czwartek, 14 marca 2019

COTY na to?

Tak, wiem - kto późno przychodzi, ten leje jak z cebra. Jednak wicie, rozumicie - robota, życie, codzienność, 27 filmów o tym zrobiłem. A że mam swoje przemyślenia, myślę, że nawet z tak haniebnym poślizgiem mogę podzielić się nimi z tymi ok. dziewięcioma czytaczami, których one obchodzą.

Tak czy inaczej - ogłosili się po raz kolejny.

Już po raz 54. jurorzy europejscy jurorzy zdecydowali, który z nowych samochodów podoba im się najbardziej - lub też który powinien podobać się Generałowi Publicznemu. 

Dwa lata temu zżymałem się z powodu upadku znaczenia plebiscytu Car Of The Year. Wybrany podówczas Peugeot 3008, choć niewątpliwie jest niebrzydkim, przyjemnym sprzętem, nie wnosił nic nowego do świata motoryzacji - był po prostu kolejnym przedstawicielem najmodniejszego segmentu, jakim są nieduże crossovery. Zwycięzcy z kilku poprzednich lat zresztą też nie wnosili nic ciekawego. Rok później, czyli w 2018, wynik też nie był do końca satysfakcjonujący, choć statuetkę zgarnął samochód Najsłuszniejszej z Marek. Jasne - Volvo zasłużyło na ten tytuł już dawno temu, ale fakt, że tytuł po raz kolejny zgarnął SUV/crossover, pozostawiał odrobinę niesmaku.

Tym razem jednak było nieco inaczej - i to nie ze względu na zwycięzcę, który zresztą znów okazał się crossoverem, do tego, zgodnie z duchem czasu, elektrycznym.


Żeby nie było - Jaguar I-Pace jest całkiem ciekawym sprzętem. Owszem, mocno zawiewa od niego duchem czasu (wszak eko-elektryk w modnej formie SUV-a o sylwetce coupe), ale jest pierwszym od dawien dawna laureatem plebiscytu niebędącym generycznym, choć modnie ukształtowanym, anonimowozem dla korporobocików. I nie tylko dlatego, że z maszerującej równym krokiem armii korpożołnierzy na I-Pace'a stać byłoby jedynie korpogeneralicję. Jest... po prostu troszkę inny. Seryjny, stały napęd na 4 koła (akurat żadne osiągnięcie w przypadku elektrowozu), świetne osiągi, niezwykle charakterystyczna i - muszę to niechętnie przyznać - bardzo udana stylistyka... no i to Jaguar, z całą legendą otaczającą tę szlachetną (przynajmniej niegdyś) markę. Samo to jest też swego rodzaju plusikiem - zawsze cieszę się, gdy tytuł zdobywa samochód marki, która wcześniej jeszcze nie dostąpiła tego, khm, zaszczytu.

Jednak, jak już wspomniałem, to nie zwycięzca jest tu najciekawszy.

Zacznijmy od tego, że po raz pierwszy w historii COTY dwa samochody otrzymały taką samą ilość punktów i zdobywcę tytułu trzeba było wyłonić w dogrywce. I choć wybór padł na bardziej oczywistego, zgodnego z zeitgeistem kandydata, to właśnie ten, który stoczył z nim walkę i finalnie zajął drugie miejsce, jest tu najgrubszym strzałem.

Alpine A110.


Pierwszym i - jak do tej pory - ostatnim sportowym autem, które zdobyło tytuł Samochodu Roku, było Porsche 928. Był to rok 1978 i od tamtej pory tytuł zdobywały same "cywilne" osobówki. Dwukrotnie samochodom o sportowym, niezbyt praktycznym charakterze udało się zdobyć drugie miejsce - były to Mercedes R129 w 1990 roku i Toyota GT86/Subaru BRZ w 2013 - ale żaden nie zwyciężył.

W tym roku było blisko. NAPRAWDĘ blisko.

Tytuł Car Of The Year po raz pierwszy od 41 lat mógł zostać ukierunkowany na radość z jazdy samochód sportowy. I po raz pierwszy w historii całego plebiscytu tak bezkompromisowy - A110 to wszak stricte dwumiejscowe coupe z centralnie umieszczonym silnikiem. Przepięknie zaprojektowany sprzęt do szybkiego jeżdżenia, do tego we wspaniałym stylu przywracający do życia legendarną markę, mógł nosić teraz laury niegdyś naprawdę przyznawane najlepszym - albo przynajmniej najciekawszym.

