sobota, 1 września 2012

Wspominatoza 3: Chaimek

Guten abend.

Niniejszym nastał nam wrzesień, co oznacza koniec wakacji, który z kolei niesie ze sobą wzmożoną aktywność korkową na drogach. Biorąc natomiast pod uwagę ilość destrukcji czynionej za pomocą ciężkiego sprzętu na stołecznych ulicach, śmiem poczynić przypuszczenie, że korki będą epickie. Stojąc w takim korku można żuć w bezsilnej złości kierownicę, opierać się o klakson lub ochoczo dokonywać rękoczynów, ale można również oddać się bardziej pokojowym czynnościom. Na przykład wspomnieniom.

Każdy z nas ma ciepłe wspomnienia: niektórzy z rozrzewnieniem wspominają swego pierwszego pawia uskutecznionego w krzakach pod wzmagającym radość życia i poczucie nieśmiertelności wpływem wina "Nasze Kawalerskie", inni doświadczają napadów nostalgii na myśl o pierwszych odcinkach "Dynastii", jeszcze inni z ukontentowaniem pławią się w falach sentymentu rozmyślając o tym, jak ich aparat ortodontyczny sczepił się z aparatem Mariolki z 4C... Ja sam z przyjemnością pielęgnuję pamięć o pierwszym koncercie, który zagrałem, o małym kotku, który niegdyś przyplątał się do mnie i którego potem trzymałem w sali prób, przynosząc mu codziennie żarło i napitek i pozwalając mu łazić po mnie, o słowach "zamień się ze mną" (kto ma rozumieć, ten rozumie, wy nie musicie)... I o moim trzecim samochodzie. A drugim, którym udało mi się wyjechać na drogę publiczną.

Był kwiecień 2011 a ja właśnie zostałem pozbawiony możliwości hurtowego przemieszczania swego instrumentarium. Melodila od dawna śmigała po krainie wiecznych autostrad, Saabolot (którego być może kiedyś tu opiszę, choć nigdy nic nim nie przewiozłem) oddalił się na lawecie powożonej przez kogoś, kto miał większe szanse na doprowadzenie go do stanu w pełni jeżdżącego, ja zaś z dźwięcznym gruchnięciem strzeliłem sobie w kolano, pomagając mej Czcigodnej Staruszce znaleźć nowszy wehikuł, czyli Suzuki SX4, które zastąpiło opisaną już przeze mnie Fiestkę, skutecznie pozbawiając się tym samym widoków na okazjonalne pożyczanie środka transportu od Niedaleko Zlokalizowanej Rodziny, gdyż Czcigodna raczej nie była skłonna dzielić się swą świeżo zakupioną Zuzią. Jednak dysponowałem podówczas dochodem, który przy pewnej dozie tolerancji mógł zostać określony jako "akceptowalny" zaś akurat wtedy mój bank stwierdził, że zrobi mi kawał i spytał, czy nie chciałbym może jakiegoś małego, miłego kredyciku.

Chciałem.

Następny tydzień spędziłem z twarzą wtuloną w ekran wyświetlający ogłoszenia z OtoMoto i motoAlledrogo, zaś uchem - w telefon. Znalazłem kilka ciekawych egzemplarzy, którym chciałem się przyjrzeć, a także kilka mniej ciekawych (czyli takich, które przez normalnego człowieka zostałyby określone mianem "rozsądnych"). Przejechałem się kilkoma egzemplarzami, kilka innych (tych "rozsądniejszych") zostało mi sprzątniętych sprzed nosa... Aż któregoś dnia na Alledrogo pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży wehikułu, na widok którego ta mniej rozsądna część mojej natury (czyli około 99,99846813% całości tejże) zakwiliła cicho, po czym dyskretnie popuściła. Wehikuł był śliczny, uroczy, cudowny i zapowiadał masę kłopotów, błyskając do mnie ze zdjęcia podwójnym szewronem. Był to pięciodrzwiowy, wiśniowy Citroen ZX Aura 1.8 automat, rocznik 1994. Zagazowany. NA CZARNYCH BLACHACH.

Zakochałem się.

Godzinę później byłem w autobusie do Ząbek, gdzie wehikuł był zlokalizowany. Umówiłem się ze sprzedawcą na parkingu przed Makro. Gdy podjechał, zadźwięczał pierwszy dzwonek alarmowy. Facet prawdopodobnie miał własny kod pocztowy. Wylewał się z obu boków siedzenia kierowcy a swój zaiste imponujący brzuch opierał komfortowo o kierownicę. Zacząłem poważnie zastanawiać się nad stanem zawieszenia Cytrynki. Sprzedawca jednak zachowywał się sympatycznie, zaś pierwsza jazda próbna nie wykazała żadnych nieprawidłowości. Zawieszenie - jak to w każdym szanującym się Citroenie - łykało wyboje jak... no... skutecznie je łykało, automat gładko (acz dość leniwie) zmieniał biegi, hamulce działały, auto jechało do przodu, do tyłu, a nawet skręcało. Jednak moje rozsądne 0,00153187% krzyczało alarmująco, więc zrobiłem dwie rzeczy, żeby je uspokoić: zadzwoniłem do Kolegi, Który Znał Się Lepiej i pojechałem przetestować Suzuki Swift z innego ogłoszenia. Swift oczywiście był przerdzewiały, więc wróciłem, by spotkać się z Kolegą, Który Znał Się Lepiej i wspólnie obejrzeć ZX-a. Podjechaliśmy pod dom sprzedającego, który wytoczył się zeń, aby dokładniej zaprezentować nam auto. Chwilę później dzwonek alarmowy dzwonił ponownie, tylko głośniej: komora silnika była zarzygana olejem. Kolega krytycznie oglądał wnętrzności Cytrynki, zaś ja powtarzałem sobie: "to stare auto, silnik ma prawo odrobinę się pocić... prawda? PRAWDA???". Z tego, co pamiętałem, ten konkretny silnik miewał problemy z pokrywą z zaworów, spod której niejednokrotnie hojnie ciekło. Wybraliśmy się na kolejną przejażdżkę - tym razem z Kolegą za kierownicą. Przejażdżka, tak jak i wcześniejsza, nie wykazała żadnych problemów. Następnie Kolega, Który Znał Się Lepiej, raz jeszcze obejrzał auto wokół i - w miarę możliwości - te elementy spodu, które dało się dojrzeć bez wjeżdżania na kanał, po czym zawyrokował, że w zasadzie można, ale warto by było najpierw odwiedzić warsztat i sprawdzić to cudo dokładniej. Jednak była niedziela, warsztaty nie pracowały zaś ja byłem napalony jak szczerbaty na suchary. Postanowiłem sfinalizować transakcję w trybie natychmiastowym... i wtedy, gdy weszliśmy do domu hojnie obdarzonego strefą zgniotu sprzedawcy, dzwonek alarmowy rozległ się po raz trzeci: wszędzie walały się ulotki i gazetki pewnej partii z trzyliterowym skrótem. Tej z samogłoską w środku. Jednak i ten dzwonek postanowiłem zignorować...

Niecałą godzinę później, po drobnych negocjacjach skutkujących spuszczeniem z ceny "na zatankowanie", byłem już posiadaczem Citroena ZX 1.8 Aura automat z podtlenkiem LPG. Miał wspomaganie, elektrykę, szyberdach i był fantastyczny. A ja byłem szczęśliwy.


ZX szybko zyskał imię, nadane mu przez mą ówczesną Połowicę. Otóż słowo "Citroen" przypomina zacne starozakonne nazwisko Cytryn (nie ten od Gumiaka), a jednym z popularniejszych żydowskich imion był Chaim - i tak autko zostało Chaimkiem. Z uchylną jarmułką.

Chaimek pod wieloma względami okazał się być bardzo sympatycznym jeździdłem. Przede wszystkim odznaczał się nieporównywalnym z jakimkolwiek bezpośrednim konkurentem komfortem jazdy. Choć nie miał słynnego citroenowskiego zawieszenia hydropneumatycznego, typowe dla naszego pięknego kraju fantazyjnie ukształtowane powierzchnie asfaltowe na wyrost nazywane drogami nie robiły na nim większego wrażenia. Mimo dość miękkich nastawów, prowadził się bardzo przyzwoicie - zakręty atakował z werwą, przechylając się przy tym wyraźnie ale ani na krok nie zbaczając z obranego toru. Niewątpliwie pomagała w tym specyficzna konstrukcja tylnej osi, pozwalająca na delikatny pasywny skręt kół. Owa konstrukcja również stała się jednym ze źródeł wydatków (na co akurat byłem przygotowany), ale o tem potem. Komfort zwiększała dodatkowo czterostopniowa automatyczna skrzynia biegów i przyjemne wykończenie kabiny - siedzenia i boczki drzwi były obite welurową tapicerką zaś deska rozdzielcza została pokryta miękkim tworzywem.



Sama skrzynia niestety przyczyniała się do lekkiego spętania stadka 103 koni mechanicznych, zmieniając je w potulne kucyki, jednak funkcja kickdown, gdy trzeba było, potrafiła je całkiem skutecznie pogonić. Ponadto, poza elektrycznie sterowanymi przednimi szybami i szyberdachem, na wyposażeniu było całkiem znośnie brzmiące audio. Z KASECIAKIEM. Wreszcie miałem co zrobić z kasetami Primusa, które walały mi się od lat po domu! Do tego dochodziła cecha, która wprawiała mnie w zachwyt za każdym razem, gdy przychodziło mi przewieźć kilka basów i więcej niż jednego pasażera: fantastyczna wręcz jak na niewielkiego hatchbacka praktyczność. Bagażnik, mimo zajmującej ok. 1/3 jego pojemności butli, łykał do 2 basów w miękkich pokrowcach, zaś trzeci, umieszczony w półsztywnym piankowym futerale, spokojnie mieścił się na półce za tylnym oparciem. Samo oparcie było, rzecz jasna, dzielone w proporcji 1/3 - 2/3, zaś tylna kanapa dawała się przesuwać, co dawało możliwość wyboru między większą przestrzenią na nogi pasażerów lub pojemniejszym bagażnikiem. Zazwyczaj wybierałem to drugie. A jeśli sam bagażnik nie wystarczał, zawsze można było złożyć oparcie... Efekt? Załadowane dwa basy, głowa w racku 4U, srogich rozmiarów paczka SWR Henry the 8x8 (i to w kejsie na kółkach!), statyw na basy, do tego dwie gitary i stojaki pod nie oraz gitarzysta (ten ostatni na przednim fotelu pasażera). I jeszcze było trochę miejsca... Doprawdy, gdybym wtedy trafił na wersję kombi, prawdopodobnie mógłbym podjechać nią na Kawęczyńską, załadować do bagażnika bazylikę i oddalić się w dowolnie wybranym kierunku. Jedyny problem w tym, że prawdopodobnie trudno byłoby ją wydłubać z fundamentów. No i po cholerę mi bazylika?...



Niestety, Chaimek nie składał się z samych zalet.

Jedną z najpoważniejszych jego wad było zużycie paliwa. Można bez większej przesady i z czystym sumieniem określić je mianem gigantycznego. Czy to benzyna, czy gaz - Chaimek nie zużywał ich. On je żłopał. Po części była to zapewne zasługa automatu, ale większość odpowiedzialności zapewne spadała na stan silnika. Jestem pewien, że należało przy nim sporo zrobić, do tego dochodziła całkowicie rozregulowana instalacja LPG, ale w końcu nie zrobiłem ani jednego ani drugiego, gdyż zjadły mnie inne wydatki...

Chciałbym tu zaznaczyć jasno i wyraźnie, że jestem przeciwnikiem stereotypów i moje perypetie z Chaimkiem nie wynikały z przypadłości typowych dla tej marki czy modelu (poza tylną osią), a z dwóch czynników: fatalnego stanu technicznego wynikającego z lat zaniedbań i mojej głupoty, która nie pozwoliła mi dokładnie sprawdzić auta przed jego zakupem.

Jakiś miesiąc - półtora po spełnieniu swojej zachcianki, coś zaczęło kapać. Na olej za rzadkie, a innych pomysłów nie miałem... Kolega (ten, który pomagał) zasugerował, że może być to płyn wspomagania kierownicy. Sprawdziłem - zbiornik był pełen. Co to było, okazało się wkrótce, gdy któregoś dnia wskaźnik temperatury cieczy chłodzącej rozpoczął raźną wędrówkę w górę, zaś po dojechaniu na miejsce i otworzeniu maski stwierdziłem brak tegoż płynu. Chłodnica była dziurawa, czego nie udało mi się zauważyć wcześniej. Wkrótce - po intensywnych poszukiwaniach chłodnicy do tego konkretnego modelu, z tym konkretnym silnikiem i skrzynią (za to bez klimy, co było bardzo rzadkim zestawieniem) - nowa chłodnica już mościła się wygodnie pod maską. Za to w kabinie zacząłem czuć delikatny zapaszek aluminium, lecz co oznaczał, przekonałem się dopiero jesienią... Następna w kolejce była tylna oś - to akurat nie było niespodzianką, wiedziałem, że zużywające się w niej łożyska są typową bolączką ZX-a i pochodnych, więc byłem przygotowany na ten wydatek. Pojechałem zatem do specjalizującego się w owym zagadnieniu warsztatu mieszczącego się w jednej z podwarszawskich miejscowości, gdzie Chaimek został wzięty na podnośnik, po czym mechanik wszedł pod spód... "Panie, tu nic nie było wymieniane od nowości!" - obwieścił. Okazało się, że poza tylnym zawieszeniem do zrobienia jest zwrotnica i parę innych rzeczy, których nie pomnę - tak czy inaczej, rachunek był słony... Wyszło również na jaw, że autko zaliczyło niegdyś dzwon. I to potężny. Jakim cudem nie zauważyliśmy tego z Kolegą, Który Znał Się Lepiej - nie wiem. Prawdopodobnie ślady były ukryte pod warstwą oleju szczodrze wyściełającą komorę silnikową...

Wkrótce potem zaczęła niedomagać instalacja gazowa - do wymiany był parownik i kilka innych rzeczy, lecz zbankrutowawszy po poprzednich naprawach nie miałem już na to funduszy, w związku z czym przerzuciłem się całkowicie na benzynę, co poskutkowało ponownym zaprzyjaźnieniem się z komunikacją miejską - Chaimek zaczął służyć wyłącznie jako transport na próby i grania, gdyż na częstsze karmienie go nie było mnie stać. Wolumen jego konsumpcji był przerażający. W zasadzie pod maską równie dobrze mogło kryć się solidne V8 - podejrzewam, że zużycie paliwa byłoby zbliżone. Potem przyszła jesień a wraz z deszczami pojawiła się mgła. Problem w tym, że nie na dworze, tylko w kabinie... Z nawiewów leciały kłęby pary nader skutecznie ograniczające widoczność. Diagnoza mogła być tylko jedna - nagrzewnica dokonała żywota. Oczywiście na naprawę tejże też nie miałem już środków, gdyż w międzyczasie poszerzyłem swój stan posiadania w kwestii basów... Aby widzieć cokolwiek, bez względu na pogodę jeździłem z uchylonymi szybami. Z zewnątrz musiało to robić wrażenie, jakby samochodem podróżował komplet pasażerów raczących się naturalnymi preparatami ziołowymi... Powoli zaczynałem mieć dość. Gdy do tego wszystkiego któregoś październikowego wieczora pocałowałem (z własnej głupoty) Omegę kombi w jej opasły zad, szpecąc sympatyczny pyszczek Chaimka, czara goryczy się przelała.


Chaimek został ze mną łącznie przez rok. Zimą prawie nim nie jeździłem (zamarzł), zaś na wiosnę intensywnie rozpatrywałem możliwości pożegnania się z nim. Mimo wszystkich perypetii strasznie go lubiłem, więc nie chciałem go złomować. Na szczęście pewien sympatyczny i ewidentnie znający się na mechanice dziadek zdecydował się dać mu szansę. Przejechał się nim w kółko, potem stanęliśmy pod moim blokiem, dziadek otworzył maskę, dłubał tam przez godzinę z kawałkiem... i odjechał, pozostawiając mnie z trzycyfrową kwotą w kieszeni i rodzącym się poczuciem, że w zasadzie też mogłem doprowadzić Chaimka do względnego stanu.

W międzyczasie wspólnie z Wybranką (aktualną i docelową) zakupiliśmy Madzię, którą jeździ się nam bardzo przyjemnie i mam nadzieję, że zostanie z nami dopóty, dopóki brak funduszy na coś troszkę nowszego (i z jakimkolwiek wyposażeniem). Jednak... zdarza mi się tęsknić za Chaimkiem, szczególnie, gdy widzę ładnego ZX-a. To było, mimo swych przypadłości, nader sympatyczne, przyjazne jeździdło. Niezwykle komfortowe, bardzo praktyczne, a do tego mające coś, czego większości współczesnych samochodów brakuje: charakter.

