Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 406. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 406. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 sierpnia 2019

Wielkie polowanie, czyli w poszukiwaniu Cegły lub Godnego Zamiennika

No i zasadniczo po sprawie.

Jak niektórzy z Was wiedzą, niedawno wystosowałem na Fejsowym Fąpażu odezwę do narodu. Otóż nastał niestety czas poszukiwań następcy mego ukochanego Skanssena, który służył mi wiernie i niezawodnie przez ostatnie 4 lata, lecz niestety zaczął powoli przegrywać walkę z rudzielcem (ja zaś - z brakiem klimy). Z początku uparłem się - chcę następną 940 i, prawdaż, prąć. Dzięki Skanssenowi zwyczajnie pokochałem te samochody, ich pancerność i prostotę połączone z praktycznością i przyjaznością (ależ wspaniała aliteracja mi wyszła). Pokochałem ich klimat i fenomenalną społeczność zgromadzoną wokół nich. Poza tym nie chciałem zmieniać mechanika, gdyż Mateusz prowadzący coraz szerzej znany warsztat naprawavolvo.pl okazał się nie tylko świetnym specjalistą od Cegieł z Redblockiem, ale też, najzwyczajniej w świecie, fantastycznym człowiekiem.

Jednak... okazało się, że jest słabo. Bardzo słabo.

Dziewięćsetczterdziestek spełniających moje wymagania, czyli Redblock + klima, jest bardzo mało, a jeśli są, okazują się albo kompletnie zamęczone, albo bardzo drogie. Albo wyposażone w dychawiczny silnik B200F, który - choć równie solidny, co pozostałe Redblocki - nie gwarantuje podjazdu pod górę, o wyprzedzeniu Autosana H9 nawet nie wspominając. Dlatego też, mając przed sobą wyjazdowy dedlajn, chcąc nie chcąc rozszerzyłem pole poszukiwań. Postanowiłem jednak skupić się głównie na Volvach. A jako, że idealnym sposobem na życie jest dla mnie poruszanie się jaktajmerem, naturalnym kandydatem (poza serią 900) był model 850. I reprezentantem tegoż właśnie modelu był pierwszy egzemplarz, jaki przetestowałem.


Błękitny (lub, jak kto woli, turkusowy) Volviacz prezentował się świetnie. Poza mocno zużytym fotelem kierowcy sprawiał wrażenie bardzo zadbanego, zaś nader sympatycznego właściciela miałem okazję poznać już wcześniej, co dodatkowo pozytywnie nastrajało do całości przedsięwzięcia. Jako, że w charakterze pomocnika i doradcy miałem przy sobie dobrego kumpla imieniem Dawid, świetnie znającego tę serię a do tego zawodowo siedzącego w tematach motoryzacyjnych, można było również przeprowadzić solidne badanie strony technicznej.

I tu niestety okazało się, że nie jest aż tak różowo.

Sam fakt, że 170-konny silnik podawał słabiej, niż 144-konna jednostka w S70 rzeczonego kolegi, był tylko jednym z problemów. Jeszcze gorsze były ewidentnie zbliżające się kłopoty z 4-biegowym automatem. Praca klimy przywodziła na myśl Dartha Vadera ("I find your lack of faith in my cooling capacity disturbing") i muszę przyznać, że ów dźwięk bardzo mi się podobał, w przeciwieństwie do kasy, którą trzeba by było władować w ten egzemplarz. A do tego jeszcze należałoby doliczyć koszt montażu Korka Biedy, którego tutaj nie było. No cóż, wożenie się po pańsku za cenę 17 litrów benzyny siorbanych przy dynamicznej jeździe na setkę też jest jakimś sposobem na życie - tyle, że nie moim.

Kolejny sprzęt, który znalazłem na oliksach i otomotach, mógłby za to zdecydowanie zostać moim sposobem na życie.


Kappą w kąbiu jarałem się od lat. Nie dość, że elegancka i w dyskretny sposób oryginalna, to jeszcze zrobili tego ledwie koło 9000 sztuk. Rodzyn! Dlatego pojawiła się jedna sztuka na sprzedaż, i to w bardzo niedalekiej lokalizacji, moja wierność szwedzkiej marce została wystawiona na próbę. Szybko umówiłem się z właścicielem i kilka dni później pognałem pod wskazany adres.

