sobota, 15 września 2018

Spacerkiem i Skanssenem: východně od Prahy

Jak już ostatnio wspomniałem, przeważająca część mojego (oraz Obywatelki Pilotki) pobytu w Czechach przypadła na piękną, niesamowicie klimatyczną, ale też bardzo mało graciarską Pragę. Ostatnie dwa dni wywczasu wyglądały jednak nieco inaczej, gdyż inna była też lokalizacja. A w zasadzie droga. Konkretnie zaś droga na północny wschód Republiki Czeskiej.

Po opuszczeniu małego, skromnego (acz dość przytulnego) hotelu w 7 dzielnicy Pragi ruszyliśmy w stronę obwodnicy, a następnie skręciliśmy w drogę, która miała poprowadzić nas do pierwszego przystanku wycieczki: słynnego XV-wiecznego ossuarium w Kutnej Horze. I już po drodze zrobiło się dość grubo.

Jediné takové, viz

Wyjechaliśmy z Pragi a tu Praga

Nie jechaliśmy w Tatry a tu Tatry

Skoda/LIAZ 706 RT i IFA W50 miały bardzo podobne kabiny. A co to jest to pośrodku to naprawdę nie wiem, ale jest srogie
W samej Kutnej Horze motoryzacyjnie było dość skromnie, ale i tak treściwie.

To odpowiednik naszych czarnych. I ktoś tym ciśnie od dawna.
Dalsza droga prowadziła na wschód m.in. przez Litomyšl i inne urokliwe czeskie miasteczka.

Goniłem Aleko, uciekło daleko

I znów Praga poza Pragą

Po raz kolejny nie wiem co to

WTEM!

WTEM!!!1
W końcu dotarliśmy tam, gdzie planowaliśmy, czyli do Kopřivnic. I tak, zapewne domyślacie się, czego można się z tego tytułu spodziewać. Najpierw jednak należało się rozejrzeć. A było po czym.

Zawsze zastanawiałem się, czemu liftback różnił się tak mocno od pozostałych wersji Corolli E9

Nie wiem, jak to nazwać. Jeepster?

Czesi generalnie zdają się lubić Peugeoty. To jedna z najpopularniejszych importowanych marek.

Przeważają jednak Skody.

Choć, jako, że byliśmy w Kopřivnicach...

Ależ ten tył do mnie mówi

Odjechał nią lokalny pan grzyb z bardzo antyczną (chyba) mamą

Kilka kilometrów od samych Kopřivnic robiło się jeszcze lepiej

Nie wiem, czy jezdna, czy hodowlana

Ta zdecydowanie jezdna

Ta też

No tu raczej hodowla

Malowniczość tego obrazka wychodzi poza skalę

Parafrazując klasyka - wokół chodzi sobie kura bo to właśnie są Morawy

Mijaliśmy ją dwa razy, ciągle mrugała lewym

No, to raczej duma właściciela

O, taką Ładę to ja poprosiłbym

Jest ich tam jeszcze trochę, nadal normalnie pracują, szanuję bardzo
W końcu przyszedł czas kierować się w stronę granicy. Lecz jeszcze zanim wjechaliśmy z powrotem na ojczyste ziemie, okoliczna przyroda dała nam znać, że zbliżamy się do domu.

No w sumie Skoda nie robiła modelu z paką tych rozmiarów więc ok

Pozdrowienia z Ostravy
Na koniec kilka spostrzeżeń.

1.  Opowieści o tym, jak bardzo Czesi przestrzegają ograniczeń prędkości, można włożyć między bajki.
2. Na zachodzie kraju, szczególnie wokół Pragi, Czesi jeżdżą bardzo kulturalnie, bez siadania na zderzaku itd., natomiast w centralnej części i na wschodzie kraju niestety zachowują się jak polscy przedstawiciele handlowi. Za to przynajmniej dużo rzadziej niż my zapominają o kierunkowskazach.
3. Same drogi są niezłej jakości, ale bez szału. Jest sporo remontów (choć zmiana organizacji ruchu jest dużo lepiej przeprowadzona niż u nas), zaś na autostradach bardzo często można spotkać nawierzchnie z betonu.
4. W rzeczy samej poza Pragą, szczególnie dalej na wschód, jest sporo gratów. O ile w Pradze i okolicach nie spotkaliśmy ani jednej Skody typu 724, wokół Kopřivnic jest ich masa, w rozmaitym stanie, od niemalże igły, po pustą, wrastającą skorupę. 
5. Musimy tam wrócić. Tym razem jednak zaczniemy od wschodu - szczególnie od Ostravy, która wydaje się naprawdę obiecująca.

A już wkrótce dowiecie się, co Basista robił w Kopřivnicach. Choć zapewne już się domyślacie.

Większość zdjęć autorstwa Obywatelki Pilotki <3

środa, 12 września 2018

Spacerkiem i tramwajkiem: Praga, ale nie ta warszawska

Ahoj Przygodo! - zawołał rozentuzjazmowany Basista.
Akotas Basisto! - odpowiedziała nieco bardziej stoicko nastawiona Przygoda.

Przygodą ową miało być rzadkie wydarzenie znane niektórym szczęśliwcom jako urlop. Treść zawołania zaś wynikała z kierunku wyjazdowego. Urlop bowiem miał być, prawdaż, zagramaniczny. Niedaleki, ale zawsze. Tak - z początkiem września udałem się na pierwszą od około 10 lat wycieczkę poza granice naszej pięknej krainy. I, co ciekawe, jednocześnie pierwszą w życiu zagraniczną wyprawę za kierownicą.

Nie śmiejcie się (lub, jeśli musicie, róbcie to dyskretnie i półgębkiem) - wcześniej najzwyczajniej w świecie nie było okazji. Albo nie było czym, albo nie było kiedy, albo - przede wszystkim - nie było za co. Tym razem jednak zgrały się wszystkie trzy wymagane czynniki i po krótkim rozważeniu kilku opcji zapadła decyzja: Czechy.

Byłem już kiedyś u naszych południowych sąsiadów. Było to jednak ponad 20 lat temu a sama wizyta w Pradze trwała... kilka godzin. Tyle jednak wystarczyło, bym zapamiętał ją jako przepiękne, klimatyczne miasto. Dlatego też zadecydowaliśmy z Obywatelką Pilotką, że właśnie w stolicy Czech spędzimy najwięcej czasu.

Ruszyliśmy tedy.

Przyznam, że byłem równie zajarany co... spanikowany. Spodziewałem się, że będziemy trzepani przez każdy patrol policyjny, który rygorystycznie sprawdzi całość wyposażenia łącznie z zapasowymi żarówkami (kupiłem) i bezpiecznikami (zapomniałem) a następnie brutalnie i bez gry wstępnej wrazi Skanssenowi czujnik w rurę. Gryzłem kierownicę mając w głowie wizję nielubiących Polaków czeskich służbistów uniemożliwiających nam dalszą jazdę. Tymczasem... nic. Spokój. Żadnych problemów, żadnego zatrzymywania, żadnych kontroli. Luz całkowity. I to mimo tego, że przez większość czasu Skanssen był ewidentnie najstarszym pojazdem na drodze.

Gdyż albowiem tak - zachodnia część Czech od granicy w Kudowie aż do Pragi jest zaskakująco mało graciarska. W zasadzie to w ogóle. Najstarszymi samochodami, jakie zobaczyłem w drodze do Pragi, były Peugeot 406 i ze dwa Escorty ostatniej europejskiej generacji. Nie widziałem nawet Favoritek, o Baldwinkach* nie wspominając. Te przedostatnie w ilościach homeopatycznych objawiły się dopiero w samej stolicy.  

Właśnie, stolica. Krajobraz motoryzacyjny Pragi jest... dość nudny. Rzecz jasna dominują Skody, i to dość świeże. Najczęściej spotykanymi samochodami były zdecydowanie Octavie obecnej i poprzedniej generacji, sporo jest również Fabii i Rapidów. Superby - owszem, też się widuje, ale... tylko nowe. Dwójkę widziałem może raz, jedynki - chyba w ogóle. Co jednak ciekawe, dominacja Skody nie jest absolutna. Sporo widuje się dość świeżych aut innych producentów - sporo jest VW, Fordów, zauważalna jest większa niż u nas reprezentacja Francuzów. Mniej niż w polskich miastach jest aut japońskich (głównie Yarisy), za to dużą popularnością cieszą się wyroby marek koreańskich, ze znaczną przewagą Hyundaia. Samych nowych i30 naliczyłem jednego dnia z 6 czy 7, przy czym większość... w wersji Fastback (która, nota bene, jest liftbackiem). Hyundaiami porusza się zresztą m.in. Mestska Police, czyli straż miejska.

Inna rzecz, że po Pradze i tak poruszaliśmy się zbiorkomem. Po pierwsze nie chciałem zmagać się z parkowaniem, po drugie zaś dużo lepiej według mnie odkrywa się miasto pieszo lub zza okien tramwaju, z którego po prostu można wyskoczyć na najbliższym przystanku, gdy zobaczy się coś ciekawego. Do tego odpada konieczność koncentrowania się na drodze, dzięki czemu można swobodnie się porozglądać. Dlatego też Skanssen stanął na te niecałe 4 dni na parkingu nieopodal hoteliku, gdzie się zatrzymaliśmy.

A już z okna pokoju można było złowić dobre widoki.

Praga jest mało graciarska, ale niektórzy mają naprawdę dobry gust

Nie widać było, czy wrost, czy daily

Stwierdzasz, że Praga jest mało graciarska, po czym oddalasz się jakieś pół kilometra od hotelu i...

Samotny wśród Toyot

Pierwsza Favoritka, którą ujrzałem od wjazdu na teren Czech. I to na czeskim odpowiedniku czarnych!

Może na niemieckich blachach, ale zdecydowanie tu pasował

Zacna reklama na kołach, cz. 1

Zacna reklama na kołach, cz. 2

Karteczka za szybą mówi, że lekarz. Ależ bym się u niego leczył.

Dla tego egzemplarza specjalnie wyskakiwałem z tramwaju

A tego złapałem chwilę później, przy okazji

WTEM: Nestor Baron! Wożą nim wycieczki. Mają jeszcze kilka innych, dużo straszliwszych replik.

O, i to jest jakieś
Chyba najbardziej absurdalny sprzęt, jaki widziałem w Pradze


Fanem nie jestem, ale szanuję
Swift wrastał, Forman chyba tak dla towarzystwa


O, i tak się oszczędza paliwo, a nie poczwórnym turbem i bezpośrednim wtryskiem

Rozwoziłbym nim pamiątki do sklepów z suwenirami

Trabanty w Czechach były onegdaj bardzo popularne

Szanuję bardzo i życzę tysięcy dalszych dobrze wynagrodzonych roboczogodzin
To zasadniczo wszystko, co udało się odłowić podczas kilkudniowego pobytu w Pradze. Oczywiście nie jest to wszystko, co widziałem (umknęła mi m.in. prześliczna, cisnąca nieopodal granicy Starego Miasta Dwacefałka), poza tym ze względu na ograniczony czas trzymaliśmy się raczej typowo turystycznych rejonów (być może w okolicach blokowisk znalazłoby się więcej ciekawostek). Tak czy inaczej jednak - Praga jest przepięknym, magicznym miastem, ale gratów tam niestety niewiele.

Za to środkowa i wschodnia część Czech... ale o tym następnym razem. Gdyż owszem, będzie. Oj, będzie.

*Baldwinka - Skoda 105/120/130 nazwana tak na cześć miłującego je Ojca Baldwina

sobota, 1 września 2018

Nowy długodystans: DAFuq is this?

No i stało się.

Kupiłem grata.

W zeszłym miesiącu pojawił się pewien finans. Był on jak najbardziej planowany, większość zeń miała być (i nadal jest) przeznaczona na spłatę pewnych zobowiązań, jednak pewną jego część postanowiłem spożytkować na spełnienie jakiegoś marzenia. Konkretnie zaś na zakup jeździdła, które dotrzymałoby towarzystwa Skanssenowi i zdjęło z niego część obowiązków - czy to w kwestii dojazdów do pracy (w którym to przypadku priorytetową kwestią byłoby zużycie paliwa), czy też, jeśli udałoby się znaleźć coś rocznikowo odpowiedniego, w temacie rajdów, umożliwiając udziały w nawigacyjno-turystycznej okręgówce. I nie kryję, że patrzyłem głównie na sprzęty z mego niedawnego toptena. Rzecz jasna te tańsze.

Głównym obiektem moich zainteresowań była Mazda 121 zwana Jajeczkiem lub Kapeluszem (w Japonii zaś znana jako Autozam Revue). Nawet znalazłem jeden egzemplarz i byłem bardzo, ale to naprawdę bardzo bliski zakupu. Zaistniały jednak trzy okoliczności, które sprawiły, że to nie mały, japoński sedanik stał się towarzyszem Skanssena.

