Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poszukiwania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poszukiwania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 sierpnia 2019

Wielkie polowanie, czyli w poszukiwaniu Cegły lub Godnego Zamiennika

No i zasadniczo po sprawie.

Jak niektórzy z Was wiedzą, niedawno wystosowałem na Fejsowym Fąpażu odezwę do narodu. Otóż nastał niestety czas poszukiwań następcy mego ukochanego Skanssena, który służył mi wiernie i niezawodnie przez ostatnie 4 lata, lecz niestety zaczął powoli przegrywać walkę z rudzielcem (ja zaś - z brakiem klimy). Z początku uparłem się - chcę następną 940 i, prawdaż, prąć. Dzięki Skanssenowi zwyczajnie pokochałem te samochody, ich pancerność i prostotę połączone z praktycznością i przyjaznością (ależ wspaniała aliteracja mi wyszła). Pokochałem ich klimat i fenomenalną społeczność zgromadzoną wokół nich. Poza tym nie chciałem zmieniać mechanika, gdyż Mateusz prowadzący coraz szerzej znany warsztat naprawavolvo.pl okazał się nie tylko świetnym specjalistą od Cegieł z Redblockiem, ale też, najzwyczajniej w świecie, fantastycznym człowiekiem.

Jednak... okazało się, że jest słabo. Bardzo słabo.

Dziewięćsetczterdziestek spełniających moje wymagania, czyli Redblock + klima, jest bardzo mało, a jeśli są, okazują się albo kompletnie zamęczone, albo bardzo drogie. Albo wyposażone w dychawiczny silnik B200F, który - choć równie solidny, co pozostałe Redblocki - nie gwarantuje podjazdu pod górę, o wyprzedzeniu Autosana H9 nawet nie wspominając. Dlatego też, mając przed sobą wyjazdowy dedlajn, chcąc nie chcąc rozszerzyłem pole poszukiwań. Postanowiłem jednak skupić się głównie na Volvach. A jako, że idealnym sposobem na życie jest dla mnie poruszanie się jaktajmerem, naturalnym kandydatem (poza serią 900) był model 850. I reprezentantem tegoż właśnie modelu był pierwszy egzemplarz, jaki przetestowałem.


Błękitny (lub, jak kto woli, turkusowy) Volviacz prezentował się świetnie. Poza mocno zużytym fotelem kierowcy sprawiał wrażenie bardzo zadbanego, zaś nader sympatycznego właściciela miałem okazję poznać już wcześniej, co dodatkowo pozytywnie nastrajało do całości przedsięwzięcia. Jako, że w charakterze pomocnika i doradcy miałem przy sobie dobrego kumpla imieniem Dawid, świetnie znającego tę serię a do tego zawodowo siedzącego w tematach motoryzacyjnych, można było również przeprowadzić solidne badanie strony technicznej.

I tu niestety okazało się, że nie jest aż tak różowo.

Sam fakt, że 170-konny silnik podawał słabiej, niż 144-konna jednostka w S70 rzeczonego kolegi, był tylko jednym z problemów. Jeszcze gorsze były ewidentnie zbliżające się kłopoty z 4-biegowym automatem. Praca klimy przywodziła na myśl Dartha Vadera ("I find your lack of faith in my cooling capacity disturbing") i muszę przyznać, że ów dźwięk bardzo mi się podobał, w przeciwieństwie do kasy, którą trzeba by było władować w ten egzemplarz. A do tego jeszcze należałoby doliczyć koszt montażu Korka Biedy, którego tutaj nie było. No cóż, wożenie się po pańsku za cenę 17 litrów benzyny siorbanych przy dynamicznej jeździe na setkę też jest jakimś sposobem na życie - tyle, że nie moim.

Kolejny sprzęt, który znalazłem na oliksach i otomotach, mógłby za to zdecydowanie zostać moim sposobem na życie.


Kappą w kąbiu jarałem się od lat. Nie dość, że elegancka i w dyskretny sposób oryginalna, to jeszcze zrobili tego ledwie koło 9000 sztuk. Rodzyn! Dlatego pojawiła się jedna sztuka na sprzedaż, i to w bardzo niedalekiej lokalizacji, moja wierność szwedzkiej marce została wystawiona na próbę. Szybko umówiłem się z właścicielem i kilka dni później pognałem pod wskazany adres.

Była piękna. Oczywiście po sprzęcie za 3k nie można było spodziewać się zbyt wiele, więc trzeba było przymknąć oko na pewną ilość zarysowań, odłażący tu i ówdzie klar i nieco zmęczone wnętrze, ale ogólnie Lancia prezentowała się dobrze. Również od spodu - o tyle, o ile udało mi się dopatrzeć bez podnośnika - nie było źle. Rozmowa z właścicielem wywołała nieco wątpliwości (klima nie działa, instalacja LPG wbita w dowód ale... niezamontowana), jednak postanowiłem się przejechać. I... zakochałem się. Mimo nieco dziwnej, wymagającej odrobiny przyzwyczajenia pozycji za kierownicą, Kappą jeździ się wspaniale. Osiągi można określić mianem całkowicie satysfakcjonujących, resorowanie jest dokładnie tak komfortowe, jak lubię, a siedzenia koją umęczony zad pluszowym komfortem. Niestety, szybkie zajrzenie pod maskę wystarczyło, by wiedzieć, jaka jest finalna decyzja. W silniku, znanym ze swej wrażliwości na zaniedbania, prawie nie było oleju a właściciel z rozbrajającą szczerością oznajmił, że on tam nie wie, nie zaglądał. A to był już drugi silnik. Ciekawe, dlaczego.

Skoro jednak już zaakceptowałem myśl o zdradzie, stwierdziłem, że może by tak chociaż pozostać przy Szwedach. A pomysł zrodził się właśnie w tym momencie, gdy pewien poznany już kiedyś przeze mnie człek wystawił na sprzedaż ślicznego Saabolota w moim ulubionym kolorze.


