Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 stycznia 2019

Śmignąwszy: Jajeczko

Jestem stary.

No, może nie stary, ale wedle większości standardów właśnie stałem się panem w średnim wieku. Nie żeby cokolwiek to zmieniało w moim życiu czy podejściu do niego. Co najwyżej nasuwają się na myśl pewne podsumowania i konstatacje - wszystkie zresztą dosyć gorzkie. Dlatego, aby osłodzić sobie chyba pierwsze urodziny, które nie przynoszą mi radości, proponuję odrobinę motoryzacyjnej słodyczy - nawet jeśli i ta jest odrobinę przygaszona ciągłym pozostawaniem w sferze niespełnionych marzeń.

Jakiś czas temu zrobiłem Top 10 tzw. masthewów. W międzyczasie jeden punkt udało się zrealizować, ale wciąż mocno gryzie mnie inny z nich. Po pierwsze jest chyba najbardziej osiągalny cenowo z całej listy, po drugie zaś... kocham te auta odkąd się pojawiły, czyli od początku lat 90-tych. Mają w sobie urok i słodycz chyba niespotykaną gdziekolwiek indziej wśród samochodów wyprodukowanych po 1990 roku. I do tego... prawie kupiłem takiego.

Prawie.

Mazda 121 DB zwana przez niektórych Jajeczkiem zaś przez innych Kapeluszem została zaprezentowana w 1990 roku jako Autozam Revue. Pod tą nazwą była dostępna jednak jedynie na węwnętrznym, japońskim rynku - wszędzie indziej (czyli zasadniczo w Europie i w Australii) występowała jako Mazda. Nowy model od razu zwrócił na siebie uwagę swoją charakterystyczną, krągłą stylistyką, w której można było doszukać się nawiązań do Citroena 2CV. Poza tym nowa 121 miała jedną cechę wyróżniającą ją spośród innych przedstawicieli segmentu B. Otóż była... sedanem. Owszem, w tym segmencie zdarzały się już takie anomalie (jako przykłady mogą tu posłużyć choćby Opel Corsa A, w Ameryce Południowej również B, VW Derby czy Fiat Duna, w późniejszych latach zaś takie gwałty na zmyśle wzroku jak Fiat Siena, Renault Thalia czy Honda City), ale były one zazwyczaj dodatkową wersją nadwoziową lub co najwyżej modelem wywodzącym się z hatchbacka, tu zaś dostępna była wyłącznie 4-drzwiowa wersja. I od razu widać, że tak miało być: sylwetka jest spójna zaś krótki, zaokrąglony kuperek jest idealnie wkomponowany w bryłę nadwozia. I, choć nie jestem fanem sedanów, Jajeczko jest jednym z tych kilku, które zdecydowanie mógłbym mieć. A w zasadzie nie tyle mógłbym, co chciałbym. Bardzo.

I tak się złożyło, że pod koniec zeszłego lata zaposiadłem pewien finans, zaś akurat wtedy niedaleko Warszawy, i to od południowej (czyli mojej) strony, pojawiła się ładna sztuka do łyknięcia.

Umówiłem się tedy z właścicielem i pognałem w te pędy celem obadania sprzęta.


Jajeczko okazało się rzeczywiście śliczne. Czerwony lakier sprawiał wrażenie na tyle zadbanego, na ile mógł być w dwudziestokilkuletnim samochodzie, w oczy nie rzucały się żadne ślady po nieudolnych naprawach powypadkowych, zaś karoseria wyglądała na stosunkowo wolną od rdzy.

Niestety, jeno wyglądała.

Wiedząc, co jest najsłabszym punktem starszych Mazd, przykucnąłem i jąłem oglądać Jajeczko od spodu - przynajmniej na tyle, na ile się dało bez kanału czy podnośnika. Moją uwagę zwróciły tylne końcówki progów, szczególnie lewego. Popukałem tedy, a do moich uszu dobiegł charakterystyczny, głuchy dźwięk. Puknąłem mocniej i... palec wybił niewielką dziurę w progu.

Aj.

No cóż - byłem przygotowany na to, że starszawa Mazda będzie miała to i owo na sumieniu w tematyce blacharki, dlatego zacząłem zbierać argumenty na rzecz zbicia ceny. Wszak progi to nie jest jakieś straszne wyzwanie dla ogarniętego blacharza - wszystko jest jeno kwestią odpowiedniego zasobu monetarnego. Dokładniejsze oględziny spodu zostawiłem jednak na inny moment - wszak nie miałem natychmiastowego dostępu do miejsca, gdzie dałoby się takowe przeprowadzić.

Pozostało poczekać chwilę na sprzedającego.

Właściciel przybył po kilku chwilach. Na moją prośbę otworzył bagażnik (który, nota bene, okazał się całkiem obiecujący - wiadomo, mały sedanik nie będzie startował w mistrzostwach praktyczności, ale bas w pokrowcu miałby spore szanse wleźć do środka) a następnie zaprezentował wnętrze Mazdeczki - wpierw od góry, przez wspaniały, wielki faltdach.


Gdybym nie wiedział, z jakim samochodem mam do czynienia, już pierwszy rzut oka na kwaterę pasażerską wystarczyłby przynajmniej na zidentyfikowanie kraju pochodzenia i przybliżonych lat produkcji. Zarówno stylistyka, jak i użyte materiały od razu wskazują na japońskie najntisy. Poza tym samo spojrzenie od góry na wnętrze Mazdy sugeruje, że jest tam sporo miejsca.

I rzeczywiście jest. Tyle, że... bardziej pionowo. 121 to jednak małe autko, i dlatego najlepszą metodą odzyskania przestrzeni utraconej z powodu małej długości czy rozstawu osi, jest bardziej pionowe usadzenie pasażerów. W efekcie siedzi się trochę jak na krześle, jednak absolutnie nie jest to niewygodne. Miejsca nad głową jest więcej niż dość, nogi - mniej wyciągnięte, niż w dłuższych, niższych samochodach - też mieszczą się bez problemu. Jedynie szerokość jest zauważalnie mniejsza, niż w europejskiej konkurencji (nie mówiąc już o większych modelach) - ale, póki traktujemy małą Mazdę jako auto 4-osobowe, nie stanowi to większego problemu. Problemem - przynajmniej dla mnie - jest za to brak wygodnej podpórki pod lewą stopę. Japończycy, znani z dopracowywania swych samochodów w najmniejszych detalach, zapomnieli o płaskim kawałku tworzywa na nadkolu po stronie kierowcy.

Jajeczko, które wciąż zamierzałem łyknąć, miało pod maską większy z dostępnych na europejskim rynku silników, czyli 1.3 o mocy 73 KM. Miałem już osobiste doświadczenia z tą jednostką - wszak napędzała ona Madzię, którą jeździłem przez ponad 3 lata zanim zakupiłem Skanssena. I muszę przyznać, że jest to bardzo udany silnik. W Madzisławie nie sprawiał on żadnych problemów, a ze 121 powinien radzić sobie jeszcze lepiej niż z nieco przecież cięższą 323. I choć jazda próbna odbyła się w zasadzie "dookoła kwadratu", bez możliwości nieco mocniejszego rozpędzenia się, czuć było, że to optymalny napęd dla tego pociesznego jeździdła.

Krótka przejażdżka pokazała, że nie tylko przestrzeń i silnik są mocnymi stronami Jajka. Spory plus należy się również zawieszeniu, które bezproblemowo łykało liczne progi zwalniające. Oczywiście nie można tu mówić o wygodzie Balerona czy którejkolwiek Hydrocytryny, ale, szczególnie jak na tak małe toczydło, komfort okazała się zupełnie satysfakcjonujący.

Wszystko to sprawiało, że moje zauroczenie malutką Mazdą jedynie wzrosło. Pragnąłem jej jak Alf świeżego kota. Niestety, tym razem znów stanęło na pragnieniach.

Dlaczego?

Po pierwsze - nowo nabyty grat miał jesienią na pewien czas trafić w ręce pewnego człowieka, który w zamian zobowiązał się odrobinę doń dorzucić. Z tego tytułu musiał być w pełni sprawny - i o ile wymagające zrobienia progi można było odłożyć na potem (wszak i tak planowałem odstawić samochód do garażu na "miesiące solne"), o tyle niedomykający się faltdach w obliczu nadchodzącej jesieni stanowił już większy problem. Tym bardziej, że nie udało mi się zlokalizować warsztatu, który na 100% podjąłby się naprawy mechanizmu i wykonał ją bez podwajania wartości auta.