Było tak blisko... Ale nie udało się.

Nie zmienia to jednak faktu, że zjawiskowe Alpine, zbudowane po to, by cieszyć wszystkie zmysły - zarówno podczas jazdy, jak i na postoju, gdy można godzinami delektować się jego stylistyką - otrzymało dokładnie tyle samo punktów, co elektryczny Jaguar, któremu w końcowym rozrachunku przypadło w udziale zwycięstwo. A to, jakby na to nie patrzeć, budzi pewną nadzieję.

Może jeszcze nie zabiliśmy do końca ducha motoryzacji?

poniedziałek, 11 marca 2019

Eventualnie: Żółte Papiery

Zima w zasadzie dała już za wygraną. Owszem, zdarzają się jeszcze chłodniejsze podmuchy, tu chwyci jakiś mały przymrozek, tam znów walnie garść lodowych kuleczek, ale generalnie można uznać, że wkroczyliśmy w porę Żeromskiego, czyli, prawdaż, przedwiośnie. A to dobry moment, by zakończyć zimową ligę 18/19 Klasyków i Plastików.

Tak, jak w zeszłym roku, ostatnim rajdem ligi był Rajd na Żółtych Papierach. Jednak jego druga edycja była pierwszą, w której jechałem - co nie znaczy, że w poprzedniej w ogóle nie brałem udziału. Brałem, jak najbardziej - ale nie jako zawodnik, tylko... czekpoint. Tym razem jednak udało się pojechać w charakterze uczestnika. A jak się później okazało, było warto.

Tradycyjnie już na start dotarliśmy z Obywatelką Pilotką jako (chyba) ostatni. A jako, że - typowo już dla zimowej ligi - tradycyjna odprawa nie była przewidziana (załogi pobierały materiały i wio w trasę), prawie nikogo już nie było na starcie.

Oh well.


No dobrze, byli organizatorzy

Ci, którzy nie odpalili wrotek przed naszym przybyciem, zrobili to chwilę po nim
Pozostało zatem pobrać materiały, zapoznać się z nimi i...

...i zorientować się, że łatwo nie będzie.


Jako, że już z samej nazwy nie był to normalny rajd, itinerer też nie mógł być normalny. I to wręcz w psychiatrycznych kategoriach. Zamiast zwyczajnie prowadzić załogę przez trasę, stanowił coś w rodzaju porozrzucanej układanki, którą pilot musiał złożyć sobie sam. I, jak się później okazało, Obywatelka Pilotka bardzo dobrze umie w układanki.

Rzecz jasna, żeby nie było zbyt relaksująco, KiP-y dorzuciły też sporą garść zdjęć, które należało zidentyfikować po drodze. No bo po co ma się załoga dekoncentrować.


Najlepsze natomiast było to, że zaraz po starcie... wpadało się na plan.

I napisać o tym planie, że był podchwytliwy, byłoby jak nie napisać nic. On był wredny. Potworny. KOSZMARNY. Dość powiedzieć, że zwalczenie go zajęło nam półtorej godziny, czyli... połowę czasu przewidzianego na przejazd całej trasy. Za to, przy (nomen omen) planowaniu któregoś z podejść (były łącznie trzy albo cztery), można było spotkać kończące właśnie tę nawigacyjną torturę załogi w bardzo zacnych pojazdach.




W końcu, po zwalczeniu planu, można było ruszyć w dalszą drogę. I trzeba przyznać, że była całkiem ciekawa - a jeszcze ciekawsze były punkty, gdzie należało znaleźć odpowiedzi na pytania z karty. Powiem więcej - niektóre z nich należały do najgrubszych spośród wszystkich rajdów, jakie pamiętam. Tłuszcz i rdza płynęły wartkim potokiem, na którego powierzchni unosiła się moja szczęka, uprzednio opadłszy weń z głośnym pluskiem.

STOTRZYDZIEŚCI!!!!!!

Matko Bosko Kochano




Końcowy etap rajdu stanowiła długa choinka, na której można było trafić na zadania, których rozwiązanie było raczej wątpliwe.

"Podaj litery z tablic Malucha" - taaa, jak masz 3 metry wzrostu to może się da
W końcu, po długiej walce (i z około 20-minutowym spóźnieniem), dotarliśmy na metę.


Co prawda ruszaliśmy jako (chyba) ostatni, ale, jak się okazało, wcale ostatni nie finiszowaliśmy. Po naszym przybyciu dotarło jeszcze kilka załóg.