Tak, wiem. Saab? CZYŚ TY ZDURNIAŁ??? No zdurniałem, owszem. Na szczęście nie do końca.

Egzemplarz w rzeczy samej był piękny, choć nie idealny. Trzymałem się jednak dość chyba rozsądnego postanowienia, że będę zwracał uwagę na stan techniczny a z niedoskonałości estetycznych, jak ryski czy zmęczona tapicerka, nie będę robił zbędnego zagadnienia. Nie robiłem zatem takowego - za to zajrzałem do bagażnika, by upewnić się, czy porzucenie kombi na rzecz dużego liftbacka nie będzie zbyt dużym kompromisem. I stwierdzam, że w tym przypadku dałbym radę. Kufer jest przepastny, a wielka, unoszona wraz z szybą klapa sprawia, że w razie potrzeby położenie oparcia rozwiąże ewentualne problemy. Do tego Dziewięćtysiączka kupiła mnie pozycją za kierownicą. Nigdzie, nigdy, w żadnym samochodzie nie siedziało mi się lepiej. Pozycja za kierownicą jest po prostu perfekcyjna. Nieco mniej perfekcyjne okazało się resorowanie, ale jego twardość nie była przesadna - po prostu było nieco sztywniejsze, niż się spodziewałem. Za to osiągi... oooo TAK. Uturbiony silnik 2.3 robi w Saabie niesamowitą robotę, nawet mimo niezbyt szybko działającego automatu. Muszę przyznać, że do tego stopnia zakochałem się w tym wozie, że byłem bardzo blisko umówienia się na następne spotkanie, wzięcia go na kanał lub podnośnik celem obejrzenia spodu i - jeśli ten będzie ok - dobicia targu. Jednak, jako, że to Saab, postanowiłem najpierw poradzić się ludzi, którzy wiedzą o tych autach więcej ode mnie. Napisałem tedy do znajomego Saabiarza celem uzyskania porady, ten zaś natychmiast zwołał saabiarskie konsylium. Oczywiście znalazł się człowiek, który znał ten konkretny egzemplarz... i odradził go. Jak się okazało, właściciel rzeczywiście włożył weń masę siana, jednak niestety zrobił to trochę bez sensu, gdyż baza była dość słaba, co oznacza, że to na pewno nie był koniec poważnych wydatków.

Pomyślałem zatem, że może jednak pozostać przy Volviaczach.

Mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się ciekawa Cegła - niestety, nie 940 a 960, czyli model z trudniejszym i droższym w obsłudze 6-cylindrowym Modularem. Umówiłem się jednak z bardzo sympatycznym właścicielem i pojechałem obejrzeć to cudo. I już po krótkich oględzinach wiedziałem, że chyba nawet nie ma po co wsiadać. Po samochodzie od razu widać było, że pilnie potrzebuje znacznych inwestycji.

Może zatem jednak 850? Tym bardziej, że jedna sztuka objawiła się w mojej okolicy. Umówiłem się zatem z kolegą, który pomagał mi ocenić pierwszą sztukę, i udałem się na ogląd.


Właściciel, tak, jak w większości poprzednich przypadków okazał się niezwykle sympatycznym człowiekiem, a do tego fanem marki. Wróżyło to zupełnie nieźle, jednak niska cena sprawiała, że należało nieco obniżyć oczekiwania. Oczywiście można było też uznać ją za dobrą okazję na dopieszczenie wozu i założenie podtlenku cebuli, jednak nie zmieniało to faktu, że wóz sprawdzić trzeba.

Przejażdżka ujawniła pewne problemy z tylnymi hamulcami, jednak nie było to nic, czego nie dałoby się ogarnąć. Osiągi okazały się lepsze niż w pierwszej oglądanej sztuce, a manualna skrzynia sprawiała, że odpadały potencjalne problemy z automatem (choć ten stosowany w 850-kach i tak był o niebo trwalszy od niesławnego Geartronica). Niestety, obowiązkowy w każdym Modularze "test rękawiczki" ujawnił bardzo typowy i drogi do usunięcia w tych silnikach problem z odmą. Trzeba było szukać dalej. Co jednak zabawne, samochód został sprzedany dzień później i... zaraz znów pojawił się na OLX-ie. O kafla drożej. Zresztą stoi tam nadal a cena wróciła do bazowej. Well, kek.

Pozostało kontynuować poszukiwania wśród przedstawicieli szwedzkiej motoryzacji. 

Kolejnym kandydatem do przetestowania miał być samochód, przed którym praktycznie wszyscy mnie przestrzegali, konkretnie zaś Saab 9-5. I to w najsroższej chyba wersji Aero. Po przyjechaniu na miejsce okazało się jednak, że... Saabina nie wróciła z miasta. Pozostało czekać i mile konwersować ze znanymi mi już nader sympatycznymi ludźmi, którzy onego Saaba chcieli mi zaproponować. Od słowa do słowa jakoś wyszło na to, że pewna należąca do nich wcześniej Cegła, którą na początku odrzucałem ze względu na napędzającego ją diesla, a później uznałem za na pewno dawno sprzedaną, nadal jest na sprzedaż. W tym momencie w mej głowie zaświtał dość karkołomny pomysł: a może by tak swap? Cena oferowanego egzemplarza pozostawiała margines na nawet dość poważne działania, zaś mając taką perspektywę byłem skłonny pomęczyć się trochę z klekotem. Gospodarze (ci od Saaba) sami zaproponowali mi podwózkę, w związku z czym wskoczyliśmy w ich Volvo 960 (które też mi proponowali, ale ze względu na fakt, iż było sedanem, byłem zmuszony podziękować) i pognaliśmy w kierunku zachodnim, gdzie czekał ładnie się prezentujący egzemplarz 940.


