Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mayones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mayones. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2016

Basowisko: Frankenstein

I znów upłynęło mnóstwo ścieków w Wiśle od ostatniego wpisu z cyklu "Basowisko". Piaseczyńskiej Bassturbacji nie było już drugi rok z rzędu, na tegoroczny zgierski Graj(mi)dół z kolei sam nie mogłem się wybrać, zaś nowych (dla mnie) basów do testowania... sami wiecie. Czasem jednak przychodzi moment, gdy robi się naprawdę bogato. W moim przypadku "bogato" oznacza "dwa basy do testowania naraz". Nawet jeżeli są to instrumenty klasy - delikatnie mówiąc - budżetowej.

Oto pierwszy z nich.


W życiu muzykanta zajmującego się m.in. chałturzeniem zdarzają się sytuacje, gdy przychodzi zagrać gdzieś, gdzie wolałby nie brać swego ukochanego głównego instrumentu - czy to ze względu na jego wartość pieniężną, czy to sentymentalną, czy, jak w moim przypadku, obie naraz. Po prostu są miejsca, gdzie wolałbym nie zabierać Alembica, koniec, kropka. Dlatego zawsze przydatny jest instrument nieco niższej klasy, łatwiejszy (i tańszy) w ewentualnych naprawach, ale nadal zdanżający w kwestii soundomierza. Taka jest choćby Yamaha RBX (z którą jednak, mimo, że nie jest zła, nie mogłem się do końca zaprzyjaźnić), taki okazał się też wynalazek, który wpadł w me brudne łapska ostatnimi czasy.

Czemu wynalazek?

Otóż... jest to składak. Praktycznie każdy element pochodzi z innej parafii: deska to tani, chiński J&D, przystawki pochodzą z Mayonesa Forum Pi zaś gryf został wystrugany przez dość dobrze znanego polskiego lutnika Zdzisława Langowskiego.

I to właśnie gryf jest zdecydowanie najlepszym elementem tego basu.


Dość rzadko spotyka się niefenderokształtne basy z klonową podstrunnicą. Szczególnie gdy strun jest więcej niż 4. A już na pewno w tej klasie cenowej. Tu zaś mamy do czynienia z ładnym kawałkiem kloniku, na który nabite zostało 25 progów. Jeszcze ładniejszy znajduje się na główce - p. Langowski użył tu cienkiej warstwy prześlicznego klonu "ptasie oczko". Z tyłu również dominuje klon, choć nie jest on jedynym składnikiem - trzy grubsze paski tego drewna zostały przedzielone dwiema cienszymi warstwami mahoniu. Ponadto wiele razy pisałem, że lubię lakierowane gryfy - a właśnie ten został pokryty warstwą bezbarwnego lakieru. Dodajmy do tego wygodny profil i otrzymujemy gryf, do którego lewa ręka niemalże wyciąga się sama. Niemalże, gdyż niestety są tu również mankamenty - konkretnie zaś jakość wykończenia progów. Te w wyższych pozycjach nie zostały odpowiednio wyszlifowane przez co lekko wystają poza brzego podsttrunnicy i nieprzyjemnie skrobią palce. Na szczęście w niższych, dużo częściej zwiedzanych rejonach gryfu problem nie występuje. 

Gryf, jak nietrudno się domyślić, nie był na fabrycznym wyposażeniu tego basu - w oryginalnym poddał się pręt napinający, zaś naprawa nie była w jego przypadku opłacalna. Decyzja o zastąpieniu go szyjką lutniczą była bardzo trafna - p. Langowski za niewielką kwotę (co niestety uwidacznia się we wspomnianej już kwestii progów) wystrugał nader zamiennik sporo lepszy od chińskiego oryginału. Fabryczne pozostały za to dość niskiej jakości, słabo trzymające strój klucze, przełożone z poprzedniego gryfu - jednak, niestety, budżet to budżet i co zrobisz jak nic nie zrobisz.

Fabryczny pozostał również niewielki korpusik.


Niedawno w Australii przeprowadzono badania dotyczące kolorów uznawanych za najbrzydsze. Zwyciężył odcień zwany "opaque couché". Jak się okazuje, lakierem o bardzo podobnej barwie, tylko o balansie nieco mocniej przechylonym w stronę brązu, została pokryta deska tegoż oto basu. I, co ciekawe, kolor ten, szczególnie w połączeniu z klonową podstrunnicą nie razi mnie zupełnie - tym bardziej, że lakier jest przejrzysty, dzięki czemu przezierają przezeń subtelne słoje drewna. Tak - korpus wiosła klasy "nieco taniej niż najtaniej" może nie być ze sklejki czy inszego paskudztwa, tylko z prawdziwego drewienka. Ba - owo drewno to nie znany ze wszystkiego poza walorami brzmieniowymi agathis tylko zwyczajna, uznawana za standard i klasykę klasyki olcha. Oczywiście nie jest ona wysokiej jakości, o sezonowaniu można zapomnieć, ale fakt jest faktem - decha jest olchowa. Jej małe rozmiary są... nieco za małe dla mnie. Wolę instrumenty o nieco większych korpusach. Na szczęście wyprofilowanie okazuje się wystarczająco komfortowe a masa - w zasadzie w sam raz.

Oryginalne są również mostek i elektronika. O mostku trudno powiedzieć coś więcej, że jest to tani, chiński monorail, który, choć krzywo zamontowany pod struną H (całe BassCity woła chórem: MOSTEK KRZYWO! #pozdrodlakumatych), spełnia swoją funkcję i tyle. O elektronice zaś wolałbym nie za wiele pisać, nawet gdybym był ekspertem w jej dziedzinie. Jest po prostu słaba. Wiadomo - w tanim instrumencie trzeba na czymś zaoszczędzić i zazwyczaj jest to właśnie elektrownia. Dlatego dużo lepszym pomysłem, szczególnie w tej klasie, jest wybieranie basów pasywnych. Aktywna elektronika w tanim wieśle nie dość, że negatywnie wpłynie na dynamikę, to jeszcze doda paskudnych szumów - a tutaj są naprawdę nieprzyjemne. Oczywiście chałturnik (taki, jak np. ja) może docenić możliwość podbijania czy obcinania niskiego i wysokiego pasma, jednak w tym przypadku najlepiej brzmi położenie "zerowe". Najlepszą opcją byłoby po prostu wywalenie preampu - tym bardziej, że pochodzące z Mayonesa Forum Pi przystawki są zupełnie akceptowalne.

