poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Eventualnie: Rembertowski poza Rembertowem

Ależ się porobiło.

Jak do tej pory najwięcej rajdów zawsze odbywało się latem. Tymczasem tegoroczna wiosna ledwie zdążyła się dobrze rozpędzić, a już mamy za sobą 6 imprez (i to licząc tylko te, w których brałem udział), natomiast sezon letni będzie dla mnie raczej dość ubogi. Co prawda dzieje się tak głównie z uwagi na charakter mojej pracy, ale fakt jest faktem - ostatnie miesiące były dla mnie bogatsze pod względem tego typu eventów, niż zapowiada się kolejne pół roku.

Nie ma co jednak narzekać, bo tegoroczne rajdy okazały się naprawdę dobre. Szczególnie dwa ostatnie - w tym wczorajszy, trzeci już Rajd Rembertowski.

Po zaskakująco dobrym wyniku na rajdzie Matka Siedzi z Tyłu, do tego wciąż mając w pamięci nader zacny występ na zeszłorocznym Rembertowskim, byłem nader optymistycznie nastawiony. Niestety, nastawienie to minęło jak ręką odjął po przeczytaniu materiałów przedrajdowych. To, co przygotowali organizatorzy, to była masakra: dwa plany (do tego jeden nowego typu), próba sportowa - wszystko to sprawiało, że przewidywałem koszmar.

Ależ dobrze jest czasem się mylić.

Tak czy owak - w kolejny już piękny kwietniowy poranek stawiłem się z Obywatelką Pilotką (vel Pajonk) na miejscu startu, tym razem ulokowanym poza Rembertowem. Co ciekawe, był to ten sam parking, na którym 2 lata temu znalazła się meta pierwszego Rembertowskiego.

Już na dzień dobry rzucił mi się w oczy bardzo dobry gust rywali.





Oczywiście dobry gust nie musi oznaczać bezwzględnego trzymania się jednej (i jedynie słusznej) marki.

Kącik wyśmienitego gustu

No dobra, tu gust jest bardzo mieszany
Gust wręcz wspaniały

Motoryzacyjny gust - super, kolorystyczny - no troszkę mniej

Gust wysmakowany w połączeniu ze swoistą odwagą

Gust bez zarzutu

Gust wesoły, choć z pozoru smutny
Wkrótce rozpoczęła się odprawa...


...i załogi wystartowały.


Przez kilka pierwszych minut mieliśmy wrażenie, że nasze obawy się potwierdzą. Itinerer bardzo szybko przestał się zgadzać. Jak się jednak okazało, zamknięte zazwyczaj osiedle ktoś tym razem otworzył, dlatego wiele załóg (w tym i my) dało się wbrew intencji organizatorów wyprowadzić na manowce. Po powrocie na właściwą drogę wszystko już szło jak z płatka.

Tymczasem trasa obfitowała w całkiem ciekawe widoki.


Po drodze uczestnicy mogli napotkać na coś, co lubujące się w gratach tygryski lubią najbardziej, czyli smakowite pekapy.


Niektóre zadania wykraczały poza wiedzę czysto motoryzacyjną, ale dało się je rozpracować drogą dedukcji.


Osobnym tematem było wypatrywanie widoczków ze zdjęć. Niektóre były bardzo trudne do odnalezienia, inne - wyjątkowo łatwe. I malownicze.


Oczywiście nie unikniemy tu kwestii planu.

Jak już nie raz i nie dwa wspominałem, plan jest w zasadzie jedynym elementem nawigacyjnym, którego wręcz nienawidzę całym swym jestestwem. Na sam dźwięk słowa "plan" każda moja komórka mózgowa zwija się w paroksyzmie bólu przerywanym gwałtownymi torsjami (swoją drogą, rzygający mózg musi stanowić nader frapujący widok). Oczywiście dzieje się tak, gdyż najzwyczajniej w świecie nic z tematyki planu nie rozumiem, mimo wielokrotnego przeczytania netowej literatury i zrobienia praktycznie wszystkich ćwiczeń ze strony powszechnie polecanej przez wszystkich nawigujących. Po prostu kartka nie przekłada mi się na real. Nie i już. Nie wiem czemu, próbowałem, przerasta mnie to i koniec. A tu organizatorzy uszczęśliwili nas dwoma planami, z czego pierwszy był zupełnie nowym (przynajmniej dla mnie) konceptem, gdzie zadaniem nie było przejeżdżanie punktów, tylko linii.

Na szczęście moja Luba Obywatelka Pilotka ewidentnie nie wykazuje takiej samej usterki mózgowia, co ja, i po odrobinie praktyki jest w stanie przeprowadzić mnie przez plan bez ofiar w ludziach i sprzęcie. I, na co wszystko wskazuje, bez błędów.

Tymczasem załogi zaliczały kolejne punkty i pekapy, z czego jeden wymagał dogłębnej znajomości historii marki Alfa Romeo. Nie wiem, czy ktokolwiek niebędący alfaholikiem był w stanie zaliczyć cały ten pekap poprawnie.

