środa, 24 października 2018

Śmignąwszy: Baleron w Coupie

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. A tym bardziej nie powinno się (podobno) opisywać czegoś, co już się kiedyś opisywało - czy jest to smartfon, toster, proteza dentystyczna, instrument muzyczny (strunowy, szarpany) czy też, prawdaż, samochód. Jednak... są pewne wyjątki. Zdarzyło mi się na ten dany przykład dwukrotnie napisać o tym samym basie (za pierwszym razem z oryginalną przystawką, za drugim - z pickupem wymienionym na polskiego Merlina). Miałem również okazję napisać dwukrotnie o zasadniczo tym samym modelu samochodu. Do tego oba egzemplarze miały pod maską ten sam silnik, tyle, że pierwszy z nich był sedanem w automacie, drugi zaś kombiakiem w manualu.

A teraz przyszło mi przejechać się tym samym modelem po raz trzeci. Tyle, że tym razem pod jego maską pracował benzyniak - ale to nie silnik był tu najważniejszym elementem.

Tą najbardziej interesującą cechą była wersja nadwoziowa. Konkretnie zaś coupe.


O mercedesowskiej serii W124 napisano już chyba wszystko, i to po kilka razy. Również o dwudrzwiowej odmianie, nazwanej wewnętrznym kodem C124, można znaleźć masę informacji. Niektóre z nich są dość ciekawe - jak choćby ta, że poza światłami, grillem, klamkami i lusterkami (oraz chyba jeszcze przednim zderzakiem) nadwozie nie ma ani jednego wspólnego elementu z sedanem czy (tym bardziej) kombi. Przez długi czas myślałem, że maska i przednie błotniki są takie same, ale nie - ponoć one też są przeznaczone wyłącznie dla coupety (no, i jeszcze opartego na niej ultrarzadkiego kabrioletu). Czyli, jak przypuszczam, sporo droższe.


W środku - przynajmniej z przodu - jest jednak podobnie, jak w pozostałych wersjach. Ta sama świetnie zmontowana, solidna deska rozdzielcza, takie same duże, czytelne wskaźniki, takie samo dość biedne wyposażenie i takie same typowe dla Mercedesów z tamtych lat rozwiązania, jak brak prawej dźwigienki (zastąpionej przez wielofunkcyjną dźwigienkę z lewej strony kierownicy) czy "nożny ręczny". Do tego mamy dobrą widoczność we wszystkie strony i wygodną, relaksującą pozycję za kierownicą. Świetne są też fotele  obszyte grubą, jędrną skórą, co prawda dość twardą, za to sprawiającą wrażenie niezniszczalnej. Podejrzewam, że pochodzi z esesmańskich płaszczy.


Nieco gorzej jest z tyłu.

Po wciśnięciu się na drugi rząd siedzeń (co jest dużo trudniejszym zadaniem, niż wgramolenie się na tylną kanapę 3-drzwiowego Volvo 340) szybko odczujemy niedobór przestrzeni, zarówno na nogi jak i na mózgoczaszkę. Trudno jednak narzekać - wszak jest to coupe, czyli samochód z definicji przeznaczony dla towarzystwa podróżującego na bardzo wygodnych przednich fotelach. Na pocieszenie pozostaje delektowanie się wyśmienitą jakością montażu i materiałów.


Oczywiście pozostaje jeszcze jeden przedział - tyle, że niekoniecznie pasażerski, konkretnie zaś bagażnik. A ten, jak na coupe, jest naprawdę solidny. Owszem, niektórzy mogliby narzekać na nieregularny kształt, ja sam miałbym kilka uwag co do niczym nieosłoniętych zawiasów wnikających do środka, ale ogólnie jest przyzwoicie. Dość powiedzieć, że bas w usztywnianym pokrowcu wchodzi bez bólu. I zostaje jeszcze sporo miejsca.


Pozostaje oczywiście kwestia podstawowa, czyli jak się tym jeździ. A jeździ się bardzo przyjemnie.

Jak to w Mercedesie, najważniejszą kwestią jest wygoda. A temu trudno cokolwiek zarzucić. Wspomniane już fotele, choć dosyć sztywne za sprawą grubej, skórzanej tapicerki, zapewniają świetne podparcie dla zadnich rejonów ciałokształtu, zaś zawieszenie jest po prostu... mercedesowskie. Oczywiście C124 ze względu na swój charakter nie jest tak bujającą kanapą jak choćby sedan, ale i tak nastawy podwozia są ewidentnie ukierunkowane na komfort jazdy. To nie jest twarda, ostra zabawka na tor, tylko relaksujący autobahnowy cruiser.

Oczywiście na autobahnie przydałyby się też jakieś osiągi. A te są... wystarczające. Pod maską testowanego żelaza pracuje benzynowa czterocylindrówka o pojemności 2,2 litra i mocy 150 KM. Jak na spore, dość ciężkie coupe nie jest to zbyt wiele - tym bardziej, że część tych koni zostaje przerobionych na chudą koninę przez dość leniwie działający, nieco szarpiący przy redukcji automat. To, co zostaje, wystarcza do sprawnego, dość żwawego poruszania się - i nic więcej. Do tego dochodzi niezbyt szlachetny dźwięk rzędowej czwórki. Żeby nie było wątpliwości - całość działa bardzo dobrze i do zwykłych zastosowań osiągi dwudrzwiowego Balerona są całkowicie wystarczające. Jednak... do tej wersji dużo lepiej pasowałaby mocna, aksamitnie pracująca szóstka.

Nie zmienia to jednak faktu, że C124 jeździ się bardzo przyjemnie i... nieco znajomo. Pozycja za kierownicą, praca układu kierowniczego (w tym rewelacyjna zwrotność), w pewnym stopniu też charakterystyka przedniego zawieszenia - wszystko to trochę przypomina mi samochód, który znam bardzo dobrze, czyli Volvo 940. A to jest doskonałe porównanie.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

Mercedes C124, czyli Kupebaleron, to już JAKTAJMER PEŁNO GEMBO. Ale oprócz tego to kawał świetnie wykonanego, solidnego, wygodnego i stylowego żelaza do upalania na co dzień. Jasne, z tyłu jest nieco ciasnawo, ale umówmy się - coupe to nie rodzinowóz. Choć w tym przypadku pełni taką właśnie funkcję, a pasażerka tylnej kanapy nie narzeka - aczkolwiek zapewne dzieje się tak, gdyż ma jedynie 7 miesięcy. Jedyne, czego brakuje w tym egzemplarzu, to mocniejszy, lepiej brzmiący silnik. Problem jednak w tym, że odmiany sześciocylindrowe wkraczają w cenową stratosferę.

Tak czy inaczej - jeśli chcesz youngtimera z którym da się bezboleśnie żyć na co dzień a do tego lubisz wygodne, relaksujące Gran Turismo, C124 jest świetnym wyborem. Dopasuj wersję silnikową do swoich możliwości finansowych i ruszaj na polowanie. Tylko pamiętaj - koniecznie w bornicie!

Plusy:
  • komfort jazdy
  • jakość i solidność wykonania
  • przestrzeń z przodu
  • niezły bagażnik
  • zwrotność
  • stylówa
Minusy:
  • niezbyt porywające osiągi i brzmienie wersji 220
  • dość leniwy automat z tendencjami do lekkiego szarpania
  • ciasna kabina z tyłu
  • ceny sensownych egzemplarzy (bezsensownych zresztą też)
Co nim wozić:

Tak naprawdę trudno orzec, jaki bas pasowałby do Balerona w Coupecie. Coraz cenniejszy niemiecki klasyk zasługuje na to, by w jego bagażniku znalazł się równie cenny niemiecki instrument. Oczywiście nie będę nawet sugerował splugawienia tej szlachetnej przestrzeni bagażowej Warwickiem, jednak ładny Marleaux (będący, wbrew nazwie, w pełni germańskim sprzętem) pasowałby tu jak ulał.

Sam zaś mam nadzieję, że Wam będzie pasował tenże oto film:


5 komentarzy:

  1. O, Bornit Metallic - taki kolor jak mój :)
    Jakoś dwudrzwiowy Baleron zawsze był dla mnie najmniej pożądaną wersją nadwoziową, wydaje mi się być nieco niezgrabny (ale wciąż nie jest tak źle jak w C140).
    Silnik 2.2 często jest uznawany za najlepszy kompromis pomiędzy osiągami, spalaniem, i trwałością (tu już nie ma K-jeta, można też bezproblemowo gazować). Nie da się jednak ukryć że rzędowa szóstka, to rzędowa szóstka - kultura pracy w moim 2.8 jest niesamowita, czasem wysiadając z auta po zaparkowaniu dopiero zdawałem sobie sprawę że nie zgasiłem silnika, tak jest cichy.
    I jak to w testowanym egzemplarzu nie ma klimy? Przecież jest, te 3 przyciski pomiędzy pokrętłami nawiewu to właśnie klima (u mnie akurat tego brakuje).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bornit jest absolutnie najlepszy do Balerona!

      A co do klimy - paczpan, beleroprofan ze mnie, szukam przycisku AC, nie widzę i zakładam, że klimy nie ma. Dzięki za sprostowanie - już poprawiłem!

      Usuń
  2. Sorry, że ci to mowie, mam nadzieje, że nie jesteś obrażalski, poza tym to sumie dla "twojego dobra" ale w spiętych włosach wyglądasz dużo sensowniej niż w rozpuszczonych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czemu miałbym się obrażać? Kwestia gustu.

      Usuń
  3. Moim zdaniem najładniejszą odmianą Balerona jest coupe. :) To jest prawdziwe tego typu nadwozie, nie to co np. BMW X6. Mercedes W124 to jedno z najlepszych aut wszechczasów obok Volva 240 i Lexusa LS400.

    OdpowiedzUsuń