I zupełnie akceptowalne - poza brumieniem generowanym przez elektronikę - jest tu brzmienie.


Jasne, słychać, że nie jest to sprzęt z górnej półki, ale naprawdę nie jest źle. Sound jest zdecydowanie nowoczesny, z charakterystyczną "piłeczką pingpongową", słyszalną szczególnie przy agresywniejszej grze palcami czy tłuczeniu kciukiem. Jak w większości takich basów, brakuje nieco ciepłego dolnego środka, góra zaś bywa nieco zbyt "szczekliwa", do tego lepiej nie bawić się potencjometrem balansu między przystawkami i pozostać przy położeniu środkowym, gdy oba pickupy grają na 100%, ale całokształt jest zupełnie satysfakcjonujący - szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę cenę instrumentu.


Podsumowanie, czyli zady i walety:


Bas Frankensteina złożony z części wyprodukowanych przez J&D, Langowskiego i Mayonesa to zaskakująco satysfakcjonujący w grze instrument. Jasne, są niedoróbki, są niedoskonałości, ale gdy grasz na tym basiwie jednocześnie wiedząc, za jakie pieniądze można je mieć, świat od razu zaczyna wyglądać ładniej. To po prostu tanie ale w pełni użyteczne i do tego całkiem fajne narzędzie. I tyle.

Plusy
  • gryf
  • wygoda gry
  • relacja cena/sound
Minusy
  • elektronika
  • niedoróbki jakościowe (progi, mostek)
Czym go wozić:

Jest to bas studencko-budżetowy, dlatego można nawet zbiorkomem. Ale bus chałturbandu wiozący basistę wraz z jego ansamblem na miejsce wykonu, gdzie publika będzie bardziej zwracała na to, czy piosenka ma rytm a kieliszek - zawartość, niż na niuanse artykulacyjne, też będzie w sam raz.

niedziela, 26 lipca 2015

Basowisko: BezproZak

I znów jestem zmuszony się powtarzać.

Dawno nie było wpisu o tematyce stricte basowej. Owszem, można jako takli liczyć skromną relację z tegorocznego Graj(mi)dołu, jednak ostatni test basiwa pojawił się kilka miesięcy temu. A o jakimkolwiek fretlessie nie pisałem już od dwóch lat.

Będąc niemalże maniakalnym fanatykiem beprogów posypuję swój kudłaty łeb popiołem i spieszę czem prędzej naprawić ten błąd. Tym bardziej, że przedwczoraj były(by) 57 urodziny Micka Karna - gościa, który obok Pino jest moją największą inspiracją w kwestii basu bezprogowego.

Bądźmy szczerzy - zorganizowanie sobie basu do testów nie jest najłatwiejszym zadaniem, zaś pożyczenie choćby na kilka dni fretlessa to już prawdziwie rzadka - nawet jeśli jest to sprzęt typowo budżetowy. A tak było w tym przypadku.


Moją drugą w życiu basetlą był ciemnoniebieski Zak B4, czyli Mayones o nieco mniej spożywczej nazwie. Nie był on instrumentem z najwyższej półki, ale w swej kategorii cenowej naprawdę dawał radę. I gdy okazało się, że jeden z moich kolegów jest posiadaczem innego basu z tej serii, do tego pozbawionego progów, zastrzygłem uszami, zaś zgoda owego kolegi na wypożyczenie basetli wywołała u mnie radosny kwik.

Zaki/Mayonesy z lat 90. były instrumentami mocno czerpiącymi z pomysłów innych producentów. Egzotyczna seria Be (znana również jako Africa) była mocno zainspirowana produktami Warwicka (przy czym polskie wyroby zazwyczaj przewyższały brzmieniem niemiecki oryginał, co swoją drogą nie jest żadnym wyczynem), zaś w tańszych liniach można było zauważyć echa basów takich firm jak Esh czy Spector. I to na projekcie tego drugiego wytwórcy oparty jest kształt główki fretlessa, na którym miałem okazję pograć.

Choć nie. Ona nie jest oparta. Ona jest najzwyczajniej w świecie zerżnięta.


Nie kryję, że ten kształt główki zawsze mi się podobał, jednak z dechami Spectorów zawsze miałem pewien estetyczny problem. Tu problemu nie ma - korpus Zaka został ukształtowany zupełnie inaczej. Nie wiem, co (jeśli cokolwiek) przypomina mi ten projekt, wiem za to, że ocieka wręcz estetyką lat dziewięćdziesiątych, z których zresztą pochodzi.

I podoba mi się.

Mniej za to trafia do mnie dziwny, często stosowany wówczas przez Mayonesa patent z lakierowaniem główki również z tyłu, podczas gdy reszta gryfu pozostaje wykończona w naturalu. Nie mam pojęcia, czemu miało to służyć - wygląda po prostu idiotycznie.


Idiotyczna nie jest za to konstrukcja basu.

Bezprogowy Zak został zbudowany wedle dość klasycznej receptury - do olchowego korpusu za pomocą 5 śrub przykręcony został matowo wykończony klonowy gryf z palisandrową podstrunnicą o 24 pozycjach. Niegdyś znajdowały się na niej progi, jednak któryś z wcześniejszych użytkowników postanowił się ich pozbyć, szpary po nich wypełniając ciemnym fornirem. W deskę wkręcone są 2 pasywne przystawki w układzie PJ, których obudowy zostały polakierowane na pocieszny seledynek (po raz pierwszy widziałem takie wykończenie - prawdopodobnie nie było ono fabryczne). Pasywna jest również elektronika, sterowana przez 3 potencjometry: głośność, balans (działający na odwrót - przekręcenie gałki w stronę mostka skutkuje ściszeniem mostkowej przystawki) oraz klasyczny, obcinający górę ton. Osprzęt zamontowany na basiwie został wyprodukowany przez niemiecką firmę Schaller - i o ile klucze są bardzo dobrej jakości, o tyle schallerowskie mostki najzwyczajniej w świecie obsysają. I to nieudolnie. Nie chodzi tu o intonację (menzurę da się ustawić bez większego problemu), tylko o nienajlepszy wpływ na brzmienie.