Po drugie - na gotówkę ze wspomnianej na wstępie transakcji musiałem jeszcze poczekać kilka chwil. Niestety, nieco dłużej, niż mógł czekać wybierający się za granicę sprzedawca, który zresztą sam zaproponował obniżenie ceny.

Jajeczko odjechało. Zamiast niego pojawił się DAFuq, z jego dodatkową zaletą polegającą na rocznikowym załapywaniu się na MOWPZ, czyli graciarską okręgówkę. Ale... w moim złomiarskim sercu nadal pozostaje dziura. I ma jajkowaty kształt.



Podsumowanie, czyli zady i walety:

Mazda 121 DB (vel Jajeczko, vel Kapelusz) to w zasadzie wymierający gatunek. Mimo tego, ich ceny nadal utrzymują się na niemalże groszowym poziomie. Można łyknąć trzymającego się na szpachlę i włókno szklane strucla za 1k, można też położyć dwójkę i mieć coś, co nieco bardziej rokuje - tak, jak egzemplarz, którym jeździłem. Niestety, nawet te rokujące zazwyczaj wymagają zabiegów blacharskich. Jednak... chyba warto. Z uwagi na unikatowość dizajnu czy rzadkość występowania samego modelu (pokonywanego w większości przypadków przez rudą cholerę), a także na realne zalety, takie, jak przyjemne prowadzenie czy zupełnie niezły komfort. W ten sposób można stosunkowo niewielkim kosztem stać się właścicielem fajnego, unikatowego a jednocześnie zupełnie rzetelnego i - co ważne - trwałego mechanicznie sprzętu, który w zasadzie już można zaliczać do tzw. youngtimerów. Ale wiadomo - faltdach być musi. Tylko kto w razie czego naprawi go za rozsądny pieniądz?...

Plusy
  • całkiem wygodne wnętrze
  • dobry silnik 1.3
  • przyzwoicie pracujące zawieszenie
  • niezły bagażnik
  • przecudowna, urocza stylistyka

Minusy
  • podatność na rdzę
  • niemalże zerowa podaż na rynku wtórnym
  • możliwe kłopoty z częściami blacharskimi i np. serwisem faltdachu

Co nią wozić

Pociesznym japońskim toczydłem można wozić niekoniecznie pocieszny, ale równie charakterystyczny japoński bas. Podejrzewam, że idealnie pasowałby tutaj mój Westone. Ale tak naprawdę woziłbym wszystkie. Chyba by weszły - a jak nie, zawsze można położyć oparcie. A poza tym od wożenia gratów mam wszak Skanssena.

środa, 28 stycznia 2015

Dajcie nam śmielej marzyć

Chciałabym mieć rower i nowe majciochy
Chciałabym mieć rower i będę go mieć
Chciałabym majciochy chciałabym rower
Chciałabym majciochy i bedę je mieć

Tak oto Mistrz Lech Janerka werbalizował marzenia przedstawicielki szeroko pojętej młodzieży w "Wiązance Cz. IV" Klausa Mitffocha. Marzenia pozornie skromne, niejako ukształtowane przez słusznie miniony nam reżim, gdzie rower i nowe majciochy urastały niemalże do rangi luksusu i pozwalały wyrwać się choć na chwilę z szarej, siermiężnej rzeczywistości (płyta była nagrywana w 1984 roku - nawet ci, którzy nie pamiętają tamtych lat, mniej więcej wiedzą, jak się podówczas żyło pod naszą szerokością geograficzną). Dziewczę z "Wiązanki" dorosło, dorośliśmy i my, zmienił się ustrój a wraz z nim marzenia.