Volviacz na pierwszy rzut oka sprawiał niezłe wrażenie: dość solidna blacharka, ładny kolor i jedno w zasadzie pomijalne uszkodzenie polegające na braku listewki pod prawym reflektorem nastrajały dość optymistycznie. Wnętrze też nie prezentowało się źle. 

Niestety, po odpaleniu silnika czar prysł.

Jednym z warunków zakupu TiC-a pod swap na Redblocka był stan mechaniczny umożliwiający pojeżdżenie przez pewien czas z silnikiem aktualnie znajdującym się pod maską. Czekająca mnie i Obywatelkę Pilotkę wakacyjna podróż mogłaby upłynąć przy dźwiękach dieslowskiego klekotu pod warunkiem, że ów klekot przekładałby się na w miarę akceptowalne wrażenia z jazdy. Mając już doświadczenie z innym, dość sprawnym mechanicznie egzemplarzem Cegły w Dyzlu, byłem skłonny w to pójść. Ten jednak ze sprawnością mechaniczną nie widział się od dawna. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z samochodem, który zamiast pedału gazu był wyposażony w aktywator zasłony dymnej. W tym przypadku prawy manipulator nożny ewidentnie pełnił taką funkcję, niejako przy okazji (i z wyraźną niechęcią) rozpędzając granatowe Volvo do jakichś 60 km/h w ciągu kilkudziesięciu przepełnionych cierpieniem sekund. Agonalnych katuszy doznawała również automatyczna skrzynia, szarpiąc okrutnie przy zmianach przełożeń. W planach było udanie się do Mateusza z naprawavolvo.pl celem oceny zdatności egzemplarza, jednak nie przejechałem nawet połowy drogi do jego warsztatu. Jakiekolwiek dalsze testy mijały się z celem - tak samo, jak eksploatacja tego nieszczęsnego, zamęczonego wozu.

Pozostało jedynie wrócić na Zacisze, gdzie już na szczęście czekał czerwony Saab.


Robiło się już dość późno, więc dokładniejsze badania stanu blacharskiego, szczególnie spodnich rejonów, pozostało odłożyć na kiedy indziej. Wciąż była jednak opcja małej przejażdżki - a tej nie mogłem sobie odmówić.

OMATKOBOSKOKOCHANOJAKIETOSZYBKIE

Przyspieszenia 9-5 Aero można nazwać międzygalaktycznymi. To, co umie to niby niepozorne kombi, przekracza granice pojmowania. Kontrast między Volviaczem z zamęczonym dieslem pod maską a Saabem z wściekłą, rwącą się do wyprzedzania turbobenzyną, był więcej, niż drastyczny. Saabolot nie miał też kanapowego charakteru Cegły - zawieszenie było zestrojone dość sztywno, choć na szczęście jeszcze nie można go było nazwać przesadnie twardym. Niestety, bardzo wyraźnie było czuć wpływ napędu na kierownicę - 230 KM na przedniej osi potrafi dość brutalnie mocować się z nieostrożnie dawkującym gaz szoferem. Inną wadą był brak zdecydowanie preferowanej tym razem przeze mnie instalacji januszopaliwowej. Jednak zaproponowana cena w stosunku do zalet tego sprzętu była na tyle atrakcyjna, że postanowiłem, iż jeśli nic innego się nie znajdzie, wezmę. Co zresztą byłoby podwójnie wariackim pomysłem, gdyż albowiem przekazanie odbyłoby się... 4 dni przed naszym wyjazdem, zaraz po przebyciu przez Saaba bardzo podobnej trasy.

Tymczasem poszukiwania trwały.

Przez krótki czas skłaniałem się ku pomysłowi zakupu późnego egzemplarza Volvo 960 - zaoferowano mi ciekawą, białą sztukę w dość sensownej cenie. Minusem były haniebnie wyglądające osiemnastki z naciągniętymi na nie czarnymi, gumowymi naleśnikami, jednak przy rezygnacji z nich i wzięciu  jedynie oryginalnych, 16-calowych felg, cena robiła się jeszcze sensowniejsza. Do tego 6-cylindrowy Modular występował tam w swojej najsensowniejszej, 2,5-litrowej, 170-konnej iteracji, odznaczającej się nieco mniejszą upierdliwością od mocniejszej, 3-litrowej wersji. Tu jednak w sukurs przyszedł kolejny znajomy volviarz, który dokładnie, na konkretnych przykładach wykazał, ile w tych modelach kosztuje remont specyficznie skonstruowanego tylnego zawieszenia. O ile w ogóle znajdzie się części. A pytanie, czy klęknie, należałoby zastąpić pytaniem kiedy.

Nie mając w perspektywie możliwości szybkiego odłożenia 5k na sam remont Multilinka postanowiłem ograniczyć swoje zainteresowanie tylnonapędowymi Cegłami do mego ukochanego modelu 940. A tu nagle pojawiły się aż trzy sztuki. Jedną z nich pochwalił się jeden z warszawskich handlarzy specjalizujących się w tanich autach, znany ze swojego zamiłowania do oryginalnych modeli.


Zielone Volvo prezentowało się całkiem ładnie, do tego wrażenia z jazdy próbnej pozwalały sądzić, że mechanizmy są tu w niezłym stanie. Niestety, nie dało się tego samego powiedzieć o blacharce - przegnite tylne podciągi nie dawały zbyt wiele nadziei na dalszą długoletnią eksploatację. Tak naprawdę gdyby pożenić silnik i skrzynię z tego egzemplarza z budą granatowego diesla, mogłaby powstać całkiem sensowna sztuka. A tak... no nie bardzo.