Mimo tego nie jest ono tu najgorsze. Przynajmniej "na sucho".

Z deski bas odzywa się ładnie, śpiewnie, "okrągle", tak, jak powinien gadać fretless. Nie ma tu może szlachetności brzmienia droższych konstrukcji, ale bądźmy szczerzy - mówimy tu o basie za kilkaset złotych. Naprawdę nie jest źle. Niestety, po podpięciu do wzmacniacza robi się już gorzej.

Może to kwestia przystawek, może słaby mostek sporo tu psuje - tak czy owak brzmienie nie powala. Jest nieprzyjemnie nosowe, zaś podczas grania z samej przystawki mostkowej (czyli tak, jak powinno się grać na fretlessie) brakuje okrągłego dołu. Przystawka gryfowa za to jest nieco zbyt mało czytelna, choć z drugiej strony wypluwa w kierunku kabla (a następnie wzmacniacza) nieco cieplejszy, bardziej puchaty sound. Oczywiście można to i owo podratować chorusem, jednak najlepszym rozwiązaniem byłaby tu wymiana przystawek. A przynajmniej mostkowej. Dobry pickup pozwoliłby tej całkiem sympatycznej basetli przeskoczyć w kwestii brzmienia o dwie klasy wyżej.


O klasę wyżej wyniosłoby Zaka... inne wykończenie gryfu. Sam lubię mieć na całym instrumencie dobry, twardy lakier, ale nie upieram się - staranne wykończenie woskiem również dałoby radę. Tu natomiast tył gryfu jest niezbyt przyjemny w dotyku, nieco szorstki - tak, jakby nie został wykończony w ogóle. A to jest raczej mało prawdopodobne.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Mimo kilku wad, bezprogowy Zak z lat 90. jest zupełnie niezłym basiwem. Wygodny, dość przyjemny w grze (nie licząc niemiłego w dotyku gryfu), do tego sympatycznie odzywający się z deski - ten tani przecież sprzęcik ma spory potencjał. Niestety, aby w pełni go wydobyć należałoby wymienić mostek i przede wszystkim przystawki. Nie muszą mieć niebieskich obudów - wystarczy, że będą lepsze niż te, które są zamontowane obecnie. I choć koszt takiego manewru może przekroczyć rynkową wartość całego instrumentu, uważam, że warto. Dzięki temu zyskamy dobrze brzmiącego i oryginalnie prezentującego się fretlessa, wciąż zamykając się w kwocie poniżej 1000 złotych. Właścicielu (któremu za użyczenie serdecznie dziękuję) - rozważ!

Plusy:

* wygoda
* ciekawa stylówa
* brzmienie na sucho (z dechy)
* cena

Minusy:

* przystawki
* mostek
* wynikające z dwóch powyższych punktów brzmienie po podłączeniu
* nieprzyjemne w dotyku wykończenie gryfu

Czym go wozić:

Zaka - w towarzystwie kilku innych basów - miałem okazję transportować Oplem Vivaro oraz Skanssenem, czyli Volvo 940. W obu tych pojazdach miał  więcej niż wystarczającą ilość miejsca. Jednak całkowicie wystarczające byłoby tu Palio Weekend lub Felicia kombi. Najlepiej na czarnych.

Dobranoc.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

20

Chodźcie, opowiem Wam bajeczkę.

Dokładnie dwadzieścia lat temu, 13 kwietnia 1995 roku, pewien licealista wszedł do nieistniejącego już komisu muzycznego na rogu JPII i Al. Solidarności (tego większego, jaśniejszego - były dwa obok siebie) z dwoma banknotami stuzłotowymi w kieszeni. Parę chwil później wyszedł zeń bez banknotów, za to z wymarzonym, wytęsknionym od kilku już lat przyrządem do wydawania niskich dźwięków, czyli gitarą basową.

Licealistą owym byłem ja, zaś pochodzący z Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wyposażony w 4 struny artefakt dumnie nosił na główce napis Musima DeLuxe.

Tak - to już dwadzieścia lat. Dwie dychy. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy sprawną (no, względnie) Syrenę można było wyrwać za dwie flaszki, sugestie, że Maluch będzie kiedyś klasykiem, wiązałyby się z ryzykiem utraty kontroli nad pęcherzem u interlokutora, zaś wszystko jeździło na czarnych. WSZYSTKO. Były to też czasy, gdy moim największym marzeniem był Fender Precision, o Alembicu nie słyszałem w ogóle, zaś absolutnym, niedoścignionym ideałem był grający zupełnie niepreclowym soundem Wojtek Pilichowski. Który, nota bene, był sporo młodszy niż ja teraz, a już grał tak, jak ja zapewne nigdy nie będę. Było to zresztą dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że pierwszą moją inspiracją i powodem, dla którego zapragnąłem chwycić za bas, był John Deacon, czyli świetny (i kryminalnie wręcz niedoceniony) basista Queen, człowiek, którego gra zawsze różniła się diametralnie od pilichowych akrobacji. Tak czy inaczej - po trzech czy czterech latach marzeń, wzdychania i całkowicie nieudanych prób zaoszczędzenia na instrument stałem się w końcu posiadaczem basu. Czyli człowiekiem na początku drogi do zostania basistą.

