Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baleron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baleron. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 października 2018

Śmignąwszy: Baleron w Coupie

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. A tym bardziej nie powinno się (podobno) opisywać czegoś, co już się kiedyś opisywało - czy jest to smartfon, toster, proteza dentystyczna, instrument muzyczny (strunowy, szarpany) czy też, prawdaż, samochód. Jednak... są pewne wyjątki. Zdarzyło mi się na ten dany przykład dwukrotnie napisać o tym samym basie (za pierwszym razem z oryginalną przystawką, za drugim - z pickupem wymienionym na polskiego Merlina). Miałem również okazję napisać dwukrotnie o zasadniczo tym samym modelu samochodu. Do tego oba egzemplarze miały pod maską ten sam silnik, tyle, że pierwszy z nich był sedanem w automacie, drugi zaś kombiakiem w manualu.

A teraz przyszło mi przejechać się tym samym modelem po raz trzeci. Tyle, że tym razem pod jego maską pracował benzyniak - ale to nie silnik był tu najważniejszym elementem.

Tą najbardziej interesującą cechą była wersja nadwoziowa. Konkretnie zaś coupe.


O mercedesowskiej serii W124 napisano już chyba wszystko, i to po kilka razy. Również o dwudrzwiowej odmianie, nazwanej wewnętrznym kodem C124, można znaleźć masę informacji. Niektóre z nich są dość ciekawe - jak choćby ta, że poza światłami, grillem, klamkami i lusterkami (oraz chyba jeszcze przednim zderzakiem) nadwozie nie ma ani jednego wspólnego elementu z sedanem czy (tym bardziej) kombi. Przez długi czas myślałem, że maska i przednie błotniki są takie same, ale nie - ponoć one też są przeznaczone wyłącznie dla coupety (no, i jeszcze opartego na niej ultrarzadkiego kabrioletu). Czyli, jak przypuszczam, sporo droższe.


W środku - przynajmniej z przodu - jest jednak podobnie, jak w pozostałych wersjach. Ta sama świetnie zmontowana, solidna deska rozdzielcza, takie same duże, czytelne wskaźniki, takie samo dość biedne wyposażenie i takie same typowe dla Mercedesów z tamtych lat rozwiązania, jak brak prawej dźwigienki (zastąpionej przez wielofunkcyjną dźwigienkę z lewej strony kierownicy) czy "nożny ręczny". Do tego mamy dobrą widoczność we wszystkie strony i wygodną, relaksującą pozycję za kierownicą. Świetne są też fotele  obszyte grubą, jędrną skórą, co prawda dość twardą, za to sprawiającą wrażenie niezniszczalnej. Podejrzewam, że pochodzi z esesmańskich płaszczy.


Nieco gorzej jest z tyłu.

Po wciśnięciu się na drugi rząd siedzeń (co jest dużo trudniejszym zadaniem, niż wgramolenie się na tylną kanapę 3-drzwiowego Volvo 340) szybko odczujemy niedobór przestrzeni, zarówno na nogi jak i na mózgoczaszkę. Trudno jednak narzekać - wszak jest to coupe, czyli samochód z definicji przeznaczony dla towarzystwa podróżującego na bardzo wygodnych przednich fotelach. Na pocieszenie pozostaje delektowanie się wyśmienitą jakością montażu i materiałów.


Oczywiście pozostaje jeszcze jeden przedział - tyle, że niekoniecznie pasażerski, konkretnie zaś bagażnik. A ten, jak na coupe, jest naprawdę solidny. Owszem, niektórzy mogliby narzekać na nieregularny kształt, ja sam miałbym kilka uwag co do niczym nieosłoniętych zawiasów wnikających do środka, ale ogólnie jest przyzwoicie. Dość powiedzieć, że bas w usztywnianym pokrowcu wchodzi bez bólu. I zostaje jeszcze sporo miejsca.