Była piękna. Oczywiście po sprzęcie za 3k nie można było spodziewać się zbyt wiele, więc trzeba było przymknąć oko na pewną ilość zarysowań, odłażący tu i ówdzie klar i nieco zmęczone wnętrze, ale ogólnie Lancia prezentowała się dobrze. Również od spodu - o tyle, o ile udało mi się dopatrzeć bez podnośnika - nie było źle. Rozmowa z właścicielem wywołała nieco wątpliwości (klima nie działa, instalacja LPG wbita w dowód ale... niezamontowana), jednak postanowiłem się przejechać. I... zakochałem się. Mimo nieco dziwnej, wymagającej odrobiny przyzwyczajenia pozycji za kierownicą, Kappą jeździ się wspaniale. Osiągi można określić mianem całkowicie satysfakcjonujących, resorowanie jest dokładnie tak komfortowe, jak lubię, a siedzenia koją umęczony zad pluszowym komfortem. Niestety, szybkie zajrzenie pod maskę wystarczyło, by wiedzieć, jaka jest finalna decyzja. W silniku, znanym ze swej wrażliwości na zaniedbania, prawie nie było oleju a właściciel z rozbrajającą szczerością oznajmił, że on tam nie wie, nie zaglądał. A to był już drugi silnik. Ciekawe, dlaczego.

Skoro jednak już zaakceptowałem myśl o zdradzie, stwierdziłem, że może by tak chociaż pozostać przy Szwedach. A pomysł zrodził się właśnie w tym momencie, gdy pewien poznany już kiedyś przeze mnie człek wystawił na sprzedaż ślicznego Saabolota w moim ulubionym kolorze.


Tak, wiem. Saab? CZYŚ TY ZDURNIAŁ??? No zdurniałem, owszem. Na szczęście nie do końca.

Egzemplarz w rzeczy samej był piękny, choć nie idealny. Trzymałem się jednak dość chyba rozsądnego postanowienia, że będę zwracał uwagę na stan techniczny a z niedoskonałości estetycznych, jak ryski czy zmęczona tapicerka, nie będę robił zbędnego zagadnienia. Nie robiłem zatem takowego - za to zajrzałem do bagażnika, by upewnić się, czy porzucenie kombi na rzecz dużego liftbacka nie będzie zbyt dużym kompromisem. I stwierdzam, że w tym przypadku dałbym radę. Kufer jest przepastny, a wielka, unoszona wraz z szybą klapa sprawia, że w razie potrzeby położenie oparcia rozwiąże ewentualne problemy. Do tego Dziewięćtysiączka kupiła mnie pozycją za kierownicą. Nigdzie, nigdy, w żadnym samochodzie nie siedziało mi się lepiej. Pozycja za kierownicą jest po prostu perfekcyjna. Nieco mniej perfekcyjne okazało się resorowanie, ale jego twardość nie była przesadna - po prostu było nieco sztywniejsze, niż się spodziewałem. Za to osiągi... oooo TAK. Uturbiony silnik 2.3 robi w Saabie niesamowitą robotę, nawet mimo niezbyt szybko działającego automatu. Muszę przyznać, że do tego stopnia zakochałem się w tym wozie, że byłem bardzo blisko umówienia się na następne spotkanie, wzięcia go na kanał lub podnośnik celem obejrzenia spodu i - jeśli ten będzie ok - dobicia targu. Jednak, jako, że to Saab, postanowiłem najpierw poradzić się ludzi, którzy wiedzą o tych autach więcej ode mnie. Napisałem tedy do znajomego Saabiarza celem uzyskania porady, ten zaś natychmiast zwołał saabiarskie konsylium. Oczywiście znalazł się człowiek, który znał ten konkretny egzemplarz... i odradził go. Jak się okazało, właściciel rzeczywiście włożył weń masę siana, jednak niestety zrobił to trochę bez sensu, gdyż baza była dość słaba, co oznacza, że to na pewno nie był koniec poważnych wydatków.

Pomyślałem zatem, że może jednak pozostać przy Volviaczach.

Mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się ciekawa Cegła - niestety, nie 940 a 960, czyli model z trudniejszym i droższym w obsłudze 6-cylindrowym Modularem. Umówiłem się jednak z bardzo sympatycznym właścicielem i pojechałem obejrzeć to cudo. I już po krótkich oględzinach wiedziałem, że chyba nawet nie ma po co wsiadać. Po samochodzie od razu widać było, że pilnie potrzebuje znacznych inwestycji.

Może zatem jednak 850? Tym bardziej, że jedna sztuka objawiła się w mojej okolicy. Umówiłem się zatem z kolegą, który pomagał mi ocenić pierwszą sztukę, i udałem się na ogląd.


Właściciel, tak, jak w większości poprzednich przypadków okazał się niezwykle sympatycznym człowiekiem, a do tego fanem marki. Wróżyło to zupełnie nieźle, jednak niska cena sprawiała, że należało nieco obniżyć oczekiwania. Oczywiście można było też uznać ją za dobrą okazję na dopieszczenie wozu i założenie podtlenku cebuli, jednak nie zmieniało to faktu, że wóz sprawdzić trzeba.