Od razu wziąłem się za ćwiczenia. Borze Tucholski, ile ja miałem zapału. Oczywiście dużo więcej, niż do nauki. Mogłem tłuc bez ładu i składu w struny po kilka godzin dziennie - szczególnie zaraz po tym, gdy założyłem po raz pierwszy świeże struny - były to stalowe Presto - i odkryłem tajemnicę jasnego, wyrazistego brzmienia. 

Niecałe pół roku później trafiłem do swego pierwszego zespołu. Nosił on dumną nazwę Hegemon a próby miał w podziemiach kościoła na Wrocławskiej. Salka, co ciekawe, istnieje do dziś - zmienił się w zasadzie tylko sprzęt. Za "moich" czasów stało tam combo Fender BXR100. Z wbudowanym chorusem. Oczywiście odpaliłem go natychmiast i rozkręciłem na maxa. W grudniu mieliśmy pierwszy koncert - a w zasadzie krótki, dwunumerowy występ na przeglądzie zespołów próbujących w bemowskiej salce. Byliśmy STRASZNI. Ale nie było to ważne. Najważniejsze było występowanie przed publiką. Wreszcie grałem DLA KOGOŚ. Do dziś pamiętam te emocje, tę adrenalinę, tremę pomieszaną z niesamowitą ekscytacją. To była magia.

Latem kolejnego roku miałem już dwa basy. Głównym wiosłem stał się nowiutki, ciemnoniebieski Zak B4, zaś Musima postradała progi. O Alembicach dalej nie słyszałem, marzeniem stał się Music Man StingRay (czwórka, z "jajkiem" i główką 3+1), koniecznie natural z klonem (takie zresztą do dziś podobają mi się najbardziej), a Warwicki uważałem za wspaniałe instrumenty. Oczywiście bazowałem swoje opinie na ich wyglądzie. Wkrótce później trafiłem do drugiego swego zespołu - tworu o nazwie Dym, który nie zagrał ani jednego koncertu. Specjalnie by z nimi grać kupiłem swój pierwszy wzmacniacz - stuwatowego Soundmana. Dym rozwiał się po kilku miesiącach, z wokalistą zaś stworzyliśmy bezskutecznie poszukujący pozostałych muzyków duet Nediam, którego muzyka obracała się wokół tego, co uwielbiam do dziś, czyli prog-rocka.

Dwa lata wystarczyły, by Zak przestał mi wystarczać. Niedługo potem zmienił właściciela, ja zaś wszedłem w posiadanie mej pierwszej piątki - Corta Action Bass V. Z tym basem w rękach poszedłem na przesłuchanie do zespołu Braintrust. I już zostałem. Została też moja ówczesna dziewczyna, którą wciągnąłem do zespołu po odejściu pierwszego wokalisty. Braintrust był pierwszym w miarę poważnym zespołem, w którym grałem - i muszę przyznać, że był to kawał ciekawej, niebanalnej muzyki. Zagraliśmy sporo koncertów, nagraliśmy demówkę (z gościnnym udziałem Anji Orthodox w jednym z numerów) - pojawiły się nawet recenzje, i to dość pozytywne. Niestety, po pewnym czasie zespół opuścił gitarzysta, który postanowił pójść w stronę jazzu. Próbowaliśmy jeszcze ratować co się dało, ale... nie dało się. Dlatego kolejnym przystankiem okazał się Humbert Humbert. Zupełnie inny klimat, bardziej "typowo" rockowy, acz potrafiliśmy sprawnie pobujać. Tu też udało się nagrać demo a częstotliwość koncertów była zupełnie przyzwoita. Właśnie w trakcie mojej kadencji w Humbertach Cort stracił progi, zaś jego rolę przejęła Yamaha BBG5S. Niestety - nieporozumienia, tym razem natury personalnej, sprawiły, że najpierw odeszła wokalistka (aktualnie znana ze swojego własnego, autorskiego Back To The Ocean), później zaś sam opuściłem szeregi zespołu.

I trafiłem do Nexx. Składu, który wspominam zdecydowanie najlepiej, jeśli chodzi o klimat tworzonej muzyki. Zresztą pierwszy raz grałem z ludźmi, którzy naprawdę coś wcześniej osiągnęli - zespół wszak tworzyli m.in. byli muzycy prog-rockowego Annalist (moi rówieśnicy mogą pamiętać). Dlaczego zagraliśmy tylko dwa koncerty i stworzyliśmy pięcioutworowe demo - nie wiem. Za szybko się rozpadło. A muzyka była dokładnie taka, jaką uwielbiam do dziś - między innymi chyba najpiękniejszy utwór, który nagrałem kiedykolwiek z kimkolwiek oraz cover największego u nas hitu pewnego zespołu, który - przyznaję bez bicia - bardzo lubię. I który to cover doczekał się komentarza basisty tegoż właśnie zespołu, co zauważyłem... dzisiaj.

Po Nexx przez pewien czas grałem z jednym z byłych wokalistów Oddziału Zamkniętego (szkoła muzycznej dyscypliny i, niestety, picia) po czym trafiłem do gotycko-hardrockowego Viridianu, gdzie wokalistką było to samo dziewczę, co w Braintrust (wówczas już od dawna moja była). Wtedy miałem już Mayonesa Be5, wkrótce potem zaś kupiłem bezprogowego Malinka i wymarzonego od lat Ibaneza Roadstera. Z Viridianem nagrałem dwa dema oraz pierwszy w mym życiu klip. Co ciekawe, widać mnie na nim z Nexusem, choć numer był nagrywany jeszcze na Mayonesie. W międzyczasie dołączyłem do Wyciągniętych Z Mesy, z którymi gram do dziś. 

