Dobry wieczór się z Państwem.
Dokładnie rok temu anonsowałem, iż moje granie na basie osiągnęło pełnoletniość. Jako, że od tamtej pory nie zarzuciłem tego zajęcia, prosta operacja matematyczna może wykazać, że dziś od momentu, gdy zaposiadłem pierwszą w swym życiu gitarę basową, minęło lat 19.
A to z kolei oznacza, że za rok będzie 20. No chyba, że coś upierniczy mi łapy - na ten dany przykład wyrzynarka, której wibracje (na zmianę z wiertarką) masowały mi prawą dłoń przez gruby kawałek dzisiejszego popołudnia. Jednak to już opowieść na zupełnie inną okazję.
Tak czy inaczej - jubileusz warto uczcić. Na przykład wrzucając swą koślawą wersję jednego ze swych ulubionych utworów. Miałem w planach nagrać coś na mym w miarę nowym nabytku, czyli przywiezionym z Rydzykogrodu Fernandesie Preclu, ale w ostatniej chwili wpadłem na inny pomysł.
Jak już powtarzałem nie raz, nie dwa i zapewne nie piętnaście, Lech Janerka jest absolutnym, unikalnym, jedynym w swoim rodzaju fenomenem. Wyśmienity basista, niebanalny wokalista o świetnej, natychmiastowo rozpoznawalnej barwie głosu, niesamowicie kreatywny kompozytor i autor niesamowitych, genialnych według mnie (i nie tylko) tekstów, które spokojnie bronią się nawet same, bez muzyki. Jeden z mych idoli praktycznie od zawsze. I jeden z powodów, dla których chwyciłem za bas bezprogowy. Tak - Janerka swego czasu cudownie czarował na fretlessie. Niestety, przesiadł się praktycznie w 100% na progówkę (acz nadal gra pięknie). Na szczęście bezprogowe dźwięki pozostały na nagraniach - i za jedno z nich wziąłem się właśnie dziś. A w zasadzie przypomniałem sobie, gdyż numer ów zdarzało mi się już kiedyś rozgryzać. A jest co.
Mesdames et messieurs - moja krzywa wersja janerkowego utworu "L.A." z niesamowitej, klimatycznej płyty "Ur" z 1991 roku:
Tak, wiem. Nierówno za to nieczysto. Ale i tak uwielbiam ten numer.
A na Fernandesa też mam pomysł. I też polski, choć nie po polsku. Ale to następnym razem.