środa, 29 sierpnia 2012

Basowisko: Malinek

Dobry wieczór.

Lato ma się ku końcu (proszę mnie nie poprawiać! TEMU MISIU!), robi się chłodniej, dni stają się krótsze, z niebios pokapuje smętnie, żyletki (rdzewiejące z nadmiaru wilgoci w atmosferze) same wskakują do rąk wiedzione pragnieniem bliższego zapoznania się z dowolnie wybranym nadgarstkiem... Wszystkie te objawy wskazują na postępujący jesienny spleen. Jeśli jesteś posunięty w leciech, naturalną reakcją będzie chwycenie poobijanego Precla ze zdechłymi strunami i udanie się do baru celem uskutecznienia bluesa. Jednakże dla basistów przed osiemdziesiątką lepszym wyborem będzie spłodzenie jakiejś rzewnej ballady. A nic tak pięknie nie siedzi w rzewnej balladzie, jak melancholijnie mruczący fretless. Czyli bas bezprogowy.

Odkąd Jaco Pastorius wyrwał zębami progi ze swojego Jazza a dziury po nich zakleił swą radioaktywną śliną, tysiące basistów poszło w jego ślady. Wiadomo było jednak, że mało kto dysponuje choćby zbliżonym talentem, więc mogą zdarzać się - nazwijmy to delikatnie - nieścisłości intonacyjne. Niektórzy - choćby legendarny, fenomenalny, genialny, nieprawdopodobny (i wciąż czynny) Pino Palladino - stwierdzili, że są hardkorami i w związku z tym nie potrzebują kresek na gryfie. W większości przypadków (wyjąwszy Pino, który jest hardkorem i prawdopodobnie byłby w stanie zagrać czysto na przezroczystej podstrunnicy) oznaczało to festiwal ćwierćtonów, dlatego pozostali, przekładający intonację nad lans, doszli do wniosku, że skoro Jaco miał kreski, nie jest to żaden obciach - i w taki oto sposób "lined fretless" zyskał na popularności. Oczywiście niektórym nawet to nie pomogło, ale to temat na osobną opowieść...

Ja sam stałem się fanem brzmienia fretlessa dość wcześnie. Cudowne dźwięki wydobywane przez Pino z jego Music Mana na niezliczonych nagraniach z lat 80., płyta "Ur" mistrza Lecha Janerki, fantastyczne linie tworzone przez Brada Housera z Eddie Brickell and the New Bohemians czy choćby przepiękne "Magiczne słowa" Ziyo z niezapomnianą partią basu nagraną przez Pawła Mazura (nie wspomnę tu o Lesie Claypoolu, gdyż po pierwsze używał fretlessa dość nietypowo, a po drugie - powiedzmy sobie szczerze - jego brzmienie było wtedy w zamierzony sposób obrzydliwe... co nie zmienia faktu, że wciąż go wielbię) - wszystko to sprawiło, że gdy wyposażyłem się po około roku grania w mój drugi bas, z pierwszego - enerdowskiej Musimy - natychmiast wyrwałem progi. I tak się zaczęło. Pewien czas później później zdeprogowałem moją pierwszą piątkę (był to Cort Action Bass), jednak po kolejnych kilku latach stwierdziłem, że deska z agathisu niekoniecznie brzmi tak okrągło i mrucząco, jak bym chciał... I wtedy na forum degeneratów i pasożytów zwanych basistami (na którym to forum udzielam się do dziś) pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży dziwnego, lutniczego, bezprogowego wynalazku. Wynalazek był wielki, biały, miał przystawkę EMG (a wtedy byłem jeszcze zwolennikiem aktywnej elektroniki), monstrualną główkę z pięcioma kluczami w rzędzie i kosztował bardzo niewielkie pieniądze. Nazywał się Malinek. Było to 7 lat temu... i mam go do dziś.


Gdy kurier pocąc się i stękając dostarczył paczkę ze spoczywającym w niej Malinkiem byłem zadziwiony jej rozmiarem. Po jej otwarciu wszystko stało się jasne... Jakie to bydle wielkie - taka była moja pierwsza myśl. Rzeczywiście - bas jest dość potężny. Kształt deski jest wzorowany na Jazz Bassie, ale jest nieco większa od pierwowzoru. Długa, rzędowa główka też robi swoje. Jednak to wszystko nic w porównaniu z masą tego białego monstrum...

