Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 listopada 2017

Bezczelna autopromocja: Amaze

Przygotujcie się, zima nadchodzi.

W zasadzie już nadeszła. Mamy jeszcze (przez chwilę) ostatni dzień listopada, ludzie rozlewają sobie wosk na ustawione w rządek buty, tymczasem za oknem śnieg. W sumie może to i dobrze - zimówki na szczęście już ogarnięte, a poza tym szybciej przyszło, szybciej pójdzie.

Oby.

Tak czy inaczej - dzień, w którym spadł śnieg, jest dobrym momentem na powspominanie chwil, gdy poprzedni śnieg jeszcze leżał a wszyscy mieli już go dość. W takich właśnie okolicznościach przyrody przyszło mi nagrywać płytę, która... w zasadzie już jest.

Ale od początku.

Gdzieś pod koniec zeszłego lata (tego poprzedniego, znaczy, nie ostatniego) odezwał się do mnie człek, z którym grałem już wcześniej w równie ciekawym co ambitnym projekcie o nazwie Unicorn. Z Unicornem - przynajmniej póki co - nie wyszło, głównie ze względu na wcześniejsze zobowiązania niektórych członków (w sensie że uczestników, nie... nieważne), zaś lider, w Jednorożcu pełniący rolę wokalisty, był coraz bardziej spragniony grania nieco prostszego, bardziej piosenkowego a jednocześnie trochę mocniejszego, niż dotychczas. Nowoczesna rockownia z wyraźnymi odwołaniami do tradycji, czyli "tak, jak się teraz gra". Sam co prawda modami w muzyce jestem zainteresowany niewiele bardziej niż odzieżowymi, jednak sama osoba lidera, który poza mikrofonem i stroną kompozycyjną miał tym razem chwycić również za gitarę, gwarantowała, że będzie co najmniej dobrze.

Wszedłem w to.

Już na pierwszą próbę udało mi się ściągnąć bardzo utalentowanego bębniarza, mojego imiennika zresztą, z którym zdarzało mi się już wcześniej współpracować. Współpraca ta układała się tak dobrze, że obiecaliśmy sobie nawzajem wspólne granie w bliżej nieokreślonej przyszłości - i przyszłość ta w końcu nadeszła.

Początkowo graliśmy we trzech. Kształtowały się zarysy numerów, lider przynosił coraz to nowe pomysły, nad którymi wspólnie pracowaliśmy, jednak czegoś wciąż brakowało.

Tym ostatnim, brakującym elementem okazał się klawiszowiec.

Z chwilą dokooptowania czwartego człona (i związanej z tym przeprowadzki do sali w Piasecznie) nowy skład dostał okrutnego kopa. Tłuste, brudne brzmienia klawiszy, niejednokrotnie czerpiące z zimnego analogowego soundu przełomu lat 70-tych i 80-tych, stanowiły puzelek, dzięki któremu układanka stała się kompletna.

Zaczęła się wytężona praca nad materiałem. Niektóre numery całkowicie zmieniły swój charakter, inne zupełnie wyleciały a na ich miejsce pojawiły się nowe. W końcu zapadła decyzja: wchodzimy do studia.

Wybór padł na mieszczące się w Zalesiu studio Red Yeti - klawiszowiec nagrywał tam już kilkukrotnie, siłą rzeczy znał więć dobrze jego właściciela (i realizatora w jednej osobie).

Zebraliśmy zatem sprzęt - częściowo nasz, częściowo pożyczony - i ruszyliśmy do studia. We trzech, gdyż bębny, bas i gitara miały zostać nagrane na setkę, zaś klawiszowiec swoje tracki miał do onej setki dograć w domu.

Już zaraz po dotarciu na miejsce okazało się, że mam się czym jarać.


Uroczy, bialy ZX był już w znacznym stopniu pochłonięty przez otaczającą go wyjątkowo urokliwą przyrodę. Ewidentnie wrastał tam od lat, jako element krajobrazu.

Mniej cieszyła natomiast... perspektywa wtargania całego sprzętu na samą górę domu - gdyż to na jego drugim piętrze mieściło się studio. Wciągając graty myślałem jednak, że w sumie nie jest tak źle.

Póki nie stanąłem przed ostatnim odcinkiem schodów.


Tak - do studia Red Yeti prowadził w zasadzie właz. Na górze stromych, wąskich schodów czekała... pozioma dziura.

Dobrze, że nie mam lodówy Ampega czy choćby Henryka 8x8.

Na szczęście udało się w końcu dość sprawnie rozstawić sprzęt.




Jeszcze tylko podpinanie, soundcheck, strojenie...




...i można było zaczynać.


Pierwszego wieczoru, po ustawieniu wszystkiego, zdążyliśmy nagrać jeden numer. Na pozostałe mieliśmy kolejne 2 dni późnolutowego weekendu.






W niedzielne popołudnie byliśmy już mocno zmęczeni. Udało się zarejestrować wszystkie ścieżki, które były do nagrania przez weekend, jednak czekało nas jeszcze rozmontowanie i spakowanie sprzętu i, rzecz jasna, pokonanie nieszczęsnych schodów - tym razem w dół.


Na szczęście obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie.

Najśmieszniejsze jest natomiast to, że w momencie, gdy wyszliśmy, ZX-a, który przez kilka ostatnich lat spokojnie mszał pod płotem... już nie było. Został zabrany, prawdopodobnie na miejsce ostatecznego spoczynku. Tudzież demontażu.

Pozostało jeszcze zwieźć graty do sali.

Fabia II bymbniorza bezboleśnie łyka jego zestaw - choć trzeba do tego złożyć oparcie

Tak naprawdę Skanssen wciągnąłby cały sprzęcior

Po owocnym weekendzie trzeba było jeszcze kilka razy odwiedzić Red Yeti - do nagrania zostały  nieliczne solówki i, rzecz jasna, wokale.




Potem jeszcze tylko mixy i... pożegnanie z Red Yeti - a przynajmniej z jego ówczesną siedzibą.


Niestety, po wyjściu ze studia nie było wbrew pozorom z górki.

Niedługo po zakończeniu nagrań zostaliśmy bez perkusisty. Nasz bębniarz z powodów osobistych opuścił zespół. Poszukiwania następcy co prawda przyniosły w końcu skutek, jednak znacznie opóźniły proces przygotowania do koncertów.

Poza tym jak grać koncerty nie mając... nazwy?

Tak - wybór odpowiedniej nazwy okazał się chyba najcięższym z wyzwań. Kilka propozycji było już na granicy przyjęcia, jednak zazwyczaj okazywało się, że nazwa jest już zajęta. Na poszukiwaniach czegoś, co chwyci, a jednocześnie nie będzie już w powszechnym użytku, spędziliśmy wiele tygodni, aż w końcu padło jedno proste a jednocześnie mocno brzmiące słowo: AMAZE.

Z tą właśnie nazwą zagraliśmy nasze dwa pierwsze koncerty.






Tymczasem nagrany i finalnie zmiksowany materiał został przekazany do masteringu, po którym brzmienie nabrało dodatkowej, tłustej warstwy zajebistości.

Tak - po upływie 9 miesięcy od pierwszego wejścia do studia pierwszą płytę Amaze można uznać za gotową. W sumie - 9 miesięcy to tyle, co ciąża, więc chyba możemy uznać ją za nasze pierworodne dziecko.

Wyczekane. Piękne. Nasze.

I już wkrótce będziecie mogli zachwycać się nim w całości.





A już niedługo... znów wchodzimy do studia. Znów do Red Yeti (które w międzyczasie zmieniło siedzibę). I znów będzie zajebiście.

Foty studyjne - Kasia W., Tomek Korczak i ja, koncertowe - Pajonk i Klara P-W.

piątek, 26 kwietnia 2013

Basowisko: Lakland

Salem alejkum, tudzież uliczkum.

Wiosna całkiem ładnie nam się rozpędziła - zieleni się tu i ówdzie, pączki masowo pojawiają się na drzewach (wczoraj i dziś zjadłem z pół kilo, jeśli nie lepiej - pyszne były, dziękuję, Wybranko) a temperatury osiągnęły całkowicie satysfakcjonujący poziom. Do tego piątek, perspektywa weekendu (i związanego z tym wyspania się), zwrot podatku, który pójdzie na naprawę nagłośnienia w Madzi oraz chwilowy brak większych stresów okołobytowych - wszystko to nastraja dość pozytywnie do życia. W takich warunkach można sieknąć jakiś miły wpis. A jako, że dawno nie opisywałem dokładniej żadnej basetli, pora to nadrobić. Tym razem po raz wtóry na tapetę trafi instrument, który nie był moją własnością, ale na którym mogłem pograć - a wręcz nagrać to i owo. Czyli w tym przypadku Lakland Skyline 55-02.

Jak już zapewne wiecie, niedawno wreszcie światło dzienne (oraz nocne - takie żarówkowe) ujrzała wreszcie debiutancka płyta zespołu Night Rider - "Widzę Czuję Jestem". Siekliśmy z tego powodu gromki koncert (są już nawet zdjęcia), w związku z który urządziłem mały konkursik. Niestety - uczestnicy polegli na pytaniu, jakich basów użyłem do nagrania płyty... Wielu wiedziało o Arii (choć użyłem jej tylko w jednym numerze - "Smak wolności"), oczywistością był mój główny bas, czyli Alembic, dość łatwy do odgadnięcia był też Malinek (choć na zdjęciach ze studia dzierżę GMR-a szóstkę - jednak Malinek zażarł lepiej i to jego można usłyszeć w "Blisko Ty" i "Pamięci jak stary dom", przepraszam, Maćku S.), ale ostatni bas, choć jest w studyjnej galerii, nie był tu jeszcze opisany, skatalogowany i podsumowany, w związku z czym pozostał tajemniczym zjawiskiem. I dlatego czas to nadrobić.

Wchodząc do studia celem zarejestrowania dźwięków na większej ilości utworów warto wyposażyć się w odpowiedni arsenał brzmień. Nawet w ramach jednej płyty mogą być utwory, w których np. guma od majtek zabrzmi lepiej od gumki recepturki, garnek emaliowany - od aluminiowego itd. To samo tyczy się basu - oczywiście zakładając, że realizator jest ogarnięty na tyle, by wychodzić z założenia, że linie basu mają być słyszalne. Jako, że nasz realizator zdecydowanie należy do ogarniętych, stwierdziłem, że warto dopasować brzmienie do rejestrowanych dzieł. Szlachetna piątka była, tak samo, jak agresywnie brzmiąca czwórka "pod kochę" oraz fretless... Brakowało tylko "mruczka" - progowej piątki nie miażdżącej swą potęgą tak bezlitośnie, jak Alembic, mającej nieco łagodniejszy, troszkę bardziej uniwersalny charakter. Takiego basu niestety podówczas nie miałem. Miałem natomiast (i nadal mam) dobrych kumpli.

Najpierw jednak było nagrywane demo. Pracowałem podówczas w nieistniejącym już niestety skepie muzycznym o wiele mówiącej nazwie Bassment. Byliśmy wtedy jedynym oficjalnym polskim przedstawicielem popularnej za oceanem chicagowskiej firmy Lakland. Firma owa specjalizowała się (i nadal się specjalizuje) w bardzo przyzwoitej jakości gitarach basowych o dość klasycznych kształtach. Nie ma w ich ofercie basów 6-strunowych, nie ma konstrukcji NTB, nie ma też egzotycznych drewien, za to jest kilka ciekawych, mających na celu zwiększyć uniwersalność instrumentu rozwiązań dotyczących elektroniki. Sam byłem wówczas fanem Laklanda (nie tak wielkim, jak Alembica, ale zawsze coś) i stwierdziłem, że może przydać mi się dodatkowe brzmienie w studiu. Żeby zobaczyć, czy sound się sprawdzi, pożyczyłem ze sklepu bas, o którym myślałem, że będzie w sam raz do pewnego numeru. Był to pięciostrunowy model z azjatyckiej serii Skyline, najpopularniejsza chyba wersja 55-02. I rzeczywiście - był w sam raz.

Na tym po lewej nagrałem demo. Na tym po prawej nic nie nagrałem.
Konstrukcja tego bardzo miłego dla oka instrumentu była klasyczna - typowy bolt-on, czyli gryf przykręcany do korpusu. Jedynym odstępstwem od tradycji była menzura, wynosząca 35" (dość popularny w 5- i 6-strunowych basach zabieg mający na celu poprawić "zwartość" brzmienia struny H). Drewna również były dość klasyczne - jesionowa deska i klonowy gryf z klonową podstrunnicą (z premedytacją wybrałem ten egzemplarz zamiast wersji z palisandrem ze względu na jaśniejsze, bardziej wyraziste brzmienie). Przyjemnym akcentem był top z klonu wzorzystego pokryty bardzo klasycznym wykończeniem typu sunburst. Mniej konserwatywna była elektronika: przy gryfie znajdowała się przystawka typu J (czyli po prostu jazzbassowy singiel), przy mostku - humbucker a'la Music Man z rozłączonymi cewkami, obie zaś pasywne przystawki były połączone z trójdrożnym aktywnym preampem wyposażonym w możliwość przełączenia w tryb pasywny. Zamysł był taki, by model ten był jak najbardziej uniwersalny. I rzeczywiście - udało się.

W studiu do numeru, który nagrywałem na Laklandzie, użyłem samej mostkowej przystawki z równoległym ustawieniem cewek - w ten sposób brzmienie było najbardziej zbliżone do Music Mana StingRay, o co zresztą mi chodziło. Dzięki przesunięciu przystawki bliżej do mostka w stosunku do StingRaya można było uzyskać większą wyrazistość brzmienia, co bardzo mi odpowiadało. Niestety - nie odpowiadał mi brak "pazura", obecnego w dobrych egzemplarzach Music Mana. Lakland był po prostu grzeczny. Jakkolwiek nie bawiłbym się gałkami preampu, sound był po prostu "ułożony". Odłączenie aktywnej equalizacji i granie w trybie pasywnym nic tu nie pomogło - wręcz odwrotnie, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że 55-02 brzmi lepiej z włączonym aktywnym preampem. Nie zrozumcie mnie źle - ten bas brzmiał naprawdę przyzwoicie. Ciepły, okrągły a przy tym zwarty dół, odpowiedni cios dolnego środka i ładna, wyrazista górka, nie tak oderwana od reszty pasma, jak w większości nowoczesnych basów - to wszystko są częstotliwości pożądane w dobrym instrumencie. Jednak... brakowało tu charakteru. Własnej osobowości wiosła. Pobawiłem się trochę ustawieniami - przy grze na obu przystawkach, z czego mostkowa rozłączona do singla, można było całkiem nieźle udawać Jazza, imitacja Music Mana też wychodziła przyzwoicie, natomiast sama mostkowa przystawka w trybie pojedynczej cewki grała bardzo ładnie, dużo cieplej niż mostkowy singiel w Jazz Bassie. Jednak własnego, rozpoznawalnego brzmienia tu nie było.

Gdy przyszedł moment nagrywania płyty, stwierdziłem, że mimo braku pazura brzmienie się sprawdziło - użyłem go wszak w jednym z łagodniejszych numerów. Niestety, Bassment już wtedy nie istniał - wiedziałem jednak, skąd zdobyć inny, jeszcze lepszy egzemplarz 55-02. Otóż posiadał go mój dobry ziom Bartozzi - jeden z najlepszych basistów w naszym kraju.

Co ciekawe, była to wersja Standard, czyli bez klonowego topu. Po prostu klonowy gryf z takąż podstrunnicą i 22 progami przykręcony do jesionowej deski, elektronika taka sama, lakier podobny (sunburst) tylko wzorzystego topu brak. A jakoś ten bas grał lepiej...

W studiu z Laklandem
Nagrałem na nim dwa numery - oba na mostkowej przystawce, tyle że w dwóch różnych ustawieniach. Spisał się dobrze. Znacznie lepiej niż egzemplarz ze sklepu. Z pewnością częściowo była to zasługa dopiero co założonych strun, ale generalnie ten egzemplarz jakoś bardziej mi odpowiadał. Wydawał się żywszy. Jednak główny zarzut pozostał ten sam: brak własnego wyrazistego charakteru...

Tak czy inaczej - utwory zostały zarejestrowane. I brzmią dobrze. A charakter? Musi być w samej muzyce. I w palcach.

Podsumowując, czyli zady i walety...

Lakland 55-02 to solidnie wykonany, bardzo uniwersalny bas. Kryje w sobie mnóstwo brzmień, dzięki czemu może mieć sporo zastosowań, jednak... ze względu na dość łagodny, pozbawiony wyrazistego pazura sound, najlepiej spisze się w popie, ew. we współczesnym jazzie. W rocku czuje się nieco słabiej, co nie znaczy, że nie da się go tam zastosować. Po prostu trzeba ukręcić odpowiednie brzmienie - i wybrać odpowiedni utwór. A że w łapach Bartozziego grzmiał okrutnie... No cóż - jest wiele basów, ale tylko jeden Bartozzi.

Plusy:

* solidne wykonanie
* uniwersalność (mnogość użytecznych brzmień)
* dobry preamp

Minusy:

* brak własnego wyrazistego charakteru
* dość wysoka cena

Czym go wozić:

To bas, który dzięki swojemu brzmieniu najlepiej będzie się czuł w samochodzie o łagodnym, spokojnym charakterze: Mercedesie W124 ("baleronie") lub opisywanym już przeze mnie Peugeocie 406. Wiem też że wożony był głównie Volvo V70 - i do tego auta pasuje idealnie.

piątek, 12 kwietnia 2013

Apdejcik konkursowy

Szanowni,

Posiedziałem ostatnio, a jako, że siedzenie było komfortowe i sprzyjające zamyśleniom, pomyślałem trochę... Spodobało mi się to, więc pomyślałem jeszcze przez chwilę. Poskutkowało to następującym wnioskiem: konkurs był chyba nieco zbyt trudny, gdyż a) jednego z basów użytych do nagrywania płyty nie opisałem jeszcze na blogu (pojawia się jedynie w galerii ze studia), b) natura ludzka narzuca dążenie do lenistwa, które z kolei jest znaczącą przeszkodą na drodze do samodzielnych poszukiwań odpowiedzi na zadane pytanie.

Zróbmy więc tak:

Pytanie zostanie gdzieś w szufladzie i być może któregoś dnia je wygrzebię, kusząc nagrodą ociekającą takim splendorem, że Wasi sąsiedzi popuszczą z zawiści na samą myśl, że rozważacie udział w konkursie. Tymczasem niniejszy konkurs przenoszę na Fejsa (tak, jak każdy szanujący się Celebryta We Własnej Wyobraźni mam fanpejdżyk na fejsiku) i zmieniam jego zasady.

A oto i one:

1. Jeśli tego jeszcze nie zrobiłeś/zrobiłaś, polub mnie na mym fanpejdżu.
2. Udostępnij mówiący o konkursie status u siebie na łolu.
3. ...
4. Profit.

Wśród osób, które zdobędą owe acziwmenty (a przynajmniej 1. i 2.), ROZLOSUJĘ co następuje:

1. zestaw płyta Night Rider "Widzę Czuję Jestem" + zaproszenie na koncert promujący owo wydawnictwo,
2. samą płytę,
3. samo zaproszenie na koncert.

Zaproszenia są dwuosobowe, koncert jest 20 kwietnia (sobota) w warszawskim klubie Herezja a płyta targa mosznę swą zajebistością. Zdobywcy zaproszeń otrzymają je przed koncertem (umówimy się na jakieś wystarczająco idiotyczne hasło) zaś szczęśliwiec, który zaposiądzie płytę, będzie mógł odebrać ją osobiście lub - jeżeli mieszka w innej części galaktyki - otrzyma ją pocztą pantoflową.

Deadline - piątek 19.04, godzina 17.