Przejażdżka ujawniła pewne problemy z tylnymi hamulcami, jednak nie było to nic, czego nie dałoby się ogarnąć. Osiągi okazały się lepsze niż w pierwszej oglądanej sztuce, a manualna skrzynia sprawiała, że odpadały potencjalne problemy z automatem (choć ten stosowany w 850-kach i tak był o niebo trwalszy od niesławnego Geartronica). Niestety, obowiązkowy w każdym Modularze "test rękawiczki" ujawnił bardzo typowy i drogi do usunięcia w tych silnikach problem z odmą. Trzeba było szukać dalej. Co jednak zabawne, samochód został sprzedany dzień później i... zaraz znów pojawił się na OLX-ie. O kafla drożej. Zresztą stoi tam nadal a cena wróciła do bazowej. Well, kek.

Pozostało kontynuować poszukiwania wśród przedstawicieli szwedzkiej motoryzacji. 

Kolejnym kandydatem do przetestowania miał być samochód, przed którym praktycznie wszyscy mnie przestrzegali, konkretnie zaś Saab 9-5. I to w najsroższej chyba wersji Aero. Po przyjechaniu na miejsce okazało się jednak, że... Saabina nie wróciła z miasta. Pozostało czekać i mile konwersować ze znanymi mi już nader sympatycznymi ludźmi, którzy onego Saaba chcieli mi zaproponować. Od słowa do słowa jakoś wyszło na to, że pewna należąca do nich wcześniej Cegła, którą na początku odrzucałem ze względu na napędzającego ją diesla, a później uznałem za na pewno dawno sprzedaną, nadal jest na sprzedaż. W tym momencie w mej głowie zaświtał dość karkołomny pomysł: a może by tak swap? Cena oferowanego egzemplarza pozostawiała margines na nawet dość poważne działania, zaś mając taką perspektywę byłem skłonny pomęczyć się trochę z klekotem. Gospodarze (ci od Saaba) sami zaproponowali mi podwózkę, w związku z czym wskoczyliśmy w ich Volvo 960 (które też mi proponowali, ale ze względu na fakt, iż było sedanem, byłem zmuszony podziękować) i pognaliśmy w kierunku zachodnim, gdzie czekał ładnie się prezentujący egzemplarz 940.


Volviacz na pierwszy rzut oka sprawiał niezłe wrażenie: dość solidna blacharka, ładny kolor i jedno w zasadzie pomijalne uszkodzenie polegające na braku listewki pod prawym reflektorem nastrajały dość optymistycznie. Wnętrze też nie prezentowało się źle. 

Niestety, po odpaleniu silnika czar prysł.

Jednym z warunków zakupu TiC-a pod swap na Redblocka był stan mechaniczny umożliwiający pojeżdżenie przez pewien czas z silnikiem aktualnie znajdującym się pod maską. Czekająca mnie i Obywatelkę Pilotkę wakacyjna podróż mogłaby upłynąć przy dźwiękach dieslowskiego klekotu pod warunkiem, że ów klekot przekładałby się na w miarę akceptowalne wrażenia z jazdy. Mając już doświadczenie z innym, dość sprawnym mechanicznie egzemplarzem Cegły w Dyzlu, byłem skłonny w to pójść. Ten jednak ze sprawnością mechaniczną nie widział się od dawna. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z samochodem, który zamiast pedału gazu był wyposażony w aktywator zasłony dymnej. W tym przypadku prawy manipulator nożny ewidentnie pełnił taką funkcję, niejako przy okazji (i z wyraźną niechęcią) rozpędzając granatowe Volvo do jakichś 60 km/h w ciągu kilkudziesięciu przepełnionych cierpieniem sekund. Agonalnych katuszy doznawała również automatyczna skrzynia, szarpiąc okrutnie przy zmianach przełożeń. W planach było udanie się do Mateusza z naprawavolvo.pl celem oceny zdatności egzemplarza, jednak nie przejechałem nawet połowy drogi do jego warsztatu. Jakiekolwiek dalsze testy mijały się z celem - tak samo, jak eksploatacja tego nieszczęsnego, zamęczonego wozu.

Pozostało jedynie wrócić na Zacisze, gdzie już na szczęście czekał czerwony Saab.


Robiło się już dość późno, więc dokładniejsze badania stanu blacharskiego, szczególnie spodnich rejonów, pozostało odłożyć na kiedy indziej. Wciąż była jednak opcja małej przejażdżki - a tej nie mogłem sobie odmówić.

