Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zgierz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zgierz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lipca 2019

Eventualnie: Zgierz grający dołem

Który to już raz, bo nie pamiętam?

Tak czy inaczej - już tradycyjnie ostatni weekend czerwca oznacza gratkę dla basistów z całej Polski. To właśnie wtedy pewne niewielkie miasteczko w samym centrum naszego pięknego kraju rozbrzmiewa dźwiękami zajmującymi niższą część tonalnego spektrum. I, rzecz jasna, wybrałem się tam i w tym roku.

Zgierskie wysypisko gruzu
Tym razem ludności było jakby mniej, niż na poprzednich edycjach. Oczywiście na to wrażenie mógł mieć wpływ fakt, że przybyłem (jak zazwyczaj) jedynie na drugi dzień, poprzedni zaś najprawdopodobniej skończył się spożyciem napojów w ilościach hurtowych, co z kolei skutkować mogło umiarkowaną zdatnością do funkcjonowania uczestników owej konsumpcji.

Taki stan rzeczy miał swój niewątpliwy plus - można było udać się celem potestowania sprzętów. Na pierwszy rzut poszły świeżutkie dzieła warszawskiej pracowni lutniczej Silent Scream.


Panów z Silent Scream (szczególnie Adama) znam już od dłuższego czasu - to oni zajmowali się m.in. moim Westonem, zanim odjechał gdzieś w Polskę. Od niedawna natomiast, oprócz serwisu, zajmują się również tworzeniem nader ciekawych gitar. Ich dzieła wyróżniają się dość nietypową stylistyką, bardzo dobrą jakością wykonania i - w przypadku jednego z nich - wyjątkowo ciekawą, rozbudowaną elektroniką opartą na filtrach, nieco podobnie jak w Alembicach czy Walach. Niestety, akustyka pomieszczenia, setup nie do końca taki, jak lubię, oraz nieco zjechane już struny sprawiły, że nie miałem większych szans naprawdę wsłuchać się w to, co potrafią te sprzęty. Obaczym - może jeszcze będzie okazja.

W sąsiedniej sali też było  co popodziwiać.

Nie sfociłem stanowiska importera MarkBassów - trzeba było ratować się kadrem z filmu
Największe pomieszczenie parteru zgierskiego MOK-u zajęli importer wzmacniaczy włoskiej firmy MarkBass oraz twórca nowej marki na polskim rynku lutniczych instrumentów - Birdland. Marków chyba przedstawiać nie trzeba - solidne a jednocześnie lekkie główki, paczki i comba. Sam niegdyś miałem LittleMarka 250 i wspominam go dość ciepło, nie tylko ze względu na jego znikomą masę własną. Niestety, nie starczyło mi czasu, by przetestować inne sprzęty tej firmy. Czasu zabrakło również, by bliżej zaznajomić się z Birdlandami - zresztą nie tylko on był tu przeszkodą. Basiwa te, choć wyglądają na świetnie wykonane, zaś jeden z egzemplarzy nader zacnie brzmiał w dłoniach innego uczestnika, odrzucają mnie na kilometr dizajnem główki. Jasne, warto tworzyć oryginalne projekty, ale ten, zwany przez niektórych stopą cukrzycową (to pewnie ona posłużyła do montażu Dacii 1310), jest... no, powiedzmy, że kontrowersyjny. Nie zmienia to faktu, że mocno trzymam kciuki za kolejnego polskiego twórcę dobrej klasy instrumentów.


Gdy wspominam o braku czasu, wiadomo, że musiał mieć on jakąś przyczynę. W tym konkretnym przypadku jej część znajdowała się w pokoju obok, gdzie, ściśnięte na niewielkiej powierzchni, znajdowały się basiwa innej polskiej firmy - Buzz.


Miałem już okazję testować jednego Buzza i był on tak zacny, że byłem niezwykle ciekaw innych. Próbki brzmień kilku różnych egzemplarzy, które miałem okazję słyszeć, tylko rozbudzały tę ciekawość. Do tego Mateusz ostatnio wypuścił kilka piątek - a ich entuzjastyczne recenzje, powtarzane również przez ludzi, którzy z zasady uznają tylko 4-strunowe basy, sprawiły, że nie mogłem sobie odpuścić takiej okazji.

I miałem rację.


Każdy z krótko ogranych przeze mnie Buzzów był sprzętem wysokiej klasy, ale wiśniowy, pięciostrunowy Jazz (czyli Dagonfly - ciekawe, czemu Mateusz nie pozostał w przypadku piątek przy nazwie Wasp) oraz czerwony Precel (w Buzzowej nomenklaturze - Hornet) z klonową podstrunnicą absolutnie zamiotły temat. Grały dokładnie tak, jak lubię - wściekła, żywa sprężyna, która jak przecinak wlazłaby w każdy rockowy mix (nie mylić z miksami graciarskimi). Poproszę oba. Albo trochę inne - Dragonfly'a ciemnozielonego i bez płytki a Horneta czarnego, oczywiście z klonem. Jak tylko uda się sprzedać nerkę.

Zresztą nie tylko ja doznałem opadu szczęki biorąc do rąk poskładane w Toruniu basetle.


Kolejną, niestety ostatnią atrakcją Graj(mi)dołu były - tradycyjnie już - warsztaty, mające w zasadzie charakter swego rodzaju prelekcji. W sobotę Zgierz odwiedził - również już tradycyjnie - Marcin Pendowski, w niedzielę pierwszy panel zagospodarował Łukasz Gorczyca, ja zaś najbardziej zainteresowany byłem drugim, prowadzonym przez bardzo cenionego jazzmana Tomasza Grabowego.


Co prawda nigdy nie byłem fanem jazzu (próbowałem kilka razy, a im bardziej próbowałem, tym bardziej się nie udawało), ale bardzo ciekawie było posłuchać o tym, jak należy (a przynajmniej warto) konstruować walkingi. I oczywiście samych walkingów.


Tomek zapewne nie byłby sobą, gdyby nie przywiózł ze sobą fretlessa. Nie był to co prawda 6-strunowy obrzyn, z którym zawsze był kojarzony, ale z powodzeniem udający kontrabas akustyczny Furch też świetnie zabrzmiał w rękach Mistrza.


W zasadzie nie napiszę nic nowego stwierdzając, że było warto. I że w przyszłym roku też mam zamiar się pojawić. I że mam nadzieję, że uda się wreszcie zaliczyć oba dni. Choć, znając mój "rozkład jazdy", pewnie znów się nie uda.

Tymczasem obejrzyjcie filmidło. I posłuchajcie. Szczególnie posłuchajcie.


niedziela, 24 czerwca 2018

Eventualnie: jak co roku w Zgierzu

Jak co roku pod koniec czerwca Zgierz rozbrzmiał nieco bardziej basowo niż na co dzień. I jak (niemalże) co roku znów pojechałem tego doświadczyć. I, oczywiście, znowu na jeden dzień.

Tym razem niezastąpiony Zakwas zaprosił takie osobistości, jak Olaf Deriglasoff, Piotr Witwicki, Robert Szewczuga oraz, tradycyjnie już, Marcin Pendowski. Zazwyczaj przyjeżdżałem na drugi dzień Graj(mi)dołu, tym razem jednak, ze względu na Deriglasoffa i Witwę, wybrałem sobotę, czyli dzień pierwszy.

Uzbroiłem się w aparat i pożyczone GoPro 2, które leżało mi w szufladzie od kilku miesięcy. Na miejscu jednak z przerażeniem skonstatowałem, że aparat nie chce się włączyć (po powrocie okazało się, że wystarczył tydzień bezczynności, by bateria sama z siebie się wypłaszczyła), zaś GoPro po wyłączeniu w połowie dnia celem oszczędzania baterii również odmówiło dalszej współpracy, z tą różnicą, że podładowanie w domu nic nie pomogło.

Ja + technika = samolot rozbił się przed startem.