Pozostaje oczywiście kwestia podstawowa, czyli jak się tym jeździ. A jeździ się bardzo przyjemnie.

Jak to w Mercedesie, najważniejszą kwestią jest wygoda. A temu trudno cokolwiek zarzucić. Wspomniane już fotele, choć dosyć sztywne za sprawą grubej, skórzanej tapicerki, zapewniają świetne podparcie dla zadnich rejonów ciałokształtu, zaś zawieszenie jest po prostu... mercedesowskie. Oczywiście C124 ze względu na swój charakter nie jest tak bujającą kanapą jak choćby sedan, ale i tak nastawy podwozia są ewidentnie ukierunkowane na komfort jazdy. To nie jest twarda, ostra zabawka na tor, tylko relaksujący autobahnowy cruiser.

Oczywiście na autobahnie przydałyby się też jakieś osiągi. A te są... wystarczające. Pod maską testowanego żelaza pracuje benzynowa czterocylindrówka o pojemności 2,2 litra i mocy 150 KM. Jak na spore, dość ciężkie coupe nie jest to zbyt wiele - tym bardziej, że część tych koni zostaje przerobionych na chudą koninę przez dość leniwie działający, nieco szarpiący przy redukcji automat. To, co zostaje, wystarcza do sprawnego, dość żwawego poruszania się - i nic więcej. Do tego dochodzi niezbyt szlachetny dźwięk rzędowej czwórki. Żeby nie było wątpliwości - całość działa bardzo dobrze i do zwykłych zastosowań osiągi dwudrzwiowego Balerona są całkowicie wystarczające. Jednak... do tej wersji dużo lepiej pasowałaby mocna, aksamitnie pracująca szóstka.

Nie zmienia to jednak faktu, że C124 jeździ się bardzo przyjemnie i... nieco znajomo. Pozycja za kierownicą, praca układu kierowniczego (w tym rewelacyjna zwrotność), w pewnym stopniu też charakterystyka przedniego zawieszenia - wszystko to trochę przypomina mi samochód, który znam bardzo dobrze, czyli Volvo 940. A to jest doskonałe porównanie.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

Mercedes C124, czyli Kupebaleron, to już JAKTAJMER PEŁNO GEMBO. Ale oprócz tego to kawał świetnie wykonanego, solidnego, wygodnego i stylowego żelaza do upalania na co dzień. Jasne, z tyłu jest nieco ciasnawo, ale umówmy się - coupe to nie rodzinowóz. Choć w tym przypadku pełni taką właśnie funkcję, a pasażerka tylnej kanapy nie narzeka - aczkolwiek zapewne dzieje się tak, gdyż ma jedynie 7 miesięcy. Jedyne, czego brakuje w tym egzemplarzu, to mocniejszy, lepiej brzmiący silnik. Problem jednak w tym, że odmiany sześciocylindrowe wkraczają w cenową stratosferę.

Tak czy inaczej - jeśli chcesz youngtimera z którym da się bezboleśnie żyć na co dzień a do tego lubisz wygodne, relaksujące Gran Turismo, C124 jest świetnym wyborem. Dopasuj wersję silnikową do swoich możliwości finansowych i ruszaj na polowanie. Tylko pamiętaj - koniecznie w bornicie!

Plusy:
  • komfort jazdy
  • jakość i solidność wykonania
  • przestrzeń z przodu
  • niezły bagażnik
  • zwrotność
  • stylówa
Minusy:
  • niezbyt porywające osiągi i brzmienie wersji 220
  • dość leniwy automat z tendencjami do lekkiego szarpania
  • ciasna kabina z tyłu
  • ceny sensownych egzemplarzy (bezsensownych zresztą też)
Co nim wozić:

Tak naprawdę trudno orzec, jaki bas pasowałby do Balerona w Coupecie. Coraz cenniejszy niemiecki klasyk zasługuje na to, by w jego bagażniku znalazł się równie cenny niemiecki instrument. Oczywiście nie będę nawet sugerował splugawienia tej szlachetnej przestrzeni bagażowej Warwickiem, jednak ładny Marleaux (będący, wbrew nazwie, w pełni germańskim sprzętem) pasowałby tu jak ulał.

Sam zaś mam nadzieję, że Wam będzie pasował tenże oto film:


środa, 11 października 2017

"A może tak rzucić to wszystko", czyli ratunkowa misja w Bieszczady

Od czego są przyjaciele?

Na przykład od tego, by wsiąść w samochód (nie swój, bo własny nie ma haka), zapiąć lawetę, choć nigdy wcześniej nie jeździło się z jakąkolwiek przyczepą, i ruszyć w Bieszczady, gdzie nigdy wcześniej się nie było.

Ale od początku.

Jest sobie pewne zaprzyjaźnione ze mną i z Lubą (vel Obywatelką Pilotką) małżeństwo. Oboje mocno gustujący w tzw. naturze, przygodach i aktywnościach najróżniejszych. Oboje zmotoryzowani w dwójnasób - zresztą dane mi było testować wehikuły zarówno jego, jak i jej (i to ten wcześniejszy i ten późniejszy). W dwójnasób jednak nie oznacza tu, że oboje posiadają samochody (choć jest to prawdą, q.e.d.), tylko że mają po samochodzie i po motocyklu. I na owych motocyklach, celem uczczenia niedawno naciągniętych obrączek, pocisnęli sobie byli tam, gdzie legendarnie zielono, dziko i w ogóle, czyli w Bieszczady.

No i wtedy, niestety, wziął i nastąpił klops.

Najpierw Pani spłatało psikusa jej własne, osobiste kolano, które postanowiło ulec uszkodzeniu. Następnie uszkodzeniu uległy motocykle. Oba.

Krótka rozkmina, rozważenie za (przyjaciele w potrzebie) i przeciw (niebezpieczeństwo spóźnienia na ostatnią próbę przed pierwszymi, cholernie ważnymi graniami) i szybka decyzja: jadę po was.

Pytanie jednak, czym. Do Skanssena wszak nie załaduję motórów. Do Vivaro w sumie też lepiej nie. No to może laweta? Ale jaka - wszak wszelkie Ducaty i Iveca są z lekka przyduże...

...aha. Przyczepa. Ciągnięta wyposażonym w hak Baleronem Pana.

Cóż zatem było robić.


Niestety było już dość konkretne popołudnie, co oznaczało, że na miejscu znajdę się raczej po północy. Na pocieszenie jednak navi pokierowało mnie... przez doskonale mi znany rejon, w którym co roku spędzam trochę czasu na leniwym relaksie. Tam też zresztą postanowiłem zatrzymać się na krótki popas.


Dalsza droga (czyli jakieś jej 90%) przebiegła bez większych zakłóceń - może poza absolutnie nieprzenikalną mgłą na jednym z ostatnich odcinków, szybką (wspomaganą telefonicznie) nauką cofania i zawracania z przyczepą w nocy, na wąskiej, nieoświetlonej dróżce z rowami po bokach oraz faktem, że na miejscu znalazłem się nie w okolicach północy, tylko po 2.

I to jeszcze nie był koniec.

Gdy przybyłem na miejsce, Pan czekał na mnie w pożyczonym od gospodarza Suzuki Jimny. Na pytanie, gdzie śpią (zaparkowaliśmy w zasadzie pod noclegowiskiem), przepiął lawetę do Suzuczka, po czym ruszyliśmy jeszcze kilka kilometrów wgłąb absolutnej bieszczadzkiej dziczy.

Wiedziałem już, że jeśli mam zdążyć z powrotem, noc będzie krótka. I była.

Za to poranne widoczki można było zaliczyć do niezwykle urokliwych.




Oczywiście Bieszczady nie byłyby Bieszczadami bez UAZ-a. Na czarnych.

Do środka pada, a on nadal pracuje
Zanim zabraliśmy się za załadunek motocykli, była jeszcze chwilka na zaczerpnięcie świeżego, porannego, bieszczadzkiego powietrza.


Aczkolwiek raczej nie stąd

Spa, jak widać, też mają

A dzień dobry się z panem
Relaks trzeba było jednak rychło kończyć - żeby zdążyć na 18 pod Warszawę konieczne było mocne spięcie elementów zadnich. Oraz motocykli na lawecie.

To jednak było niczym w porównaniu z zadaniem, które czekało ciągnącego lawetę Jimny'ego.

Pod górę bieszczadzkiego, pokrytego gliną i porośniętego trawą stoku.

Po całonocnym deszczu.


Pierwszy fragment szlaku, którego część trzeba było pokonywać trawersem, został przebyty w miarę gładko (co było w głównej mierze zasługą kierowcy - ja w tym czasie siedziałem na prawym fotelu i bez większego upodobania wgryzałem się we własne pazury). Jednak chwilę później zaczęły się schody.

A w zasadzie podjazd.

Mokry, śliski podjazd kontra mała terenóweczka ciągnąca około półtonową lawetę.

Pierwsze trzy próby nie przyniosły rezultatu - w pewnym momencie koła małego Suzuczka zaczynały bezradnie mielić glinę. Doszedłem do wniosku, że może odelżenie zestawu o moje własne k. 90 kg zrobi jakąś różnicę.

I, jak widać, zrobiło.


Nie wiem, jakim cudem udało się to onemu obywatelu, ale... jakoś się udało. Kierowca znalazł niewyślizgany jeszcze fragmencik zbocza, Jimny wgryzł się w podłoże przy pomocy w pełni mechanicznego przeniesienia napędu... I poszło.

Pozostało już tylko dotrzeć do Balerona, przepiąć lawetę, wrócić po Panią i ruszyć dodom.

Po drodze do miejsca, gdzie czekał pojemny, komfortowy kombiak, można było jeszcze popodziwiać prawdziwie bieszczadzkie wrosty.



W końcu dotarliśmy na polanke pod kościołem, gdzie czekał Baleron. Trzeba przy tym przyznać, że czekał w całkiem zacnym towarzystwie.

Tak, trochę się paliło. I tak, nadal jeździ.

Ten już raczej nie. Zapewne dlatego, że nie jest UAZ-em.
Pozostało zatem już tylko ruszyć w drogę i mieć nadzieję, że jedynymi wrażeniami, które przyniesie ten dzień, będą przeżycia estetyczne zapewnione przez urokliwe bieszczadzkie landszafty.




Niestety... nie.

Najpierw nawigacja pokazała drogę, która poprowadziła nas na manowce. Nie były to jednak cudne manowce, tylko bezsensowna pętla, po której w pewnym momencie zaczęliśmy jechać... z powrotem. W końcu, celem wydostania się z niej, zjechaliśmy na zasugerowany przez guglmapę skrót.

Na którym urwaliśmy wydech.

Powiem tak: zatrzymywanie się na równie wąskiej co ruchliwej lokalnej drodze celem mocowania bardzo niefartownie urwanej rury wydechowej, podczas gdy w obie strony śmigają autobusy i ciężarówki, nie jest zbyt relaksującym zajęciem.

Na szczęście udało się - zarówno naprawić nadwyrężonego ciśnięciem przez wykroty Balerona, jak i dotrzeć na czas.


Wnioski z wyprawy mam cztery.

1. Baleron to bardzo fajny, wygodny dupowóz, wyśmienicie sprawdzający się w trasie, przyjazny zarówno kierowcy jak i pasażerom, a jednocześnie na tyle twardy, by przeżyć wyprawę z lawetą po drodze, która zabiłaby 90% innych osobówek.
2. Suzuki Jimny to mega kompetentny sprzęt, który potrafi dużo więcej niż to, na co wskazuje jego skromny, pocieszny wygląd.
3. Jadąc w Bieszczady warto mieć przynajmniej 2 godziny zapasu. I mapę. I pilota.
4. Chętnie tam wrócę. Ale już raczej bez lawety.

Choć... jeśli będzie trzeba, zrobię to znowu. W końcu od czego są przyjaciele?

poniedziałek, 17 października 2016

Eventualnie: ostatnie takie Nity

Wspominałem już, że sama końcówka sezonu jest jednocześnie najgrubszą jego częścią. Najtłustszym zaś eventem z całego tego zestawu pyszności już od 10 lat jest niezmiennie Festiwal Nitów i Korozji. Przyznaję bez bicia - znam tę imprezę dopiero od 4 lat, jednak zarówno VI jak i VII jego edycja, o które zahaczyłem na kilka chwil jako obserwator, zdały mi się naprawdę srogie. W VIII Nitach udało mi się już wziąć udział (jako pilot EmZetowej Pandy), tak samo w IX (jako tejże Pandy kierowca), i bawiłem się tak dobrze, że w momencie dotarcia do mety moją pierwszą myślą było "to już?". Dlatego też, gdy usłyszałem, że tegoroczna, dziesiąta już edycja Nitów może być ostatnią, oprócz ukłucia żalu poczułem imperatyw (niekoniecznie jednak kategoryczny), by raz jeszcze wziąć udział - i to jako imienny członek załogi, czyli kierowca lub pilot. Jako, że wyżej wymieniona Panda miała już obsadę przedniosiedzeniową, zaś naszej czteroosobowej ekipie z Balerona całkiem nieźle poszło na niedawnym Praskim, wybór był oczywisty.

W dniu zapisów na kilka minut przed ich startem już czekałem niecierpliwie w blokach startowych z otwartym i wypełnionym mailem. Pozostało jedynie wpisać ukryte w krzyżówce hasło. Krzyżówka została pokonana w kilka minut. Minuty te wystarczyły na to, by otrzymać 48 numer startowy.

W ten oto sposób nasza dzielna czwórka (właściciel Merca za kierownicą, ja na siedzeniu pilota i nieoceniona dwuosobowa ekipa asystująca z tyłu) rozpoczęła swój udział w być może ostatnich już warszawskich Nitach.

Na miejsce startu został wybrany tym razem placyk leżący nieopodal słynnego centrum handlowego na Marywilskiej. Industrialna i postindustrialna Białołęka z jej nieznanymi nikomu poza autochtonami bocznymi uliczkami okazała się świetną miejscówą na rozpoczęcie najsłynniejszej chyba graciarskiej imprezy.


Znaczna część załóg była już na miejscu. Było też, rzecz jasna, Państwo Organizatorstwo.

Niestety nie stanowił nagrody głównej. Choć może to i lepiej.

Kącik dwusuwowy

Kącik renówkowy

Jednoegzemplarzowy kącik absolutnej zajebistości

Kącik jednobryłowej japońszczyzny

Kącik bejbibencowy

Kącik sedana dla starszego pana

Zamiast benzyny zatankowali mu mefedronu i propionatu i proszę, mamy efekty. Za to rura wydechowa pewnie ciągnie się smętnie po ziemi

OCH BORZE, DUETT <3 <3 <3

Skoro jesteśmy w temacie Volviaczy...

Emblemacik prorządowy

Chyba w sumie mogłem Skanssenem

Zdecydowanie, one pasują wszędzie i do wszystkiego się nadają.

PIĘKNO

Chciałbym napisać coś w języku Svenska, ale moja znajomość tegoż ogranicza się do katalogu Ikei

Elegancja po brytyjsku, amerykańsku i niemiecku

Japonia po japońsku

O, i takiego Fiaciora jarozumię

Ale takiego jeszcze bardziej. Nawet jeśli nazywa się jak sztućce.

W tym egzemplarzu akurat na początku powinna być raczej szóstka

URATOWANY!!! #pozdrodlakumatych

Tak powinien wyglądać pickup, a nie qrfla chromy i prestiże

O, albo ewentualnie tak. Czyli jak jeszcze bardziej pokraczny i upośledzony Polonez. Bo przecież nie jak Amazon. Amazon jest zbyt piękny.

Piękna jest również Skoda, znana mi już z VII Nitów. Ale jeszcze piękniejsza była jej pasażerka.

Koza. Tak, to jest koza. Nie, nie braliście narkotyków. To znaczy nie wiem, ale jeśli tak, to zapewne macie obecnie dobry trip.

Jeździłbym nim po chłopskiej drodze. I po każdej innej.
 Wreszcie nadejszła wiekopom... yyy, tzn. moment odprawy nadszedł wziął.


Załogi jęły ustawiać się w kolejce do odjazdu.








Inne spokojnie czekały. I czuły dumę. To brzmi trochę, jak "żuły gumę". Tylko szlachetniej.


Totalnie ją czuję, yo.
Bliżej samej linii startu za sprawą podjeżdżania w kolejności zasadniczo dowolnej zrobił się mały, wesoły burdelik.

Niektórzy porównywali rozmiary

Inni dokazywali, zaś ich poczucie humoru nie zawsze było doceniane

Jeszcze inni  sprzeczali się, kto jest bardziej dwudrzwiowy
 Wreszcie przyszła pora i na nas. Pozostało jeszcze tylko ustawić się w odpowiedniej kolejności...


...i można było wyruszyć w stronę horyzontu.


Już na samym początku itinerer spłatał małego figla - był nieco dwuznaczny, jeżeli weźmiemy pod uwagę słowa kol. Bubu, że ślepe zaułki i wykładane kostką wjazdy na parking się zasadniczo nie bawią. Wiele załóg po przejechaniu paru kratek stanęło i mrugało awaryjnymi w bezradnej konfuzji. 

My też.


Kolejka zdezorientowanych rosła.


Na szczęście dalsza trasa przebiegała bez większych zakłóceń. No, może poza dość trudnym przepychaniem się przez co węższe ścieżki mało znanych zakątków Białołęki.


Oczywiście jednym z nieodzownych elementów każdego rajdu turystyczno-nawigacyjnego są tzw. pekapy, czyli punkty kontroli przejazdu. Rzecz jasna były i tu, zaś do rozwiązania zadań, które czekały tamże na uczestników, potrzebna była czasem dość specyficzna wiedza. 

Konsultacje międzyzałogowe

Tu np. należało wykazać się wiedzą starograciarską. Rozwiązałem bezbłędnie, FUCK YEAH.

Punkt Złomnika sprawdzał wiedzę dotyczącą... własnego auta. Konkretnie należało podać długość i rozstaw osi

Punkt Manufaktury Blach Tłoczonych tradycyjnie wpomagany przez Fi i jej Econa

2/3, ale i tak nieźle

Nasz wehikuł na punkcie ManuFi nie zdążył osiągnąć jeszcze nawet 15% finalnego utytłania
Kluczenie po zakamarkach wschodniej Białołęki uświadomiło mi, że zdecydowanie warto jeszcze kiedyś zapuścić się tam z zamiarem mixotwórczym. Eksploracja tych dość zapomnianych (i zaniedbanych) rejonów trwała około połowy rajdu...


...aż w końcu zlądowaliśmy na Bródnie. Tam zaś pytania dotyczyły zarówno obiektów dobrze mi znanych...


...jak i takich, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy, choć kiedyś zdarzało mi się przejeżdżać kilka metrów od nich nawet dwa razy w tygodniu.


Niektóre pytania wymagały wygrzebania się z wehikułu i podreptania trochę dalej, co sprzyjało ponapawaniu się widokami.


W końcu powróciliśmy na Białołękę i ze sporym zapasem czasu zameldowaliśmy się na mecie leżącej w tym samym miejscu, co start.


Oczywiście część załóg dotarła już przed nami, jednak nasz czas okazał się na tyle przyzwoity, że zastaliśmy na miejscu zdecydowanie mniej, niż połowę uczestników.





Mimo to, przed złotym Burgergwardem zdążyła się uformować całkiem spora kolejka.


Gnani głodem i - powiedzmy sobie szczerze - wymuszoną okolicznościami zarobkowymi oszczędnością, której nie sprzyjają foodtruckowe ceny (kupon rabatowy niewiele tu zmienia), po zdaniu karty drogowej ruszyliśmy na kebsa, mijając po drodze kolejnych zdążających na metę zawodników.


Posiliwszy się, powróciliśmy na metę, gdzie w międzyczasie zdążyły już zgromadzić się prawie wszystkie załogi.

Szybka fota i można wrzucać za szejset srylionów na Otomoto, JEDYNYTAKIZOBACZ

Ostatnie załogi przybywają

Minęło kilka godzin i nadal nie zorientowali się, że nie jestem Volvem

Po przejeździe po białołęckich bezdrożach bardziej martwiłbym się o stan elementów położonych niżej niż 5,7-litrowe V8

Z bażin

Był czas, gdy wszystkie Taunusy lądowały w czarnym macie. WSZYSTKIE.

2-drzwiowa Jetta to jeden z niewielu VW, jakie bym nawet chętnie. Jest idotyczna.

Still better than Polonez.

Ależ ja lubię tego sprzęta.

PRAwidłowy pojazd na Nity
 Wreszcie przyszedł moment, na który czekało całe zmarznięte towarzystwo: ogłoszenie wyników.


Wystawa z nagrodami

Elegia na cześć wału od Syreny

Smartfon Szarotka

They see my rusty sill, they hatin

Element od pojazdu latającego może przydać się do tuningu Pandy
 I wtedy nastąpiła mała niespodziewanka.

Po przyjeździe na metę i rozważeniu ilości pominiętych "cetegów" (rozmieszczonych na latarniach i słupach kartek z cyklu "co tu gniło", zawierającymi zdjęcia wrostów, które należało zidentyfikować), potencjalnie położonych pekapów oraz młodego jak na standardy Nitów wieku naszego wehikułu, spodziewaliśmy się solidnego miejsca w pierszej dwudziestce. I rzeczywiście, takie zajęliśmy.

Konkretnie zaś szóste.

Nagrodą okazał się piękny, pokryty szlachetną patyną mikrofon Wodeckiego.


Było to doskonałe zakończenie X Festiwalu Nitów i Korozji. A czemu być może ostatniego, a przynajmniej w Warszawie? Otóż przede wszystkim w mieście stołecznym brakuje już odpowiednich na takie imprezy klimatycznych miejsc. Prawie nie ma też już interesujących wrostów - ich miejsce zajmują Vectry (jedna nawet stanowiła pytanie na rajdzie), które interesujące nie będą raczej nigdy. Ponadto załoga Stada Baranów jest już zmęczona organizacją rajdów, w związku z czym zapadła decyzja o zrobieniu sobie przerwy. Dobrą wiadomością jest jednak to, że Nity zostałe przekazane innej, zaufanej ekipie. Oznacza to, że prawdopodobnie tradycja będzie kontynuowana. Będzie to jednak już troszkę inny rajd (wszak wiadomo - inni organizatorzy, inne pomysły, innego rodzaju zryte, złośliwe poczucie humoru) i być może w przyszłym roku odbędzie się już gdzie indziej.

Ale jeśli tylko XI edycja zostanie ogłoszona, postaram się wziąć udział. Zdecydowanie warto.

Z Nitów nawet wraca się fajnie.