OMATKOBOSKOKOCHANOJAKIETOSZYBKIE

Przyspieszenia 9-5 Aero można nazwać międzygalaktycznymi. To, co umie to niby niepozorne kombi, przekracza granice pojmowania. Kontrast między Volviaczem z zamęczonym dieslem pod maską a Saabem z wściekłą, rwącą się do wyprzedzania turbobenzyną, był więcej, niż drastyczny. Saabolot nie miał też kanapowego charakteru Cegły - zawieszenie było zestrojone dość sztywno, choć na szczęście jeszcze nie można go było nazwać przesadnie twardym. Niestety, bardzo wyraźnie było czuć wpływ napędu na kierownicę - 230 KM na przedniej osi potrafi dość brutalnie mocować się z nieostrożnie dawkującym gaz szoferem. Inną wadą był brak zdecydowanie preferowanej tym razem przeze mnie instalacji januszopaliwowej. Jednak zaproponowana cena w stosunku do zalet tego sprzętu była na tyle atrakcyjna, że postanowiłem, iż jeśli nic innego się nie znajdzie, wezmę. Co zresztą byłoby podwójnie wariackim pomysłem, gdyż albowiem przekazanie odbyłoby się... 4 dni przed naszym wyjazdem, zaraz po przebyciu przez Saaba bardzo podobnej trasy.

Tymczasem poszukiwania trwały.

Przez krótki czas skłaniałem się ku pomysłowi zakupu późnego egzemplarza Volvo 960 - zaoferowano mi ciekawą, białą sztukę w dość sensownej cenie. Minusem były haniebnie wyglądające osiemnastki z naciągniętymi na nie czarnymi, gumowymi naleśnikami, jednak przy rezygnacji z nich i wzięciu  jedynie oryginalnych, 16-calowych felg, cena robiła się jeszcze sensowniejsza. Do tego 6-cylindrowy Modular występował tam w swojej najsensowniejszej, 2,5-litrowej, 170-konnej iteracji, odznaczającej się nieco mniejszą upierdliwością od mocniejszej, 3-litrowej wersji. Tu jednak w sukurs przyszedł kolejny znajomy volviarz, który dokładnie, na konkretnych przykładach wykazał, ile w tych modelach kosztuje remont specyficznie skonstruowanego tylnego zawieszenia. O ile w ogóle znajdzie się części. A pytanie, czy klęknie, należałoby zastąpić pytaniem kiedy.

Nie mając w perspektywie możliwości szybkiego odłożenia 5k na sam remont Multilinka postanowiłem ograniczyć swoje zainteresowanie tylnonapędowymi Cegłami do mego ukochanego modelu 940. A tu nagle pojawiły się aż trzy sztuki. Jedną z nich pochwalił się jeden z warszawskich handlarzy specjalizujących się w tanich autach, znany ze swojego zamiłowania do oryginalnych modeli.


Zielone Volvo prezentowało się całkiem ładnie, do tego wrażenia z jazdy próbnej pozwalały sądzić, że mechanizmy są tu w niezłym stanie. Niestety, nie dało się tego samego powiedzieć o blacharce - przegnite tylne podciągi nie dawały zbyt wiele nadziei na dalszą długoletnią eksploatację. Tak naprawdę gdyby pożenić silnik i skrzynię z tego egzemplarza z budą granatowego diesla, mogłaby powstać całkiem sensowna sztuka. A tak... no nie bardzo.

Kolejna Cegła znajdowała się... w Kalwarii Zebrzydowskiej. Sprawiała wrażenie nawet całkiem dorzecznej, zaś jej największym problemem był najsłabszy oferowany w 940 silnik benzynowy, czyli B200F. Byłem jednak skłonny przez pewien czas przecierpieć mułowatość (szczególnie mając w perspektywie wykonanie w jakiejś tam przyszłości swapa) jeśli egzemplarz byłby blacharsko i mechanicznie zacny. Oczywiście nie za bardzo uśmiechało mi się ciśnięcie do Małopolski bez pewności, czy cokolwiek z tego będzie, jednak tutaj z pomocą przyszedł niezwykle rzetelny i uczynny kolega Szczepana z Automobilowni - niejaki Franek. Otóż człowiek ów zobowiązał się dokonać organoleptycznej ewaluacji rzeczonego egzemplarza, co zresztą uczynił. I... wyglądało to obiecująco. Bardzo. Jedynymi problemami były mocno wgięty na jakimś kamulcu próg oraz... zagubione papiery od butli LPG. Co mnie jednak zadziwiło, Franek obiecał - w razie mej pozytywnej decyzji - zająć się również tym drugim problemem, gdyż akurat wiedział co, jak i gdzie. I muszę przyznać, że byłem już jedną nogą w drodze na Dworzec Centralny, skąd udałbym się najbliższym pociągiem do Krakowa. Niestety, tu sprowadził mnie na Ziemię mój wspomniany już wcześniej volvomechanik, który po dokładnym obejrzeniu zdjęć orzekł, że uszkodzony jest więcej, niż tylko próg, a i bez tego B200F raczej nie byłoby warte zażądanej przez sprzedającego kwoty.

Niewarta oczekiwanych pieniędzy okazała się też kolejna oglądana Cegła, co okazało się tego samego dnia i w tym samym miejscu. Czarna sztuka z początku wzbudziła moją nadzieję... swym niezbyt idealnym stanem lakierniczym - masa małych rysek i nieco schrupana krawędź maski kazały przypuszczać, że sprzedający będzie skłonny do sensownych negocjacji. Niestety, dokładne oględziny dokonane przez Mateusza ujawniły tyle problemów, że samochód wart byłby najwyżej połowę z tego, co życzył sobie sprzedający. A życzył sobie 14 kafli. How about no.

Pozostało kontynuować poszukiwania, które zaprowadziły mnie do kolejnego egzemplarza 850.


Na zdjęciach wóz prezentował się bardzo ładnie. Oczekiwana cena sugerowała, że na pewno nie będzie idealnie, ale jednocześnie dawała szansę na niezłą, dobrze utrzymaną sztukę. Po przyjeździe na miejsce okazało się jednak, że klima nie działa, przy wybieraku automatycznej skrzyni widnieje malownicza dziura, zaś o całości przesądził test rękawiczki, który ujawnił zatkaną odmę. Nawet nie było po co robić jazdy próbnej.

Straszliwa bieda z Volvami spowodowała, że zacząłem patrzeć też na przedstawicieli innych marek. Po kilkudniowym zaćmieniu umysłu, które poskutkowało ślinotocznym zapaleniem mózgu wywołanym bardzo ładnym i sensownym cenowo egzemplarzem XM-a, niemalże oczywistym kandydatem stał się dla mnie Citroen C5 - jako miłośnik hydropneumatyków byłem skłonny pogodzić się z jeżdżeniem tzw. plastikiem, jeśli miało być to ceną za kojące kołysanie wypełnionych płynem LDS sfer. W tym samym dniu, w którym oglądaliśmy z niezawodnym (i posiadającym ogromną wiedzę) kol. Dawidem powyższy egzemplarz 850, miałem jechać do Łasku obadać ślicznie prezentującą się czekoladową Cepiątkę. Niestety, sprzedający na wieść, że przybędę z dobrze znającymi się na rzeczy kolegami, z których jeden dysponuje diagnostyczną Lexią, zaczął dziwacznie się wykręcać, po czym odwołał dwa weekendowe terminy, mówiąc, że w przyszły weekend na pewno da radę. Chyba nie dało, bo następnego dnia ogłoszenie z citroenowskim kombi zniknęło.

Niestety, zniknęła też wspaniała Toyota Camry kombi z niezniszczalną 3-litrową widlastą szóstką, która zajęła pierwsze miejsce w moim topsrylionie "co jeśli nie Volvo". Przez długi czas stała, wyceniona z fantazją na 13k. Pewnego dnia jej cena spadła do dychy. Natychmiast sięgnąłem po telefon - niestety tylko po to, by dowiedzieć się, że już po temacie.

Mniej więcej w tym samym czasie zacząłem patrzyć łaskawszym okiem na model Volvo, którego wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę, czyli nieco wzgardzone przez hardkorowych miłośników marki V40. Po tym, jak naprawdę świetna sztuka - po wymianie progów i zabezpieczeniu podwozia - została mi zwinięta sprzed nosa, dość długo nie pojawiało się nic godnego uwagi, aż któregoś dnia w jednej z podwarszawskich miejscowości zaoferowano na sprzedaż szary egzemplarz z zacnym silnikiem i w rozsądnej cenie.


Niestety - on również okazał się rozczarowaniem. Choć moje wrażenia z jazdy, szczególnie w kwestii komfortu, były ze wszech miar pozytywne, towarzyszący mi Dawid słusznie zwrócił uwagę, że coś niedobrego dzieje się z tylnym zawieszeniem, a pod maską na pewno nie było obiecywanych 163 koni. Ponadto oględziny blacharki jasno dały do zrozumienia, że niestety nie był to model tak dobrze zabezpieczony antykorozyjnie, jak jego więksi, bardziej uznani bracia.

Będąc już w tamtych rejonach okołostołecznych uznaliśmy, że co nam szkodzi obejrzeć coś jeszcze - a tym czymś okazał się nader ładnie prezentujący się Peugeot 406.


