. Jak na Halloween przystało, będzie koszmarny.

Ostatnio zwiedzaliśmy zachodnie Bałkany i niedalekie okolice tychże. Przyszedł jednak czas wrócić do smętnej, szarej rzeczywistości. A do rzeczywistości owej przyszło wrócić od południowego zachodu trasą S8, przechodzącą następnie w Aleję Krakowską. Ta zaś wprowadza nas do dzielnicy o pięknej, przypominającej o krótkiej wizycie w Trieście nazwie Włochy a następnie prowadzi na Ochotę. My jednak zaczniemy króciutko we Włochach właśnie, na samym początku odbijając z Krakowskiej w prawo w kierunku Palucha, by zaraz potem na nią wrócić. A na Ochotę wjedziemy ósmym zdjęciem.

Lecim. Nie będzie co prawda żadnego Maserati, ale zdecydowanie uważam, że ten mix jest wart więcej, niż 200 koła.

Dudniłbym. Bardzo bym dudnił.

O, i taki bagażnik to jest prawidłowe przygotowanie do zajęć w centrum, prawdaż, handlowym

Nie wiem, jak właściciel, ale ja wolałbym go nie przeładowywać.

Wysokość tyłu stawia przed nami ważne pytania. Na przykład czy onże tył aby na pewno zawiera silnik.

Ten niewątpliwie zawiera.

A od tego tyłu wolałbym zobaczyć przód.

Truper

Nisko latające nad Ochotą Jaguary zapowiadały deszcz

Czarno na białym

To w zasadzie tyle. 

Stan blacharski zgodny z misją firmy

O, taką Szaradę to bym rozwiązywał

Ależ bym zawłaszczał przestrzeń

Znany, lubiany i chyba upalany

Dwudrzwiowa Jetta to jest TEN Folcwagen, który bymmuk.

O, i kolejna Szaradka do rozwiązania

Okoliczni mieszkańcy chyba mają słabość do niepolakierowanych Krokodyli.

Quod erat demonstrandum.

W drodze na zlot YW

Mam nadzieję, że z TUD-em

Pińceta!

Hiszpański dostawczak niemieckiej marki wywodzący się z dwusuwa innej niemieckiej marki, czego nie rozumiesz?

No ja wiem, że to Łezka, ale na czarnych to jednak rzadki temat

Ciekawe, czy to Cygaro można jeszcze zapalić

Zachęcam by zajrzeć do środka. BARDZO zachęcam.

AJ WAJ

Ruskie auto o włoskich korzeniach przebrane za niemiecki myśliwiec. No w sumie.

Bardzo, bardzio, BARDZO chciałbym przetestować Wartburga. BARDZO.

Krajowy Nadzór nad Subarakami

Tak, za Garbusem stoi Sporting.
Tyle w temacie helloweenowego mixu. A wszystkim święcie (nomen omen) oburzonym przypominam, że po pierwsze to celtyckie święto, nie amerykańskie (zresztą mające sporo wspólnego z naszymi Dziadami), po drugie zaś z rzeczonymi Celtami mamy sporo wspólnego. Również genetycznie - jakaś oplogrupa czy coś. Ale to już temat na osobną dyskusję.

wtorek, 17 września 2019

Długodystans: na wywczasie

Za oknem coraz chłodniej. Słońce wschodzi coraz później i z dnia na dzień szybciej znika za horyzontem. Do tego dorwało mnie jakieś wredne choróbstwo, które jednakowoż nie zmienia faktu, że do tyry chodzić trzeba - choćby dlatego, że teraz przyszła kolej na urlop kolejnego z nas, co z kolei oznacza, że w razie elczwórki zwyczajnie zabrakłoby rąk (a w zasadzie mózgów i gąb) do roboty. W takich warunkach raczej nie dziwi to, że zamiast wracać myślami nad Adriatyk, najchętniej przewiesiłbym sobie Obywatelkę Pilotkę przez ramię, wskoczył w pojazd mechaniczny i wrócił tam fizycznie - nawet mimo tego, że droga momentami była dość męcząca. Jednak, mimo wielu godzin za kierownicą, warto było ją przebyć - i to nie tylko ze względu na czekający u jej końca cel, ale również z uwagi na nią samą. A do tego nasz nowy, czerwony nabytek poradził sobie z nią nader zacnie.

Tak, jak w zeszłym roku, zaczęliśmy od noclegu pod Wrocławiem, następnego dnia zaś wyruszyliśmy do Czech. Tym razem jednak to nie Praga była naszym celem - podróż rozpoczęliśmy od wizyty w klimatycznej, industrialnej Ostrawie. A ta szczególne wrażenie robi po zmroku.



Choć trzeba przyznać, że za dnia też jest grubo.


Kolejny przystanek był już sporo dalej - konkretnie w rejonie Jezior Plitwickich. Czyli już w Chorwacji. W tym celu należało przejechać na południe przez praktycznie całe Czechy, Austrię i Słowenię. Czekała mnie najdłuższa - jak do tej pory - trasa w życiu.

Przez Czechy jechało się tak, jak rok wcześniej - spokojnie i całkiem przyjemnie. Jedyny dyskomfort sprawiała tkwiąca gdzieś z tyłu głowy myśl, że przed granicą austriacką trzeba będzie wyposażyć się w czerwoną nakładkę na hak. Tamtejsze przepisy nakazują zdemontować kulę, jeśli nie wiezie się przyczepy, zaś jeśli nie będzie to możliwe (a w naszym przypadku właśnie tak się okazało) - założyć na nią taki właśnie, prawdaż, czerwony kapturek. Nota bene - prawie nigdzie nie ma tej informacji, zaś by na nią trafić, trzeba i tak wiedzieć o istnieniu tego przepisu i wyszukiwać szczegóły! Tak czy owak - gdy warsztat, który odwiedziłem przed wyjazdem, poddał się, pokonany przez kompletnie zapieczoną śrubę, stwierdziłem, że zakup nakładki nie będzie żadnym problemem. Wszak takie rzeczy powinny być na każdej większej stacji benzynowej, szczególnie przed austriacką granicą, nieprawdaż?

No właśnie nie.

Zatrzymywaliśmy się chyba na co drugiej stacji. Szukaliśmy na półkach i ścianach z akcesoriami, pytaliśmy obsługi - nic. Zero. Hovno. W końcu na jednej ze stacji Obywatelka Pilotka zakupiła zestaw kolorowych taśm klejących, ja zaś na kolejnej w końcu upolowałem nakładkę, tyle, że czarną. Gdy dojechaliśmy do Mikulova, skąd zostało tylko kilka kilometrów do granicy z Austrią, wiedzieliśmy już, że trzeba wcielić w życie nasz demoniczny plan, godny Cytryna i Gumiaka.

NIE IDZIE POZNAĆ CO BYŁO ROBIONE
Owinięty przez Obywatelkę Pilotkę czerwoną taśmą kapturek został zamontowany na haku. Jest nakładka? Jest. Czerwona? Owszem, jak wóz strażacki. Jakieś pytania?

Tak. Jedno. Po cholerę tak się z tym szarpaliśmy, skoro żaden widziany przez nas w Austrii samochód wyposażony w hak nie miał takiego kapturka???

Abstrahując od tej obserwacji, która nieco zachwiała moim hodowanym przez internetowe media przekonaniem, że Austriacy rygorystycznie przestrzegają wszystkich przepisów, muszę stwierdzić, że ograniczenia prędkości nie są tam zbyt często łamane, a jeśli już, to nieznacznie. Nie spotkałem tak powszechnych na naszych drogach Władców Lewego, siadających na zderzaku przy każdej próbie wyprzedzenia ciężarówki. Same ciężarówki też wyprzedzały się jakoś rzadziej. Jednak, mimo dość wysokiej ogólnej kultury jazdy i bardzo malowniczej trasy, przejazd przez Austrię był dla mnie nieco stresujący. Prawdopodobnie znaczną rolę odegrała moja świadomość, że już za niewielkie wykroczenie można tu srogo beknąć - a relaksująca, leniwa jazda na tempomacie nie była tu zbytnio możliwa ze względu na liczne roboty drogowe i związane z nimi często zmieniające się ograniczenia. Do tego spory fragment, gdzie dość kręta droga ze względu na owe roboty miała postać jednego, bardzo wąskiego pasa, z jednej strony ograniczonego skałami a z drugiej betonową barierką, dość mocno nadszarpnął moje mentalne siły.

Słoweński odcinek przejechaliśmy dość szybko, co z jednej strony było nieco frustrujące, biorąc pod uwagę groteskowy wręcz koszt winiety (ostatecznie zadecydowaliśmy o pozostaniu na autostradach ze względu na czas dojazdu), z drugiej zaś - przyniosło sporą ulgę, gdyż... Słoweńcy jeżdżą zaskakująco agresywnie. Droga, którą jechaliśmy, nie była zresztą jakoś szczególnie fascynująca. Przy okazji warto nadmienić, że powtarzane wszędzie tezy głoszące, że w Słowenii prawie nie ma gdzie tankować gazioru, można włożyć między bajki. LPG jest praktycznie na co drugiej stacji - przynajmniej na autostradach.

W końcu dotarliśmy do Chorwacji, która przywitała nas dość pochmurną pogodą i pięknym, górskim pejzażem. Nie wiedzieliśmy jednak, że najtrudniejszy odcinek był jeszcze przed nami.

Znaczna część drogi przebiegła spokojnie - aż do momentu zjazdu z dróg szybkiego ruchu. Akurat wtedy zaczęło się ściemniać, a niedługo później wjechaliśmy na prowadzący do Jezior Plitwickich odcinek, gdzie... nie było widać nic. Droga była kręta, mocno pagórkowata a oświetlenie nie występowało w ogóle. Do tego zrobiło się niesamowicie wilgotno, co sprawiło, że szyby zaczęły parować w nieznanym mi wcześniej tempie. Na szczęście dość wydajna klimatyzacja z funkcją osuszania przedniej szyby (jak dobrze mieć takie wynalazki na pokładzie!) pomagała nie rozbić się na najbliższej skale. Najgorsze jednak było to, że co chwila jakiś znający drogę na pamięć tubylec siadał nam na ogonie, by chwilę później wyprzedzić nas pod górę, po ciemku i we mgle. Po godzinie takiej jazdy trzęsły mi się ręce i marzyłem tylko o tym, by wysiąść z samochodu. Tym bardziej, że za kółkiem spędziłem tego dnia łącznie około dziewięciu godzin i naprawdę miałem już dość.

W końcu dotarliśmy na miejsce, gdzie zostaliśmy powitani przez niezwykle serdeczną gospodynię. Niestety, nie było nam dane po prostu pójść spać - akurat trafiliśmy na bardzo huczną imprezę z okazji jakiegoś lokalnego święta prawosławnej mniejszości serbskiej. Koszmarne disco serbo dudniło przez pół nocy, a coraz bardziej fałszujący - niewątpliwie pod wpływem rakii - wokaliści sprawiali, że miałem ochotę przekłuć sobie bębenki.

Na szczęście kolejny dzień wynagrodził nam te, khm, drobne niedogodności. A urokliwa okolica, w której się znajdowaliśmy, była tylko początkiem.


Po wyjechaniu na drogę i skierowaniu się nad Jeziora Plitwickie okazało się, że... droga jest zupełnie niezła. Równa, sporo szersza, niż wydawało się to na zdjęciu, i umożliwiająca jazdę z, powiedzmy, cywilizowanymi prędkościami.

Same jeziora, na wycieczkę po których poszliśmy najpierw, okazały się przepiękne. Wręcz zjawiskowe. Takiego koloru wody nie widziałem nigdy wcześniej, zaś otoczenie... zresztą nie będę się rozpisywał. To po prostu trzeba zobaczyć.

Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić krótkiego rejsu łódką.

To powinna być łódka basistów. Davie504 zdecydowanie by pływał.
Z punktu, gdzie kończył się wybrany przez nas szlak, kursował wożący turystów z powrotem w okolicę pierwszego wejścia dość interesujący pociąg drogowy, w którym rolę lokomotywy pełnił - rzecz jasna - Unimog.


Po kilkugodzinnym spacerze pozostało ruszyć w dalszą drogę. Tym razem już do punktu docelowego, gdzie mieliśmy spędzić kolejnych kilka dni - do Dalmacji.

Znów, aby jak najszybciej znaleźć się na miejscu, wybraliśmy trasę szybkiego ruchu. Być może był to błąd, gdyż Jadranska Magistrala niewątpliwie oferuje piękniejsze widoki, jednak przejechanie wydrążonego w górze kilkukilometrowego tunelu Św. Rocha też jest całkiem niezłym przeżyciem.


Tym bardziej, że wyjeżdżając zeń trafiamy już w zupełnie inny świat. Może mniej trawiasty, bardziej skalisty, jednak oszałamiający cudownym zapachem i przepięknymi kolorami.

Klimat śródziemnomorski.