Kolejna Cegła znajdowała się... w Kalwarii Zebrzydowskiej. Sprawiała wrażenie nawet całkiem dorzecznej, zaś jej największym problemem był najsłabszy oferowany w 940 silnik benzynowy, czyli B200F. Byłem jednak skłonny przez pewien czas przecierpieć mułowatość (szczególnie mając w perspektywie wykonanie w jakiejś tam przyszłości swapa) jeśli egzemplarz byłby blacharsko i mechanicznie zacny. Oczywiście nie za bardzo uśmiechało mi się ciśnięcie do Małopolski bez pewności, czy cokolwiek z tego będzie, jednak tutaj z pomocą przyszedł niezwykle rzetelny i uczynny kolega Szczepana z Automobilowni - niejaki Franek. Otóż człowiek ów zobowiązał się dokonać organoleptycznej ewaluacji rzeczonego egzemplarza, co zresztą uczynił. I... wyglądało to obiecująco. Bardzo. Jedynymi problemami były mocno wgięty na jakimś kamulcu próg oraz... zagubione papiery od butli LPG. Co mnie jednak zadziwiło, Franek obiecał - w razie mej pozytywnej decyzji - zająć się również tym drugim problemem, gdyż akurat wiedział co, jak i gdzie. I muszę przyznać, że byłem już jedną nogą w drodze na Dworzec Centralny, skąd udałbym się najbliższym pociągiem do Krakowa. Niestety, tu sprowadził mnie na Ziemię mój wspomniany już wcześniej volvomechanik, który po dokładnym obejrzeniu zdjęć orzekł, że uszkodzony jest więcej, niż tylko próg, a i bez tego B200F raczej nie byłoby warte zażądanej przez sprzedającego kwoty.

Niewarta oczekiwanych pieniędzy okazała się też kolejna oglądana Cegła, co okazało się tego samego dnia i w tym samym miejscu. Czarna sztuka z początku wzbudziła moją nadzieję... swym niezbyt idealnym stanem lakierniczym - masa małych rysek i nieco schrupana krawędź maski kazały przypuszczać, że sprzedający będzie skłonny do sensownych negocjacji. Niestety, dokładne oględziny dokonane przez Mateusza ujawniły tyle problemów, że samochód wart byłby najwyżej połowę z tego, co życzył sobie sprzedający. A życzył sobie 14 kafli. How about no.

Pozostało kontynuować poszukiwania, które zaprowadziły mnie do kolejnego egzemplarza 850.


Na zdjęciach wóz prezentował się bardzo ładnie. Oczekiwana cena sugerowała, że na pewno nie będzie idealnie, ale jednocześnie dawała szansę na niezłą, dobrze utrzymaną sztukę. Po przyjeździe na miejsce okazało się jednak, że klima nie działa, przy wybieraku automatycznej skrzyni widnieje malownicza dziura, zaś o całości przesądził test rękawiczki, który ujawnił zatkaną odmę. Nawet nie było po co robić jazdy próbnej.

Straszliwa bieda z Volvami spowodowała, że zacząłem patrzeć też na przedstawicieli innych marek. Po kilkudniowym zaćmieniu umysłu, które poskutkowało ślinotocznym zapaleniem mózgu wywołanym bardzo ładnym i sensownym cenowo egzemplarzem XM-a, niemalże oczywistym kandydatem stał się dla mnie Citroen C5 - jako miłośnik hydropneumatyków byłem skłonny pogodzić się z jeżdżeniem tzw. plastikiem, jeśli miało być to ceną za kojące kołysanie wypełnionych płynem LDS sfer. W tym samym dniu, w którym oglądaliśmy z niezawodnym (i posiadającym ogromną wiedzę) kol. Dawidem powyższy egzemplarz 850, miałem jechać do Łasku obadać ślicznie prezentującą się czekoladową Cepiątkę. Niestety, sprzedający na wieść, że przybędę z dobrze znającymi się na rzeczy kolegami, z których jeden dysponuje diagnostyczną Lexią, zaczął dziwacznie się wykręcać, po czym odwołał dwa weekendowe terminy, mówiąc, że w przyszły weekend na pewno da radę. Chyba nie dało, bo następnego dnia ogłoszenie z citroenowskim kombi zniknęło.

Niestety, zniknęła też wspaniała Toyota Camry kombi z niezniszczalną 3-litrową widlastą szóstką, która zajęła pierwsze miejsce w moim topsrylionie "co jeśli nie Volvo". Przez długi czas stała, wyceniona z fantazją na 13k. Pewnego dnia jej cena spadła do dychy. Natychmiast sięgnąłem po telefon - niestety tylko po to, by dowiedzieć się, że już po temacie.

Mniej więcej w tym samym czasie zacząłem patrzyć łaskawszym okiem na model Volvo, którego wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę, czyli nieco wzgardzone przez hardkorowych miłośników marki V40. Po tym, jak naprawdę świetna sztuka - po wymianie progów i zabezpieczeniu podwozia - została mi zwinięta sprzed nosa, dość długo nie pojawiało się nic godnego uwagi, aż któregoś dnia w jednej z podwarszawskich miejscowości zaoferowano na sprzedaż szary egzemplarz z zacnym silnikiem i w rozsądnej cenie.


Niestety - on również okazał się rozczarowaniem. Choć moje wrażenia z jazdy, szczególnie w kwestii komfortu, były ze wszech miar pozytywne, towarzyszący mi Dawid słusznie zwrócił uwagę, że coś niedobrego dzieje się z tylnym zawieszeniem, a pod maską na pewno nie było obiecywanych 163 koni. Ponadto oględziny blacharki jasno dały do zrozumienia, że niestety nie był to model tak dobrze zabezpieczony antykorozyjnie, jak jego więksi, bardziej uznani bracia.

Będąc już w tamtych rejonach okołostołecznych uznaliśmy, że co nam szkodzi obejrzeć coś jeszcze - a tym czymś okazał się nader ładnie prezentujący się Peugeot 406.


Muszę tu uczciwie przyznać, iż egzemplarz ten zabił mi niezłego ćwieka. Otóż mechanicznie i blacharsko trudno było się czegokolwiek przyczepić. Progi były już wymienione, podłoga sprawiała wrażenie solidnej, zaś podczas jazdy próbnej nie wyszło na jaw nic niepokojącego. Silnik i zawieszenie pracowały bez zarzutu. Jedynym moim zastrzeżeniem były niezbyt imponujące osiągi 118-konnego silnika 1,8. Znałem już jednak ten model i lubiłem go. I przyznaję - byłem bliski podjęcia decyzji, i to mimo zdenerwowania towarzyszącego zatrzaśnięciu w DAFuqu kluczyków, co spowodowało konieczność udania się carsharingową Corollą po zapasowy komplet do domu i powrót na daleką Falenicę celem pobrania pozostawionego tam jeździdła. Jednak czegoś mi brakowało. Mimo ogromnej sympatii do czterystaszóstek i naprawdę imponującego stanu egzemplarza postanowiłem zatem następnego dnia sprawdzić jeszcze jeden wóz, do którego podchodziłem nieco niechętnie.

I to właśnie nim wróciłem dzień później do domu.

Ale o tym opowiem już niedługo.

środa, 27 lutego 2019

W poszukiwaniu bratograta

Tak, wiem. Czytacze mojego fejsowego fąpaża znają już historię - jednak po pierwsze nie każdy życzy sobie być podglądanym przez p. Cukierberga, po drugie historia na FB zawiera tylko początek i koniec. A wiem, że znajdą się przynajmniej 4 osoby, które chciałyby wiedzieć, co działo się w tzw. międzyczasie - albo przynajmniej są na tyle uprzejme, by udawać zainteresowanie. Innymi słowy - znacie? To posłuchajcie.

Otóż brat mój rodzony miał Golfa II imieniem Cieślak.

Miał jest tu słowem kluczowym.

Pewnego dnia brat jechał sobie spokojnie do pracy. Był już prawie na miejscu, gdy jakiś anencefalik uznał, że przejścia dla pieszych są dla słabych i wybiegł sobie na jezdnię w randomowym miejscu - tuż przed maskę Cieślaka. Brat, zamiast dokonać aktu łaski i poddać typa eutanazji (choć po prawdzie przy tej prędkości co najwyżej by go poobijał), postanowił go ominąć, co skończyło się wjechaniem w dziurę w asfalcie. Efekt - wahacz urwany razem z kawałkiem podłużnicy. Chyba wiadomo, co oznacza to w przypadku Golfa II za < 1k.


Po odwiezieniu Cieślaka na Miejsce Ostatniego Postoju rozpoczęły się poszukiwania następcy. Oczywiście na początku trzeba było poczynić pewne założenia: typ nadwozia (2 pary drzwi, najchętniej hatchback, ew. sedan), pojemność silnika (do 2,0, najchętniej k. 1,6 - wiadomix, OC), paliwo (diesel tym razem odpadał) i, rzecz jasna, budżet. Ten ostatni na początku wynosił k. 3000 złotych polskich (tych przez N), jednak udało się go finalnie nieco powiększyć.

Wiadomo, że każdy ma swoje preferencje i antypreferencje co do marek i modeli. W przypadku brata zdecydowanie odpadało Daewoo, niechętnie też, mimo dobrych doświadczeń z Cieślakiem, patrzył na auta niemieckie (w szczególności na Opla), choć nie odrzucał ich. Z kolei zdecydowanie najprzychylniejszym okiem patrzył na japońszczyznę, przede wszystkim zaś na Hondę.

Dlatego też poszukiwania zaczęliśmy od Civiców.

Niestety, w przypadku Hondy Civic szóstej generacji (bo głównie takie mieściły się w budżecie) znalezienie dobrego, zadbanego egzemplarza w sensownej cenie jest dość trudnym zadaniem. Model ten, jak każdy starszy japończyk, dość ochoczo zmienia kolor na rudy, ma skomplikowane, bardzo drogie w naprawach tylne zawieszenie, zaś jego użytkownicy niezbyt często posiadają włosy czy szyje.

Czy też mózgi.

Pierwszym samochodem, który obejrzeliśmy, był czerwony Civic 1.6 sedan za 2600. Brata zachęciła niezła prezencja na zdjęciach i mocny, znany z uwielbienia wysokich obrotów silnik. Na miejscu okazało się natomiast wszystko to, czego można było się spodziewać po Civicu za 2600.

Sorry, tylko to zdjęcie zrobiłem
Silnik zarzygany olejem, zawieszenie hurgoczące na każdym wyboju, telepiąca się podczas jazdy kierownica - wszystko to cuzamen do kupy dziwiło, że gruz był w stanie poruszać się samodzielnie. W zasadzie od początku można było przyjąć, że tani Civic z Pruszkowa nie będzie dobrym pomysłem.

Z Pruszkowa pocisnęliśmy do Marek, gdzie czekało na nas umówione wcześniej Clio.


Okazało się ono całkowitym przeciwieństwem Civica. Tak naprawdę poza złażącym klarem nie było tu za bardzo czego się przyczepić. Blacharsko integralne (a patrzyłem również pod spodem), mechanicznie zdrowe, jazda próbna również nie dała powodów do niepokoju. Do tego silnik 1,4 nader zacnie dawał sobie radę z niewielką, lekką Renówką. Właściciel, który okazał się nader sympatycznym człowiekiem, uczciwie powiedział, co wypadałoby zrobić. Generalnie byłem bardzo, bardzo za. Brat - niestety nieco mniej, ale przyznał, że jeździło mu się tym lepiej, niż przypuszczał. Tak czy inaczej, obiecał przemyśleć jeszcze temat. Finalnie przemyślenie wyszło jednak na nie - bratu było w Cliu zwyczajnie za ciasno. Co nie zmienia jednak faktu, że sam egzemplarz jest wyjątkowo dobry i jeśli traficie nań w poszukiwaniu małego, taniego toczydła, polecam go czterokopytnie.