Zgodnie z obietnicą finiszujące załogi zostały ugoszczone pączkami. W tym momencie ujawniła się pewna zaleta bycia grubasem - jeden pączek wielkiej różnicy nie zrobi.

Jednak nie tylko pączki spoczywały w czeluściach bagażniora organizatorskiego Volva. Czekały tam również ogromnej piękności nagrody dla zimowoligowych zwycięzców.


Niestety - ze względu na znaczną komplikację kart drogowych i punktacji na ich ogłoszenie trzeba było czekać jeszcze około godziny. Jako, że prawie nikogo nie było już na mecie a natura coraz głośniej wzywała, postanowiliśmy udać się do domu - tym bardziej, że nieco później zaplanowane było poligowe spotkanie.

Jakieś 20 minut tym, jak dotarliśmy do domu, KiP-y ogłosiły wyniki rajdu. I muszę przyznać, że nie do końca się ich spodziewaliśmy.

Trzecie miejsce w klasie nawigacyjnej.

Tym bardziej wypadało pojawić się na zaplanowanym spotkaniu.

Po szybkim ogarnięciu się wyruszyliśmy pod wskazany adres. Niedługo po nas dotarły jeszcze dwie załogi oraz sami organizatorzy, którzy, po zajęciu przez wszystkich względnie komfortowych miejsc w przytulnym rogu pubu, wyłożyli nagrody na stół.


Zdecydowanie najbardziej podobał mi się policyjny Peugeot 406 - zresztą nigdy nie kryłem się ze sporą sympatią do tego modelu. On jednak zaplanowany był dla zdobywców trzeciego miejsca w lidze, nam zaś, w klasie nawigacyjnej (była jeszcze turystyczna), przypadło w udziale szóste. Jednak i my, poza dyplomami za trzeci schodek podium w rajdzie otrzymaliśmy pewną bardzo specjalną nagrodę.

Nagroda została przyznana za największy postęp oraz promowanie KiP-owych rajdów. A była nią betoniarka.

W zasadzie trudno się dziwić - nagroda zgodna z moim poczuciem humoru.


Jak mogę ocenić tegoroczny Rajd na Żółtych Papierach? Na pewno należy dobrze ocenić trasę i poziom szczękoopadogenności miejsc, gdzie trafiało się na pytania. Minusem, przynajmniej dla mnie, był za to całkowity brak pekapów. Poza tym rajd był... męczący. A przynajmniej męczący był plan, który zgodnie z Obywatelką uznaliśmy za przegięty. Jednak, skoro udało się zająć trzecie miejsce, wszystko wskazuje na to, że... udało nam się przejechać go dobrze.

A to chyba spora sztuka. I na pewno nie udałaby się nam, gdyby nie wcześniejszy trening na poprzednich rajdach Klasyków i Plastików.


EDIT: jest i filmidło. Zapraszamy.



środa, 27 lutego 2019

W poszukiwaniu bratograta

Tak, wiem. Czytacze mojego fejsowego fąpaża znają już historię - jednak po pierwsze nie każdy życzy sobie być podglądanym przez p. Cukierberga, po drugie historia na FB zawiera tylko początek i koniec. A wiem, że znajdą się przynajmniej 4 osoby, które chciałyby wiedzieć, co działo się w tzw. międzyczasie - albo przynajmniej są na tyle uprzejme, by udawać zainteresowanie. Innymi słowy - znacie? To posłuchajcie.

Otóż brat mój rodzony miał Golfa II imieniem Cieślak.

Miał jest tu słowem kluczowym.

Pewnego dnia brat jechał sobie spokojnie do pracy. Był już prawie na miejscu, gdy jakiś anencefalik uznał, że przejścia dla pieszych są dla słabych i wybiegł sobie na jezdnię w randomowym miejscu - tuż przed maskę Cieślaka. Brat, zamiast dokonać aktu łaski i poddać typa eutanazji (choć po prawdzie przy tej prędkości co najwyżej by go poobijał), postanowił go ominąć, co skończyło się wjechaniem w dziurę w asfalcie. Efekt - wahacz urwany razem z kawałkiem podłużnicy. Chyba wiadomo, co oznacza to w przypadku Golfa II za < 1k.


Po odwiezieniu Cieślaka na Miejsce Ostatniego Postoju rozpoczęły się poszukiwania następcy. Oczywiście na początku trzeba było poczynić pewne założenia: typ nadwozia (2 pary drzwi, najchętniej hatchback, ew. sedan), pojemność silnika (do 2,0, najchętniej k. 1,6 - wiadomix, OC), paliwo (diesel tym razem odpadał) i, rzecz jasna, budżet. Ten ostatni na początku wynosił k. 3000 złotych polskich (tych przez N), jednak udało się go finalnie nieco powiększyć.

Wiadomo, że każdy ma swoje preferencje i antypreferencje co do marek i modeli. W przypadku brata zdecydowanie odpadało Daewoo, niechętnie też, mimo dobrych doświadczeń z Cieślakiem, patrzył na auta niemieckie (w szczególności na Opla), choć nie odrzucał ich. Z kolei zdecydowanie najprzychylniejszym okiem patrzył na japońszczyznę, przede wszystkim zaś na Hondę.

Dlatego też poszukiwania zaczęliśmy od Civiców.

Niestety, w przypadku Hondy Civic szóstej generacji (bo głównie takie mieściły się w budżecie) znalezienie dobrego, zadbanego egzemplarza w sensownej cenie jest dość trudnym zadaniem. Model ten, jak każdy starszy japończyk, dość ochoczo zmienia kolor na rudy, ma skomplikowane, bardzo drogie w naprawach tylne zawieszenie, zaś jego użytkownicy niezbyt często posiadają włosy czy szyje.

Czy też mózgi.

Pierwszym samochodem, który obejrzeliśmy, był czerwony Civic 1.6 sedan za 2600. Brata zachęciła niezła prezencja na zdjęciach i mocny, znany z uwielbienia wysokich obrotów silnik. Na miejscu okazało się natomiast wszystko to, czego można było się spodziewać po Civicu za 2600.

Sorry, tylko to zdjęcie zrobiłem
Silnik zarzygany olejem, zawieszenie hurgoczące na każdym wyboju, telepiąca się podczas jazdy kierownica - wszystko to cuzamen do kupy dziwiło, że gruz był w stanie poruszać się samodzielnie. W zasadzie od początku można było przyjąć, że tani Civic z Pruszkowa nie będzie dobrym pomysłem.

Z Pruszkowa pocisnęliśmy do Marek, gdzie czekało na nas umówione wcześniej Clio.


Okazało się ono całkowitym przeciwieństwem Civica. Tak naprawdę poza złażącym klarem nie było tu za bardzo czego się przyczepić. Blacharsko integralne (a patrzyłem również pod spodem), mechanicznie zdrowe, jazda próbna również nie dała powodów do niepokoju. Do tego silnik 1,4 nader zacnie dawał sobie radę z niewielką, lekką Renówką. Właściciel, który okazał się nader sympatycznym człowiekiem, uczciwie powiedział, co wypadałoby zrobić. Generalnie byłem bardzo, bardzo za. Brat - niestety nieco mniej, ale przyznał, że jeździło mu się tym lepiej, niż przypuszczał. Tak czy inaczej, obiecał przemyśleć jeszcze temat. Finalnie przemyślenie wyszło jednak na nie - bratu było w Cliu zwyczajnie za ciasno. Co nie zmienia jednak faktu, że sam egzemplarz jest wyjątkowo dobry i jeśli traficie nań w poszukiwaniu małego, taniego toczydła, polecam go czterokopytnie.

Tymczasem poszukiwania trwały. Mimo zniechęcającego stanu mieszczących się w budżecie Hond brat postanowił dać szansę jeszcze jednemu Civicowi. Co ciekawe, był to przedstawiciel kolejnej, siódmej generacji. Civic VII za niecałe 4k? To nie wróży za dobrze. I, jak się okazało, dobrze nie było. Brat, który wybrał się na oględziny beze mnie, wysłał mi zdjęcie przypominającego chrupiący wypiek progu, z dopiskiem, że na żywo całość wyglądała jeszcze gorzej.


Poszukiwania trwały dalej. Zasypywałem swoje rodzeństwo sztuk raz kolejnymi wygrzebanymi ogłoszeniami, z których wspólnie wybieraliśmy najsensowniej prezentujące się egzemplarze. Były wśród nich nader ładne Trzystaszóstki, była sprawiająca wrażenie niezgnitej Kia Shuma, kilka obiecujących sztuk S40, a nawet wyglądający na zadbanego Passat B5. Brat jednak najmocniej skłaniał się ku przedstawicielom motoryzacji japońskiej. A jeśli nie Honda to może Toyota? Jęliśmy tedy wyłuskiwać co ładniejsze Corolle. Na szybko znalazłem dwie, które uznałem za rokujące, brat zaś umówił się na ich obejrzenie ze znajomym mechanikiem.

Pierwsza, czerwona, wyglądała na zdjęciach wyjątkowo dobrze: lakier był w ładnym stanie, trudno było dopatrzyć się jakiejkolwiek rdzy, zaś czyste, wyglądające na bardzo zadbane wnętrze robiło wręcz świetne wrażenie. No dobra, handlarz, ale i u nich można czasem znaleźć zupełnie znośny sprzęt. Przejażdżka jednak ujawniła dziwne stuki z silnika, zaś po zajrzeniu pod korek oleju oczom brata i jego mechaniora ukazał się piękny, gęściutki majonez. Handlarzyna, po zwróceniu mu na ten fakt uwagi najpierw próbował przekonywać panów, że "tak ma być", zaś na stwierdzenie, że no raczej nie bardzo... sklął mechanika, wykrzykując, że on samochodami zajmuje się od ponad 20 lat, i że co mu tu gówniarz będzie wygadywał co jest dobrze a co źle. Brat, któremu wcześniej było zbyt ciasno w Clio ze względu na wyrobione latami treningów nieco ponadnormatywne bary, rzucił do kolegi, że pora się zwijać, zanim zrobi panu sprzedawcy jakąś drobną krzywdę, na co ten ostatni był łaskaw zawrzeć otwór gębowy i wycofać się przezornie.

Druga, srebrna, na fotkach z ogłoszenia też nie wyglądała źle - wnętrze może nie było tak ładne, jak w czerwonym egzemplarzu, ale również nie dało się stwierdzić zgnilizny. Nie mam pojęcia, czy zdjęcia z ogłoszenia były stare, czy retuszowane, jednak po dotarciu na miejsce panowie stwierdzili, że rudości jest tam tyle, że w zasadzie nie ma co dalej oglądać tego egzemplarza.

Jednak nie samymi Corollami Toyota stoi. Wśród wynoranych wspólnie ogłoszeń znalazła się zupełnie niebrzydka Carina E w najgrzybniejszej ze wszystkich wersji nadwoziowych, czyli sedanie. Jako, że jeździłem już takim autem, mogłem powiedzieć bratu, że to wygodny, relaksujący, a do tego nader solidny sprzęt, który już z podstawowym silnikiem 1,6 pod maską zupełnie sprawnie odpycha się od podłoża. Ten zaś egzemplarz miał pod maską 133-konną dwulitrówkę.

Tym razem na rekonesans najpierw wybrała się... nasza Czcigodna Staruszka (ta od kolejnych dwóch SX4) wraz ze swym znającym się na rzeczy wybrankiem. Po przejechaniu się i obejrzeniu Toyki stwierdzili, że warto. Wiadomo jednak, że przede wszystkim musi ocenić sprzęt jego potencjalny nabywca. Dlatego też umówiłem się na następny dzień z bratem i bratową na Muranowie, gdzie czekała oferowana Carina.

Na pierwszy rzut oka - wiadomo, po prostu Toyota z lat 90-tych. Nic szczególnego, ale też bez zdrady. Egzemplarz wizualnie nie powalał - z bardzo ładnego, ciemnego, zielononiebieskiego lakieru w paru miejscach mocno schodził klar. Z drugiej strony, auta nie zżerało rude cholerstwo. Szczególnie zwracały uwagę zdrowe progi (ponoć wymienione niecałe 2 lata wcześniej) i nadkola. Podczas jazdy próbnej dało o sobie znać nieco stukające przednie zawieszenie (łączniki stabilizatora - wiadomo, rzecz eksploatacyjna, którą i tak warto zająć się po zakupie starszego samochodu), troszkę chroboczące po dłuższym postoju tylne hamulce (które zresztą przestały chrobotać po kilku hamowaniach) i... tyle. Carina nie ściągała przy hamowaniu, kierownica nie biła, silnik pracował równo (a pod korkiem nie było sosów do kanapek, co zresztą dzień wcześniej sprawdził wybranek Czcigodnej). Jechało się po prostu dobrze.

I dobra była cena, jeszcze odrobinę zbita krótkimi negocjacjami.

W ten oto sposób brat stał się posiadaczem przyzwoitego, solidnego, wygodnego grzybowozu, jakim jest Toyota Carina E.