Muszę tu uczciwie przyznać, iż egzemplarz ten zabił mi niezłego ćwieka. Otóż mechanicznie i blacharsko trudno było się czegokolwiek przyczepić. Progi były już wymienione, podłoga sprawiała wrażenie solidnej, zaś podczas jazdy próbnej nie wyszło na jaw nic niepokojącego. Silnik i zawieszenie pracowały bez zarzutu. Jedynym moim zastrzeżeniem były niezbyt imponujące osiągi 118-konnego silnika 1,8. Znałem już jednak ten model i lubiłem go. I przyznaję - byłem bliski podjęcia decyzji, i to mimo zdenerwowania towarzyszącego zatrzaśnięciu w DAFuqu kluczyków, co spowodowało konieczność udania się carsharingową Corollą po zapasowy komplet do domu i powrót na daleką Falenicę celem pobrania pozostawionego tam jeździdła. Jednak czegoś mi brakowało. Mimo ogromnej sympatii do czterystaszóstek i naprawdę imponującego stanu egzemplarza postanowiłem zatem następnego dnia sprawdzić jeszcze jeden wóz, do którego podchodziłem nieco niechętnie.

I to właśnie nim wróciłem dzień później do domu.

Ale o tym opowiem już niedługo.

środa, 27 marca 2013

Śmignąwszy: Duży Pełzacz

Bąsuar.

Mamy końcówkę marca, początek wiosny, natura teoretycznie powinna budzić się do życia a podmuchy cieplejszego, pachnącego elektrycznością wiatru wywoływać radosny niepokój w lędźwiach. Tymczasem za oknem leży sobie śnieg poprzetykany lodem, zaś słupek w termometrze zatrzymał się tuż pod zerem i ewidentnie zabrakło mu mocy przerobowych co by ruszyć w dalszą podróż wzwyż.

W podobnych, tyle, że jeszcze sroższych warunkach (ok. - 10 w Rioooo, dżuma w Santa Feeeee) przyszło mi karnąć się Peugeotem 406 kombi ze znanym i lubianym silnikiem 2.0 HDi, od relacji z czego rozpoczynam nową serię, opisującą krótkie przejażdżki samochodami wszelakiemi.

Ale po kolei.

Jakieś dwa i pół roku temu, niedługo po zgonie Melodili, miałem okazję pojeździć przez weekend należącym podówczas do pewnego świetnego człeka (a mego dobrego znajomego) Peugeotem 406. Był to przedliftingowy sedan z benzynowym silnikiem 1.8, w absolutnie bazowej wersji wyposażeniowej (korbotronic, zegar zamiast obrotomierza i inne luksusy - z burżujskich wynalazków były tylko wspomaganie i radio) i najczerstwiejszym z czerstwych srebrnym kolorze, upstrzonym dość gęsto dołeczkami, które wskazywały na całkiem solidne gradobicie. Wyglądało to jak motoryzacyjny cellulit. Zostałem do tego ostrzeżony, że są pewne problemy z układem kierowniczym i przednim zawieszeniem (nie pamiętam co to dokładnie było).

Samo jeździdło było jednak - jak to czterystaszóstka - niebrzydkie, zaś wnętrze odznaczało się wysoce satysfakcjonującą przestronnością i relaksującą przytulnością zapewnianą przez obszerne, obite miłym w dotyku materiałem fotele. W ciągu weekendu zrobiłem nim ok. 170 km w trakcie których przekonałem się o jednym: był to najprzyjaźniejszy  w prowadzeniu samochód, jakim do tamtej pory jeździłem i jeden z najprzyjaźniejszych do dziś. Komfort jazdy był świetny - zawieszenie zostało zestrojone "po francusku" czyli ze zdecydowanym ukierunkowaniem na wygodę (ale bez amerykańskiej przesady) zaś fotele mógłbym mieć w domu. Dynamika podstawowego silnika nie powalała, jednak do normalnej jazdy całkowicie wystarczała - przy 150 km/h do których rozbujałem tę sporą kobyłę pozostało jeszcze sporo zapasu, ale wolałem nie przeginać ze względu na moje mizerne wtedy doświadczenie i nienajlepszy stan układu kierowniczego, który przy najechaniu na wybój lub wjechaniu w koleinę próbował być bardzo asertywny w kwestii kierunku jazdy. Nie miałem możliwości przetestować wielkości bagażnika i jego praktyczności (a szkoda - miałbym wtedy jakiś materiał wskazujący na to, czy basista może przeboleć niedostatki sedana w dziedzinie uniwersalności i możliwości powiększania wnętrza), gdyż był zawalony jakimiś papierzyskami, których zakazano mi ruszać. Jednak wnętrze okazało się być wystarczająco pojemne, by z tyłu kanapie umieścić dwa basy i niewielkie combo na 12" głośniku. Zużycie paliwa - zgodnie z przewidywaniami - nie urzekło zbytnio, ale przestronność i relaksujący komfort jazdy były tego warte. Nawet zużyte przednie zawieszenie nie zmieniało faktu, że Pełzaczem jeździło mi się świetnie i oddawałem go ze sporym żalem.

Niestety, nie zrobiłem mu żadnego zdjęcia - mogę jedynie zapewnić, że wyglądał jak zwykły, pospolicie srebrny, nieco zmęczony Peugeot 406 sedan w przedlifingowej wersji.

Zdjęcie za to zrobiłem czterystaszóstce innego mego kolegi (i - w tym wypadku - również wieloletniego współgracza). Niestety, również srebrnej - za to kombi, po liftingu i z najpopularniejszym chyba w Polsce silniku, z jakim ten model występował, czyli niezłym dwulitrowym dieslem HDi.

Zimą na stalówkach - jeśli kiedyś wiosna w końcu przyjdzie, znów pojawią się aluski z letnim obuwiem

W ostatnią sobotę graliśmy z mym szantowo-folkowo-coverowym zespołem w czcigodnym grodzie Wołominie. Pojechaliśmy tam w dwa samochody - oba kombiaki, z czego jednym był właśnie inkryminowany Pełzacz. Właściciel (i lider zespołu), z którym się zabrałem, zostawiwszy uprzednio Madzię pod jego domem, znając mą mało alkoholową naturę a samemu mając ochotę wychylić podczas grania browarek lub trzy, przystał na mą propozycję, że poprowadzę w drodze powrotnej.

Tak też się stało.

Najpierw jednak należało się spakować - zarówno w jedną jak i w drugą stronę. Tu w sukurs przyszedł zacnej pojemności bagażnik sporego kombi. Co prawda nie jest on równie przepastny jak choćby w legendarnym "baleronie" czyli Mercedesie W124 czy nawet nieco mniejszej Skodzie Octavii, ale i tak jest nieźle. Moja paczka 1x15 i główka weszły akuracik, bez konieczności kładzenia tylnego oparcia. Na to zmieściło się jeszcze troszkę sprzętu, w tym jeden z mych basów, za to drugi oraz kolumny mające służyć za nagłośnienie musiały już pójść na kanapę, gdzie zmieściły się bez problemu, mimo obecności fotelika.

Tak, wiem. Zdjęcie z Otomoto. Ale to TEN egzemplarz.
W drogę powrotną zabraliśmy się w takiej samej konfiguracji, tyle, że ze mną za kierownicą.

Pamiętałem, jak wygodnie siedziało się w starszej 406 - tu nie było inaczej... dopóki nie oparłem się mocniej, co zaowocowało lekkim huśtnięciem do tyłu. Okazało się, ze oparcie jest nadłamane w środku, co ponoć wcale nie jest jednostkowym przypadkiem jeśli chodzi o ten model. Drugą niemiłą niespodzianką było straszliwie zaparowane wnętrze, co skutkowało brakiem jakiejkolwiek widoczności. Kwiatki wyrzeźbione przez wiosenny mrozik (przyjazne -10 czy -12, niech cholera weźmie taki marzec) miały prawo się pojawić, ale zamglone szyby były już nieco słabszą sprawą - tym bardziej, że zamontowanej w tym egzemplarzu klimatyzacji opornie szło usuwanie zaparowania.

W końcu było coś tam widać i ruszyliśmy. Od razu zauważyłem, że przy delikatnym operowaniu gazem samochód... nie jedzie. Szczególnie na pierwszych dwóch biegach. Przyzwyczajony do Madzi reagującej na jakikolwiek nacisk stopy na pedał gazu (nawet mimo, że jej 73-konny silniczek nie jest agregatem do wciskania w fotel i nagłych teleportacji) musiałem chwilę przywyknąć do tego, że aby przyspieszać, należy śmielej operować prawą stopą. Jednak po odpowiednio głębokim wduszeniu gazu dynamika okazywała się być nader satysfakcjonująca - solidny moment obrotowy dwulitrowego HDi bardzo żwawo ciągnął niezbyt lekkie auto do przodu. Generalnie - zupełnie inna charakterystyka, niż w przypadku silnika benzynowego, jednak przyzwyczaić można się łatwo. Nieco trudniej przywyknąć do dość gumowato działającego przeniesienia napędu - sprzęgło i dźwignia zmiany biegów nie grzeszą precyzją i bez przyzwyczajenia momentami nieco trudno orzec, czy bieg wszedł, czy nie. Na szczęście pamiętałem podobne doświadczenie ze wspomnianego wcześniej benzynowego sedana i posiadającego wiele wspólnych mechanizmów z 406 Citroena Xantii, którym też raz się przejechałem (i zapewne również o nim tu napiszę - szczególnie jeśli wypali plan porównania go z innym, bardzo ciekawym egzemplarzem... ale o tym póki co cicho sza) więc problemu nie było.