Nigdy wcześniej nie byłem poza strefą tzw. klimatu umiarkowanego. I choć zdarzyło mi się być o wiele dalej od domu, za oceanem, powietrze pachniało tam w zasadzie tak samo, tak samo świeciło słońce i wiał wiatr. Tu zaś... to był dla mnie zupełnie nowy świat. Nowe doznania, nowe smaki, nowe zapachy. Obezwładniająco słodkie figi prosto z drzewa. Przepyszne ryby, które jeszcze kilka chwil wcześniej pływały w Adriatyku. I przede wszystkim odczuwalne wszędzie inne tempo życia. Spokojniejsze. Bardziej ludzkie. Bardziej... moje.


No chyba, że mówimy o tempie, w którym poruszają się chorwaccy kierowcy.

Podobno niedawno w Chorwacji wprowadzono surowsze kary za łamanie przepisów, w tym przekraczanie prędkości. Jeśli tak było, miejscowi kierowcy przejęli się tym faktem w stopniu, powiedzmy, umiarkowanym. Chyba nikt nie jechał tam zgodnie z ograniczeniami - każdy przekraczał prędkość o średnio ok. 15 km/h. Póki rygorystycznie pilnowałem ograniczeń (wszak nie byłem u siebie), wyprzedzali mnie wszyscy. W końcu jednak stwierdziłem, że skoro wjechałem między Chorwatów, muszę jeździć tak, jak oni, i... od razu się zrelaksowałem. Ruch, choć nieco szybszy, niż nakazują znaki, jest tu płynny i sprawny. Nie ma popisów drogowego chamstwa czy koncertów skretynienia, jakie co dzień widzimy na polskich drogach. Jest dokładnie tak, jak przeczytałem gdzieś o "południowym stylu jazdy" - mało kto przestrzega przepisów, ale wszyscy biorą na to poprawkę i uważają na siebie nawzajem. Był jednak jeden wyjątek. Zaobserwowałem pewną grupę kierowców, która jeździła szczególnie agresywnie, zaś prędkości w trasie dopiero zaczynały się dla niej od 20 km/h powyżej obowiązującego ograniczenia. Otóż byli to... Niemcy. Tak - karni, zdyscyplinowani Niemcy i ich słynne ordnung muss sein. Chyba zostawiali ten ordnung w domu, zaś w drogę zabierali ze sobą cegłę pomagającą w operowaniu pedałem gazu (wszak, prawdaż, gaz i Niemcy - no ewidentnie nie mogą się powstrzymać). Gdy jeden z nich obtrąbił mnie, gdy szukałem miejsca do zaparkowania, moja irytacja sprawiła, że dopiero chwilę później przyszła mi do głowy odpowiednia riposta. W skutek tego do dziś żałuję, że nie wysiadłem, nie podszedłem do jego szarobłękitnego E90 i nie poinformowałem go:

- Achtung, Hans. Wir haben neununddreißig nicht vergessen.

Jednak... chyba nie mam czego żałować, skoro miejsce postoju, które w końcu znalazłem, wyglądało tak:


I tak w sumie wyglądał cały pobyt w Dalmacji - relaks, delektowanie się zapachem powietrza, pływanie w Adriatyku i żal, że nie można mieć tego przez cały rok. Wszystko było tu takie, jak lubię - temperatura, słońce, nieco jakby spokojniejsze tempo życia, a nawet powietrze. Oddychało mi się tu doskonale a moja astma, mimo dość intensywnego przemieszczania się per pedes, nie odezwała się ani razu.

Na ostatnie dwa dni wypuściliśmy się do pięknej, historycznej Puli, gdzie z okna naszego wynajętego na jedną noc pokoju mieliśmy całkiem niezły widok...


...i do Triestu, który okazał się... dość stresujący, przynajmniej pod względem tego, jak się tam jeździ. Jeśli wszędzie we Włoszech jeździ się jak tam, to chyba następne wizyty w słonecznej Italii wolę odbyć innym środkiem lokomocji lub przynajmniej zostawiać samochód na obrzeżach miast (lub pod hotelem, jeśli trafi się dłuższy wyjazd na obuwniczy półwysep) a rejon zwiedzać zbiorkomem. No chyba, że wyhoduję do tego czasu dodatkowy zmysł orientacji, co jednak w moim wieku jest mało prawdopodobne.

A jak sprawił się Volviacz?