Oczywiście po zakupie udaliśmy się na małą przejażdżkę. Carina, poza byciem bardzo komfortowym, przyjaznym w prowadzeniu sprzętem, okazała się do tego zaskakująco szybka - 133 KM nie brzmią może porażająco, ale okazują się całkowicie wystarczające, by średniej wielkości sedan zadziwił paru Sebixów w trzystaosiemnastkach.

W międzyczasie Carina zyskała imię Żarłacz Grzybny i szybko zdobyła serce zarówno brata jak i bratowej. Jasne, trochę szkoda, że to nie liftback - wszak samochód w sezonie ma służyć m.in. jako transport roweru na działkę, a ograniczona funkcjonalność sedana może trochę utrudniać jego załadunek. Sam może odrobinę żałuję, że jest to model, który już kiedyś opisywałem - jednak jest w innej wersji (2,0 manual, podczas gdy ta, którą jeździłem wcześniej, miała bazowy silnik 1,6 sprzęgnięty z automatem), a to, że kiedyś popełniłem wpis, nie znaczy, że tym razem nie mogę zrobić filmu. Gdyż taki jest właśnie plan.


I tak - Żarłacz Grzybny ma instalację na podtlenek cebuli. Grzybosedan bez korka wstydu to wszak nie grzybosedan.

wtorek, 12 lutego 2019

Skala MIKSolidyjska: tam musi być jakaś cywilizacja

Ostatnio nie miałem zbyt wiele czasu na łowy. Wiadomo: tzw. dorosłe życie, obowiązki, do tego ta ponura połowa roku, gdy nocy jest więcej niż dnia - to wszystko nie sprzyja włóczeniu się po mieście z aparatem. Poza tym coraz trudniej o jeszcze nieznane mi (i wszystkim innym) graty. Coraz to kolejne powoli zmierzają w kierunku Strażackiej, wypierane przez nowe osiedla typu Oaza Prestiżu oraz homogeniczne korpowozy w lyzingu lub na kredyt RRSO 666%. Wszystko to sprawia, że mix prawobrzeżny ostatnio pojawił się tutaj... pod koniec 2017 roku. I już od momentu jego opublikowania zbierałem powoli materiały na kolejny. Czyli właśnie ten.

Poprzednio zakończyliśmy na Ujazdowie, skąd można łatwo (pod warunkiem, że nie są to godziny szczytu) przebić się Mostem Łazienkowskim na wschodni brzeg Wisły. A wiadomo, że na wschodzie musi być jakaś cywilizacja.

Lecim.

Wedle znawców gwiazdek EuroNCAP - bezpieczniejszy od ostatniego Punto czy Pandy.

Wóz Gazem Wykarmiony

Zaopatrzałbym

Grzmiałbym fałósemką

I takie Porsche to ja szanuję

A takie Daihatsu to ja chcę. Jak prawie każde.

Przemieściwszy się na Saską Kępę trafiamy pod pewien dobrze znany warsztat

To jest rodzaj krasnala podwórkowego, który popieram

Wtem - znajomy sprzęt

Nie, nie dało się wyraźniej.

Jeśli Tipo na czarnych to nie srogi jaktajmer to naprawdę nie wiem, co nim jest

Za każdym razem, gdy go widzę, moja ślina obficie znaczy podłoże

Mieszkałbym

Paczcie, jakiś prywaciarz podjechał na cepeen

W jej przypadku żeby wyjechać z parkingu nie trzeba wrzucać wstecznego

Praskie podwórka-studnie kryją niejednego świadka historii

Na nową drogę... nie, czekaj

WOT, kakaja haroszaja szwedskaja maszina.

Suzuki Dla Złomnika

Na Starym Pojeździe pytałem jak on ma na imię. Wiedziały bodajże dwie załogi.

Stan Fiaciora w przybliżeniu odzwierciedla ogólną jakość modelu. W przybliżeniu.

Ale te wczesne były nawet całkiem całkiem. Choć Garbusy i tak były fajniejsze.

Nawet mało zgniła jak na Mazdę

Czy to 125p jest duży czy CX jest mały?

Rozumiem, że ćwiczenia z kamuflażu. Potrzeba będzie jeszcze sporo.

Wszyscy warszawscy graciarze znajo. Co nie zmienia faktu, że jest piękny. PIĘKNY.

Już widać początki typowej dla Trucka samoistnej modyfikacji przebiegu linii bocznej.

Tak bym zostawił

Tak bym jeździł

Choć tym nawet bardziej. Szczególnie na tych kółkach.

To tyle na dziś. Następnym razem... następnym razem coś się wymyśli.

Chyba.

Mam nadzieję.