Dlatego też zdjęcia (i część filmiku, który poniżej) robiłem rukwią wodną (i za pomocą GP, póki działało). Nie jestem w stanie ogarnąć, jak ktokolwiek mógł polecić Xperię XA1 jako telefon z dobrym aparatem. Człowiek, który uznał jakość zdjęć wykonywanych przez to urządzenie za choćby w przybliżeniu satysfakcjonującą, najprawdopodobniej był niewidomy.

Trudno jednak, co było robić. Pozostało przywitać się z ludźmi, ograć trochę sprzętów oraz posłuchać tego, co mieli do powiedzenia Szanowni Prelegenci.

Tak, jak w zeszłym roku, po prawej stronie od wejścia ulokowała się pomocna ekipa Silent Scream

No nie jestem fanem, co zrobię jak nic nie zrobię

Spectory były, niestety zabrakło Nicka Beggsa

Kiedyś wydawało mi się, że to miejsce jest większe. A może to ja byłem mniejszy? Wszerz na pewno.

#krzywymostek

Trochę żałuję, że go nie przetestowałem, ale i warunki były takiese

Niektórzy wieszają na nich psy, wombaty i rododendrony, ale to naprawdę fajne sprzęty

Fuj.
Pierwszym gościem tegorocznego Graj(mi)dołu był Olaf Deriglasoff, który podszedł poruszał biznesowo-psychologiczną stronę zagadnienia "jak nie rzucić tego w cholerę".


Następnym prelegentem, zgodnie z zapowiedzią, był Piotr Witwicki, którego można było spytać o dowolny aspekt sztuki lutniczej.


Niestety, nie miałem możliwości zostać do końca spotkania z Witwą (ani tym bardziej na zapowiedziany na 20:00 koncert Cyrku Deriglasoff) - obowiązki wszakże wzywały.

A wrażenia? Obejrzyjcie film. Do końca. Zresztą jest odrobinę lepszej jakości niż zdjęcia. Co swoją drogą nie jest wielką sztuką.


niedziela, 25 czerwca 2017

Eventualnie: Graj(mi)dół 2017

Łoranyboskie, wpis nr 360. Czyli pełne koło, zaczynamy od początku, taka sytuacja.

No nie do końca. Acz liczba ładna.

Niektórzy mogą pamiętać me gorzkie żale z powodu niemożności przybycia na Graj(mi)dół w zeszłym roku. Obiecywałem sobie (i wszystkim licznie zgromadzonym), że nadrobię to karygodne niedopatrzenie rok później. Czyli zasadniczo już w teraz.

No i powiedzmy, że nadrobiłem.

Nadrobiłem, gdyż udało mi się przybyć do Zgierza na kolejną edycję Graj(mi)dołu. Połowicznie natomiast, ponieważ tylko na drugi dzień - i tak naprawdę na sam koniec.

Ale... nie było źle.

Jako, że nie mogłem przyjechać pierwszego dnia, ominęły mnie warsztaty z Kingą Głyk i wykład Władka Foltyńskiego, zaś w momencie, gdy dotarłem, w najlepsze trwały tappingowe zajęcia z Grzegorzem Kosińskim. Głupio było mi włazić w połowie, po za tym tappingu używam tylko w jednym numerze, więc postanowiłem zaczekać na stały punkt programu, czyli Marcina Pendowskiego, a w oczekiwaniu nań pokręciłem się po perymetrze. 

Brodacze i okularnicy na stoisku SilentScream

Bardzo ciekawa bezprogowa kopia MusicMana (po lewo) po raz kolejny udowodniła mi, że fretless + flaty = NIE.

Ten bas zasługiwałby na osobny opis. Nie, to nie Wal. Ale i tak zasługuje.

Piaseczyński Dźwiękhandel przywiózł Spectory. Byłem zaciekawiony Codami, ale niestety akurat trzeba było ostrożnie z głośnością

Generalnie nie jestem fanem Spectora. Ale fanem wzmaków TC nie jestem jeszcze bardziej.

Ósemka to ciekawa zabawka, szczególnie pod kochę, ale trzeba się uczyć niemalże na nowo, zaś Spectorcore ma przystawkę w złym miejscu.

Ekspozycja Sire niewiele zmieniła w mej opinii, że są to zajebiste basy. Co najwyżej przekonałem się, że M3 (pośrodku) też jest świetny,

Na stoisku Taurusa trwała prezentacja efektów
 No i wtedy przyjechał Pendo.

Ci, którzy znają Marcina Pendowskiego, wiedzą, co to za zawodnik. Zasadniczo gość w kwestii swych umiejętności jest dość okrutny. Natomiast poza swym okrucieństwem basowym okazał się na tyle medialnym pacjentem, że... został nową twarzą Peugeota. Tak, serio. Basista został uznany wystarczająco nośnym medialnie gościem, by swą facjatą (i mózgiem, i łapami) promować auta.

A przyjechał nowym 5008.

Ładny, ale chyba bardziej podobał mi się poprzednik będący po prostu vanem

No tak, oczywiście, MUSIELI debilnie zabudować kufer po bokach. Choć jest na tyle duży, że bas w pokrowcu wejdzie na skos.
 Pendo zajął należne mu miejsce na scenie i, jak zawsze, zaczął opowiadać. Jak zawsze niegłupio, jak zawsze ciekawie. I, jak zawsze, grał rewelacyjnie.

Oldschool po czechosłowacku, czyli zaskakująco groźnie dająca radę Jolana Diamant

Music Man Sabre opuścił stojak tylko na chwilę, acz i to wystarczyło, by wszyscy usłyszeli, jak zajebiście to brzmi

Tymczasem peugeotowska ekipa robiła materialik na promo
Tym razem Pendo skupił się na... graniu kostką. Tak - basista znany do tej pory głównie z tłustego slapu inspirowanego głównie Victorem Wootenem odkrył uroki małego, plastikowego trójkącika. W prelekcji padło najlepsze nazwisko, jakie w tym kontekście mogło paść - konkretnie Bobby Vega. I rzeczywiście - Marcin podpatrzył u wąsatego czarodzieja ze Stanów to i owo, co zresztą postanowił przekazać zgromadzonej w zgierskim ośrodku kultury publiczności.

Ale nie ograniczył się tylko do kostkowania. Było trochę filozofii związanej z graniem, a także typowe pendowe wootenowanie. Zresztą... zobaczcie sami.


Niestety, chwilę później musiałem się zawinąć. Ale za rok... no, zobaczymy. Oby.

niedziela, 28 czerwca 2015

Eventualnie: Graj(mi)dół 2015

Dziś zaczniemy niestety smutnym niusem.

Naszą planetę opuścił kolejny z Wielkich. Legendarny basista legendarnego zespołu. Chris Squire z Yes niestety w końcu przegrał walkę z białaczką. Nigdy nie przepadałem za Yes (głównie ze względu na głos Jona Andersona), jednak nawet przez chwilę nie wątpiłem w niezwykłość Squire'a. Jego styl gry oraz brzmienie były unikalne w jego czasach - razem z innym nieżyjącym już Wielkim, Johnem Entwistle z The Who, pokazał światu, że gitara basowa nie służy wyłącznie do generowania nieprzeszkadzającego reszcie zespołu głuchego pum-pum. Traktował swój bas w niemalże gitarowy sposób, co w czasach flatów i tłumików z gąbki było czymś bardzo odważnym. Aby wspomnieć go, poświęćmy 8 i pół minuty by posłuchać jednego z najbardziej znanych utworów grupy - i jednego z tych kilku, które naprawdę lubię.



* * * * *

Tymczasem wróćmy do tzw. adremu.

Już po raz czwarty do Zgierza ściągnęła basowa brać celem słuchania i wydawania dźwięków za pomocą instrumentów o długich gryfach i grubych strunach. Ściągnąłem zatem i ja - jednak, mimo snutych już od dawna planów, że tym razem zaliczę oba dni, znów udało mi się wdepnąć tylko na jeden. I to ten spokojniejszy.