Tymczasem poszukiwania trwały. Mimo zniechęcającego stanu mieszczących się w budżecie Hond brat postanowił dać szansę jeszcze jednemu Civicowi. Co ciekawe, był to przedstawiciel kolejnej, siódmej generacji. Civic VII za niecałe 4k? To nie wróży za dobrze. I, jak się okazało, dobrze nie było. Brat, który wybrał się na oględziny beze mnie, wysłał mi zdjęcie przypominającego chrupiący wypiek progu, z dopiskiem, że na żywo całość wyglądała jeszcze gorzej.


Poszukiwania trwały dalej. Zasypywałem swoje rodzeństwo sztuk raz kolejnymi wygrzebanymi ogłoszeniami, z których wspólnie wybieraliśmy najsensowniej prezentujące się egzemplarze. Były wśród nich nader ładne Trzystaszóstki, była sprawiająca wrażenie niezgnitej Kia Shuma, kilka obiecujących sztuk S40, a nawet wyglądający na zadbanego Passat B5. Brat jednak najmocniej skłaniał się ku przedstawicielom motoryzacji japońskiej. A jeśli nie Honda to może Toyota? Jęliśmy tedy wyłuskiwać co ładniejsze Corolle. Na szybko znalazłem dwie, które uznałem za rokujące, brat zaś umówił się na ich obejrzenie ze znajomym mechanikiem.

Pierwsza, czerwona, wyglądała na zdjęciach wyjątkowo dobrze: lakier był w ładnym stanie, trudno było dopatrzyć się jakiejkolwiek rdzy, zaś czyste, wyglądające na bardzo zadbane wnętrze robiło wręcz świetne wrażenie. No dobra, handlarz, ale i u nich można czasem znaleźć zupełnie znośny sprzęt. Przejażdżka jednak ujawniła dziwne stuki z silnika, zaś po zajrzeniu pod korek oleju oczom brata i jego mechaniora ukazał się piękny, gęściutki majonez. Handlarzyna, po zwróceniu mu na ten fakt uwagi najpierw próbował przekonywać panów, że "tak ma być", zaś na stwierdzenie, że no raczej nie bardzo... sklął mechanika, wykrzykując, że on samochodami zajmuje się od ponad 20 lat, i że co mu tu gówniarz będzie wygadywał co jest dobrze a co źle. Brat, któremu wcześniej było zbyt ciasno w Clio ze względu na wyrobione latami treningów nieco ponadnormatywne bary, rzucił do kolegi, że pora się zwijać, zanim zrobi panu sprzedawcy jakąś drobną krzywdę, na co ten ostatni był łaskaw zawrzeć otwór gębowy i wycofać się przezornie.

Druga, srebrna, na fotkach z ogłoszenia też nie wyglądała źle - wnętrze może nie było tak ładne, jak w czerwonym egzemplarzu, ale również nie dało się stwierdzić zgnilizny. Nie mam pojęcia, czy zdjęcia z ogłoszenia były stare, czy retuszowane, jednak po dotarciu na miejsce panowie stwierdzili, że rudości jest tam tyle, że w zasadzie nie ma co dalej oglądać tego egzemplarza.

Jednak nie samymi Corollami Toyota stoi. Wśród wynoranych wspólnie ogłoszeń znalazła się zupełnie niebrzydka Carina E w najgrzybniejszej ze wszystkich wersji nadwoziowych, czyli sedanie. Jako, że jeździłem już takim autem, mogłem powiedzieć bratu, że to wygodny, relaksujący, a do tego nader solidny sprzęt, który już z podstawowym silnikiem 1,6 pod maską zupełnie sprawnie odpycha się od podłoża. Ten zaś egzemplarz miał pod maską 133-konną dwulitrówkę.

Tym razem na rekonesans najpierw wybrała się... nasza Czcigodna Staruszka (ta od kolejnych dwóch SX4) wraz ze swym znającym się na rzeczy wybrankiem. Po przejechaniu się i obejrzeniu Toyki stwierdzili, że warto. Wiadomo jednak, że przede wszystkim musi ocenić sprzęt jego potencjalny nabywca. Dlatego też umówiłem się na następny dzień z bratem i bratową na Muranowie, gdzie czekała oferowana Carina.

Na pierwszy rzut oka - wiadomo, po prostu Toyota z lat 90-tych. Nic szczególnego, ale też bez zdrady. Egzemplarz wizualnie nie powalał - z bardzo ładnego, ciemnego, zielononiebieskiego lakieru w paru miejscach mocno schodził klar. Z drugiej strony, auta nie zżerało rude cholerstwo. Szczególnie zwracały uwagę zdrowe progi (ponoć wymienione niecałe 2 lata wcześniej) i nadkola. Podczas jazdy próbnej dało o sobie znać nieco stukające przednie zawieszenie (łączniki stabilizatora - wiadomo, rzecz eksploatacyjna, którą i tak warto zająć się po zakupie starszego samochodu), troszkę chroboczące po dłuższym postoju tylne hamulce (które zresztą przestały chrobotać po kilku hamowaniach) i... tyle. Carina nie ściągała przy hamowaniu, kierownica nie biła, silnik pracował równo (a pod korkiem nie było sosów do kanapek, co zresztą dzień wcześniej sprawdził wybranek Czcigodnej). Jechało się po prostu dobrze.

I dobra była cena, jeszcze odrobinę zbita krótkimi negocjacjami.

W ten oto sposób brat stał się posiadaczem przyzwoitego, solidnego, wygodnego grzybowozu, jakim jest Toyota Carina E.


Oczywiście po zakupie udaliśmy się na małą przejażdżkę. Carina, poza byciem bardzo komfortowym, przyjaznym w prowadzeniu sprzętem, okazała się do tego zaskakująco szybka - 133 KM nie brzmią może porażająco, ale okazują się całkowicie wystarczające, by średniej wielkości sedan zadziwił paru Sebixów w trzystaosiemnastkach.

W międzyczasie Carina zyskała imię Żarłacz Grzybny i szybko zdobyła serce zarówno brata jak i bratowej. Jasne, trochę szkoda, że to nie liftback - wszak samochód w sezonie ma służyć m.in. jako transport roweru na działkę, a ograniczona funkcjonalność sedana może trochę utrudniać jego załadunek. Sam może odrobinę żałuję, że jest to model, który już kiedyś opisywałem - jednak jest w innej wersji (2,0 manual, podczas gdy ta, którą jeździłem wcześniej, miała bazowy silnik 1,6 sprzęgnięty z automatem), a to, że kiedyś popełniłem wpis, nie znaczy, że tym razem nie mogę zrobić filmu. Gdyż taki jest właśnie plan.


I tak - Żarłacz Grzybny ma instalację na podtlenek cebuli. Grzybosedan bez korka wstydu to wszak nie grzybosedan.

sobota, 4 lipca 2015

Czas zmian, cz. 1: poszukiwania

- Pamiętasz tego mojego dawnego Peugeota? Teraz jeździ nim mój ojciec. Rozważa sprzedaż. Za trójkę.

Tak czasem może wyglądać impuls. W każdym razie tak wyglądał w moim przypadku.

Nie oszukujmy się - Madzia (która nadal jest do wzięcia, DOGADAMY SIĘ CO DO CENY), choć okazała się świetnym, niezawodnym jeździdłem, powoli przestawała wystarczać. Nie, nie chodzi tu o wiek czy stan. Po prostu jej możliwości przewozowe czasami okazywały się nieco przykrótkie. Do tego brak wspomagania i działającego radia (i moja niechęć do rozkręcania deski rozdzielczej) zaczynał mnie nieco męczyć. Jednak wciąż ceniąc jej trwałość i wygodną przednią część wnętrza nawet nie myślałem o zmianie - wszak jako ojciec mam znacznie ważniejsze wydatki. Jednak rozmowa, w której padła propozycja dotycząca Peugeota za trójkę, stała się impulsem. 

Impulsem do zmian.

1. Trzystaszóstka

To Peugeot 306 miał być tym, który zastąpi Madzisławę. Ostatni rok produkcji, 1.6, klima, elektryka i automat - to wszystko za jedyne trzy tysiące! Do tego znane, pewne źródło. Jak tu się nie skusić? Umówiłem się zatem na przejażdżkę.

Pełzacz - będący de facto technicznym bratem-bliźniakiem Chaimka, tylko z inną budą i mniej kłopotliwym silnikiem - nieco mnie rozczarował. Owszem, wnętrze przestronne, bagażnik większy, niż w Madzi (bas w pokrowcu wchodził bez bólu, myślę, że wlazłyby nawet dwa), do tego fajne, przytulne fotele - jednak materiały sporo słabsze, niż w ZX-ie. Ale na to w samochodzie o tak dobrej relacji ceny do użyteczności nie ma nawet co zwracać uwagi. Zwrócić ją jednak można było na zaskakująco twarde zawieszenie oraz deskę rozdzielczą, która łomotała na każdym najdrobniejszym wyboju. To pierwsze oznaczało to samo, co w większości trzystaszóstek, czyli belkę do regeneracji, to drugie zaś zwyczajnie irytowało. Nadal jednak Peugeocik pozostawał świetną propozycją. Kolega, który mi go oferował, podchodził do sprawy uczciwie - jasno dał do zrozumienia, że nie sprzeda mi go, jeśli nie obejrzę go od spodu (Pełzacza, nie kolegi). Trochę biłem się z myślami - oferta kusząca, samochód fajny, źródło pewne, belkę i tak trzeba zrobić we wszystkich trzystaszóstkach i pochodnych wystawionych na sprzedaż. Jednak z tyłu głowy pojawił się głosik mówiący, że jeśli mam kupować auto, które ma godnie zastąpić Madzisławę, to może jednak coś, do czego wejdzie więcej basów?

Odwlekałem spotkanie na którym Peugeot miał zostać sprawdzony w serwisie, potem jeszcze straciłem telefon z numerem do kolegi - i tak sprawa upadła. Trochę mi głupio. Jeśli to czytasz - ten Peugeocik naprawdę jest fajny, a regenerację belki wliczyłem sobie w koszty. Jednak zapragnąłem kombi lub vana. A w moim budżecie nie jest o to łatwo, o czym przekonałem się już wkrótce.

2. Nieco krzywy Accord


Kolega z pracy podesłał mi ogłoszenie. Accord Aerodeck z '93 za 2500, określany jako piękny klasyk. Napaliłem się natychmiast. Bardzo lubię Hondy, szczególnie z lat 90., a wszelkie Aerodecki zawsze wywoływały u mnie mrowienie w lędźwiach. Natychmiast zadzwoniłem do właściciela i uzyskałem adres postoju Accorda. Miałem go obejrzeć a następnie umówić się na jazdę jeśli mi się spodoba.

Nie spodobał się.

Owszem, spodziewałem się rdzy. Jednak blacharski stan egzemplarza nieco mnie zniechęcił. Jasne, nie należy spodziewać się cudów za 2500 - podejrzewam, że zresztą samochód jest wart tej ceny. Ładne egzemplarze kosztują zazwyczaj więcej. Niestety.

3. Babciu Suń Się

Na Otomoto pojawiło się Daihatsu Gran Move (czyli Babciu Suń Się, ew. Ruch Babć) za śmieszną cenę 1999 złotych polskich. Gran Move jest zlepkiem cech, które uwielbiam: szkaradne, praktyczne, niezawodne i o czynniku WTF wywalającym przez sufit. Musiałem go obejrzeć.

Jechać pół miasta aż do samego centrum jelita grubego tylko po to, by obejrzeć byle jak zdrutowanego po wypadku śmiecia pokrytego praktycznie w całości spękaną szpachlą - bezcenne. Czego się spodziewałem za te pieniądze? Samochodu w takim stanie, jak Madzia? Nie, czekaj...

4. Her name is Rio


Nad Rio przez chwilę zastanawiała się moja Czcigodna, zanim zanabyła Fiestkę. Auto o bardzo dobrej relacji ceny do praktyczności, do tego mające opinię mało kłopotliwego.

Znalazłem, zadzwoniłem, umówiłem się.

Właściciel okazał się komunikatywnym, uczciwym gościem a samochód - dobrze rokującym kawałem żelaza. Do tego ze sporym bagażnikiem. Przejechałem się - co prawda tylko na fotelu pasażera, ale to wystarczyło, bym wiedział, że Kijanką da się bez bólu jeździć. Niestety, również bez większej przyjemności. Wnętrze było badziewne - plastiki rysowały się od samego patrzenia na nie, a tapicerka była zrobiona chyba z przetworzonych jutowych sznurków. Taniość czuć było wszędzie - jednak w tak niskiej cenie samochód typowo budżetowy uznałem za najrozsądniejszy pomysł. Stwierdziłem, że prześpię się z tematem i jeszcze poszukam, a do Kijanki - jeśli jeszcze będzie - zawsze można wrócić. To naprawdę niezłe auto, tylko wymaga dłuższego zaprzyjaźniania się.

4. Nysa Syrena

Na co zazwyczaj patrzy ojciec rodziny, szukając samochodu? Na vany. Czego szuka człowiek, który potrzebuje auta do wożenia sprzętu? Vana. Dlatego objawienie się ładnego Nissana Sereny sprawiło, że podskoczyłem na krześle używając samych mięśni pośladków. Dodatkowo okazało się, że stoi niedaleko miejsca mego zamieszkania.

Okazało się też, że jest nieco zmęczony (nic, czego nie mógłbym się spodziewać po sporym samochodzie za niecałe 4k), butla LPG zajmuje cały bagażnik i uniemożliwia złożenie trzeciego rzędu siedzeń a właściciel nie chce jeździć bo skończył się przegląd. Trochę mnie to zniechęciło, ale przecież wizualne zmęczenie nie musi oznaczać mechanicznej ruiny, gaz można zdemontować lub zmienić zbiornik (tym bardziej, że temu kończyła się legalizacja), zaś przegląd miał być zrobiony kilka dni później. Odłożyłem sprawę na później.

5. Polówka

VW Polo Variant zawsze wydawał mi się niedużym ale praktycznym toczydłem. Do tego kusiła prostota konstrukcji i niezawodność benzynowego silnika 1.6 oraz ceny części oscylujące między śmiesznymi a znikomymi. Poza tym upatrzony egzemplarz był w moim ulubionym ciemnozielonym kolorze, a przecież wiadomo, że lakier ma decydujący wpływ na to, jak auto jeździ. Niestety - w tym przypadku decydujący wpływ miał cwaniaczkowaty właściciel wciskający mi ściemę tak tłustą, że zaszło słońce, ewidentnie różne odcienie na różnych elementach karoserii, telepiące przy zamykaniu drzwi kierowcy i pompa wspomagania przy każdym głębszym skręcie jazgocząca w niebogłosy. Trochę szkoda, bo sam model sprawia wrażenie zupełnie przyzwoitego dupowozu. Mimo, że jest de facto Seatem ze znaczkiem VW.

6. Expo czyli amerykański Japończyk


Kolejne ogłoszenie - Mitsubishi Space Wagon w wersji na rynek USA, czyli Expo. Japończyk - plus. Van - plus. Klima - plus. Automat - plus.

Pojechałem, by obejrzeć. Progi - minus. Fretlessy lubię tylko takie, na których da się grać, zaś remont blacharki powyżej pewnego zakresu jest w tanim aucie zupełnie nieopłacalny.

7. Balonik

306 i Polo Variant to chyba jedyne popularne auta, którym się przyglądałem. No, może jeszcze Rio. Pozostałe to skośnooka egzotyka. Do takiej w zasadzie można też zaliczyć Suzuki Baleno - samochód niepozorny, ale dość rzadko u nas spotykany. W wersji kombi spodobał mi się bardzo. Tym bardziej, że - tak, jak Polówka - był zielony. Stan blachy przedstawiony na zdjęciach rokował nieźle, wyposażenie (klima!) kusiło a cena 4500 zł była na granicy akceptowalności - tym bardziej, że na pewno udałoby się coś urwać. Umówiłem się.

Sympatyczny młody człowiek opowiedział mi o aucie i dał się przejechać. Suzuki prowadziło się zupełnie przyzwoicie, klima działała, trochę zastanawiało jedynie wrażenie filigranowości całej konstrukcji. Zajrzenie pod spód i oględziny progów nie dały podstaw do obaw. Do tego tylna pokrywa skrywała zupełnie niezły bagażnik. Balonik był naprawdę zachęcający. Moja propozycja - 4000 zł - została przyjęta. Jednak od paru chwil wiedziałem, że mam do obejrzenia jeszcze jedno auto.

I dlatego opowieść jeszcze tutaj się nie kończy.