Po takiej oto spokojnej i niedługiej podróży dotarliśmy na miejsce, gdzie przepakowałem mój sprzęt do Madzi i ruszyłem, lekko odzwyczajony od jej żywszych reakcji na gaz, mniej relaksującego charakteru i przede wszystkim niższego komfortu.

Tak - egzemplarz już ma nowego właściciela
Wcześniej miałem okazję pogadać nie raz i nie dwa z posiadaczem owego Pełzacza na temat jego  radosnych doświadczeń z czterystaszóstką. Niestety - nie wszystkie są radosne... Przede wszystkim problemem jest głupiejąca elektronika. W tamtych latach wyroby koncernu PSA zaczęły być wyposażane w multipleksową instalację elektryczną i takową, wraz z komputerem BSI, otrzymał po lifcie Peugeot 406. I szybko elektronika zaczęła sprawiać kłopoty... Na porządku dziennym jest gasnące podświetlenie tablicy rozdzielczej, nie działające wyświetlacze itd. Wiele egzemplarzy ma też podobno problemy z szybko przepalającymi się żarówkami reflektorów. Ponoć pomaga... włączenie ich na 10 sekund przed włączeniem silnika. Tak czy inaczej - problemy z elektroniką stały się również udziałem mego kolegi. Na szczęście były to najpoważniejsze problemy z jego Peugeotem. Mechanicznie samochód okazał się być solidny. Szczególnie cieszy bezawaryjnie działający silnik - diesle HDi zasłużenie cieszą się dobrą opinią, szczególnie starsze wersje z prostszym, trwalszym osprzętem. Silnik ów do tego poza niezawodnością zapewnia niezłe osiągi i cieszące kieszeń zużycie paliwa na średnim poziomie ok. 6,5 litra na 100 km. Pochwalić można również zabezpieczenie antykorozyjne - ani w tym egzemplarzu ani w starszym sedanie rdza po prostu nie występowała.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Zadbanych Peugeotów 406 jest na rynku coraz mniej. Powiedzmy sobie szczerze - to francuskie samochody, czyli nie znoszą niefachowego serwisu. Ponadto kapryśna elektronika późniejszych egzemplarzy rzeczywiście może zniechęcać. Należy tez uważać na powszechne na naszym rynku zajeżdżone diesle - wyposażona we wtrysk common rail seria HDi, choć udana, jest jednak mniej trwała, niż praktycznie niezniszczalne silniki XUD, które zastąpiła (generalnie powiedzieć o jakimkolwiek współczesnym silniku, że jest mniej solidny niż XUD to tak, jak określić dowolny samochód osobowy jako mniej wytrzymały od czołgu). Tych drugich jednak już prawie nie ma na rynku - mimo ich niezwykłej trwałości kosmiczne przebiegi i zaniedbania eksploatacyjne zrobiły jednak swoje, zaś wciąż jeżdżących, zadbanych egzemplarzy właściciele po prostu się nie pozbywają. Bo i po co? HDi zaś, jak każdy nowoczesny diesel, jest wrażliwe na złej jakości paliwo i nieprawidłową obsługę. Rozwiązanie? Długo i wytrwale polować na dobrze utrzymany egzemplarz lub... zdecydować się na wersję benzynową. Też są dobre.

I warto pamiętać, że im sroższy wypas, tym bardziej schizofreniczna i złośliwa elektronika.

Plusy:

* wyśmienity komfort
* przestronne, przyjemnie wykończone wnętrze
* pojemny bagażnik (choć mógłby być nieco szerszy)
* oszczędne i dość dynamiczne silniki HDi, sensowne i niedrogie w obsłudze benzyny

Minusy:

* elektronika poliftingowych egzemplarzy - w najgorszych przypadkach może pod względem złośliwości równać się z poltergeistem
* dość delikatne zawieszenie
* na rynku przeważają słabo utrzymane egzemplarze (szczególnie w przypadku diesli), a zaniedbania mszczą się drogo

Co nim wozić:

To relaksujący, przyjazny w prowadzeniu samochód ze sporym bagażnikiem. Dla muzyka oczywiście lepsze będzie kombi, ale jeśli nie masz dużo sprzętu, sedan też będzie dobry. Do jego bagażnika (lub tylnego siedzenia) będzie pasować miękko, śpiewnie brzmiący fretless - np. któreś z bardziej klasycznie wygladających dzieł Nexusa - albo doskonale sprawdzająca się w jazzie Yamaha TRB. Do tego niewielki zestaw Edena lub SWR-a - i można jechać na sztukę ze składem grającym muzykę równie relaksującą i elegancką co to komfortowe auto.

À bientôt.