Bardzo zacnie. Wiadomo - brak awarii na dystansie nieco ponad 3000 km nie powinien być niczym niezwykłym nawet dla pełnoletniego samochodu, jednak... oboje byliśmy bardzo zadowoleni. Wszak wiadomo - to nowy nabytek, którego jeszcze nie zdążyliśmy dobrze poznać. Niestety nie było jednak idealnie - po drodze zaczęły mocno bić przednie tarcze. Hamowanie przy autostradowych prędkościach, choć wciąż skuteczne, stało się zwyczajnie nieprzyjemne. Również podczas jazdy dało się odczuć lekkie drżenie kierownicy, którego nie było przed zmianą kół. Podejrzewam zatem, że któraś z felg może nie być tak prosta, jak powinna być. Trzeba będzie zająć się tym (wraz z przednimi hamulcami) po najbliższej wypłacie. Na szczęście mam szansę do niej dożyć dzięki... instalacji gazowej. Tak - ceny LPG, choć za granicą (szczególnie w Austrii) wyższe, niż w Polsce, nadal na tyle różnią się od kosztów benzyny, że same przejazdy kosztowały nas niewiele ponad połowę tego, co musielibyśmy wyasygnować jeżdżąc jedynie na dziewięćdziesiątce piątce. Lepsze Ponieważ Gazowe!

Podsumowując - nasz czerwony Volviacz okazał się bardzo wygodnym i, poza dwiema wymienionymi niedogodnościami (które można jednak nazwać sprawami eksploatacyjnymi), niezawodnym towarzyszem podróży. Zdecydowanie zasłużył na nadanie mu imienia. Problem w tym, że... wciąż nie raczył się nam przedstawić.

Cholera, nie wiem. Może Junior? Wszak jest prawie nowy - ma ledwie 18 lat...


P.S. Dziś w Chorwacji niewielkie zachmurzenie i 21-22 stopnie. Chcę tam wracać. Już.

sobota, 7 września 2019

Skala MIKSolidyjska: nad Adriatykiem

Niestety - wszystko, co dobre, choćby trwało niemal 2 tygodnie, zazwyczaj kończy się szybciej, niż 8 godzin roboczotortury. Tak było i w tym przypadku, co oznacza, że wróciłem już z wyjątkowo słonecznego wywczasu. Razem z Obywatelką Pilotką przez k. 10 dni grzaliśmy swe ciałokształty w południowoeuropejskim słońcu i zanurzaliśmy je w słonych wodach Adriatyku. Przyszedł jednak kres słodkiej laby, co oznacza również powrót do szarej rzeczywistości naszej również pięknej, jednak znacznie chłodniejszej nadwiślańskiej krainy. Udało się jednak zgromadzić zacny miksior zawierający łącznie 80 zdjęć z dwóch krajów (z tego drugiego co prawda jedynie 10, jednak biorąc pod uwagę, że zostały one złowione w ciągu ok. półtoragodzinnej przerwy w podróży, jest to chyba niezły wynik). A niektóre z nich... zresztą za chwilę zobaczycie sami.

Pierwszym z tych krajów była główna destynacja naszej podróży, czyli Chorwacja. Aby dostać się tam, należało wpierw przejechać przez Czechy (skąd w zeszłym roku przywiozłem już dwa miksiory), Austrię i Słowenię (w których to krajach akurat nie natrafiłem na żadne ciekawe graciszcza). Zdecydowanie warto było przebyć długą, męczącą przez sam swój kilometraż drogę, by doświadczyć tego, co czekało na miejscu. Powietrze pachnie tam słodko, można zażerać się figami prosto z drzew, pływając łódką wokół wysepek da się natrafić na delfiny, zaś spacerując wieczorem po marinie przy odrobinie szczęścia w wodzie między łódkami można zauważyć polującą na ryby niewielką mątwę lub... kilka małych rekinów. Tak, serio. A do tego wszystkiego prawie wszędzie rezydują piękne, zazwyczaj pozostające w ciągłym użyciu graty. W ogóle chorwacki krajobraz motoryzacyjny jest dość specyficzny. Przede wszystkim wbrew trendom lokalsi nadal bardzo uważają diesle. Klekot ropniaka dobiegający spod masek zarówno nowszych jak i starszych wozów jest tu jednym z najczęstszych odgłosów. Co prawda wśród nówek, jak w większości Europy, króluje Golf, nie brakuje też przedstawicieli Japonii (szczególnie wyjątkowo tu lubianych Suzuki SX4 S-Cross), ale chyba najpopularniejszym "zwykłym" wozem jest Clio II, zaś wśród starego żelaza zdecydowanie dominuje jego pradziadek, czyli R4. Czwórki są wszędzie - łącznie z uliczką w Tribunju, przy której zatrzymaliśmy się na kilka dni. Po pewnym czasie przestałem robić im zdjęcia. Na szczęście nie brakowało też innych pięknych gratów.

Zapraszam.

Trudno o bardziej chorwacki widok

No chyba, że ten 
Miłość do wyrobów b. Jugosławii powoli zamiera



Za to włoszczyzna wciąż cieszy się estymą.

Inne b. demoludy też mają tu swoich przedstawicieli

Głównie takich.

Ale jednak co Mercedes to Mercedes, prawdaż

U nich normalne żelazo do upalania, u nas się do nich TASują

Zwykły rodzinny sedan, scrolluj dalej

Jakieś tłustsze koło jest tu grane

Południe Europy, wiadomix

Francja też jakoś się tu trzyma. Powiedzmy.

Transportowa Anomalia Mechaniczna

Ależ to musiał być szpan

Wynajmowałbym

Blaknięcie > gnicie

Jak w Sątrope

W sumie nie zdziwiłbym się, jeśli to zestaw

O, nasi tu byli

W zasadzie nadal są

Tłusta wersja

Żółta DoKa - miód dla oka

Figi, oliwki, Zastavy w sedanie

- O, TAM! - Gdzie?

Proszę, Opel bez rdzy

Widać wolał nordycki chłód 
W dyzlu, a jakże


A tych nie zostało wcale tak dużo 
Wąska lampa - dodatkowe punkty koneserstwa



Ten grill wywalił mi chcijtomierz poza skalę

O, alusy, jest jakby prestiżowo

Proszę. Omega A. BEZ RDZY. Ja chcę do krajów bez soli.

W trakcie codziennych zadań

One tam mają podobny status jak u nas Malczany.

Tak to można konesować

WTEM

I znów - wąska lampa, gruby lansior. 

Takim to można zwiedzać

Renault to jedna z najpopularniejszych marek

Ja tu to tak zostawię.

W codziennej służbie

Prestiżowy sedan w eleganckich, stonowanych szarościach

RR8

Oni je tam chyba zrywali z figowców czy coś

Wrastanie dość koneserskie

Nie załapał się na lorę podążającą na prom do Afryki

Norma.

Tam nie trzeba się spieszyć. 200 D wystarczy.

R5 zauważyłem za późno, by zrobić mu osobne zdjęcie

Promenada z palmami, luksosowe jachty, 405 w kąbiu, wszystko na swoim miejscu

Wszystko ZDECYDOWANIE na swoim miejscu

Panie, jaki klasyk, ja tym oliwki wożę.

Nie idzie poznać co było robione

Już druga Dedra w miksie. A to jeszcze nie koniec tegoż.

Ład - poza Nivami - akurat nie ma za dużo.

750 też nie. Ale jak już są...

Split żegnał nas machając skrzydełkami

Dalmacki (dalmatyński???) Team Opla.

TASte of Croatia 

No nie wyostrzyło

Niestety, dzikie wysypiska śmieci to nie tylko nasza domena

Ciekawe, czy w TUD-zie, ale nie zdziwiłbym się

I jeszcze jeden, i jeszcze raz

Pula przywitała nas Baleronem w srogim negatywie. Co prawda tylko z tyłu, ale zawsze coś.

Miasto rzymskich zabytków

128 powodów do pożądania

...nothing to see here

Fiatocenti Milluno

W digitalu!

Proszę bardzo, do trzech razy sztuka
 Po kilku dniach w Dalmacji i jednym na Istrii przyszła pora zahaczyć o niedaleki w sumie kawałek Włoch - konkretnie zaś o Triest. A tam... no wiadomo.

TURCY JADO

O, na czarnych

Jest miłość.

Włosi też cenią Kadetta

Brakuje tylko tej specjalnej tylnej klapy i plastikowych pseudożaluzji zamiast okien

Zielone fele, radości wiele

Podstawowy środek przewozu towarów

Jak R4 w Chorwacji, tylko bardziej. Dużo bardziej.

Nikt się nie dziwi, bo i czemu

Italia.
To tyle w temacie śródziemnomorskich gratoklimatów. Było tego więcej - sporo więcej - ale nie zawsze była możliwość zatrzymania się i bezpiecznego ustrzelenia. Pozostają jeszcze dwa wpisy mniej lub bardziej zahaczające o tamte rejony - a potem już tylko powrót do coraz krótszych dni, coraz bardziej jesiennych temperatur i coraz dokładniejszego micromanagementu.

Ja chcę z powrotem.

*** zdjęcia autorstwa mojego i Obywatelki Pilotki ***