Pokazywanie postów oznaczonych etykietą video. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą video. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

Gęba i paluchy: łyk Portera

Naprawdę nie wiem, co może kierować cywilizowanym człowiekiem, takim na ten dany przykład Walijczykiem, aby osiedlić się w Polsce. Szczególnie w latach siedemdziesiątych, za panowania słusznie nam minionego reżimu. Zostawić za sobą szeroki świat i zagłębić się w smutek, bród, siermięgę i halucynacje z niedożywienia. A tak w 1976 roku zrobił niejaki John Porter.

Ale może i dobrze zrobił, gdyż trzy lata później ze swym Porter Bandem nagrał rewelacyjną płytę "Helicopters", która ujrzała światło dzienne w kolejnym, 1980 roku. I z niej właśnie pochodzi numer, który tym razem wziąłem na warsztat - otwierający ją kawałek "Ain't Got My Music".

Linia basu zagrana przez chyba mocno niedocenionego (niesłusznie!) basistę Kazimierza Cwynara jest może dość prosta technicznie, ale świetnie wymyślona, niesamowicie motoryczna, a przy tym wymagająca sporego skupienia. A jako, że z tym ostatnim mam spore problemy, było z czym walczyć.

Oto "Ain't Got My Music" w bezlitośnie targającym mosznę swą zajebistością oryginale:



A tak to brzmi, gdy basista-kierowca weźmie w łapy Fernandesa Precla wystruganego w roku ukazania się "Helicopters", podepnie go pod beznadziejne combo Line6 i koncertowo spieprzy refreny:


Tak, wiem. Mogło być lepiej. Ale nie jestem Kazimierzem Cwynarem.

Miłego odbioru.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Gęba i paluchy: Janerka na 19-lecie

Dobry wieczór się z Państwem.

Dokładnie rok temu anonsowałem, iż moje granie na basie osiągnęło pełnoletniość. Jako, że od tamtej pory nie zarzuciłem tego zajęcia, prosta operacja matematyczna może wykazać, że dziś od momentu, gdy zaposiadłem pierwszą w swym życiu gitarę basową, minęło lat 19.

A to z kolei oznacza, że za rok będzie 20. No chyba, że coś upierniczy mi łapy - na ten dany przykład wyrzynarka, której wibracje (na zmianę z wiertarką) masowały mi prawą dłoń przez gruby kawałek dzisiejszego popołudnia. Jednak to już opowieść na zupełnie inną okazję.

Tak czy inaczej - jubileusz warto uczcić. Na przykład wrzucając swą koślawą wersję jednego ze swych ulubionych utworów. Miałem w planach nagrać coś na mym w miarę nowym nabytku, czyli przywiezionym z Rydzykogrodu Fernandesie Preclu, ale w ostatniej chwili wpadłem na inny pomysł.

Jak już powtarzałem nie raz, nie dwa i zapewne nie piętnaście, Lech Janerka jest absolutnym, unikalnym, jedynym w swoim rodzaju fenomenem. Wyśmienity basista, niebanalny wokalista o świetnej, natychmiastowo rozpoznawalnej barwie głosu, niesamowicie kreatywny kompozytor i autor niesamowitych, genialnych według mnie (i nie tylko) tekstów, które spokojnie bronią się nawet same, bez muzyki. Jeden z mych idoli praktycznie od zawsze. I jeden z powodów, dla których chwyciłem za bas bezprogowy. Tak - Janerka swego czasu cudownie czarował na fretlessie. Niestety, przesiadł się praktycznie w 100% na progówkę (acz nadal gra pięknie). Na szczęście bezprogowe dźwięki pozostały na nagraniach - i za jedno z nich wziąłem się właśnie dziś. A w zasadzie przypomniałem sobie, gdyż numer ów zdarzało mi się już kiedyś rozgryzać. A jest co.

Mesdames et messieurs - moja krzywa wersja janerkowego utworu "L.A." z niesamowitej, klimatycznej płyty "Ur" z 1991 roku:



Tak, wiem. Nierówno za to nieczysto. Ale i tak uwielbiam ten numer.

A na Fernandesa też mam pomysł. I też polski, choć nie po polsku. Ale to następnym razem.

wtorek, 4 marca 2014

Gęba i paluchy: Hit Me With Your Rhythm Stick

Od pierwszego wpisu z cyklu "Gęba i paluchy" minęło już trochę czasu, dlatego stwierdziłem, że wypadałoby uskutecznić drugi. Oto i on.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem najbardziej chyba znany hicior niejakiego Iana Dury'ego i jego zespołu Blockheads, długo musiałem szukać szczęki pod łóżkiem. Nie dość, że kawałek sam w sobie jest świetny (i do tego opatrzony cudownie absurdalnym tekstem), to jeszcze linia basu bezlitośnie gniecie mosznę czystym koncentratem zajebistości. To, co wymyślił a następnie zagrał obsługujący tu basetlę niejaki Norman Watt-Roy (swoją drogą, człowiek, który mógłby spokojnie bez charakteryzacji grać Igora we wszystkich opowiastkach o Frankensteinie) znajduje się po prostu poza skalą. Owszem, słychać zdecydowaną inspirację Jaco Pastoriusem, do której Watt-Roy przyznaje się zresztą bez bicia w wywiadach, ale jest to grane na progówce (na fretlessie to już by było za dużo, świat prawdopodobnie przestałby istnieć) a ponadto - a w zasadzie a) przede wszystkim, b) na szczęście - nie jest to jazz. A numer w oryginale brzmi sobie tak:



Długo siedziałem nad tym numerem. Bardzo, bardzo długo. I nadal nie potrafię zagrać go z taką płynnością i swobodą, z jaką robi to Norman Watt-Roy i kilku znanych youtube'owych basowych wymiataczy. Jednak... coś mi tam, powiedzmy, wychodzi. Dlatego też, biorąc pod uwagę, że może to być jedna z ostatnich okazji do nagrania czegoś na Jazzie (gdyż, niestety, jest on sobie na sprzedaż, polecam, #JEDYNYTAKIDLAKONESERAZOBACZ), wziąłem go w łapy, podpiąłem pod moje małe, domowe pierdzipudełko i... gniazdo wpadło do środka. Po rozkręceniu comba poczyniłem próbę nagrania, które okazało się być torturą dla oka i błędnika (służąca za kamerę lustrzanka złapała ostrość gdzieś w okolicach Sochaczewa). Dlatego też podjąłem drugą próbę, która rozpoczęła się od wpadnięcia dopiero co wydobytego i dokręconego gniazda jack do środka piecyka, który trzeba było w związku z powyższym rozkręcić ponownie, raz jeszcze wydłubać gniazdo, przytwierdzić je tym razem z użyciem taśmy klejącej i skręcić raz jeszcze. W końcu, po kilku walnięciach głową o ścianę i bogatym zestawie gróźb karalnych pod adresem właścicieli oraz inżynierów z firmy Line 6, udało się zarejestrować moją wersję "Rhythm Stick". Mam nadzieję, że opisana pokrótce droga przez mękę, która poprzedziła nagranie, usprawiedliwi pewną nerwowość wykonu.

Yndżoj.



Tak, ten numer NAPRAWDĘ potrafi boleć. Ale jest tego wart.

sobota, 18 stycznia 2014

Gęba i paluchy: Art of Parties

No i minął kolejny rok mojego żywota.

Nie będę się chwalił ile dziś mi stuknęło - powiem tylko tyle: jestem szacownym panem w średnim wieku. Czuję się staro.

I nadal zachowuję się jak upośledzony nastolatek.

Tak czy inaczej - z okazji mojego postarzenia się przedstawiam nowy cykl, w którym będziecie mogli oglądać moją starczą paszczę i paluchy oraz posłuchać mego krzywego grania. Czasem będę brał na tapetę numery, które są według mnie tego warte, czasem po prostu będę przedstawiał basy jako spóźniony ficzer dodatkowy do już zamieszczonych wpisów.

Na pierwszy ogień - jeden z mych ulubionych numerów jednego z mych ulubionych zespołów: "Art of Parties" Japan.

Oto oryginał w mojej ulubionej wersji koncertowej:


Mick Karn, o którym już niegdyś pisałem, to jeden z moich absolutnych basowych idoli. Czarodziej fretlessa, człowiek o nieprawdopodobnej, unikalnej kreatywności, wielka indywidualność. Dokładnie dwa tygodnie temu (4 stycznia) minęła 3 rocznica jego przedwczesnej śmierci. Dlatego też zdecydowałem zacząć od jednej z jego natychmiastowo rozpoznawalnych linii. 

I tak, wiem, że nie zagrałem tego idealnie. Powiem więcej - moje wykonanie jest, oględnie mówiąc, dość odległe od oryginału. M.in. brakuje kilku dźwięków (za każdym razem jest to pierwszy dźwięk frazy) w miejscu, gdzie nie byłem pewien, gdzie zaczyna się bridge bez basu. Zresztą nadal nie jestem pewien.

Ale nie jestem Mickiem Karnem.

Panie, Panowie i cała reszto - oto zatem ja i mój bezprogowy Ibanez Roadstar II. Japan, Mick Karn, "Art of Parties".




Do najbiliższego.