Nexus i Malinek zostały ze mną na dłużej i zapoczątkowały kolejny etap mojego grania - używałem ich w świetnym neofolkowym Rirlielu, z nimi właśnie trafiłem do hardrockowego (choć niestroniącego od prog-rocka) Night Ridera i na nich w końcu nagrałem pierwsze płyty: "Days" z Peterem Panem oraz "Into the Night" i "Nostalgię" z Satellite. Bardzo dobre, prog-rockowe płyty. I nie ostatnie - później przyszedł czas Strawberry Fields i "Rivers Gone Dry", gdzie użyłem Arii, która zastąpiła Ibaneza, następnie Night Rider Symphony, z którymi zresztą graliśmy w Chicago (przygoda życia!), i nagrywana wreszcie na własnym, wymarzonym, wyczekanym Alembicu autorska płyta Night Ridera - "Widzę Czuję Jestem" z klipem "Do końca", który wrzuciłem zresztą do pierwszego mojego wpisu. W oczekiwaniu na Alembica przez chwilę przewinęły się jeszcze Kolasiński (rozczarowanie) i pięciostrunowy, meksykański Jazz (całkiem przyzwoity), była druga Yamaha i świetny Fender Geddy Lee Jazz Bass, za ktrórym tęsknię do dziś, jednak Alembic przyćmił je wszystkie. I plan jest taki, by został ze mną na kolejne dziesięciolecia - długo po tym, jak Fernandes i bezprogowy Ibanez (na których, oprócz Alembica, nagrałem pewną EP-kę która ukaże się już wkrótce) znajdą swoich następców.

Tak minęło dwadzieścia lat. Jak na tak długi czas mam wrażenie, że nie osiągnąłem zbyt wiele. Ale... doświadczenie pozostaje, pozostają wspomnienia i jednak troszkę zdobytych przez te lata umiejętności. Teraz pora na następne dwadzieścia.


I jeszcze jedno: możecie dziwić się, czemu więcej miejsca poświęciłem zamierzchłym czasom, bliższym początkowi mego grania, niż ostatnim kilku latom. Otóż o mych najwcześniejszych dokonaniach praktycznie nie sposób znaleźć informacji (bo i czemu miałyby gdziekolwiek być), zaś prawie wszystko o historii najnowszej jest gdzieś już napisane. Czy to tu, czy w innych miejscach w sieci. Im jestem starszy, tym chętniej wspominam początki, a ostatnie lata to po prostu historia, która wciąż się dzieje. Może ktoś ją zapamięta. A nawet jeśli nie, być może za kolejne 20 lat znów będzie o czym pisać.

Pora pograć sobie choć kilka chwil. Wszak dwudziestolecie grania nie zdarza się zbyt wiele razy.

piątek, 19 grudnia 2014

Basowisko wspominkowe: Zak

Ostatnio wspominałem mój pierwszy bas. Ten, od którego wszystko się zaczęło. A jako, że nie miałem ostatnio okazji pograć dłużej na niczym nowym (przynajmniej dla mnie), przyszła pora przedstawić ten, który pojawił się jako drugi.

Było lato 1996. Miałem 17 lat, nieco ponad roczny staż z basem w łapie a w głowie pełno mrzonek o tym, że świat stoi przede mną otworem (owszem, stał - tyle, że teraz jestem świadom, co to był za otwór). Mając do dyspozycji jedynie coraz bardziej niedomagającą (w dużej mierze dzięki mnie samemu) enerdowską Musimę stwierdziłem, że bardzo, bardzo chciałbym coś lepszego. Moim wymarzonym basem był podówczas Music Man Sting Ray (o Alembicach dowiedziałem się dopiero niedługo później), ale miałem też dostępniejsze cenowo marzenia, konkretnie zaś Ibaneza Roadstera - takiego, jakiego udało mi się zdobyć dopiero niemalże dekadę później. Niestety, choć znalazłem taki bas (i to w cenie, która dziś zdałaby się absurdalnie niska), znikł on zanim zapadła finalna decyzja o zakupie. Na szczęście jednak byłem skłonny poprzestać (tymczasowo) na czymś dostępnym wtedy od ręki - konkretnie na nowiutkim, kupionym w nieistniejącym już teraz sklepie Hołdysa Zaku B4.


Nieco już zapomniana marka Zak była niczym innym, jak znakiem towarowym, którego używał Mayones, głównie w modelach przeznaczonych na eksport. W sumie trudno się dziwić - ktoś kiedyś nader trafnie zauważył, że nadać firmie produkującej gitary nazwę Mayones to tak, jak nie trafić byka w dupę kontrabasem. Na szczęście w ciągu kilku ostatnich lat gdańska manufaktura wykonała tak niesamowity skok, że jakość jej produktów zamyka usta wszystkim tym, którzy mają ochotę skomentować samą markę. I to na całym praktycznie świecie.

Co wcale jednak nie znaczy, że w latach 90. było z tym źle.

Już 20 lat temu Mayones produkował instrumenty, które mogły równać się jeśli nie z najlepszymi, to z czołówką peletonu. Oczywiście chodzi tu o modele z górnej półki, które zresztą były wtedy wzorowane na najmodniejszych wówczas gitarach i przede wszystkim basach - nowoczesnych, wykonanych z egzotycznych drewien i uzbrojonych w aktywną elektronikę (kilka lat później miałem zresztą również takie właśnie basiwo). Jednak i bazowe modele, a do takich zaliczał się B4, miały co nieco do zaoferowania w swej klasie cenowej, wówczas zamykającej się w przedziale 600 - 800 zł.

Zak B4 kosztował nieco powyżej sześciu stów - warto pamiętać, że było to sporo więcej, niż dzisiejsze 600 zł, jednak nadal można było określić go jako tzw. instrument budżetowy. Zresztą w tamtych latach klasa ta była niezwykle skromnie reprezentowana - Cort dopiero wchodził na nasz rynek, sprzęty made in China pojawiły się dopiero kilka lat później i początkowo prezentowały wręcz dramatyczny poziom, zarówno pod względem brzmienia, jak i jakości wykonania, natomiast wciąż dostępne były (głównie na rynku wtórnym) niedobitki instrumentów z tzw. demoludów. Jedyną realną konkurencją były znane ze swej alternatywnie pojmowanej jakości wyroby Mensfelda (który, tak, jak Rybski, wyemigrował później do Stanów i ponoć nadal struga) oraz tanie wersje Hohnerów sprzedawane pod marką Rockwood. Dlatego oferta Mayonesa spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem. I w sumie trudno się dziwić - były to zupełnie uczciwe sprzęty.

Konstrukcja B4 była dość prosta: do olchowego korpusu przykręcany był klonowy gryf z dwuoktawową, klonową lub palisandrową podstrunnicą (w późniejszych wersjach zdarzało się też m.in. wenge). Pasywne przystawki występowały w dwóch odmianach - tradycyjny układ JJ lub, tak, jak w moim egzemplarzu, odwrócony "split" (czyli przystawka typu Precision) przy gryfie i humbucker zrobiony z dwóch przylegających do siebie singli przy mostku. To ostatnie rozwiązanie było ewidentnie wzorowane na Twin-J produkcji MEC, stosowanych w Warwicku Fortress MasterMan (jeden z chyba dwóch akceptowalnie brzmiących Warwicków, jakie kiedykolwiek słyszałem), z tym że tu przede wszystkim przystawka była pasywna i - niestety - nie miała funkcji rozłączania cewek. Do tego pasywna elektronika w układzie vol-vol-tone (czyli osobne potencjometry głośności dla każdej z przystawek i "ogólny" ton, który służył do obcinania góry), prosty mostek typu "blaszka" i solidne klucze wyprodukowane przez niemiecką firmę Schaller.

Estetyka była typowa dla lat 90: dość nowoczesne, nieco ostre kształty, bardzo ładna główka w układzie 2+2 i wybór kilku wyrazistych kolorów. Mój B4 był miał deskę wykończoną ślicznym blueburstem (granatem ściemniającym się na brzegach), doskonale komponującym się z klonową podstrunnicą ozdobioną ewidentnie wzorowanymi na Spectorze markerami. Pamiętam, jak ogromną przyjemnością było dla mnie samo patrzenie na ten bas.

Granie też sprawiało sporą frajdę.

Pierwszym, co odróżniało Zaka od Musimy, była możliwość zrobienia naprawdę dobrego setupu. Struny dało się ustawić bardzo nisko, a dzięki przyzwoicie nabitym progom fretbuzz (brzęczenie strun o progi) utrzymywał się na całkowicie akceptowalnym poziomie. Drugą różnicą był większy rozstaw strun i bardziej płaski promień podstrunnicy, co było ogromną zaletą dla młodego wariata zapatrzonego w Wojtka Pilichowskiego i jego kciuk. Generalnie B4 był bardzo wygodnym basiwem, szczególnie na tle topornej Musimy.

Brzmienie też bardzo się różniło. Przede wszystkim dawało się zauważyć znacznie dłuższe wybrzmienie. Do tego bas brzmiał jaśniej, bardziej selektywnie. Niestety - co dało się zauważyć później, w miarę nabierania doświadczenia - nieco brakowało mu "ciosu". Absolutnie nie było źle, ale rewelacyjnie też nie. Dół owszem, był, ale nieco pozbawiony definicji, środek był trochę za mało zwarty, góra pozbawiona tzw. "szklanki", którą przecież charakteryzują się dobre basy z klonową podstrunnicą. Podejrzewam jednak, że główną winę ponosiły tu taniutkie przystawki i dość badziewny mostek. Kłopotliwe bywało również "odwrócone" umieszczenie przystawki gryfowej (tzw. "reversed P", z cewkami pod strunami D i G bliżej gryfu), które uniemożliwiało basikowi przekonujące udawanie Precisiona - jednak dzięki temu w momencie używania obu przystawek naraz (a tak grałem 90% czasu) brzmienie wyższych strun nie było tak nieprzyjemnie nosowe, jak w przypadku wielu basów z układem PJ lub PH i tradycyjnie umieszczonym gryfowym przetwornikiem.

Badziewne było też wykonanie niektórych detali - szczególnie gałek potencjometrów a zwłaszcza ich mocowania. Jedna z nich obluzowała mi się w czasie gry i pięknym lotem poszybowała w kierunku podłogi, za to później miałem spore kłopoty z ponownym przymocowaniem jej. Nie wiem, czy powodem była kiepskiej jakości śrubka czy wyrobiony gwint - dość powiedzieć, że już do końca mojej przygody z Zakiem nie udało mi się solidnie zainstalować nieszczęsnego pokrętła.

Mimo to bardzo miło wspominam Zaka B4. Był to bardzo wygodny, przyjazny w grze basik, na którym zagrałem trochę koncertów a nawet poczyniłem wczesne nagrania. Na setkę. Na czterośladzie. Tak, to były jeszcze te czasy. Później zaś nastała era piątek, jednak to osobna historia, którą już zresztą opisywałem.

A Musima? Została, głównie jako pamiątka coraz dawniejszych lat.

Tak, to zdjęcie już się tu kiedyś pojawiło

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Zak (czyli Mayones) B4 nie był może wybitnym instrumentem, jednak pełnił rolę, w której na polskim rynku w połowie lat 90. prawie nie miał konkurencji: był niedrogim, wygodnym basem dostępnym prawie każdemu młodemu plumkaczowi. Ładny i dzięki przyzwoitej ergonomii mało męczący w grze zachęcał do tego, czego każdemu początkującemu muzykantowi nigdy za wiele: do ćwiczeń. A brzmienie? Wystarczyłyby tak naprawdę lepsze przystawki i solidny mostek. A że wtedy było o nie trudniej niż dziś, to już zupełnie osobna historia.

Plusy:

* wygoda gry
* niezłe drewna
* estetyka
* niska cena

Minusy:

* kiepskie przystawki
* badziewny mostek
* przeciętna jakość wykonania

Czym go wozić:

Jako 17-letni młodzieniec woziłem Zaka zbiorkomem. Pokrowiec na plecy i w drogę. No chyba, że zdarzała się możliwość podrzutki ze strony gitarzysty, który miał... UAZ-a "Stonkę" (nie, nie żartuję). A dziś? Można go wozić choćby i pełnoletnim Cinquecento. Wszak 18-letnie dziś samochody zostały wyprodukowane w tym samym roku, w którym powstał mój B4.


niedziela, 9 lutego 2014

Multibasowisko: ogrywanie w Silent Scream

Dzień dobry.

Luty zapowiada się bardziej basowo niż motoryzacyjnie, gdyż nie udało mi się ostatnio śmignąć niczym nowym (MAAARCIIIN, nie zapisałem Twojego numeru, no) za to miałem okazję pograć, a i jeszcze będę miał (tak, tokarz zlokalizowany, element będzie zrobiony, kolejny ciekawy basik już wkrótce na tapecie). Na ten dany przykład miałem okazję pograć wczoraj. Wielokrotnie i zuchwale.

Wczoraj do mieszczącego się na Bródnie studia Silent Scream (zlokalizowanego kilka minut z buta od Muzycznej Nastawni, w której od lat próbujemy i nagrywamy z Riderami) zjechało czterech chłopa (a nawet pięciu, jeśli liczyć z gospodarzem) celem porównania swoich instrumentów. Instrumenty owe były srogie, długie i wyprężone. Dotykaliśmy ich, trącaliśmy palcami a nawet drapaliśmy kostką. I byliśmy bardzo zadowoleni.

No bo i było z czego.

Jedna z gwiazd spotkania - Zon Sonus 6. REWELACYJNY.

Zon trafił na statyw z Alembikiem i trzema innymi gatunkowymi basami. Jakieś 30k na jednym stojaku

Z dedykacją dla Alfika

Kącik G&L-owy. Oba miażdżyły, z czego SB-2 (po prawej) bardziej


Kącik fretlessowy. Wolę mojego Ibaneza za 900 zł od customowego 6-strunowego Mayo wartego PKB Kenii

Gibson G-3 gospodarza. Nie brał jeńców.

Ciężki sprzęt do robót wyburzeniowych

Po utoczeniu kilku litrów śliny zaczęło się obgrywanie obecnych na miejscu basetli pod kolejnymi bezlitosnymi Ampegami.

Gospodarz wydał rasowe dźwięki z CBS-owego Jazza

Dźwięki wydawane z Warwicka przez jego właściciela nie za bardzo przypadły mi do gustu, ale teraz jestem w stanie zrozumieć zastosowanie takiego basu w kontekście konkretnej stylistyki. Której zresztą nie lubię.

Oba Spectory okazały się dokładnie tym, za co je uważałem, czyli maszynami do okładania kciukiem lub kostką, za to z palca nie bałdzo

Lakland 55-64 to po prostu bardzo fajny Precel z solidną piątą struną

Doman zachorował na Precisiona Elite. Sam jednak wolę egzemplarz onegdaj należący do Alfika...

...oraz klasycznego jesionowo-klonowego Precla z '80 roku.

Brzmienie tego Gibola, szczególnie w rękach właściciela, pod odpowiednio rozkręconym Ampegiem, można określić tylko w jeden sposób: bezlitosny rockowy wpierdol. Przepraszam.

No i Zon. Naprawdę fenomenalny, zaskakująco uniwersalny choć na wskroś nowoczesny instrument.

Z kolei pięciostrunowy Jazz Bass Deluxe nie przekonał mnie. Zdecydowanie popowy sound, trochę bez charakteru.

Nie przekonał mnie też bezprogowy Mayo Commodus 6, choć to bardzo dobry, doskonale wykonany bas

Meksykański Precision Special - zwykły, całkiem przyzwoity PJ

Tak się robi whooyowe zdjęcia. Przepraszam, musiałem.

I to wszystko, jeśli chodzi o dokumentację zdjęciową mojego autorstwa - jeszcze kilka zdjęć zrobił niezastąpiony Adam z Silent Scream. Całokształt imprezy był nader zacny. Wiem teraz, że bardzo chętnie przyjąłbym Zona, G&L-a SB-2 i Gibsona G-3 oraz że japoński Ampeg SVT z początku lat 80. równie genialnie dogaduje się z rzeczonym Gibsonem jak i moim Alembikiem, ale jest zbyt okrutny, by odpowiednio oddać śpiew fretlessa. I upewniłem się, że należy trzymać Ibaneza, póki nie będzie mnie stać na Wala. Lub przynajmniej Pedullę Buzz.

I że nadal nie umiem grać na szóstce.

poniedziałek, 18 marca 2013

Basowisko: Egzotyczny Majonez

I znów mnie tu długo nie było.

Powód - taki jak zawsze. Otóż posiadam coś, o czym wśród Nerdów z Piwnicy krążą mroczne legendy i podania, z gatunku takich, które zazwyczaj są przekazywane cichym, pełnym trwożnego szacunku głosem (jednak nie w tym przypadku, gdyż Nerdy komunikują się jedynie za pomocą ICQ i IRC-a; Gtalk jest dla lamerów). Czyli, skrótowo mówiąc, życie. Przytłoczon tymże zwyczajnie nie mam czasu na to, by destrukcyjnie wpłynąć na gospodarkę poprzez podrapanie się po mym z każdym dniem coraz bardziej geriatrycznym dupsku (o wpływ drapania się po wzmiankowanym elemencie rzeczywistości na makroekonomię pytajcie Wybrankę), a co dopiero na spłodzenie kilku idiotyzmów i wysłanie ich w cyberprzestrzeń. W tej chwili także przebywam chwilowo między jednym a drugim zapieprzem, więc będzie dość krótko.

Swego czasu wspominałem mą pierwszą Yamahę - model BBG5S. Było to nader zacne basiwo, zdecydowanie warte swej rozsądnej ceny. To, co je zastąpiło, było pozycjonowane o klasę wyżej a mimo to cena była jeszcze bardziej rozsądna... Pod warunkiem, że było się kupującym.