Malinek waży pińcet dwajścia dziewięć (DWAJŚCIA DZIEWIĘĆ!!!) ton. Cała ta masa bierze się z rozmiarów oraz użytego drewna - z mojej rozmowy z twórcą tego dzieła, dębickim lutnikiem Ernestem Malinowskim, wynika, że pod białym lakierem kryje się solidny kawał ciężkiego jesionu. A ciężki jesion, jak może to co bardziej domyślnym (w kategorii "basista") czytelnikom sugerować nazwa, jest ciężki... Mój kręgosłup tego nie docenia. Na szczęście potęga wymiaru i ciężaru przekłada się w tym przypadku na potęgę brzmieniową.

Brzmienie Malinka traktowanego palcami (nierówno za to nieczysto)

Zazwyczaj w mej pisaninie staram się nie powtarzać tego samego słowa w zbyt bliskiej odległości, ale brzmienie tego basu trudno określić inaczej jak potężne. Owszem, przy delikatnej grze na krawędzi podstrunnicy Malinek potrafi zabrzmieć tak, jak fretless brzmieć powinien - śpiewnie, z ciepłym pomrukiem i charakterystycznym miauknięciem (można je uzyskać jedynie stosując struny z okrągłą owijką, najlepiej niklową - ja tak właśnie robię, wbrew poradom niektórych basistów, by do bezprogowca zakładać flaty, gdyż wtedy niestety gubi się ten charakterystyczny dźwięk) - jednak dominującym pasmem zawsze jest wszechogarniający dół. Niestety, często jest go wręcz zbyt wiele. Winą za to obarczam przystawkę. Aktywne EMG znane są z dość konturowego brzmienia (odpowiednik tzw. uśmiechu Romana w graficznej equalizacji) - niektórzy lubią tę charakterystykę, ja jednak niekoniecznie. Od dawna planuję wymianę przystawki na pasywnego humbuckera Bartollini z rozłączanymi cewkami - niestety, jak do tej pory finanse nie pozwoliły mi na to... Na szczęście brzmienie EMG jest tu częściowo neutralizowane przez tonalną charakterystykę zastosowanych drewien oraz klasyczną konstrukcję bolt-on (poza jesionem jest tu przykręcany czterema śrubami gryf z klonu przekładanego cienkimi paskami ciemnego drewna, bodajże wenge, oraz dobrze spisująca się we fretlessie palisandrowa podstrunnica), dzięki czemu bas nie traci tak istotnego dolnego środka. W razie potrzeby można wydobyć z Malinka również dość wyrazistą górkę - ze względu na zastosowany do budowy korpusu jesion oraz umiejscowienie przystawki, instrument zaskakująco dobrze brzmi... w klangu, co rzadko zdarza się w przypadku basów bezprogowych. Przy sieknięciu kciukiem uzyskujemy brzmienie nieco zbliżone do Music Mana, czyli de facto jeden z najfajniejszych, najskuteczniejszych klangowych soundów.

Malinek slapowany

Brzmienie jest najistotniejszą cechą każdego instrumentu, ale ważna jest również jakość wykonania. Tu niestety nie jest już szczególnie bajkowo... Kieszeń na gryf jest nierówna i gdzieniegdzie straszy poszarpanymi brzegami, z boku korpusu zieje dziura po gnieździe (prawdopodobnie bas miał niegdyś aktywną equalizację, zaś po demontażu wejście na jacka powędrowało w miejsce jednego z pokręteł) natomiast jakość lutowania pasywnej elektroniki (po jednym potencjometrze głośności i tonu) woła wręcz o pomstę do nieba lub innych mitologicznych instytucji. Nie pomnę już, ile razy oderwał się kabel masy, co skutkowało koniecznością ponownego lutowania. Gniazdo lata na boki i nie sposób go dobrze dokręcić, zaś otwór na nie jest dramatycznie nierówny. Podejrzewam jednak, że jest to jedno z wcześniejszych dzieł p. Malinowskiego (numer seryjny 0101) - słyszałem, że jego współczesnym konstrukcjom, noszącym już niestety nieco mniej uroczą nazwę Malwood, trudno cokolwiek zarzucić. Więcej problemów na szczęście brak. Gryf jest pokryty solidnym, przezroczystym lakierem (co lubię) i daje się łatwo ustawić zaś markery w miejscach progów są równe a na ich brzegach nie ma pęknięć ani śladów postrzępienia drewna. Podstrunnicę trzeba było przeszlifować, co fachowo zrobił Jacek Kobylski (szerzej znany jako Nexus), jednak podejrzewam, że wynikało to z lat wcześniejszego użytkowania.