* * *

Ładnych kilka (albo wręcz kilkanaście) lat temu, ulegając jeszcze urokowi samochodów superdrogich, supermocnych i superszybkich, wyczytałem w motoryzacyjnym dodatku do Wybiórczej (tak, był taki, wychodził co czwartek), że kolejna generacja Mercedesa klasy S ma mieć w topowej wersji jakiś przepotworny silnik, oczywiście V12, o mocy rzędu 600-700 KM, mający mu zapewniać osiągi godne supersamochodu. Wielka, ciężka limuzyna przyspieszająca do "setki" poniżej 4 sekund - tego jeszcze podówczas nie było. Podzieliłem się tym z moim ojcem (jeżdżącym podówczas Civikiem VII, tym vanowatym), który skwitował mój szczery zachwyt słowami: daj spokój, komu to potrzebne. Pamiętam, że w sumie przyznałem mu wtedy rację.

Nie tak dawno pozwoliłem sobie przelać na klawiaturę moje przemyślenia dotyczące tych, którzy wydają swoje ciężko zarobione pieniądze (choć tak naprawdę najczęściej zadłużając się na kwoty, na które zadłużać się nie powinni) na drogie przedmioty - przede wszystkim na samochody tzw. marek premium - tylko po to, by zaimponować otoczeniu. By poczuć się lepszymi. (Wpis ten zresztą będzie walczył o tytuł Tekstu Roku w plebiscycie Blog Roku 2014 - jeśli wejdzie do drugiego etapu, gdzie czytelnicy oddają głosy, WIECIE CO Z NIM ROBIĆ.) Moja opinia o takich ludziach jest cały czas taka sama: są debilami, dla których najważniejsza - ważniejsza od spokoju ducha, rodziny, własnej wygody - jest opinia innych debili. Ten cały zafajdany prestiż, które to słowo samym swoim brzmieniem bardzo niemile drażni mój układ pokarmowy. I raczej zdania nie zmienię.

Nadmieniłem jednak wtedy, że rozumiem ludzi, którzy otaczają się drogimi przedmiotami (w tym samochodami) ponieważ a) stać ich, b) sprawia im to przyjemność. I to taką wynikającą z posiadania i użytkowania tych rzeczy, nie z tego, że sprawiają, iż Andrzej spod siódemki regularnie traci kontrolę nad zwieraczami.

Tak. Rozumiem ich doskonale.

Gdy w tegotygodniowym numerze "Motoru" przeczytałem porównanie nowego Mercedesa S63 AMG Coupe z BMW M6, przypomniał mi się tamten artykuł o planowanej kolejnej S-klasie (z której zapowiadanej megawersji nic w końcu nie wyszło) i moja ówczesna rozmowa z ojcem. Jego "komu to potrzebne". W sumie tak, miał rację - takie rzeczy nie są komukolwiek potrzebne.

Ale nie o to w nich chodzi.

One nie mają być potrzebne. Potrzebne jest łóżko, krzesło i stół. Potrzebne jest jedzenie i dach nad głową. W samochodzie potrzebne są cztery koła, silnik (jakikolwiek, najlepiej trwały i oszczędny), i cała reszta dzięki której można jeździć. I jakiś bagażnik. A i to nie każdemu. Natomiast supersamochody i sybarycko luksusowe limuzyny z absurdalnie mocnymi silnikami są zbytkiem. Jakim jednak pięknym!

To one w większości przypadków po latach stają się klasykami. To one wywołują mrowienie w spodniach u chłopców wieszających sobie nad łóżkami plakaty z nimi. U tych większych też. To one sprawiają, że miliony ludzi na całym świecie mają o czym marzyć.

I to jest w nich najważniejsze. Nie to, że jakiś Tomek czy inny agent wyrwie na taką brykę 7 Żanet i 4 Nikole pod modnym klubem gdzie drin kosztuje pół najniższej krajowej a przeciętne koszty wieczoru sięgają średniej pensji brutto w sektorze przedsiębiorstw. Nie to, że wspomniany już Andrzej po raz kolejny zanieczyści spodnie z Tesco. Najważniejsze jest to, że te samochody (i nie tylko one) wzbogacają ludzkie marzenia, zajmując miejsce wśród nich. A marzenia to cholernie potężna siła. Stu piętnastu usiądzie przed kompem, westchnie, dwóm czy trzem z nich być może ręka zabłądzi w rejony rozporka, po czym wrócą do rzeczywistości obejmującej spłacanie rat za telewizor i Octavię w dyzlu. Ale sto szesnasty zacznie szukać możliwości. Myśleć, kombinować, starać się. Może założy firmę, może zespół. Będzie działał, napędzany marzeniami. Marzenia zmienią się w plan, w cel. I być może ten cel zostanie osiągnięty. A nawet jeśli nie - na drodze do niego ten sto szesnasty i tak osiągnie więcej niż tamtych stu piętnastu razem wziętych. I tacy stoszesnaści sprawiają, że świat tak czy inaczej turla się naprzód. Właśnie dzięki marzeniom.

