środa, 11 października 2017

"A może tak rzucić to wszystko", czyli ratunkowa misja w Bieszczady

Od czego są przyjaciele?

Na przykład od tego, by wsiąść w samochód (nie swój, bo własny nie ma haka), zapiąć lawetę, choć nigdy wcześniej nie jeździło się z jakąkolwiek przyczepą, i ruszyć w Bieszczady, gdzie nigdy wcześniej się nie było.

Ale od początku.

Jest sobie pewne zaprzyjaźnione ze mną i z Lubą (vel Obywatelką Pilotką) małżeństwo. Oboje mocno gustujący w tzw. naturze, przygodach i aktywnościach najróżniejszych. Oboje zmotoryzowani w dwójnasób - zresztą dane mi było testować wehikuły zarówno jego, jak i jej (i to ten wcześniejszy i ten późniejszy). W dwójnasób jednak nie oznacza tu, że oboje posiadają samochody (choć jest to prawdą, q.e.d.), tylko że mają po samochodzie i po motocyklu. I na owych motocyklach, celem uczczenia niedawno naciągniętych obrączek, pocisnęli sobie byli tam, gdzie legendarnie zielono, dziko i w ogóle, czyli w Bieszczady.

No i wtedy, niestety, wziął i nastąpił klops.

Najpierw Pani spłatało psikusa jej własne, osobiste kolano, które postanowiło ulec uszkodzeniu. Następnie uszkodzeniu uległy motocykle. Oba.

Krótka rozkmina, rozważenie za (przyjaciele w potrzebie) i przeciw (niebezpieczeństwo spóźnienia na ostatnią próbę przed pierwszymi, cholernie ważnymi graniami) i szybka decyzja: jadę po was.

Pytanie jednak, czym. Do Skanssena wszak nie załaduję motórów. Do Vivaro w sumie też lepiej nie. No to może laweta? Ale jaka - wszak wszelkie Ducaty i Iveca są z lekka przyduże...

...aha. Przyczepa. Ciągnięta wyposażonym w hak Baleronem Pana.

Cóż zatem było robić.


Niestety było już dość konkretne popołudnie, co oznaczało, że na miejscu znajdę się raczej po północy. Na pocieszenie jednak navi pokierowało mnie... przez doskonale mi znany rejon, w którym co roku spędzam trochę czasu na leniwym relaksie. Tam też zresztą postanowiłem zatrzymać się na krótki popas.


Dalsza droga (czyli jakieś jej 90%) przebiegła bez większych zakłóceń - może poza absolutnie nieprzenikalną mgłą na jednym z ostatnich odcinków, szybką (wspomaganą telefonicznie) nauką cofania i zawracania z przyczepą w nocy, na wąskiej, nieoświetlonej dróżce z rowami po bokach oraz faktem, że na miejscu znalazłem się nie w okolicach północy, tylko po 2.

I to jeszcze nie był koniec.

Gdy przybyłem na miejsce, Pan czekał na mnie w pożyczonym od gospodarza Suzuki Jimny. Na pytanie, gdzie śpią (zaparkowaliśmy w zasadzie pod noclegowiskiem), przepiął lawetę do Suzuczka, po czym ruszyliśmy jeszcze kilka kilometrów wgłąb absolutnej bieszczadzkiej dziczy.

Wiedziałem już, że jeśli mam zdążyć z powrotem, noc będzie krótka. I była.

Za to poranne widoczki można było zaliczyć do niezwykle urokliwych.




Oczywiście Bieszczady nie byłyby Bieszczadami bez UAZ-a. Na czarnych.

Do środka pada, a on nadal pracuje
Zanim zabraliśmy się za załadunek motocykli, była jeszcze chwilka na zaczerpnięcie świeżego, porannego, bieszczadzkiego powietrza.


Aczkolwiek raczej nie stąd

Spa, jak widać, też mają

A dzień dobry się z panem
Relaks trzeba było jednak rychło kończyć - żeby zdążyć na 18 pod Warszawę konieczne było mocne spięcie elementów zadnich. Oraz motocykli na lawecie.

To jednak było niczym w porównaniu z zadaniem, które czekało ciągnącego lawetę Jimny'ego.

Pod górę bieszczadzkiego, pokrytego gliną i porośniętego trawą stoku.

Po całonocnym deszczu.


Pierwszy fragment szlaku, którego część trzeba było pokonywać trawersem, został przebyty w miarę gładko (co było w głównej mierze zasługą kierowcy - ja w tym czasie siedziałem na prawym fotelu i bez większego upodobania wgryzałem się we własne pazury). Jednak chwilę później zaczęły się schody.

A w zasadzie podjazd.

Mokry, śliski podjazd kontra mała terenóweczka ciągnąca około półtonową lawetę.

Pierwsze trzy próby nie przyniosły rezultatu - w pewnym momencie koła małego Suzuczka zaczynały bezradnie mielić glinę. Doszedłem do wniosku, że może odelżenie zestawu o moje własne k. 90 kg zrobi jakąś różnicę.

I, jak widać, zrobiło.


Nie wiem, jakim cudem udało się to onemu obywatelu, ale... jakoś się udało. Kierowca znalazł niewyślizgany jeszcze fragmencik zbocza, Jimny wgryzł się w podłoże przy pomocy w pełni mechanicznego przeniesienia napędu... I poszło.

Pozostało już tylko dotrzeć do Balerona, przepiąć lawetę, wrócić po Panią i ruszyć dodom.

Po drodze do miejsca, gdzie czekał pojemny, komfortowy kombiak, można było jeszcze popodziwiać prawdziwie bieszczadzkie wrosty.



W końcu dotarliśmy na polanke pod kościołem, gdzie czekał Baleron. Trzeba przy tym przyznać, że czekał w całkiem zacnym towarzystwie.

Tak, trochę się paliło. I tak, nadal jeździ.

Ten już raczej nie. Zapewne dlatego, że nie jest UAZ-em.
Pozostało zatem już tylko ruszyć w drogę i mieć nadzieję, że jedynymi wrażeniami, które przyniesie ten dzień, będą przeżycia estetyczne zapewnione przez urokliwe bieszczadzkie landszafty.




Niestety... nie.

Najpierw nawigacja pokazała drogę, która poprowadziła nas na manowce. Nie były to jednak cudne manowce, tylko bezsensowna pętla, po której w pewnym momencie zaczęliśmy jechać... z powrotem. W końcu, celem wydostania się z niej, zjechaliśmy na zasugerowany przez guglmapę skrót.

Na którym urwaliśmy wydech.

Powiem tak: zatrzymywanie się na równie wąskiej co ruchliwej lokalnej drodze celem mocowania bardzo niefartownie urwanej rury wydechowej, podczas gdy w obie strony śmigają autobusy i ciężarówki, nie jest zbyt relaksującym zajęciem.

Na szczęście udało się - zarówno naprawić nadwyrężonego ciśnięciem przez wykroty Balerona, jak i dotrzeć na czas.


Wnioski z wyprawy mam cztery.

1. Baleron to bardzo fajny, wygodny dupowóz, wyśmienicie sprawdzający się w trasie, przyjazny zarówno kierowcy jak i pasażerom, a jednocześnie na tyle twardy, by przeżyć wyprawę z lawetą po drodze, która zabiłaby 90% innych osobówek.
2. Suzuki Jimny to mega kompetentny sprzęt, który potrafi dużo więcej niż to, na co wskazuje jego skromny, pocieszny wygląd.
3. Jadąc w Bieszczady warto mieć przynajmniej 2 godziny zapasu. I mapę. I pilota.
4. Chętnie tam wrócę. Ale już raczej bez lawety.

Choć... jeśli będzie trzeba, zrobię to znowu. W końcu od czego są przyjaciele?

5 komentarzy:

  1. Z punktem nr 3 się nie zgadzam! Jedyne czego NIE warto mieć, to opon 215/40/18 i obniżonego/utwardzonego zawieszenia. Tłucze to jak jasna cho...ciasna. W tamtym roku, w listopadzie gdy tak ekstremalnie sypnęło na parę dni śniegiem akurat wracałem z Bieszczad. Prędkość podróżna oscylowała momentami w granicach 30 km/h, bo było ekstremalnie ślisko a autem rzucało w każdą stronę. I...nic. Żadnych przygód, żadnych rowów. W tym zaś roku, też w zimie tuż za Ustrzykami Górnymi jadąc zauważyłem Defendera w rowie zakopanego po mosty i leżącego prawie w połowie na prawej burcie. Można rzecz - zdarza się. Ale najciekawsze, że to byli...GOPRowcy.

    OdpowiedzUsuń
  2. 5 Najlepsza nawigacja to papierowa mapa i własna głowa.
    Bieszczady są piękne, w zeszłym roku odwiedziłem te strony jadąc dziadkiem balerona czyli w 115. Miło się rozmawiało z panem ze Straży Granicznej.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Misja byla niesamowicie zaskakujacym pomyslem Basisty i zostala zakonczona sukcesem, za co Basistu Temu dzięki niech będą stokrotne!

    Tuż po powrocie z rzeczonej ekspedycji na pokladzie Balerona zalogowany zostal aktualny atlas drogowy naszego pieknego kraju, taki papierowy. Bo te wszystkie elektroniczne nawigacje to sie do urywania wydechow nadajo :)

    Podsumowujac: impreza roku, jesli nie dziesieciolecia. Bo o imprezie zycia, znajac nasze talenta rozmaite, to jeszcze mowic za wczesnie :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, i pkt 4. mam nadzieje, ze uskutecznion zostanie w gronie wspolnym :)

    OdpowiedzUsuń