piątek, 25 stycznia 2013

Basowisko: Roadster

Szczękam zębami wszystkim Wam na powitanie.

Moje buńczuczne zapowiedzi, że będę pisał bardziej regularnie, mogą spełznąć na niczym (nie mylić z Nietzschem). Powodem jest... zwykły brak czasu. Cóż, taki los ludzi, którzy posiadają coś takiego jak życie...

Pisałem już o instrumencie, którego pozbyłem się za szybko, czyli o mym niezapomnianym Nexusie. Nie był on jedynym basem, który ożeniłem szybciej, niż powinienem. Do tego ten, o którym kilka zdań skrobnę poniżej, był ze mną jedynie ok. 10 miesięcy...

Odkąd zacząłem grać, podobała mi się specyficzna stylistyka basów z przełomu lat 70. i 80. - dość ciężkie kształty, symetryczne główki w układzie 2 + 2, nierzadko naturalne wykończenie eksponujące słoje drewna... Jednym z instrumentów, który najmocniej chwytał mnie za serce oraz strefy niesforne był pokrótce już opisany przeze mnie pewien czas temu Ibanez Roadster.

Wybaczcie, ale po prostu nie mam lepszego zdjęcia.
Gdy około 7 lat temu pracowałem w jednym z licznych sklepów z instrumentami, mój skromny dochód całkowicie wystarczał na pokrycie jeszcze skromniejszych potrzeb, jakie podówczas miałem. Co więcej - umożliwiał nawet zakupienie jakiegoś kawałka sprzętu. A gdy ten kawałek wczesnych lat 80. pojawił się na Alledrogo w sensownej cenie, nie wahałem się długo.

Wkrótce basik znalazł się w moich rękach. Był piękny. Dokładnie taki, o jakim marzyłem przez lata: klasyczna a jednocześnie charakterystyczna jesionowa deska pokryta przejrzystym, zabarwionym na brązowo lakierem dodawała szlachetności, przykręcany klonowy gryf z 24-progową podstrunnicą z tego samego drewna przez lata ślicznie pożółkł zaś główka z czterema kluczami umieszczonymi po dwa na stronę zachwycała mnie swą symetrią i nieco rozszerzającym się ku górze kształtem. Chociaż... było jedno odstępstwo: zamiast oryginalnych, pasywnych przystawek w jasnych obudowach jakiś rzeźnik założył coś, co niestety niszczyło nieco "wintydżowość" tego pięknego instrumentu, czyli aktywne EMG. Układ przystawek pozostał taki sam, czyli popularne w latach produkcji tych basów PJ. Zmienił się układ potencjometrów - zamiast czterech (2 x głośność, 2 x ton + przełącznik przystawek) były trzy: głośność przystawki gryfowej, głośność przystawki mostkowej i ton, zaś dziury po brakującym pokrętle i przełączniku zostały zaślepione... czarnymi naklejkami. Brak słów.

Na szczęście wtedy nie przejmowałem się jeszcze takimi rzeczami. Po prostu pognałem na próbę i podłączyłem mego pięknego Ibaneza do pieca.

Zagadał.

Roadster miał zdecydowanie rockowe, nieco ciemnawe ale nadal wyraziste brzmienie. Z perspektywy lat (i doświadczenia) wiem, że wymiana przystawek z powrotem na przyzwoity pasywny zestaw przywróciłaby okrągły niski środek i sprawiła, że górka stałaby się bardziej naturalna i śpiewna, jednak absolutnie nie było źle. Sound fajnie się kleił z resztą instrumentów, a w klasycznie rockowych numerach w klimacie z lat 70. siedział nawet lepiej niż nowocześnie brzmiący Nexus. Szczególnie dobrze się odzywał z samej łamanej przystawki przy gryfie - nieźle naśladował klasycznego Precisiona (choć robiłby to jeszcze lepiej bez EMG). Generalnie - okazał się być porządnie brzmiącym, użytecznym basem, który do tego sprawiał mnóstwo frajdy. I to nie tylko z grania, ale i z samego patrzenia na niego.

Ibanez Spędził ze mną około 10 miesięcy. Niestety, poza dwiema rejestrowanymi przez 1 czy 2 mikrofony próbami z folkowym składem w którym podówczas miałem przyjemność się udzielać, nic nie udało mi się na nim nagrać... A szkoda. Szkoda też, że wiedziony planami zrobienia prawka (którego wtenczas jeszcze nie miałem, choć zdążyłem się już zapisać) sprzedałem go, by sfinalizować resztę kursu. Gdyby nie to, prawdopodobnie spędziłbym z nim jeszcze kilka lat, w międzyczasie doprowadzając go do stanu zbliżonego do oryginału. A prawko i tak zdobyłem dopiero 3 lata później...

Jedna z najpiękniejszych główek znanych ludzkości

Podsumowanie, czyli zady i walety:

To raczej rockowy w swym charakterze instrument, choć sprawdzi się też w innych stylach. Warto polować na egzemplarz w oryginalnym stanie lub przynajmniej z fabryczną, pasywną elektroniką (zmiana mostka nie musi zaszkodzić - może nawet okazać się korzystna, jeśli ktoś wpadł na pomysł założenia Badassa lub mosiężnego Hipshota). Niestety, basy te nie pojawiają się już zbyt często - a już na pewno nie w takich cenach, jak jeszcze kilka lat temu...

Plusy:

* fajne, rockowe brzmienie
* świetny wygląd
* solidna konstrukcja
* bardzo dobre drewna - instrumenty z takiej jakości materiałów są dziś dużo droższe

Minusy:

* układ PJ to kwestia dyskusyjna - wg mnie lepiej brzmi na jednej lub drugiej przystawce niż obu na raz
* coraz mniejsza podaż
* coraz wyższe ceny

Czym go wozić:

Japoński bas poczułby się dobrze w japońskim samochodzie. Starsza Toyota czy Honda byłaby super, od biedy wystarczyłoby nawet Suzuki Swift (dużo lepsze od autobusów i tramwajów, którymi woziłem mój egzemplarz). I mam wrażenie, że nieźle poczułby się w Madzi...

2 komentarze:

  1. O, teges no - dałam Ci wyróżnienie no - cho i odbierz ;)

    OdpowiedzUsuń