Tym razem jednak miałem do dyspozycji zupełnie inny wehikuł. Jako, że na dłuższy czas wywiozłem Wybrankę z Młodzieżem na działkę wśród zieleni (z powodów pracowo-organizacyjnych dołączę do nich w terminie późniejszym na jeden tylko tydzień) i trzeba było wziąć znaczną ilość dóbr, w tym rower, udało mi się ponownie pożyczyć nader pożyteczny wehikuł, jakim jest Opel Vivaro. Czyli jeden z dwóch współczesnych Opli, które mają jakikolwiek sens. Może dlatego, że tak naprawdę jest Renault Trafikiem.

Cholera, zdążyłem już zapomnieć, jakie to jest wygodne. I pojemne.

Travelling light - you're doing it wrong
Po odstawieniu rodziny na miejsce pobytu wypoczynkowego i zażyciu regenerującego snu udałem się nach Zgierz, po drodze zgarniając forumowych kolegów szuk dwie. Gdy dotarliśmy na miejsce, swą prelekcję zaczynał mój - piszę to z nieskrywaną dumą - stary, dobry znajomy Bartozzi Wojciechowski.


Bartozzi jest basistą, powiedzmy sobie szczerze, formatu światowego. Od wiortuozerii dzieli go malutki kroczek (o ile w ogóle cokolwiek), a od pełnego, stuprocentowego profesjonalizmu - absolutnie nic. Facet jest w stanie odnaleźć się praktycznie w każdej sytuacji muzycznej i po męsku stawić czoła każdej partyturze, która zostanie rzucona w jego stronę. Do tego jest najzwyczajniej w świecie cholernie mądrym gościem - i było to słychać w każdym zdaniu, które dziś wypowiedział. Już samo spotkanie z nim wystarczyło by uzasadnić przybycie do ośrodka kultury przy ul. Mielczarskiego.

Wspaniałe Zakrzewszczaki Bartozziego
Również grubym ciosem było dorwanie się do instrumentarium Bartozziego przez chłopaczka na oko 10-letniego. Najpierw wziął w swe niewielkie łapencje fretlessa, potem progówkę.

A reszta towarzystwa zauważyła u siebie tendencje samobójcze.


Nie, chłopak nie jestwirtuozem. JESZCZE. I to "jeszcze" to jest kwestia 4-5 lat. Bo to, co młody człowiek umie już dziś - biorąc poprawkę na niedorosły jeszcze aparat wykonawczy - jest niesamowite. Technika techniką, ale wiedza, którą słychać było w jego grze, jest czymś, co chciałbym posiąść choćby w ułamku.

Tak - miał ogromne szczęście zacząć w bardzo młodym wieku. Teraz pozostaje w pełni wykorzystać tę szansę.

Tak poza tym... niestety nie działo się wiele.

Spotkanie z Bartozzim, choć świetne, polegało w zasadzie na pasywnym słuchaniu i chłonięciu wiedzy. Ekipa z toruńskiej Restauracji Gitar i Grunego brzmienia była jedynie w sobotę. W niedzielę wystawców sprzętu nie było już chyba w ogóle - spotkałem tylko niezwykle sympatycznego jak zwykle Adama z Silent Scream i jego dwa Precle.


Poza tym był ogromnie przyjazny Kot Mokot...


...samochodzik śmigający między ławkami ogródka na tyłach lokalu...


...i pizza. Bardzo dobra zresztą.

Po godzinie 15 warsztaty rozpoczął jak zwykle świetny Marcin Pendowski - niestety, ze względów organizacyjno-logistycznych nie dane mi już było w nich uczestniczyć. Zanim rozkręciły się na dobre, należało już się zwijać. A szkoda, bo zapowiadało się nieźle.


Nieźle - a w zasadzie zajebiście - prezentował się też wehikuł stojący nieopodal klubu. Niby zdawałem sobie sprawę z jego istnienia, niby widziałem go już na pewnym klipie, ale nie spodziewałem się, że zobaczę go wreszcie na własne oczy.


Apeluję zatem: WŁAŚCICIELU! WBIJAJ JESIENIĄ DO WARSZAWY NA NITY!!!

A za rok - kto wie? Może wreszcie dwa dni?

niedziela, 29 czerwca 2014

Eventualnie: Graj(mi)dół 2014

Od 2 lat ostatni weekend czerwca oznacza, że palce i wątroby licznych basistów oraz uszy mieszkańców Zgierza zostaną wystawione na bezlitosną próbę. Już po raz trzeci odbył się zgierski Festiwal Gitary Basowej pod piękną, dźwięczną nazwą Graj(mi)dół. Już po raz trzeci pognałem Madzię autostradą A2 aż pod piękne miasto Łódź celem doświadczenia tychże doznań (poza masakrą wątroby, gdyż jestem 1. egzemplarzem niepijącym z zasady, 2. drajwerem) na własnej skórze. I już po raz trzeci tylko na jeden dzień. Po raz pierwszy wybrałem jednak sobotę. I tym razem niestety okazało się to błędem.

Po kolei jednak.

Z pobranymi po drodze kolegami Gołym i Qniqiem dotarliśmy na miejsce nieco po 13. Niektórzy byli już na miejscu.

Oto czym jeżdżą basiści. Przynajmniej ci z Radomia

Gospodarz imprezy zdradzał swe upodobania za pomocą koszulki
 Wkrótce później rozpoczęła się główna atrakcja tego dnia - omówienie przez Alfika ze Studia 7 do spółki z Mrokiem i Paką z Restauracji Gitar i Grubego Brzmienia wpływu dobrej lampy na srogość przesteru (oraz dlaczego powinno się naqrwiać gruzem za pomocą Precla i Ampega). I tak naprawdę było to powtórzenie części tego, co było omawiane na tegorocznej Bassturbacji. Nie żebym narzekał - jak zwykle temat był przedstawiony fachowo zaś prezentowany sprzęt zrywał porcięta swym podmuchem, jednak wyasygnowanie stówy na paliwo po to, by pobawić się w "przeżyjmy to jeszcze raz" nie było najlepszym pomysłem mego życia. Byłem przekonany, że na miejscu będą już przedstawiciele Taurusa i Hand Boxa (szczególnie na rozmowie z tymi drugimi mi zależało, gdyż ich Red Fighter pewien czas temu sprawił, że zanieczyściłem bokserki), jednak okazało się, że mieli pojawić się dopiero w niedzielę. Dużo lepiej zrobiłbym przyjeżdżając na drugi dzień (czyli dziś).

Nic to - pozostało korzystać z tego, co jest, czyli słuchać fachowych i popartych doświadczeń uwag Alfika oraz tłustego zła wydobywającego się z głośników sprzętu przytarganego przez Mroka i (nomen omen) Pakę.

Jeżu kolczasty, ile to kilogramów. I decybeli

Poproszę tego Kawai oraz Jazza Greco z klonem (ten w naturalu najbardziej robił robotę), dziękuję

Profesorowie fenderologii stosowanej i lampistyki przesterowej Mateusz vel Mroku i Błażej vel Alfik 
 W przerwie prelekcji był czas na podpięcie czego kto tam miał (lub chciał) i wydanie dźwięków własnoręcznie.

Nexus Qniqa znów pokazał, jak powinny brzmieć Music Many

Radomski sound, wydanie drugie, poprawione

Gałkologia

Zakwas zatwierdza zdatność Precla Greco

Inspirowany Alembicami Kawai dobrze się nadaje do ejtisowego soundu

I na budżetowym wieśle można dobrze zagrać, quod erat demonstrandum

Maciejeq wypróbowywał swą metodę na przepięknym Jazzie

Socher był zadowolony ze swej Stopy Cukrzycowej...

...póki Alfik nie wypowiedział się, czemu nie powinien.

ViValdi zapewne byłby zadowolony z Precla, gdyby ten był jego

Przepraszam, zdjęcie mi się odwróciło
 Po zajęciach w podgrupach miała się odbyć dyskusja z przedstawicielami ZAIKS-u, jednak nadszedł czas, bym się zawinął. Pozostawiłem forumisiów spożywających miejscowe specyjały i ruszyłem do domu.

Kaszanka po Zgiersku sprawiała wrażenie produktu ekologicznego, wykonanego z recyclingowanych materiałów

Zobaczymy - może za rok uda się zaliczyć oba dni. Podejrzewam, że warto.