środa, 8 sierpnia 2018

Top 10: auta, które kiedyś

Niejednokrotnie już wspominałem, cytując przy tym klasyka, że każdy ma jakieś marzenie. Jeden, na ten dany przykład, marzy o najwyższym współczynniku prestiżu własnego na swoim osiedlu "IGZEKJUTIW REZIDENS". Inny znów marzy o zdrowych, regularnych wypróżnieniach. Ja natomiast marzę o gratach. Oczywiście nie są one jedynym moim marzeniem, jednak to w ich poszukiwaniu najczęściej przeglądam portale ogłoszeniowe.

Oczywiście marzenia mogą być na granicy nieosiągalności lub wręcz poza nią, ja jednak postanowiłem zgromadzić 10 aut, na które - mniej lub bardziej realistycznie - mógłbym sobie kiedyś pozwolić. A jeżeli mógłbym sobie pozwolić, nie byłoby już raczej usprawiedliwienia. Dlatego włala - topten tzw. masthewów, czyli samochodów, które kiedyś muszę. No muszę po prostu.

I jako, że każdy z nich jest dla mnie takim masthewem, tym razem nie będzie rankingu. Zamiast tego lecim alfabetycznie.


Citroen 2CV (lub któryś z derywatów)



Nie ukrywam, że tak naprawdę moim największym motoryzacyjnym marzeniem jest DS 21. Żaden inny samochód nie budzi we mnie takiego zachwytu połączonego z absolutnym pożądaniem. Obawiam się jednak, że nie mam większych szans na jego realizację - koszta zakupu zdrowego DS-a znajdują się w absolutnie stratosferycznych, przynajmniej dla mnie, rejonach. To samo tyczy się też utrzymywania tego mobilnego dzieła sztuki w dobrym stanie. Z tego drugiego powodu odpadają również inne hydropneumatyki, z niedocenianym (niesłusznie!) GS-em na czele. Jednak, jako wciąż w dużym stopniu citrofil, nie mogłem zrezygnować z jakiejś klasycznej Cytrynki w zestawieniu - a poza hydrowozami to właśnie 2CV jest moim ukochanym modelem. Niestety, mimo znacznie prostszej konstrukcji i, wbrew pozorom, bardzo dobremu zaopatrzeniu w części zamienne, to wciąż chyba najmniej realistyczny punkt tego zestawienia. Co prawda Dwacefałki nie drożeją tak gwałtownie jak jeszcze rok-dwa lata temu, jednak wciąż jest to dość konkretny koszt, do którego dochodzi nieustanna walka z rdzą. Mimo tego wiem, że jeśli kiedykolwiek będę miał szansę kupić takiego sprzęciora, zrobię wszystko, by ją wykorzystać. I tyczy się to nie tylko samej Dwacefałki, ale też jej pochodnych - Dyane, furgoniku Acadiane czy Ami 8 (bo 6 to jednak raczej nie bardzo). Kocham je wszystkie.



Daihatsu (którekolwiek, ale im głupsze tym lepsze)


Daihatsu jest zdecydowanie jedną z moich ulubionych marek. Te samochody są - z punktu widzenia europejskiego klienta - kompletnie absurdalne: dziwne proporcje, forma całkowicie podporządkowana funkcji (a mimo tego zawsze można wrzucić jakiś fajny, niecodzienny detal, vide Trevis), ujemne wartości tzw. splendiżu... i to wszystko właśnie sprawia, że tak bardzo mi się podobają. Do tego dochodzi fantastyczna wręcz niezawodność i homeopatyczne zużycie paliwa mniejszych modeli - a zdecydowanie przydałby mi się sprzęt, którym mógłbym cisnąć do arbeitu taniej niż żłopiącym ile wlezie Skanssenem - oraz pewnego rodzaju egzotyczność marki. I jeszcze ciekawostka: zanim Daihatsu w ogóle wypięło się na europejski rynek, marka regularnie lądowała w okolicach szczytu wszelkich rankingów zadowolenia użytkowników, m.in. w Niemcowni.

A gdybym miał wybrać konkretny model? Trudno zdecydować się na jeden, ale chyba przeważa absolutny idiotyzm pod postacią liftbacka przebranego za sedana, czyli Applause. Ależ bym.



Fiat Panda (lub inny klasyczny model)


Jak niektórzy być może pamiętają, miałem okazję przez kilka dni pojeździć Pandą. Tą legitną, oryginalną. Do tego z bezstopniową skrzynią Selecta. I choć skrzynia ewidentnie się kończyła zaś sama Panda dążyła do pełnej biodegradacji szczerze pokochałem to jeździdło. Trudno mi wyobrazić sobie coś lepszego do miasta. Niesamowita zwinność połączona z absolutnym utylitaryzmem, z którego, paradoksalnie, wynika bezbłędna stylówa małego Fiaciora, są czymś, co ujmuje mnie w sposób absolutny. Do tego ten samochód ma cechę, którą uwielbiam we wszelkiej starszej włoszczyźnie: wrażenie, że leci się nie wiadomo ile, podczas, gdy tak naprawdę przepisowo suniemy pięćdziesiątką. I to właśnie uważam za dużo fajniejsze, niż ciśnięcie jak debil. W starych Fiatach (może poza 125p, ale on akurat stanowi osobną kategorię nędzy) można doskonale bawić się nawet nie jadąc zbyt szybko. Dlatego tak naprawdę przytuliłbym dowolnego klasycznego Fiaciora - mogłoby być to choćby legendarne 127 (koniecznie fastback) czy nawet jugosłowiańskie 128, czyli Zastava. Ale to chyba właśnie Panda budzi we mnie najwięcej czułości.


Mazda 121


Skoro mówimy o czułości - niewiele jest samochodów, które wyzwalają jej we mnie więcej, niż Mazda 121 DB, zwana Jajeczkiem lub Kaczką (jedną z bodajże trzech w historii motoryzacji). Albo, przez profanów, Kapeluszem. No dobra, ma może coś z melonika, ale dla mnie jest przede wszystkim pluszakiem. To, jak nieprawdopodobnie sympatyczne i pocieszne jest to jeździdełko, przekracza granice pojęcia. Do tego, jako mikrosedanik z malutką klapą bagażnika (co ciekawe, całkiem przyzwoitego, jak na tę klasę), jest całkowicie absurdalne. A ta właśnie absurdalność sprawia, że wielbię małą Mazdeczkę jeszcze bardziej. A czy może być coś, co sprawi, że będę pożądał jej jeszcze mocniej?

Owszem. Faltdach.

Tak szczerze mówiąc, kombinacja uroku 121 z jego śmiesznie niskimi cenami i solidną mechaniką sprawia, że gdyby ten topten był klasycznym rankingiem, Jajeczko miałoby szansę wylądować na 1. miejscu. Tylko czy ktoś naprawia te odsuwane dachy?...


Peugeot 205


Miałem już Renault. Miałem też Citroena (i chciałbym jeszcze, choć może bardziej zadbanego). Jednak nie miałem jeszcze Peugeota - a owa zacna marka ma kilka modeli, które bardzo, proszę ja Was, uważam. O zaletach wygodnego, relaksującego 406 miałem okazję się już przekonać. Jednak modelem, który kręci mnie jeszcze bardziej, jest legendarna 205.

Niestety czas na kupienie dobrej dwieściepiątki już minął, jednak wciąż można ustrzelić przyzwoity egzemplarz za sensowne pieniądze. I zdecydowanie warto - mówiąc po graciarsku, to już klasyk, one już nie tanieją. Poza tym, a w zasadzie przede wszystkim, dwieściepiątka to po prostu przefajny, sympatyczny, charakterny sprzęcior.

A jeśli chcemy coś specjalnego, możemy mieć GTi (za chore pieniądze) albo dużo rozsądniej wyceniane kabrio. Ależ bym w nim powiewał siwiejącą nieublaganie czupryną.



Saab 90 (ale może być też 99 lub Krokodyl)


W zasadzie Saab 900 nie powinien się tu znaleźć - wszak miałem już Krokodyla, więc, choć chciałbym jeszcze, nie liczy się, koniec, kropa, pobite gary, żryj gruz. Ale ale, hola hola, były jeszcze inne, jeszcze dziwaczniejsze saabowskie wynalazki, do tego mocno z Kroko spokrewnione. Pierwszym był jego poprzednik - wspaniały model 99, drugim zaś produkowany przez pewien czas równolegle z dziewięćsetką dziwaczny ulep o nazwie 90. Ulep ten składał się z frontu (wraz z mechanikaliami i deską rozdzielczą) późnej dziewięćdziesiątkidziewiątki i tyłu Krokodyla w sedanie. I właśnie jedyna wersja, w jakiej występował - dwudrzwiowy sedan - dopełnia całokształtu wspaniałego absurdu. Najlepsze jest zaś to, że model, choć nader rzadki, jest dość niedoceniony, dzięki czemu można wyrwać go (o ile się pojawi) za zaskakująco rozsądny piniądz.

Pożądam priapicznie.


Subaru Libero



Idea kei vana jest według mnie wspaniała. Czysty, niczym nieskażony utylitaryzm, do tego idealnie dostosowany do warunków, w których musi funkcjonować. Tak naprawdę każdy z nich, czy to rozsławione przez red. Z. Łomnika Suzuki Carry, czy Daihatsu Hijet (wraz z jego włoską odmianą, czyli Piaggio Porterem), czy arcyrzadka Honda Acty, budzi we mnie uwielbienie pomieszane z pożądaniem. Jednak król może być tylko jeden - i nie jest nim JKM, tylko równie idiotyczne Subaru Libero (tudzież Domingo). Czemu idiotyczne? Zacznijmy od dziwacznej, kompletnie nieproporcjonalnej sylwetki, która wygląda, jakby ktoś budę innego kei vana przesunął w przód, podczas, gdy podwozie pozostało w miejscu. Do tego silnik z tyłu, w zasadzie ukryty za tylnym zderzakiem, napędzający - jak to u Subaru - cztery koła. A wszystko to, uważajcie, na ramie. NA RAMIE. Głupiej się nie da. Proszę zapakować.


Suzuki Liana przedlift



Wchodzimy w rejon normalnych, codziennych dupowozów. Tyle, że nieco dziwacznych. A co dziwacznego jest w przedliftowej Lianie? Przede wszystkim deska rozdzielcza. Wskaźniki są cyfrowe - jak w R11 Electronic czy Tipo/Temprze DGT. No dobra, pierwsze dwie generacja Yarisa też miały elektroniczną tablicę wskaźników, ale to nie jest ta sama stylówa. A skoro przy stylówie jesteśmy - przedliftowa Liana jest mniej napompowana od wersji po modyfikacjach. Wygląda bardziej... japońsko. I zdecydowanie bardziej mi się podoba.

Przefajny, niezawodny i - co ważne - nieco głupawy sprzęcior do codziennego ciśnięcia.


Toyota Prius


Tak, serio.

Prius jest kolejnym "codziennowozem", który kiedyś musi zagościć w moim garażu (lub przynajmniej na miejscu parkingowym pod blokiem). Przyznaję - jestem fanem hybryd. W ruchu miejskim sprawdzają się wyśmienicie, a w toyotowskim wydaniu są do tego niesamowicie wręcz niezawodne. Do tego dochodzi spora praktyczność i chyba w miarę sensowny komfort. Nie dziwota, że tyle Priusów widuje się w charakterze taksówek.

W zasadzie mógłby być też Auris kombi, ale... czegoś mu brakuje. I nie chodzi mi tylko o deskę rozdzielczą przypominającą miejsce pilota promu kosmicznego. Prius jest po prostu inny. I to mi się w nim podoba.

Volvo 340/360


HURRR DLACZEGO NIE CEGŁA ZDRADZASZ IDEAŁY DURRR TO NIE JEST PRAWDZIWE VOLVO DWUSETA SIEDEMSETA I DZIEWIĘĆSETA LEPSZE

Chrzanię to.

Trzyseta to fantastyczny, wesoły, zaskakująco wygodny i wciąż nieco niedoceniony sprzęt z masą urzekająco głupich rozwiązań. Oś DeDion na resorach i układ transaxle? Proszszsz. Do tego można mieć Variomatic, czyli CVT na gołych, nieosłoniętych pasach, wymyślone przez upalonych jak dzikie świnie kosmiczne Holendrów. Pokażcie mi inny taki samochód. Pokażcie.

Do tego to Volvo, bez względu na to, co myślą puryści. Tak, pożenione z DAF-em i, nie licząc dwulitrowej wersji, z Renault, ale wciąż Volvo. I między innymi dlatego je kocham.

A dlaczego nie Cegła? Bo Cegłę już mam. I jeśli przyjdzie na nią czas, mam zamiar kupić następną.

10 komentarzy:

  1. Oooo... Daihatsu... Prius... Libero... idę przeglądać ogłoszenia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zwykłe P205 jeszcze są całkiem przystępne cenowo, ale wszelkie GTI, CTI, i inne ciekawe wersje mają ceny z kosmosu. Chociaż jeden francuski youngtimer, który może pochwalić się bańką cenową porównywalną ze starymi Merolami (a ja lubię i 205tki i Mercedesy, #jakżyć).
    Na polskim rynku 2CV ma dość wysokie ceny jak na auto, które na przestrzeni kilkudziesięciu lat zostało wyprodukowane w jakimś miliardzie egzemplarzy. Mógłbym bardzo, ale nie na co dzień (w przeciwieństwie do 205).
    Klasyczne Fiaty jak najbardziej. Aż dziwne, że sam chyba w żadnym nie siedziałem (nie licząc 125p ojca kiedy miałem 4 lata). Wydaję mi się, że mógłbym nie mieć wielkich problemów z "gorylą" pozycją za kierownicą ponieważ sam tak jeżdżę (fotel przysunięty, ale oparcie mocno pochylone).
    Reszta zestawienia - dla mnie meh, ale jeszcze do niedawna u mnie na parkingu za blokiem stały 2 Daihatsu Applause na czarnych blaszkach, ostał się jeden. Było też w okolicy jedno Libero.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No raczyj, że 2CV nie byłoby daily driverem.

      Usuń
  3. Ech... mieliśmy lianę przedlift i to 4x4. Super wóz, najlepszy cenowo kompakt 4x4 nie zajeżdżony jak subaru i lancery

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wszystkie auta z tej listy są świetne. Co do Priusa i w ogóle toyotowskich hybryd się zgadzam na 100%. Daihatsu to faktycznie są zwariowane fury. Peugeotem 205 GTI mógłbym śmigać nawet bardziej niż Civikiem IV gen., choć nie jestem jakimś wielkim fanem francuskich aut. Volvo serii 300 - jak najbardziej mi się podoba. 2CV - nie wiem, czy mi się trochę bardziej podoba od P205. Oto moje top ten:
    Volvo serii 200/700/900 - eleganckie kanciaki
    Chevrolet Chevy Van G20 - ikona amerykańskich vanów
    Cadillac Eldorado 1970 - nie wiem, czemu, ale jestem wielkim fanem amerykańskich klasyków
    Toyota Land Cruiser 1990 - jakaś terenówka musiała się znaleźć
    Lexus IS200 I. gen. - to auto sprawia dużą frajdę z jazdy
    Ford Mustang Fastback 1967 - prawdziwy muscle car
    Chevrolet Caprice 1984 - najlepiej w kombi, żeby było praktycznie
    Lexus RX400h II. gen - dobre na nasze polskie drogi
    Lexus LS400 I. gen/FL - najbardziej dopracowane auto świata
    Toyota Supra Mk4 - jedno z niewielu aut sportowych, które mi się bardzo podobają
    Tyle mi przyszło na myśl. Ogólnie mogę powiedzieć, że jest bardzo dużo aut, które mi się bardzo podobają.
    Pozdrawiam.
    Ricer

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałem napisać, że ten zielony Peugeot 205 ma najładniejszy kolor, jaki można mieć na samochodach.

      Usuń
    2. TAK. Uwielbiam ciemną zieleń. Mam nadzieję, że następca Skanssena będzie w takim kolorze. Wspaniałość.

      Usuń
    3. Szkoda, że nowe hybrydowe Toyoty nie występują w takim kolorze.

      Usuń
  6. 2CV też chętnie. Saab tylko z dwusuwem. Ba. Nawet ten nielubiany przez ciebie 125p (skoro daję radę Trabantem...). Daichatsu - szkoda, że nie wcześniej, bo znajomy akurat się pozbywał.
    Pudełkowatość Pandy I też mnie do siebie ciągnie, ale nie może być Cinquecento 700? Mało pali, zielone (metalik!), nie zgnite do reszty i akurat zupełnie przypadkiem mam takowe na zbyciu :D
    A tak poza tym to witam, czytam długo, ale ujawniam się po raz pierwszy :D

    OdpowiedzUsuń