Nie dotyczy to tylko drogich, luksusowych aut. Może to być cokolwiek - sam wiem, ile pracowałem i na jakie ryzyko się porwałem zbierając na wymarzonego Alembica. Zresztą w końcu okazało się, że kosztował mnie mniej, niż można było przypuszczać, ale to już całkowicie inna opowieść. Tak czy inaczej - jest, mam go, jest genialny (mimo swych, że tak powiem, idiosynkrazji) i zostanie ze mną już na zawsze. Na Alembicu zresztą się nie kończy - teraz marzy mi się Wal. I Status. A to tylko część marzeń - tych materialnych. A mam też kilka innych. I one w końcu zamienią się w plany, te zaś - w cele. Po kolei, jeden za drugim.

Wracając do marzeń motoryzacyjnych - ciągle dojrzewałem, moje przekonania i gusta ewoluowały wraz ze mną, aż doszły do tego punktu, w którym znajdują się teraz. Nie kręcą mnie supersamochody, i choć bardzo chciałbym przejechać się Ferrari (najlepiej po torze), nie za bardzo chciałbym takie mieć. Od lat uwielbiam stare, spatynowane żelazo. Marzy mi się garaż zapełniony dziwacznymi klasykami, gdzie wśród pięknych, sprawnych choć noszących wyraźne ślady lat eksploatacji (taki stan lubię najbardziej) starych Dekawek, garbatych Saabów 96, Fiatów 500 i Dwacefałek królowałby wspaniały, nieziemski, niepowtarzalny Citroen DS. Ale wiem, że do codziennego upalania przydałoby się coś nowszego, być może nawet coś z gwarancją i Assistance, coś praktycznego i przede wszystkim takiego, czego uszkodzenie nie bolałoby tak mocno, jak zdemolowanie antyka. I choć mam małe, przyziemne marzenia w tym względzie, jak w wersji realistycznej Dacia Duster a w bardziej optymistycznej Toyota Auris Hybrid kombi (tak, duży, ustawny bagażnik jest dla mnie bardzo istotny) to nie wiem, czy mając nieprzyzwoicie gigantyczną furę kasy nie spojrzałbym w kierunku Mercedesa E63 AMG T (czyli kombi) lub - uwaga, uwaga - Tesli S w najmocniejszej, czteronapędowej wersji. Przestronność i komfort to jedno, ale do tego sama myśl o możliwości zrobienia setki rodzinnym, komfortowym kombiakiem lub równie przestronnym co cichym elektrowozem w nieco ponad 3 sekundy jest dziwnie kręcąca. Przepraszam.

A jako młodziak miałem na ścianach plakaty z Cinquecento, Seatem Terrą, Citroenem AX i paroma innymi samochodami, w których praktyczność i niskie koszta były ważniejsze niż osiągi czy luksusowe wyposażenie, był też XM, który dopiero co wtedy wyszedł i o którym marzyłem po nocach, ale jedna ze ścian była przeznaczona tylko na jeden, gigantyczny plaklat. Widniało na nim Porsche 959.



* * * 

Dorastamy, dojrzewamy, zmieniamy się wraz z otaczającym nas światem, a wraz z nami zmieniają się nasze marzenia. Jednak zawsze pozostają tym, czy są - marzeniami. Może mało realnymi, może nierozsądnymi, ale one też nie są po to, by być rozsądne i realistyczne. Janerka "Wiązankę Cz. IV" kończył słowami:

Dajcie nam żyć
Dajcie nam żyć
Dajcie nam żyć
Dajcie nam śmielej marzyć

I o to chodzi. By śmiało marzyć. I dążyć do realizacji tych marzeń. Dla siebie samych, nie dla zazdrości sąsiada.