Gdy któregoś dnia zajrzałem do nieistniejącego już komisu muzycznego w al. JPII, oczy me popieścił wiszący tam akurat bardzo ładny basik pod postacią popularnego w naszym kraju (gdyż i w nim wytwarzanego) Mayonesa Be5. Instrumenty te bardzo mi się podówczas podobały (do tej pory uważam je za nader satysfakcjonujące estetycznie), choćby ze względu na znaczenie literki "e" w nazwie. Otóż oznacza ona "exotic", czyli pochodzenie ładnych drewien, z których instrumenty tej serii strugane są po dziś dzień. I choć zdobywana przeze mnie w późniejszych latach wiedza pokazuje raczej, że egzotyczne drewienka niekoniecznie nadają się na artefakt, którego funkcją ma być wydawanie dźwięków, ten egzemplarz (oraz Nexus, który zastąpił go po pewnym czasie) okazał się być nader trafionym nabytkiem. Gdyż owszem, kupiłem go. Za kwotę, która stanowi ok. 1/5 obecnej ceny nowego basu z tej serii.



Firma Mayones jest znana chyba każdemu polskiemu muzykowi. Jest to bodajże najsłynniejsza w naszym kraju manufaktura wytwarzająca gitary i ich lepszych braci, czyli basy. Ciekawe, w jakim stopniu na popularność wytworów tejże firmy ma wpływ ich godna uznania jakość, a w jakim - dość charakterystyczna nazwa. Ktoś kiedyś (oraz gdzieś) zauważył, że nazwać gitary "Mayones" to tak, jak nie trafić byka w dupę kontrabasem.

Ale nie o tym.

Będąc ciekaw, jakie niewystępujące na naszym kontynencie drzewka dokonały żywota aby ów instrument mógł powstać, zadzwoniłem do biura firmy Mayones i podałem numer seryjny znajdujący się z tyłu główki. Chciałem również upewnić się, czy nie mają zgłoszeń o skradzionych gitarach ich produkcji, gdyż cena była wręcz podejrzanie niska. Okazało się, że miewają takie zgłoszenia, ale na szczęście żadne nie dotyczyło Be5 o numerze 137. Również na podstawie tego numeru udzielono mi uprzejmej informacji, że głównym budulcem basu było amazaque (jak później się dowiedziałem - jest to odmiana ovangkolu), podstrunnica została wykonana z wenge (co zresztą widać od razu po bliższym przyjrzeniu się, gdyż jest to bardzo charakterystyczne drewienko), a gryf... przepraszam, zapomniałem. Gryf też był egzotyczny, do tego pięcioczęściowy. Co ciekawe, w tym egzemplarzu deska została polakierowana. Najwyraźniej lakier był dobry, gdyż wszystko razem brzmiało naprawdę miło i po sprawdzeniu organoleptycznym basiwo zostało zanabyte.


Po zakupie szybko przystąpiłem do intensywnej eksploatacji instrumentu. Rozpoczęła się ona całkiem nieźle - od nagrania demówki z zespołem Viridian, w którego szeregach spędziłem następnych kilka lat. Mayones na nagraniu sprawdził się bardzo przyzwoicie - bas było słychać wyraźnie, dobrze siedział w miksie i generalnie nie budził sprzeciwów u realizatora dźwięku, reszty zespołu ani słuchaczy. Brzmienie oczywiście odbiegało mocno od klasycznych przedstawicieli gatunku zwanego gitarą basową, czyli wszelkich fenderokształtnych - było dość nosowe, ze specyficznym środkowym pasmem i dość uwypukloną, nieco "oderwaną" górką - jednak całość zdawała egzamin. Basik szczególnie dobrze brzmiał przy mocniejszej grze palcami i kostką, fajnie odzywał się z kciuka, do  delikatnego grania oraz tappingu nadawał się za to nieco mniej.  Co ciekawe, Be5 to tak naprawdę... tańsza wersja Warwicka. Spójrzmy: te same drewna, identyczna elektronika elektronika (aktywne przystawki MEC i również aktywna dwupasmowa equalizacja tej samej firmy z możliwością przełączenia w tryb pasywny) , nawet mostek był warwickowski. Dlaczego zatem te same komponenty stosowane przez tego znanego niemieckiego producenta dają łącznie efekt, jakby bas był zrobiony z mielonego gównolitu, zaś germański wytwórca woła sobie za to dwa razy tyle co polski producent?...

Mayo służył mi dobrze przez jakieś dwa lata - w tym czasie zagrałem na nim sporo koncertów z czterema zespołami i nagrałem drugą demówkę, po czym, gdy okazało się, że znaleziony na Alledrogo Nexus może być mój, sprzedałem go bez straty... koledze z jednego ze składów (oprócz fletu poprzecznego i gitary bardzo sprawnie obsługującego w innym zespole również bas). I służy mu do dziś - kilka dni temu nagrał na nim większość linii na debiutancką płytę jego rockowego projektu.



Podsumowując, czyli zady i walety:

Powiedzmy sobie szczerze - Mayonesa z serii Be w takiej cenie, za jaką utrafiłem ten egzemplarz, po prostu nie znajdziecie. W takiej, za jaką sprzedałem koledze - też nie. Aktualnie przy odrobinie szczęścia można upolować za ok. 2000 zł. A bywają różne. Miałem w rękach kilka - ten był zdecydowanie najlepszy. Niektóre były niezłe, a dwa czy trzy brzmiały... penisowato. Czyli tak, jak niemiecki odpowiednik. Ale dobrą sztukę też można złapać. Z trudem, ale można. Po czym ją poznać? Podpowiem: te lakierowane są lepsze. Jeśli zatem lubisz nowoczesne, dość agresywne brzmienie - warto poszukać.

Plusy:

* specyficzne ale dobre brzmienie
* ładny kształt
* solidne wykonanie

Minusy:

* tradycjonalistów na pewno nie zadowoli
* trudno o naprawdę dobry egzemplarz
* nowe Mayonesy Be są zdecydowanie za drogie

Czym go wozić:

Kolega taszczy swojego Mayo w bagażniku niedrogiego, praktycznego, trwałego mechanicznie samochodu, którym jest Astra I kombi. I to w sumie idealny środek transportu dla tych instrumentów.