Po pierwsze - finans, o którym wspomniałem, kazał czekać na siebie troszkę dłużej, niż z początku zakładałem, zaś właściciel Mazdy właśnie wybywał za granicę. Po drugie - pewien dobry znajomy zgłosił potrzebę wspartą... dorzuceniem do finansu. Otóż, jako człek szkolący się właśnie na pilota powietrznych statków pasażerskich, będzie musiał zaliczyć pewną ilość przestworzogodzin, co z kolei skutkuje koniecznością przemieszczania się między miejscem pobytu a wskazanym lotniskiem. A tak się składa, że obywatel ów mieszka na stałe na ziemi synów Albionu, zaś szkolenie odbywa tu - w naszej pięknej krainie miodem z ucha Prezesa i mlekiem posłanki Krysi P. płynącej. Zrodziło to konieczność pozyskania transportu. Rozważane były różne opcje, w tym wynajem. Koszta tegoż byłyby jednak tak wysokie, że za podobną kwotę można by było zakupić zupełnie sensowne używane toczydło, zaś, z uwagi na pobyt stały w kraju znanym z miasta, którego nie ma (Lądek Zdrój jest), obywatel ów nie miał zamiaru bawić się w jakiekolwiek zakupy własne. Dlatego też postanowił zaoferować swym pozostającym w ojczyźnie krajanom piniendze za pożyczenie samochodu. Jakiegokolwiek.

Hmmm... takie piniendze można by było dorzucić do zakupu grata, którym potem przez pewien czas pojeździłby znajomek.

I w tym momencie zaistniała okoliczność nr 3. Kol. Bubu ze Stada Baranów wystawił na sprzedaż swojego ukochanego sprzęta, którym jeździł przez ostatnie 8 lat. I tak się złożyło, że sprzęt również znalazł się w owym toptenie.

Szybkie spotkanie, przejażdżka, krótka (i - mam nadzieję - nieprzekraczająca granic przyzwoitości) negocjacja cenowa i decyzja zapadła. Bierzemy DAF-a Volvo 340. Trzydrzwiowe. Na żółtych.

Z Variomatikiem.


Pierwsza przejażdżka czarną trzystaczterdziestką nie do końca mnie do niej przekonała - wciąż miałem w pamięci niesamowicie żwawe 360 w sedanie, którym zrobiłem krótką rundkę na mecie Rembertowskiego. To właśnie ono sprawiło, że tak naprawdę zapragnąłem trzysety. Tu zaś pod maską siedzi bazowe 1.4, do tego sprzężone z tą słynną bezstopniową skrzynią, która co prawda ułatwia eksploatację w mieście, jednak jej wpływ na osiągi jest... no, taki, jaki jest. Jednak już drugi raz za kierownicą czarnego hatchbacka sprawił... że po prostu się zakochałem.

Obywatelka Pilotka zresztą też.


Zacznijmy od tego, że Volvo 340 w 3-drzwiowej wersji jest po prostu ładne. Nie jest to jednak typ urody, który rzuca na kolana i każe wgryzać się w podłoże w niemym zachwycie - inna rzecz, że nie jestem targetem takich wyrobów (no, może poza DS-em, oczywiście tym prawdziwym, nie tą smętną abominacją, którą Francuzi próbują aktualnie wciskać naiwnym). Zamiast onieśmielać i zachwycać, mały Volviacz budzi sympatię. Pocieszna sylwetka z krótkim kuperkiem kupuje mnie natychmiastowo. Jak zauważyła nie bez racji Obywatelka Pilotka, wygląda troszkę jak owoc romansu Skanssena z Krokodylem. Nie przeszkadza tu nawet pozornie ponury kolor, który okazuje się bardzo dobrze pasować do kanciastego jeździdła. Swoją drogą - nie jestem pewien, czy to czarny metalik, czy bardzo ciemny grafit. Percepcja zależy w tym przypadku głównie od oświetlenia.

Wnętrze, na pierwszy rzut oka równie niepozorne, co tzw. aparycja też szybko przekonało nas do siebie.


Jak się okazuje, jest tu całkiem sporo miejsca. Nie ma większego problemu ze znalezieniem wygodnej pozycji. Wszystkie instrumenta pokładowe są pod ręką a materiały okazują się - jak na tę klasę i rocznik auta - zupełnie niezłe. Obicie foteli mogłoby być nieco mniej gąbczaste, ale poza tym trudno mi się do czegoś naprawdę przyczepić.

A nie. Są dwie takie rzeczy.

Pierwszej przez pierwsze dwa dni nawet nie zauważyłem, jednak w końcu udało mi się dojść do tego, co może tu nieco przeszkadzać. Otóż kierownica jest przesunięta odrobinę w prawo w stosunku do osi fotela. Nie jest to ogromny odchył, jednak po paru dłuższych chwilach za kółkiem może to zacząć odrobinę drażnić.

Druga tyczy się tylnej kanapy - i nie, nie chodzi o brak miejsca, gdyż tego jest tam zaskakująco dużo. Brakuje za to czegoś innego: pasów. Tak, w Volvo. Szwedzi zapewne nie dopuściliby do takiego niedopatrzenia, jednak Holendrzy być może mieli wtedy inne podejście. Na szczęście pasy da się łatwo i bezinwazyjnie zamontować - są punkty mocowania. Jak najbardziej jest to w planach, dzięki czemu już niedługo będzie możliwe zamontowanie fotelika, zresztą holenderskiej marki.

Na szczęście nie znalazłem więcej powodów do narzekań - a będąc profesjonalną marudą i jęczybułą jestem świetny w wynajdywaniu pretekstów do krytyki. Przestrzeń z tyłu robi jeszcze większe wrażenie, niż z przodu (przynajmniej w zestawieniu z oczekiwaniami), dostęp do drugiego rzędu okazuje się zaskakująco łatwy dzięki sprytnie pochylanym oparciom (trochę jak w dwudrzwiowych Oldsmobile'ach) zaś widoczność jest po prostu rewelacyjna.

No i bagażnik. Serio - tu też nie jest źle.


Jak widać na załączonym obrazku, bas w usztywnianym pokrowcu wchodzi, i to bez większych problemów. Nie ma również kłopotów z jego wyjęciem. Co prawda krawędź załadunku znajduje się dość wysoko, ale pragnę przypomnieć, że mamy tu do czynienia z konstrukcją z lat siedemdziesiątych.

Niestety, pociąga to za sobą również wady - takie, jak choćby brak dzielonej tylnej kanapy. Takie jednak były podówczas standardy. Na szczęście bas (a nawet ze 3) da się tu wozić bez bólu, a do poważniejszych zadań mam wszak Skanssena.


Pozostaje jeszcze kwestia tego, jak ten wynalazek jeździ.

Otóż... lepiej, niż z początku się spodziewałem.

Tak - charakterystyka działania Variomatica wymaga pewnego przyzwyczajenia. Szczególnie to, że silnik - antyczny, 68-konny Cleon-Fonte 1.4, identyczny jak choćby w Renault 9 - utrzymywany jest stale na wysokich obrotach. Sprawia to, że prędkości powyżej 100-110 km/h są... no, powiedzmy, że nieszczególnie zalecane na dłuższą metę. Silnik wyje wtedy w sposób budzący obawy co do jego dalszej kariery. Jednak przyspieszenie okazuje się lepsze, niż to się czuje. Wystarczy zameldować but w podłodze, a ten niepozorny potomek upalonego Holendra i kanciastej Szwedki zupełnie żwawo ciśnie do przodu. Co prawda przy samym starcie czuć pewne ociąganie, ale potem, tak do 80 km/h, przyspieszenie jest zupełnie przyzwoite. Wszystkiemu towarzyszy gwizd pasów znajdującej się przy dyferencjale przekładni. Gdyż albowiem tak - to jest transaxle. Jak Porsche 928.

Zawieszenie pracuje dość... dziwnie. Jest jednocześnie twarde i miękkie - ale odwrotnie, niż by się chciało, czyli dość sztywne na wybojach a nieco zbyt chybotliwe w zakrętach. Jednak mimo przechyłów samochód nieźle trzyma się drogi. Pewną niepewność wprowadza również niewspomagany układ kierowniczy z bardzo silnym powrotem do centralnego położenia, ale i do tego da się przyzwyczaić.

Skoro jesteśmy przy zawieszeniu - warto tu wspomnieć o jego nietypowej konstrukcji, przynajmniej z tyłu. Otóż mamy tam tzw. oś de Dion, czyli przedziwną kombinację zawieszenia zależnego z niezależnym. Dyferencjał zamocowany jest na sztywno, zaś półosie nie są uwięzione w jednolitej (no, powiedzmy) obudowie, jak to ma miejsce w przypadku sztywnego mostu, jednak koła połączone są metalową rurą. Wszystko to w serii 300 zawieszone jest... na resorach piórowych.

Transaxle, bezstopniowa skrzynia wykorzystująca pasy i oś de Dion na resorach. Głupiej się nie da.

I jest to kolejny powód, by polubić ten pocieszny sprzęt skonstruowany przez lubujących się w tetrahydrokanabinolu Holendrów.

Szkoda tylko, że już niedługo przyjdzie mi rozstać się na 2-3 miesiące z tym przesympatycznym jeździdłem. Na szczęście będzie w dobrych rękach. Znajomy, który pobiera go w zamiar za walor finansowy, umie w graty - sam jeździł niegdyś Beczką i Citroenem C15. Po powrocie trzeba będzie schować go (Volviątko, nie znajomego) do garażu na przytulne zimowanie, a na wiosnę... na wiosnę startuje kolejny sezon. I okręgówka. Tym razem już nie będzie latania w Openie.

Będą punkciory.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

Ostatnia skonstruowana de facto przez DAF-a osobówka to nieco niedoceniony model. Jasne, rozumiem - silniki Renault (z wyjątkiem stosowanej w 360 dwulitrówki), holenderskie pochodzenie i masa dziwacznych rozwiązań sprawiają, że "tru" fani Volvo nie za bardzo uznają trzysetkę za "prawdziwego" przedstawiciela marki. Ja jednak nie zgadzam się z tą oceną. To przede wszystkim przesympatyczne jeździdło, w którym uśmiech nie schodzi z paszczy - przynajmniej wariatom. Takim, jak ja. A że to konstrukcyjnie w dużej mierze DAF, szczególnie z Variomatikiem? Stąd właśnie imię wymyślone przez Obywatelkę Pilotkę: DAFuq.

Tudzież Fajtłap. Też pasuje. Tak samo, jak Fajtłap vel DAFuq i Skanssen pasują do siebie.


Plusy:
  • zupełnie przyzwoity komfort (mimo dość dziwnej pracy zawieszenia)
  • zaskakująco duża przestronność, szczególnie z tyłu
  • świetna widoczność
  • niezły bagażnik
  • dziwaczność sprawiająca, że jeszcze lepiej pełni rolę jaktajmera
  • charakter i fajność ogólna
  • rocznikowa przydatność na turystycznych okręgówkach

Minusy:
  • brak pasów z tyłu (na szczęście da się nieinwazyjnie zamontować, punkty są)
  • przeciętna dynamika
  • kierownica przesunięta lekko w prawo w stosunku do fotela kierowcy
  • okrutnie wysokie obroty przy prędkościach 90+
  • potencjalne kłopoty serwisowe

Co nim wozić:

To, że Fajtłap vel DAFuq nadaje się do transportu basiw, jest dodatkowym plusem, który wcale nie musi być oczywisty w przypadku sezonowego klasyka. Zmieści się w nim każdy "zwykły" bas o standardowej menzurze. Ja jednak najchętniej widziałbym w nim... obrzyna. Zarówno Hohnera, jak i... ale o tym innym razem.

Tymczasem zapraszam na filmik, do którego zapomniałem się uczesać. Trudno.


wtorek, 28 sierpnia 2018

Spacerkiem i rowerkiem: powrót do stolicy

Borze Tucholski, jak dawno nie było mixu.

Ostatnio, dzięki Fabrykantowi, zwiedziliśmy Łódź. Teraz wracamy do miasta stołecznego, po zjeździe z autostrady lądując na Bemowie.

Zapraszam zatem.

Akurat jechaliśmy rajd. A on chyba nie.

Ten na pewno nie

Ten też, a mógłby

O, diesel z Volviacza. Nie, czekaj

Niezły stan jak na Escorta

Ciąłbym bokami po mchu

Ciąłbym codziennie i wszędzie

Nie ciąłbym, no chyba, że diaksem

Krul Druk

BMWrost

...dlaczego

O, inny silnik z LT-ka

Dziękuję, postoję

Do sprzedania za 1000. Po odjęciu pierwszej cyfry otrzymujemy realną wartość.

Paczcie mie na usta: FAJNIEJSZY OD DUŻEGO.

Po prostu sobie jechał, poziom wywalenia poza skalą

Łamałbym

O, tego to raczej niełatwo złamać

Kończymy prawdziwym koneserem.

I to przez naprawdę gigantyczne K.

Do następnego.