Niestety, to nie koniec wad. Malinek ma jeszcze dwie - jedną usuwalną (przy pewnym nakładzie kosztów, drugą zaś niestety bez przedsięwzięcia drastycznych środków raczej nieuleczalną...

Pierwszą z nich jest mostek - najprawdopodobniej (pewności nie mam, gdyż loga brak) ceniony niegdyś Schaller 3D. Tak naprawdę nie wiem, za co był ceniony - ustawienie go to może nie koszmar, ale zdecydowanie wrzód na miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, zaś użyty do jego produkcji stop ma nienajlepszy wpływ na brzmienie basu. Na szczęście mostek łatwo wymienić - choćby na Hipshota, ABM-a lub legendarnego już Badassa - jednak wiąże się to z kosztami, na które aktualnie nie mogę sobie pozwolić.

Drugą zaś jest... rozmiar. Podobno duży może więcej... W tym przypadku jednak niekoniecznie. Otóż Malinek nie chce się zmieścić do większości dostępnych na rynku pokrowców, a o znalezieniu w sklepie sztywnego futerału, do którego dałoby się go wcisnąć, należy w ogóle zapomnieć. Szukanie odpowiednio długiego pokrowca było prawdziwym wyzwaniem...

Można by było w tym miejscu spytać - skoro Malinek ma tyle wad (a ma), czemu nie pozbyłem się go przez te 7 lat i nie zastąpiłem czymś lepszym? Otóż... w tym czasie miałem w rękach sporo pięciostrunowych basów bezprogowych. I prawie żaden z nich nie brzmiał tak dobrze, jak mój biały potwór, zaś te, które brzmiały, kosztowały kwoty, które w stosunku do mych dochodów można by spokojnie nazwać abstrakcyjnymi. Malinka można usłyszeć na kilku płytach, korzystałem z niego na niezliczonych koncertach - i wszędzie jego brzmienie spotykało się z komplementami. A to chyba coś znaczy.

Mimo to wiem jedno: jego ciężar i wielkość na tyle dały mi się we znaki, że moja następna bezprogowa piątka prawie na pewno będzie... obrzynem.

Podsumowując, czyli zady i walety...

Plusy:

* potężne brzmienie, przy odpowiedniej artykulacji - wręcz piękne
* niepowtarzalność
* rewelacyjny stosunek ceny do brzmienia
* można używać go do samoobrony

Minusy:

* jakość wykonania
* EMG (kwestia subiektywna - ale jeśli ktokolwiek poza mną narzekał na cokolwiek, to na zbyt potężny dół)
* mostek
* rozmiar i masa 
 
Czym go wozić:

Powiedzmy sobie szczerze: ten bas był tani. Uważam, że jest wart sporo więcej, niż kwota, którą za niego dałem, jednak sprzedając go, prawdopodobnie też nie zaśpiewam zbyt wiele. Dlatego też samochód, którym będziemy go wozić, też nie musi być wysokiej klasy. Jednak powinien mieć przyzwoity bagażnik - najlepiej sprawdzi się kombi. Co prawda woziłem Malinka Clio I, ZX-em, pożyczonymi Fiestą i Suzuki SX4 (a także - raz - Peugeotem 406) zaś aktualnie Mazdą 323 (pod kolor!), jednakże to właśnie kombiak byłby najlepszym wyborem - jeśli chcemy, by z tyłu jeszcze ktoś się zmieścił. A biorąc pod uwagę, że powstał w Polsce, możemy spokojnie załadować go do dzieła polskiej myśli inżynieryjnej - na przykład Poloneza kombi. Nie powstało ich wiele, ale można czasem takiego upolować - i biorąc pod uwagę ceny tych aut oraz ekstremalnie tanie naprawy, chyba warto. Innym dobrym wyborem byłaby również produkowana w Polsce Astra Classic kombi - wiem, bo jeden z mych muzycznych współpracowników jeździ taką i bardzo sobie ją chwali. A jest on multiinstrumentalistą - i na koncerty innego składu w bagażniku jego Asteroidy często jeździ inny polski basik...

Załaduj zatem Malinka do niedrogiego kombi i ruszaj na sztukę, gdzie oczarujesz publikę śpiewnym brzmieniem fretlessa. Tylko pamiętaj - patrz na kreski na podstrunnicy. Nie jesteś Pino.

Dobranoc.

1 komentarz:

  1. Ja bym Malinka woził na przednim fotelu Jaga XJ6, takim jak w Snatch - z lat osiemdziesiątych ;) Strasznie Ci go zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń