Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

Basowisko: BezproZak

I znów jestem zmuszony się powtarzać.

Dawno nie było wpisu o tematyce stricte basowej. Owszem, można jako takli liczyć skromną relację z tegorocznego Graj(mi)dołu, jednak ostatni test basiwa pojawił się kilka miesięcy temu. A o jakimkolwiek fretlessie nie pisałem już od dwóch lat.

Będąc niemalże maniakalnym fanatykiem beprogów posypuję swój kudłaty łeb popiołem i spieszę czem prędzej naprawić ten błąd. Tym bardziej, że przedwczoraj były(by) 57 urodziny Micka Karna - gościa, który obok Pino jest moją największą inspiracją w kwestii basu bezprogowego.

Bądźmy szczerzy - zorganizowanie sobie basu do testów nie jest najłatwiejszym zadaniem, zaś pożyczenie choćby na kilka dni fretlessa to już prawdziwie rzadka - nawet jeśli jest to sprzęt typowo budżetowy. A tak było w tym przypadku.


Moją drugą w życiu basetlą był ciemnoniebieski Zak B4, czyli Mayones o nieco mniej spożywczej nazwie. Nie był on instrumentem z najwyższej półki, ale w swej kategorii cenowej naprawdę dawał radę. I gdy okazało się, że jeden z moich kolegów jest posiadaczem innego basu z tej serii, do tego pozbawionego progów, zastrzygłem uszami, zaś zgoda owego kolegi na wypożyczenie basetli wywołała u mnie radosny kwik.

Zaki/Mayonesy z lat 90. były instrumentami mocno czerpiącymi z pomysłów innych producentów. Egzotyczna seria Be (znana również jako Africa) była mocno zainspirowana produktami Warwicka (przy czym polskie wyroby zazwyczaj przewyższały brzmieniem niemiecki oryginał, co swoją drogą nie jest żadnym wyczynem), zaś w tańszych liniach można było zauważyć echa basów takich firm jak Esh czy Spector. I to na projekcie tego drugiego wytwórcy oparty jest kształt główki fretlessa, na którym miałem okazję pograć.

Choć nie. Ona nie jest oparta. Ona jest najzwyczajniej w świecie zerżnięta.


Nie kryję, że ten kształt główki zawsze mi się podobał, jednak z dechami Spectorów zawsze miałem pewien estetyczny problem. Tu problemu nie ma - korpus Zaka został ukształtowany zupełnie inaczej. Nie wiem, co (jeśli cokolwiek) przypomina mi ten projekt, wiem za to, że ocieka wręcz estetyką lat dziewięćdziesiątych, z których zresztą pochodzi.

I podoba mi się.

Mniej za to trafia do mnie dziwny, często stosowany wówczas przez Mayonesa patent z lakierowaniem główki również z tyłu, podczas gdy reszta gryfu pozostaje wykończona w naturalu. Nie mam pojęcia, czemu miało to służyć - wygląda po prostu idiotycznie.


Idiotyczna nie jest za to konstrukcja basu.

Bezprogowy Zak został zbudowany wedle dość klasycznej receptury - do olchowego korpusu za pomocą 5 śrub przykręcony został matowo wykończony klonowy gryf z palisandrową podstrunnicą o 24 pozycjach. Niegdyś znajdowały się na niej progi, jednak któryś z wcześniejszych użytkowników postanowił się ich pozbyć, szpary po nich wypełniając ciemnym fornirem. W deskę wkręcone są 2 pasywne przystawki w układzie PJ, których obudowy zostały polakierowane na pocieszny seledynek (po raz pierwszy widziałem takie wykończenie - prawdopodobnie nie było ono fabryczne). Pasywna jest również elektronika, sterowana przez 3 potencjometry: głośność, balans (działający na odwrót - przekręcenie gałki w stronę mostka skutkuje ściszeniem mostkowej przystawki) oraz klasyczny, obcinający górę ton. Osprzęt zamontowany na basiwie został wyprodukowany przez niemiecką firmę Schaller - i o ile klucze są bardzo dobrej jakości, o tyle schallerowskie mostki najzwyczajniej w świecie obsysają. I to nieudolnie. Nie chodzi tu o intonację (menzurę da się ustawić bez większego problemu), tylko o nienajlepszy wpływ na brzmienie.

Mimo tego nie jest ono tu najgorsze. Przynajmniej "na sucho".

Z deski bas odzywa się ładnie, śpiewnie, "okrągle", tak, jak powinien gadać fretless. Nie ma tu może szlachetności brzmienia droższych konstrukcji, ale bądźmy szczerzy - mówimy tu o basie za kilkaset złotych. Naprawdę nie jest źle. Niestety, po podpięciu do wzmacniacza robi się już gorzej.

Może to kwestia przystawek, może słaby mostek sporo tu psuje - tak czy owak brzmienie nie powala. Jest nieprzyjemnie nosowe, zaś podczas grania z samej przystawki mostkowej (czyli tak, jak powinno się grać na fretlessie) brakuje okrągłego dołu. Przystawka gryfowa za to jest nieco zbyt mało czytelna, choć z drugiej strony wypluwa w kierunku kabla (a następnie wzmacniacza) nieco cieplejszy, bardziej puchaty sound. Oczywiście można to i owo podratować chorusem, jednak najlepszym rozwiązaniem byłaby tu wymiana przystawek. A przynajmniej mostkowej. Dobry pickup pozwoliłby tej całkiem sympatycznej basetli przeskoczyć w kwestii brzmienia o dwie klasy wyżej.


O klasę wyżej wyniosłoby Zaka... inne wykończenie gryfu. Sam lubię mieć na całym instrumencie dobry, twardy lakier, ale nie upieram się - staranne wykończenie woskiem również dałoby radę. Tu natomiast tył gryfu jest niezbyt przyjemny w dotyku, nieco szorstki - tak, jakby nie został wykończony w ogóle. A to jest raczej mało prawdopodobne.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Mimo kilku wad, bezprogowy Zak z lat 90. jest zupełnie niezłym basiwem. Wygodny, dość przyjemny w grze (nie licząc niemiłego w dotyku gryfu), do tego sympatycznie odzywający się z deski - ten tani przecież sprzęcik ma spory potencjał. Niestety, aby w pełni go wydobyć należałoby wymienić mostek i przede wszystkim przystawki. Nie muszą mieć niebieskich obudów - wystarczy, że będą lepsze niż te, które są zamontowane obecnie. I choć koszt takiego manewru może przekroczyć rynkową wartość całego instrumentu, uważam, że warto. Dzięki temu zyskamy dobrze brzmiącego i oryginalnie prezentującego się fretlessa, wciąż zamykając się w kwocie poniżej 1000 złotych. Właścicielu (któremu za użyczenie serdecznie dziękuję) - rozważ!

Plusy:

* wygoda
* ciekawa stylówa
* brzmienie na sucho (z dechy)
* cena

Minusy:

* przystawki
* mostek
* wynikające z dwóch powyższych punktów brzmienie po podłączeniu
* nieprzyjemne w dotyku wykończenie gryfu

Czym go wozić:

Zaka - w towarzystwie kilku innych basów - miałem okazję transportować Oplem Vivaro oraz Skanssenem, czyli Volvo 940. W obu tych pojazdach miał  więcej niż wystarczającą ilość miejsca. Jednak całkowicie wystarczające byłoby tu Palio Weekend lub Felicia kombi. Najlepiej na czarnych.

Dobranoc.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

20

Chodźcie, opowiem Wam bajeczkę.

Dokładnie dwadzieścia lat temu, 13 kwietnia 1995 roku, pewien licealista wszedł do nieistniejącego już komisu muzycznego na rogu JPII i Al. Solidarności (tego większego, jaśniejszego - były dwa obok siebie) z dwoma banknotami stuzłotowymi w kieszeni. Parę chwil później wyszedł zeń bez banknotów, za to z wymarzonym, wytęsknionym od kilku już lat przyrządem do wydawania niskich dźwięków, czyli gitarą basową.

Licealistą owym byłem ja, zaś pochodzący z Niemieckiej Republiki Demokratycznej, wyposażony w 4 struny artefakt dumnie nosił na główce napis Musima DeLuxe.

Tak - to już dwadzieścia lat. Dwie dychy. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy sprawną (no, względnie) Syrenę można było wyrwać za dwie flaszki, sugestie, że Maluch będzie kiedyś klasykiem, wiązałyby się z ryzykiem utraty kontroli nad pęcherzem u interlokutora, zaś wszystko jeździło na czarnych. WSZYSTKO. Były to też czasy, gdy moim największym marzeniem był Fender Precision, o Alembicu nie słyszałem w ogóle, zaś absolutnym, niedoścignionym ideałem był grający zupełnie niepreclowym soundem Wojtek Pilichowski. Który, nota bene, był sporo młodszy niż ja teraz, a już grał tak, jak ja zapewne nigdy nie będę. Było to zresztą dość ciekawe, biorąc pod uwagę, że pierwszą moją inspiracją i powodem, dla którego zapragnąłem chwycić za bas, był John Deacon, czyli świetny (i kryminalnie wręcz niedoceniony) basista Queen, człowiek, którego gra zawsze różniła się diametralnie od pilichowych akrobacji. Tak czy inaczej - po trzech czy czterech latach marzeń, wzdychania i całkowicie nieudanych prób zaoszczędzenia na instrument stałem się w końcu posiadaczem basu. Czyli człowiekiem na początku drogi do zostania basistą.

Od razu wziąłem się za ćwiczenia. Borze Tucholski, ile ja miałem zapału. Oczywiście dużo więcej, niż do nauki. Mogłem tłuc bez ładu i składu w struny po kilka godzin dziennie - szczególnie zaraz po tym, gdy założyłem po raz pierwszy świeże struny - były to stalowe Presto - i odkryłem tajemnicę jasnego, wyrazistego brzmienia. 

Niecałe pół roku później trafiłem do swego pierwszego zespołu. Nosił on dumną nazwę Hegemon a próby miał w podziemiach kościoła na Wrocławskiej. Salka, co ciekawe, istnieje do dziś - zmienił się w zasadzie tylko sprzęt. Za "moich" czasów stało tam combo Fender BXR100. Z wbudowanym chorusem. Oczywiście odpaliłem go natychmiast i rozkręciłem na maxa. W grudniu mieliśmy pierwszy koncert - a w zasadzie krótki, dwunumerowy występ na przeglądzie zespołów próbujących w bemowskiej salce. Byliśmy STRASZNI. Ale nie było to ważne. Najważniejsze było występowanie przed publiką. Wreszcie grałem DLA KOGOŚ. Do dziś pamiętam te emocje, tę adrenalinę, tremę pomieszaną z niesamowitą ekscytacją. To była magia.

Latem kolejnego roku miałem już dwa basy. Głównym wiosłem stał się nowiutki, ciemnoniebieski Zak B4, zaś Musima postradała progi. O Alembicach dalej nie słyszałem, marzeniem stał się Music Man StingRay (czwórka, z "jajkiem" i główką 3+1), koniecznie natural z klonem (takie zresztą do dziś podobają mi się najbardziej), a Warwicki uważałem za wspaniałe instrumenty. Oczywiście bazowałem swoje opinie na ich wyglądzie. Wkrótce później trafiłem do drugiego swego zespołu - tworu o nazwie Dym, który nie zagrał ani jednego koncertu. Specjalnie by z nimi grać kupiłem swój pierwszy wzmacniacz - stuwatowego Soundmana. Dym rozwiał się po kilku miesiącach, z wokalistą zaś stworzyliśmy bezskutecznie poszukujący pozostałych muzyków duet Nediam, którego muzyka obracała się wokół tego, co uwielbiam do dziś, czyli prog-rocka.

Dwa lata wystarczyły, by Zak przestał mi wystarczać. Niedługo potem zmienił właściciela, ja zaś wszedłem w posiadanie mej pierwszej piątki - Corta Action Bass V. Z tym basem w rękach poszedłem na przesłuchanie do zespołu Braintrust. I już zostałem. Została też moja ówczesna dziewczyna, którą wciągnąłem do zespołu po odejściu pierwszego wokalisty. Braintrust był pierwszym w miarę poważnym zespołem, w którym grałem - i muszę przyznać, że był to kawał ciekawej, niebanalnej muzyki. Zagraliśmy sporo koncertów, nagraliśmy demówkę (z gościnnym udziałem Anji Orthodox w jednym z numerów) - pojawiły się nawet recenzje, i to dość pozytywne. Niestety, po pewnym czasie zespół opuścił gitarzysta, który postanowił pójść w stronę jazzu. Próbowaliśmy jeszcze ratować co się dało, ale... nie dało się. Dlatego kolejnym przystankiem okazał się Humbert Humbert. Zupełnie inny klimat, bardziej "typowo" rockowy, acz potrafiliśmy sprawnie pobujać. Tu też udało się nagrać demo a częstotliwość koncertów była zupełnie przyzwoita. Właśnie w trakcie mojej kadencji w Humbertach Cort stracił progi, zaś jego rolę przejęła Yamaha BBG5S. Niestety - nieporozumienia, tym razem natury personalnej, sprawiły, że najpierw odeszła wokalistka (aktualnie znana ze swojego własnego, autorskiego Back To The Ocean), później zaś sam opuściłem szeregi zespołu.

I trafiłem do Nexx. Składu, który wspominam zdecydowanie najlepiej, jeśli chodzi o klimat tworzonej muzyki. Zresztą pierwszy raz grałem z ludźmi, którzy naprawdę coś wcześniej osiągnęli - zespół wszak tworzyli m.in. byli muzycy prog-rockowego Annalist (moi rówieśnicy mogą pamiętać). Dlaczego zagraliśmy tylko dwa koncerty i stworzyliśmy pięcioutworowe demo - nie wiem. Za szybko się rozpadło. A muzyka była dokładnie taka, jaką uwielbiam do dziś - między innymi chyba najpiękniejszy utwór, który nagrałem kiedykolwiek z kimkolwiek oraz cover największego u nas hitu pewnego zespołu, który - przyznaję bez bicia - bardzo lubię. I który to cover doczekał się komentarza basisty tegoż właśnie zespołu, co zauważyłem... dzisiaj.

Po Nexx przez pewien czas grałem z jednym z byłych wokalistów Oddziału Zamkniętego (szkoła muzycznej dyscypliny i, niestety, picia) po czym trafiłem do gotycko-hardrockowego Viridianu, gdzie wokalistką było to samo dziewczę, co w Braintrust (wówczas już od dawna moja była). Wtedy miałem już Mayonesa Be5, wkrótce potem zaś kupiłem bezprogowego Malinka i wymarzonego od lat Ibaneza Roadstera. Z Viridianem nagrałem dwa dema oraz pierwszy w mym życiu klip. Co ciekawe, widać mnie na nim z Nexusem, choć numer był nagrywany jeszcze na Mayonesie. W międzyczasie dołączyłem do Wyciągniętych Z Mesy, z którymi gram do dziś. 

Nexus i Malinek zostały ze mną na dłużej i zapoczątkowały kolejny etap mojego grania - używałem ich w świetnym neofolkowym Rirlielu, z nimi właśnie trafiłem do hardrockowego (choć niestroniącego od prog-rocka) Night Ridera i na nich w końcu nagrałem pierwsze płyty: "Days" z Peterem Panem oraz "Into the Night" i "Nostalgię" z Satellite. Bardzo dobre, prog-rockowe płyty. I nie ostatnie - później przyszedł czas Strawberry Fields i "Rivers Gone Dry", gdzie użyłem Arii, która zastąpiła Ibaneza, następnie Night Rider Symphony, z którymi zresztą graliśmy w Chicago (przygoda życia!), i nagrywana wreszcie na własnym, wymarzonym, wyczekanym Alembicu autorska płyta Night Ridera - "Widzę Czuję Jestem" z klipem "Do końca", który wrzuciłem zresztą do pierwszego mojego wpisu. W oczekiwaniu na Alembica przez chwilę przewinęły się jeszcze Kolasiński (rozczarowanie) i pięciostrunowy, meksykański Jazz (całkiem przyzwoity), była druga Yamaha i świetny Fender Geddy Lee Jazz Bass, za ktrórym tęsknię do dziś, jednak Alembic przyćmił je wszystkie. I plan jest taki, by został ze mną na kolejne dziesięciolecia - długo po tym, jak Fernandes i bezprogowy Ibanez (na których, oprócz Alembica, nagrałem pewną EP-kę która ukaże się już wkrótce) znajdą swoich następców.

Tak minęło dwadzieścia lat. Jak na tak długi czas mam wrażenie, że nie osiągnąłem zbyt wiele. Ale... doświadczenie pozostaje, pozostają wspomnienia i jednak troszkę zdobytych przez te lata umiejętności. Teraz pora na następne dwadzieścia.


I jeszcze jedno: możecie dziwić się, czemu więcej miejsca poświęciłem zamierzchłym czasom, bliższym początkowi mego grania, niż ostatnim kilku latom. Otóż o mych najwcześniejszych dokonaniach praktycznie nie sposób znaleźć informacji (bo i czemu miałyby gdziekolwiek być), zaś prawie wszystko o historii najnowszej jest gdzieś już napisane. Czy to tu, czy w innych miejscach w sieci. Im jestem starszy, tym chętniej wspominam początki, a ostatnie lata to po prostu historia, która wciąż się dzieje. Może ktoś ją zapamięta. A nawet jeśli nie, być może za kolejne 20 lat znów będzie o czym pisać.

Pora pograć sobie choć kilka chwil. Wszak dwudziestolecie grania nie zdarza się zbyt wiele razy.

piątek, 19 grudnia 2014

Basowisko wspominkowe: Zak

Ostatnio wspominałem mój pierwszy bas. Ten, od którego wszystko się zaczęło. A jako, że nie miałem ostatnio okazji pograć dłużej na niczym nowym (przynajmniej dla mnie), przyszła pora przedstawić ten, który pojawił się jako drugi.

Było lato 1996. Miałem 17 lat, nieco ponad roczny staż z basem w łapie a w głowie pełno mrzonek o tym, że świat stoi przede mną otworem (owszem, stał - tyle, że teraz jestem świadom, co to był za otwór). Mając do dyspozycji jedynie coraz bardziej niedomagającą (w dużej mierze dzięki mnie samemu) enerdowską Musimę stwierdziłem, że bardzo, bardzo chciałbym coś lepszego. Moim wymarzonym basem był podówczas Music Man Sting Ray (o Alembicach dowiedziałem się dopiero niedługo później), ale miałem też dostępniejsze cenowo marzenia, konkretnie zaś Ibaneza Roadstera - takiego, jakiego udało mi się zdobyć dopiero niemalże dekadę później. Niestety, choć znalazłem taki bas (i to w cenie, która dziś zdałaby się absurdalnie niska), znikł on zanim zapadła finalna decyzja o zakupie. Na szczęście jednak byłem skłonny poprzestać (tymczasowo) na czymś dostępnym wtedy od ręki - konkretnie na nowiutkim, kupionym w nieistniejącym już teraz sklepie Hołdysa Zaku B4.


Nieco już zapomniana marka Zak była niczym innym, jak znakiem towarowym, którego używał Mayones, głównie w modelach przeznaczonych na eksport. W sumie trudno się dziwić - ktoś kiedyś nader trafnie zauważył, że nadać firmie produkującej gitary nazwę Mayones to tak, jak nie trafić byka w dupę kontrabasem. Na szczęście w ciągu kilku ostatnich lat gdańska manufaktura wykonała tak niesamowity skok, że jakość jej produktów zamyka usta wszystkim tym, którzy mają ochotę skomentować samą markę. I to na całym praktycznie świecie.

Co wcale jednak nie znaczy, że w latach 90. było z tym źle.

Już 20 lat temu Mayones produkował instrumenty, które mogły równać się jeśli nie z najlepszymi, to z czołówką peletonu. Oczywiście chodzi tu o modele z górnej półki, które zresztą były wtedy wzorowane na najmodniejszych wówczas gitarach i przede wszystkim basach - nowoczesnych, wykonanych z egzotycznych drewien i uzbrojonych w aktywną elektronikę (kilka lat później miałem zresztą również takie właśnie basiwo). Jednak i bazowe modele, a do takich zaliczał się B4, miały co nieco do zaoferowania w swej klasie cenowej, wówczas zamykającej się w przedziale 600 - 800 zł.

Zak B4 kosztował nieco powyżej sześciu stów - warto pamiętać, że było to sporo więcej, niż dzisiejsze 600 zł, jednak nadal można było określić go jako tzw. instrument budżetowy. Zresztą w tamtych latach klasa ta była niezwykle skromnie reprezentowana - Cort dopiero wchodził na nasz rynek, sprzęty made in China pojawiły się dopiero kilka lat później i początkowo prezentowały wręcz dramatyczny poziom, zarówno pod względem brzmienia, jak i jakości wykonania, natomiast wciąż dostępne były (głównie na rynku wtórnym) niedobitki instrumentów z tzw. demoludów. Jedyną realną konkurencją były znane ze swej alternatywnie pojmowanej jakości wyroby Mensfelda (który, tak, jak Rybski, wyemigrował później do Stanów i ponoć nadal struga) oraz tanie wersje Hohnerów sprzedawane pod marką Rockwood. Dlatego oferta Mayonesa spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem. I w sumie trudno się dziwić - były to zupełnie uczciwe sprzęty.

Konstrukcja B4 była dość prosta: do olchowego korpusu przykręcany był klonowy gryf z dwuoktawową, klonową lub palisandrową podstrunnicą (w późniejszych wersjach zdarzało się też m.in. wenge). Pasywne przystawki występowały w dwóch odmianach - tradycyjny układ JJ lub, tak, jak w moim egzemplarzu, odwrócony "split" (czyli przystawka typu Precision) przy gryfie i humbucker zrobiony z dwóch przylegających do siebie singli przy mostku. To ostatnie rozwiązanie było ewidentnie wzorowane na Twin-J produkcji MEC, stosowanych w Warwicku Fortress MasterMan (jeden z chyba dwóch akceptowalnie brzmiących Warwicków, jakie kiedykolwiek słyszałem), z tym że tu przede wszystkim przystawka była pasywna i - niestety - nie miała funkcji rozłączania cewek. Do tego pasywna elektronika w układzie vol-vol-tone (czyli osobne potencjometry głośności dla każdej z przystawek i "ogólny" ton, który służył do obcinania góry), prosty mostek typu "blaszka" i solidne klucze wyprodukowane przez niemiecką firmę Schaller.

Estetyka była typowa dla lat 90: dość nowoczesne, nieco ostre kształty, bardzo ładna główka w układzie 2+2 i wybór kilku wyrazistych kolorów. Mój B4 był miał deskę wykończoną ślicznym blueburstem (granatem ściemniającym się na brzegach), doskonale komponującym się z klonową podstrunnicą ozdobioną ewidentnie wzorowanymi na Spectorze markerami. Pamiętam, jak ogromną przyjemnością było dla mnie samo patrzenie na ten bas.

Granie też sprawiało sporą frajdę.

Pierwszym, co odróżniało Zaka od Musimy, była możliwość zrobienia naprawdę dobrego setupu. Struny dało się ustawić bardzo nisko, a dzięki przyzwoicie nabitym progom fretbuzz (brzęczenie strun o progi) utrzymywał się na całkowicie akceptowalnym poziomie. Drugą różnicą był większy rozstaw strun i bardziej płaski promień podstrunnicy, co było ogromną zaletą dla młodego wariata zapatrzonego w Wojtka Pilichowskiego i jego kciuk. Generalnie B4 był bardzo wygodnym basiwem, szczególnie na tle topornej Musimy.

Brzmienie też bardzo się różniło. Przede wszystkim dawało się zauważyć znacznie dłuższe wybrzmienie. Do tego bas brzmiał jaśniej, bardziej selektywnie. Niestety - co dało się zauważyć później, w miarę nabierania doświadczenia - nieco brakowało mu "ciosu". Absolutnie nie było źle, ale rewelacyjnie też nie. Dół owszem, był, ale nieco pozbawiony definicji, środek był trochę za mało zwarty, góra pozbawiona tzw. "szklanki", którą przecież charakteryzują się dobre basy z klonową podstrunnicą. Podejrzewam jednak, że główną winę ponosiły tu taniutkie przystawki i dość badziewny mostek. Kłopotliwe bywało również "odwrócone" umieszczenie przystawki gryfowej (tzw. "reversed P", z cewkami pod strunami D i G bliżej gryfu), które uniemożliwiało basikowi przekonujące udawanie Precisiona - jednak dzięki temu w momencie używania obu przystawek naraz (a tak grałem 90% czasu) brzmienie wyższych strun nie było tak nieprzyjemnie nosowe, jak w przypadku wielu basów z układem PJ lub PH i tradycyjnie umieszczonym gryfowym przetwornikiem.

Badziewne było też wykonanie niektórych detali - szczególnie gałek potencjometrów a zwłaszcza ich mocowania. Jedna z nich obluzowała mi się w czasie gry i pięknym lotem poszybowała w kierunku podłogi, za to później miałem spore kłopoty z ponownym przymocowaniem jej. Nie wiem, czy powodem była kiepskiej jakości śrubka czy wyrobiony gwint - dość powiedzieć, że już do końca mojej przygody z Zakiem nie udało mi się solidnie zainstalować nieszczęsnego pokrętła.

Mimo to bardzo miło wspominam Zaka B4. Był to bardzo wygodny, przyjazny w grze basik, na którym zagrałem trochę koncertów a nawet poczyniłem wczesne nagrania. Na setkę. Na czterośladzie. Tak, to były jeszcze te czasy. Później zaś nastała era piątek, jednak to osobna historia, którą już zresztą opisywałem.

A Musima? Została, głównie jako pamiątka coraz dawniejszych lat.

Tak, to zdjęcie już się tu kiedyś pojawiło

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Zak (czyli Mayones) B4 nie był może wybitnym instrumentem, jednak pełnił rolę, w której na polskim rynku w połowie lat 90. prawie nie miał konkurencji: był niedrogim, wygodnym basem dostępnym prawie każdemu młodemu plumkaczowi. Ładny i dzięki przyzwoitej ergonomii mało męczący w grze zachęcał do tego, czego każdemu początkującemu muzykantowi nigdy za wiele: do ćwiczeń. A brzmienie? Wystarczyłyby tak naprawdę lepsze przystawki i solidny mostek. A że wtedy było o nie trudniej niż dziś, to już zupełnie osobna historia.

Plusy:

* wygoda gry
* niezłe drewna
* estetyka
* niska cena

Minusy:

* kiepskie przystawki
* badziewny mostek
* przeciętna jakość wykonania

Czym go wozić:

Jako 17-letni młodzieniec woziłem Zaka zbiorkomem. Pokrowiec na plecy i w drogę. No chyba, że zdarzała się możliwość podrzutki ze strony gitarzysty, który miał... UAZ-a "Stonkę" (nie, nie żartuję). A dziś? Można go wozić choćby i pełnoletnim Cinquecento. Wszak 18-letnie dziś samochody zostały wyprodukowane w tym samym roku, w którym powstał mój B4.