W tak pięknych okolicznościach architektury typu Lipsk uczestnicy bezradnie wgapiali się w kartę z pytaniami

Inni równie bezradnie wgapiali się w silnik
W końcu dotarliśmy do końca pierwszego etapu, gdzie czekał ten jeden punkt, którego bałem się bardziej, niż planu. I słusznie.

Próba sportowa.



Była to pierwsza tego typu próba w moim niezbyt krótkim już żywocie. Do tego świadomość, że wyłapanie tzw. taryfy, czyli popełnienie błędu podczas przejazdu, w zasadzie załatwia temat w kwestii punktowej, nie pomagała w utrzymaniu względnej higieny bielizny osobistej. Dlatego zrobiłem w zasadzie jedyną rzecz, którą może zrobić pierdoła, znająca terminy "dobrze" i "szybko" ale nieumiejąca zastosować ich naraz.

Pojechałem POWOLI.

Dość powiedzieć, że lepsze czasy od mojego osiągały niektóre Żuki i Syreny, ale przynajmniej nie było taryfy. Jednak... wstyd pozostaje.

Tymczasem pozostał ostatni odcinek rajdu.

Borewicz, Akwarium czy Strich Acht?
I w końcu meta.

Niestety nie zadbano o żołądkowy dobrostan osobników niespożywających świń
Jak się okazało, mimo dość ślamazarnego tempa na całej trasie (nie tylko na próbie SZ), byliśmy jedną z pierwszych załóg, które zameldowały się na finiszu.




Acz niektórzy uczestnicy, zdawszy karty, zdążyli podjąć decyzję o ewakuacji.



Inni stali spokojnie, czekając na wynik.


Jeszcze inni przybywali. I to dość licznie.






Ja sam z początku przeparkowałem Skanssena (ponieważ towarzystwo), ale dość szybko stwierdziłem, że zdążę pobrać Młodzieża od mej Czcigodnej Staruszki i wrócić przed ogłoszeniem wyników.



Ruszyłem tedy, a Ob. Pilotka vel Pajonk została na mecie celem oczekiwania na wyniki oraz dokumentacji kolejnych pojawiających się na mecie załóg.

































Gdy powróciłem na metę, wyników nadal nie było. Był za to placyk zapełniony nader pięknymi sprzętami.


Ekipa organizatorów ciężko pracowała, by jak najszybciej obliczyć wyniki z kart.


Auta dostosowane do okoliczności meteorologicznych spokojnie wietrzyły tapicerkę.


Ja zaś, zaproszon przez imć Marcina do wnętrza przecudownego Saaba 96, rozpływałem się w absolutnym zachwycie nad wszystkim, co znajdowało się na pokładzie tego wehikułu.


Popołudniowe słoneczko grzało niczym latem, co sprawiało, że niektórzy uczestnicy posapywali z gorąca.


Niektórzy niestety musieli zawijać się tuż przed ogłoszeniem wyników.


Inni wciąż cierpliwie czekali.


A cierpliwość ich, jak to zwykle bywa, została nagrodzona.





A my? No cóż... Nie mogliśmy powstrzymać się przed zabraniem czegoś do domu. I to mimo położonej próby SZ.


Podsumowując - rajd był świetny. Tak, jak w zeszłym roku, pomysły zaskakiwały niebanalnością (choćby wierszyk z polami do wypełnienia - niby powtórka z zeszłego roku, ale nikt poza organizatorami Rembertowskiego nie wymyślił niczego w podobnym guście), pytania bywały wesoło podchwytliwe a trasa - choć nie aż tak genialna jak w zeszłym roku (skrótu z Rembertowa na Elsnerów chyba nie da się pobić) - okazała się nader urokliwa.

Tylko dlaczego rajd noszący nazwę jednej z dzielnic ledwie o nią zahaczył, większość akcji przenosząc do Wesołej i Wawra?

4 komentarze:

  1. Dzięki za zdjęcie z mety! :)

    A co do Rajdu Remberwoskiego poza Rembertowem. Ja to tłumaczyłem pilotowi tak, że np Rajd Dakar też nie jest w Dakarze i jakoś ludzie przywykli ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Po prostu dwie edycje RR wyczerpały teren i już się nie da zrobić rajdu na Rembertowie. A znana nazwa jest taka jak widać, więc cóż... Rajd Remebertowski Chwilowo W Wesołej brzmi gorzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A gdzie. Jest jeszcze Kawęczyn z tymi małymi uliczkami odchodzącymi od Chełmżyńskiej, na odcinku między Marsa a Chłopickiego. W ogóle nie były eksplorowane w dotychczasowych edycjach. A dzieje się tam, oj dzieje!

      Usuń
    2. Jasne, że były eksplorowane. Na I Rembertowskim ;)

      Usuń