A tymczasem przygotujcie się na weekend wpisów (tak, będą dzień w dzień, pod rząd), gdyż nadarzają się okazje do wspominek, sentymentalnych westchnień oraz podsumowań różnorakich.

Do jutra.

niedziela, 7 kwietnia 2013

KĄKĄKĄcert, KĄKĄKĄkurs

PRESTIŻ! SŁAWA! ŚWIATŁA JUPITERÓW!!!

I Ty możesz wygrać wspaniałą, świeżutką, pachnącą nowością i splendorem płytę "Widzę Czuję Jestem" zespołu NIGHT RIDER i wzbudzić zazdrość pana Mietka spod monopolowego!

Ale o tem potem.

Najpierw naprawdę srogi news.

Jako, że wydaliśmy z Riderami płytę, należałoby ją jakoś popromować, na przykład uskuteczniając jakiś wykon. I to właśnie nastąpi już niebawem, a konkretnie 20 kwietnia roku bieżącego w mieszczącym się na warszawskiej Woli klubie Herezja. Wejście na ten prestiżowy event będzie wymagało wyasygnowania kwoty 15 złotych polskich ale wiadomo - prestiż kosztuje. Do Cynamonu czy Paparazzi na bauns z celebrytami też nie wejdzie pierwszy lepszy anonimowy Leon z poczty.


A teraz szczegóły zapowiadanego konkursu. Otóż ociekającą zajebistością płytę wygra pierwsza osoba, która odpowie na pytanie:

Jakich basów użyłem do nagrywania "Widzę Czuję Jestem"?

Podpowiedzi znajdziecie na stronie zespołu (galeria - uwaga, może być odrobinę myląca) i na blogu - wystarczy trochę poszukać...

Wśród pozostałych dobrych odpowiedzi (przypominam - muszą być wymienione WSZYSTKIE basy!) rozlosuję 2 wejściówki na koncert Night Ridera. Odpowiedzi wrzucajcie na basistazakierownica@gmail.com - czekam na nie do piątku do godziny 17:00. Wyniki - też w piątek pod wieczór.

I mały disclaimer: ci, którzy mają już płytę (przynajmniej ode mnie - pamiętam, kogo obdarowywałem, aż jak zdemenciały nie jestem... jeszcze), mogą brać udział - ale będą walczyć tylko o wejściówki.

CZAS START.

niedziela, 24 marca 2013

Bezczelna autopromocja: NARESZCIE

Po trzech latach (!) od pierwszego wejścia do studia.
Po niezliczonych przepychankach, poszukiwaniach wydawcy i rozczarowaniach.
Po przedłużającym się w nieskończoność, coraz bardziej męczącym oczekiwaniu...

W końcu jest.

Debiutancki krążek zespołu NIGHT RIDER - "Widzę Czuję Jestem".

Wydawnictwo MDM (to samo, którego nakładem ukazała się wcześniej płyta Night Rider Symphony), nr 0105.

Siódma (jeśli liczyć jedno koncertowe DVD to ósma, a jeżeli brać uwagę jedynie dostępne w "oficjalnym" obiegu wydawnictwa audio - szósta) płyta, w której tworzeniu brałem udział... i chyba najbardziej wyczekana.

Mam płytkę od wczoraj - w oficjalnym obiegu pojawi się jutro (czyli poniedziałek, 25.03.2013). Jest piękna. I piękne są na niej dźwięki. Troszkę więcej oficjalnych informacji w danym temacie pojawi się na dniach na naszej stronie. Zresztą już pewien czas temu narodził się klip promujący płytę - można obejrzeć go w moim pierwszym wpisie oraz na blogu mej Wybranki. Wkrótce ogłoszę jakiś mały, idiotyczny konkursik, w którym będzie można wygrać egzemplarzyk - jeśli ktoś lubi porządne rockowe granie z progresywnymi naleciałościami to zapraszam.

Najpierw jednak - na dniach - mała relacyjka ze śmignięcia zaprzyjaźnionym Peugeotem 406. Wszakże dawno niczym nie jeździłem...

Stej tjund.