Pokazywanie postów oznaczonych etykietą e-book. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą e-book. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 czerwca 2016

Basista kontra Qltura: Cytryn i Gumiak opowiadajo

Od ostatniego wpisu z cyklu "Basista kontra Qltura" minął już ponad rok. Niektórzy na tej podstawie wysnują być może wniosek, iż nie jestem szczególnie kulurnym człekiem - i, niestety, w obecnym roku kalendarzowym coś jest na rzeczy. Liczba przeczytanych przeze mnie od początku roku książek jest zwyczajnie wstydliwa. Niestety - praca, granie i tatusiowanie mają to do siebie, że zajmują czas i pochłaniają energię (nawet jeśli są bardzo satysfakcjonujące), zaś w stanie zmęczenia i zaganiania mam tendencje do intelektualnego kapcanienia. Każda pozycja grubsza od miesięcznika Classicauto jest dla mnie w takich chwilach wyzwaniem - ba, nawet same miesięczniki (a także tygodniki, takie jak Motor czy Auto Świat) piętrzą się powoli w smutnym oczekiwaniu na przeczytanie. Dlatego tym bardziej ucieszyło mnie nowe dzieło red. Z. Łomnika zatytułowane "Cytryn & Gumiak: Poczontek". I nie tylko dlatego, że było stosunkowo niedługie (nieco ponad 80 stron) i wydane jako e-book, który można wziąć ze sobą w komórce. Co zresztą uczyniłem.


Cytryna i Gumiaka znają chyba wszyscy złomomiłośnicy w Polsce. Para mechaników, którzy naprawio co kto nieumiał, zazwyczaj za pomocą młotka, trytytek i części, które akurat są na podorędziu. Tym razem jednak nie opowiadają o ich warsztatowej codzienności, a o drodze, którą przebyli, by w końcu osiąść w Woli Dzbądzkiej i wspólnie prowadzić warsztat. A droga była to równie zawiła, co fascynująca - wystarczająco fascynująca, bym całość (nie licząc przeczytanego wcześniejszego wieczoru wstępu) przeczytał w busie wiozącym mój chałturniczo-szantowo-folkowo-coverowy skład na wykon w Jachrance i w przerwie między setami.

Tak - "Poczontek" wciąga, i to przynajmniej równie mocno, co wcześniejsza pozycja autorstwa Z. Łomnika, czyli "Grzybologika". Warszatowe przypadki - ponoć prawdziwe (jedynie nieco sfabularyzowane) - wywołują opad szczęki, któremu towarzyszy niedowierzanie, że tacy ludzie istnieją (i dotyczy ono raczej klientów, a nie samych C&G), zaś znaczna część głównej akcji, osadzona w gangsterskich latach 90., sprawia, że stwierdzenie "kiedyś było lepiej" traci nieco sens. Całość opowiedziana jest dość wiarygodnym językiem - jestem skłonny uwierzyć, że w taki właśnie sposób wypowiada się Cytryn, który prowadzi właściwie całość narracji. Jedyne, czego jestem skłonny się przyczepić, to interpunkcja - wiadomo, sam język, łamiący niejednokrotnie zasady gramatyczne, ma wiernie odwzorowywać mowę panów C&G, jednak występujący tu i ówdzie brak przecinka w miejscu, gdzie zdecydowanie powinien się znaleźć, może nieco razić. Pamiętajmy jednak, że "Poczontek" został nie tylko napisany (a w zasadzie spisany a następnie nieco sfabularyzowany) ale również wydany przez Z. Łomnika, co oznacza również, że przed ukazaniem się nie trafił w łapy edytora.

A między innymi dzięki temu kosztuje tylko 5 zł.

Tak - za 5 zł można mieć ponad 80 stron wciągającej opowieści ze stron, gdzie życie nie głaszcze po elementach. Dorzucając kolejne 2,50 dostajemy w pakiecie napisaną około półtora roku wcześniej "Grzybologikę". Łącznie 7,50 zł za sporo świetnych, wciągających opowieści, które sprawią, że zwątpicie w ludzkość. A jako, że ja zwątpiłem w nią już dawno, tym bardziej ubawiłem się, czytając zarówno "Grzybologikę", jak i "C&G: Poczontek".

piątek, 9 stycznia 2015

Basista kontra Qltura: Grzybologika według Złomnika

Dawno nie pojawiał się wpis z serii "Basista kontra Qltura". Tak po prawdzie do tej pory ukazał się tylko raz. Ale też nie było okazji - w teatrze bywam średnio raz na dekadę (co przyznaję z żalem), w kinie troszkę częściej (niestety jedyna obejrzana przeze mnie pozycja tematycznie zdatna na opisanie tu nie zasługuje na jakąkolwiek wzmiankę), zaś od literatury jestem uzależniony, niestety jednak zarówno ciekawa twórczość o tematyce czy to motoryzacyjnej, czy to basowej, należą do rzadkości. Inspiracji w związku z powyższym brakowało. Na szczęście sytuacja ta niedawno (bo koło miesiąca temu) uległa zmianie.

Zdarza się, że taki czy inny blogger opublikuje dzieło. Piotr C. (doskonałe Pokolenie Ikea) wydał dwie części swych niekoniecznie w stu procentach prawdziwych (ale za to świetnie napisanych) memuarów. Paulo Coelho polskiej blogosfery, niejaki Piecyk (czy jak mu tam) spłodził poradnik o tym, jak trzepać kasiorę ze swej pisaniny nie znając się totalnie na niczym poza autopromocją. Wcześniej zresztą też coś skrobnął. Wśród owych poczytnych dzieł brakowało jednak pozycji bardziej specjalistycznej, zgłębiającej ze znawstwem jeden, konkretny temat. I oto wreszcie, po długim oczekiwaniu (i kilkukrotnym przesuwaniu terminu premiery), objawiła się Grzybologika.


Red. (prof. dr rehab.) Z. Łomnik uważany jest za blogera niszowego, ze względu na swe specyficzne ujęcie tematyki motoryzacyjnej oraz niezbyt często spotykane pod naszą szerokością geograficzną poglądy. I jedno i drugie zresztą dosyć mi bliskie. Nic bardziej błędnego - jego blog, noszący obecnie podtytuł "Beka z Motoryzacji", bije rekordy wejść, wyjść, przejść i dojść. Z tym, że autor nie robi z tego zagadnienia, nadal konsekwentnie pisząc swoje, zaś na swym fejsowym fanpejdżu nie boi się wsadzić kija w mrowisko, co często skutkuje pełnym oburzenia cofaniem lajków wśród co uboższych w witaminę IQ czytelników. Tym bardziej ciekaw byłem finalnego rezultatu twórczych natężeń Z. Łomnika.

I nie zawiodłem się.

Zgodnie z zapowiedziami, wydana jedynie w formie elektronicznej (e-book lub PDF) "Grzybologika" zawiera sporo nowego, niepublikowanego wcześniej materiału, oraz nieco znanych już czytelnikom słynnego bloga opowieści, tyle, że przeredagowanych i spisanych na nowo. Z wiadomych powodów, jako stały czytelnik Złomnika, skupiłem się na tych pierwszych, obracających się w znacznej mierze wokół smutnej tematyki mykologii psychospołecznej.

"Grzybologika" to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy mają pretensje do świata, że miał czelność posunąć się naprzód, podczas gdy oni zostali w miejscu. Stąd zawarta na wstępie definicja grzyba. Mamy tu wywodzące się ze słusznie nam minionego reżimu cwaniactwo, mamy zwykłą podłość i głupotę, mamy też historyjki zupełnie współczesne. Czytając opowieści (ponoć wszystkie są prawdziwe) niejednokrotnie zbierałem z podłogi szczękę, nie mogąc uwierzyć, że wszystko to jest o ludziach mieszkających tuż obok. Ba - o ludziach w ogóle. Mieszkańcach planety Ziemia. Historyjki opisane w "Grzybologice" są pozornie tylko śmieszne - jest to jednak śmiech przez łzy, do tego pomieszany z przerażeniem. A przerażające jest to, że z przewijającymi się na elektronicznych stronach zbioru opowiadań dzielimy ponad 99% DNA. 

Na końcu znajdziemy kilka scenek rodzajowych widzianych oczami (lub komentowanych przez) nierozłączny duet Cytryn & Gumiak. Niektóre zostały ujęte w formie niemalże scenariusza. Może za krótkiego na film pełnometrażowy, ale kilka przepięknych miniatur mogłoby z tego powstać. A może kiedyś...?

"Grzybologika" napisana jest wręcz świetnie, żywym, przykuwającym uwagę językiem Z. Łomnika (o którym wiemy, że się tak nie nazywa, cwaniak jeden). I choć np. wspomnienia z kupowania garażu budzą wręcz przerażenie, zaś historyjki takie, jak ta opisująca perypetie Grzesia - wegetarianina-cyklisty z korporacji, sprawiają, że wątpimy w sens istnienia ludzkości, zdecydowanie warto jest wydać te symboliczne 5 zł, które red. Z. Łomnik (w pewnym powiatowym mieście na P. znany jako Tomek) winszuje sobie za elektroniczny egzemplarz swego dzieła. Ba - warto wydać i więcej. Bo takie opowieści warte są sporo.

Czekam na kolejne dzieła. A ponoć mają być.