Prawdopodobnie większość z was jeszcze wygodniej rozsiądzie się teraz w komfortowym stereotypie, że francuzy to szajs a od ZX-a należy trzymać się z daleka. Otóż... nie. Po pierwsze, znam kilku byłych i obecnych właścicieli tego modelu - wszyscy wypowiadają się o nim ciepło. Po drugie, Chaimek był zwyczajnie zajeżdżony (do tego zaliczył kiedyś spotkanie z czymś dużym, nie wykluczałbym pociągu lub czołgu), ja zaś - zbyt głupi i napalony, by dokładniej sprawdzić go przed zakupem. I nawet mimo jego dość żałosnego stanu jeździło mi się nim świetnie. A naklejkę Klubu Cytrynki mam do dziś.

Czy warto zatem zainteresować się Citroenem ZX? Uważam, że tak. Trzeba tylko trzymać się kilku zasad:
- sprawdzić przed zakupem, najlepiej w warsztacie (ZX, jak wszystkie żabojady, nie znosi niefachowego serwisu, a za jego kompletny brak, jak w przypadku Chaimka, mści się bezlitośnie)
- raczej unikać silnika 1.8 (polecam uchodzący za niezniszczalny 1.9D lub dobrze dogadujący się z gazem benzynowy 1.6)
- zostawić sobie budżet na remont tylnego zawieszenia - jest to raczej nieuniknione (koszt ok. 1000zł)
- sprawdzić przed zakupem
- w razie wyboru decydować się raczej na manual niż automat (ale i tak ZX-y w automacie zdarzają się bardzo rzadko) - ten drugi jest w miarę bezproblemowy, ale mocno podnosi zużycie paliwa
- sprawdzić przed zakupem
- warto polować na wersję Aura - jest bardzo przyzwoicie wyposażona i ma lepiej wykończone wnętrze, niż pozostałe wersje
- DOKŁADNIE SPRAWDZIĆ PRZED ZAKUPEM!
W zasadzie to tyle... Stosując się do powyższych wskazówek można upolować naprawdę ładną Cytrynkę. I cieszyć się autem, które ma kawałek duszy.

Chaimek w GuglStricie, nieopodal mojej dawnej pracy


Podsumowując, czyli zady i walety:

Plusy:

* wyśmienity komfort
* niezłe właściwości jezdne
* ponadprzeciętna praktyczność
* przyjemnie wykończone wnętrze wersji Aura
* charakter

Minusy:

* kłopoty z tylnym zawieszeniem (wytrzymuje ok. 200tys km, potem konieczny jest remont)
* potworne zużycie paliwa wersji 1.8 z automatyczną skrzynią
* wrażliwość na zaniedbania serwisowe - o te auta trzeba umieć dbać
* koszty niektórych części wyższe niż w przypadku bardziej popularnej konkurencji
* awaryjne wersje 1.4 (słyszałem) i 1.8 (wiem)

Co nim wozić:

Chaimek woził sporo mojego sprzętu - jak już pisałem, udało się nawet zapakować doń Henryka... Regularnie jeździły nim Alembic, Malinek, Jazz i Yamaha BB 615, raz również Lakland Joe Osborn. Żaden nie narzekał, acz mam wrażenie, że szczególnie Alembic dobrze czuł się w komfortowym wnętrzu Cytrynki. I jako, że ZX - mimo swej niepozornej aparycji - jest prawdziwym Citroenem, czyli autem z charakterem i kilkoma dziwactwami, warto wozić nim coś niebanalnego. Dobrze będzie się w nim czuł Alembic Spoiler, świetnie będzie się nim wozić Statusa (i to najlepiej obrzyna - nie dlatego, że inny by nie wszedł, wszak miejsca w środku jest dość; po prostu jest wystarczająco nietypowy) i różne ciekawe basowe wynalazki z lat 80. i wczesnych 90. Jakikolwiek bas wrzucisz do środka - będzie mu wygodnie. Do tego winko, bagietka, paczka Galoise'ów i w drogę. Tylko pamiętaj...

...DOKŁADNIE SPRAWDŹ PRZED ZAKUPEM.



Bon voyage!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz