wtorek, 25 sierpnia 2015

Eventualnie: Wielkie Urywanie Kół 2015

Dzień dobry się z Państwem. Dziś pozwolę sobie zacząć odezwą do Narodu, gdyż albowiem ewidentnie nadszedł czas, by wprowadzić pewne zasady (bo bez zasad są kwasy). Otóż, jak niektórym zapewne wiadomo, blog jest własnością jego autora, i póki tenże autor nie łamie prawa, może sobie w nim robić co chce, łącznie z ustalaniem reguł gry i wypraszaniem za drzwi tych, którzy z jakichś niewiadomych powodów stwierdzają, że ich opinia będzie na danym blogu cenniejsza od opinii samego autora. Dlatego proszę o wyjęcie kajecików, zanotowanie i podkreślenie wężykiem, Jasiu, wężykiem: gospodarzem niniejszego bloga jestem JA i moje zdanie jest tu prawem. Jeżeli ktoś z Was zacznie - oczywiście wedle moich kryteriów - zachowywać się w sposób przykry, upierdliwy czy generanie nie pasujący mi, nie będę już z takim indywiduum wchodził w nieprowadzącą do czegokolwiek polemikę, tylko podejmę stosowne działania. Komentarze będące emenacjami kału przechowywanego w mózgoczaszce ich autora będą usuwane od razu po stwierdzeniu przeze mnie ich pojawienia się. I TERAZ UWAGA. Nie jestem nieomylny, zaś moja wiedza ma tu i ówdzie sporo luk. Dlatego jeśli popełniam błąd rzeczowy, jak najbardziej można zwrócić mi nań uwagę (oczywiście w kulturalny sposób) - podziękuję i skoryguję. Macie też prawo nie zgadzać się z mymi poglądami, np. na współczesną motoryzację. Jeżeli Was rażą - trudno, jest masa innych miejsc w sieci: Pudelek, forum klubu Audi Debils, a także wiele stron z poradami jak skutecznie popełnić samobójstwo. Oczywiście tu też jest miejsce na odrobinę kulturalnej i nienachalnej polemiki, ale należy przy tym pamiętać, że to jest mój blog, moje miejsce i moje reguły gry, zaś podstawowe zasady higieny są takie, że odwiedzając kogoś jesteście zobowiązani stosować się do zwyczajów u niego panujących. Jeśli zatem przyjdzie Wam do głowy polemizować w nieakceptowalny (wedle moich standardów) sposób z mymi własnymi, prywatnymi i oczywiście jedynie słusznymi poglądami, pozostanie mi jedynie odpowiedzieć w poniższy sposób:


Społeczność została pouczona, można zatem przejść do meritum, czyli rajdu WUK-a.

Jak wielu z Was zapewne się orientuje, w środowisku gratolubnym bardzo aktywnie działa niejaka Fi. Znana jest m.in. z posiadania Econa (czyli Forda Econoline) oraz pielęgnowania pamięci o swym dawnym wehikule - Volvo 340 na czarnych blachach WUK. Niestety, WUK od pewnego czasu śmiga po krainie, gdzie nie ma korków ani repów w Octaviach a benzyna jest za friko. Ocierając łzy, Fi postanowiła zorganizować rajd, który swą nazwą upamiętni nieodżałowane toczydło. I jak postanowiła, tak uczyniła.

Rajd WUK-a odbył się już po raz trzeci. Dwa lata temu przybyłem jako obserwator, w zeszłym roku obowiązki uniemożliwiły stawiennictwo, za to w tegorocznej edycji wziąłem udział jako uczestnik, konkretnie zaś jako pilot (czyli tzw. umysłowy) zasiadający na prawym fotelu niebieskiego Citroena GS. I wiem już, że mimo nienajgorszego wyniku na zeszłorocznych Nitach, taki ze mnie pilot jak z koziej sempiterny eufonium.

Jednakże o tem potem.

Już w drodze, dojeżdżając około 8:30 z Piotrkiem (właścicielem i kierownikiem GS-a) i Julianem (jego bratem, który służył nieocenioną pomocą jako wyszukiwacz punktów ze zdjęć) na miejsce, spotkaliśmy pierwszych współzawodników. 


Przybyliśmy na miejsce startu jako jedni z pierwszych. Załogi jedna po drugiej nadciągały swymi wehikułami.




Zaparkowaliśmy w doborowym towarzystwie.

Prosimy nie klikać w środek zdjęcia - to nie jest film, nie odtworzy się

To ten za > 1000. WSPANIAŁY

Przedliftowa deska = #najlepiej

Młodsi Specjaliści ds Nawigacji

Jeden to poszukiwany, cenny, rzadki klasyk za grube pieniądze. Drugi to BMW serii 6.

Suchar Codzienny #1: Granada - Zabawawyśle?

Ostatni dobry Escort

Chrysler-Simca-Talbot-Barreiros 2 Litre, czyli jak Amerykanie, Anglicy i Francuzi mogą kolektywnie wszystko spieprzyć i oddać Hiszpanom do tłuczenia

Ładna Łada

Taternicy

Najsłynniejsza Corolla w Polsce, czyli japońskie auto użytkowane uprzednio przez Niemca we Włoszech

Najsłynniejszy Starlet w Polsce, czyli "PACZCIE JAK TEN GWIAZDORZĄCY BLOGER NA TRAWIE STANOŁ"

Wóz Obsługi Rajdu

Suchar Codzienny #2: Ascona - Mistrzumiera?

Kurdeż, ale to jest uczciwie ładne żelazo, do tego z wajchą przy kierze. Mógłbym.

Tłusto i premiumowo wykończona deska rozdzielcza Dekawki...

...i zachwycająca precyzja wykonania jej nadwozia. Drewniany szkielet + derma sprawiają, że nigdy nie będzie tu duszno.

Informacja, że oba te samochody powstawały mniej więcej w tych samych latach, powoduje wystrzał mózgu przez uszy

Ciekawe, ile E34 w tej konkretnej wersji jeździ po Polsce

BARDZO BARDZO MIŁOŚĆ

Wystarczyłby nawet jako jedyne usprawiedliwienie istnienia marki Opel
 Zaraz po przybyciu zgłosiliśmy się do organizacji celem odhaczenia i poboru numeru startowego.


Pozostało jeszcze kilka chwil na pobawienie się hydropneumatyką i posłuchanie przesympatycznego gangu chłodzonego powietrzem 4-cylindrowego boxera.



Zgodnie z planem o 9:30 rozpoczęła się odprawa.

Suchar Codzienny #3: odprawa - dolewa?
 Zaraz potem towarzystwo udało się na tor celem ślizgania się po specjalnie nawilżonej nawierzchni, stawiania tłustych boczurów i siania popłochu wśród rozmieszczonych na torze pachołków i opon.

Przy okazji było czego posłuchać.



Popatrzeć też było na co.

Amazon po przejeździe. Szedł grubo, a ja popełniłem błąd próbując go nagrać telefonem, który oczywiście się zawiesił.

TAXI!!! Na Chomiczówkie poproszę, INO CHYŻO

Fele dają + 5 do driftu

ŁAAAJEMSIJEJ!

Równie dobrze jechał, co wyglądał

Dwa sposoby na kabriolet

Kiedyś najpopularniejszym kolorem był czerwony. Ciekaw jestem, czy był wtedy tak samo nudny, jak dziś srebrny.

Ustalanie taktyki

Kolejka się skraca

WUJu, niech WUJ już zjedzie z toru.

Obserwowanie T3 na torze - godne doświadczenie. Godniejsze może być tylko uczestnictwo od środka.
Po idealnym na tor T3 przyszła pora na nas. Po raz pierwszy czytałem wskazówki dotyczące jazdy po torze i choć Piotrek nadał dość spokojne tempo, ledwie się wyrabiałem. A pierwsza próba i tak była najbardziej lajtowa, o czym przekonaliśmy się później.

Tymczasem przyszła pora, by rozpocząć pierwszy etap, opisany w całości łatwym i przyjemnym itinererem strzałkowym. Sama trasa, prowadząca po całkowicie nieznanych mi do tej pory zakamarkach Fortu Bema, również była bardzo przyjemna, przynajmniej pod względem widoków.

Stać!

Takie rzeczy 2 kroki od skrzyżowania Trasy AK z Powązkowską

Ul. Waldorffa (tego, który klął się na swego psa Puzona), lata temu miałem niedaleko stamtąd próby - ale nigdy nie zeksplorowałem perymetru
Około połowy pierwszego etapu uczestnicy byli kierowani na parking, skąd startowali do... krótkiego odcinka pieszego.

Znany wszem i wobec Austin Sheerline z dieslem od Kii K2700, czyli dostojny lord jarający machorę

Widoczek z francuskiego parkingu w latach 70.

Podbijanie pieczątek na karcie

Bardzo zacne murale - lewy był na jednym ze zdjęć z trasy

Rajdówka zjeżdża na parking

Chyba trudno o bardziej różniące się samochody

Ciekawy patent - tzw. nieśmiałki częściowo widoczne, można je włączyć ale nie otwierać
Z urokliwych, zielonych zakątków Fortu Bema towarzystwo zjeżdżało z powrotem na autodrom celem sieknięcia drugiej próby sportowej przed kolejnym etapem trasy. A także odsapnięcia lub zniszczenia absolutnie wyśmienitego hambuksa z fudtraka. 

Wielki Tłusty Lans Gangsta Stajl, Zero Fucks Given

Ile to było? 200 tysięcy bez negocjacji?

PODDAJ SIĘ, JESTEŚ OTOCZONY

Under the brigde downtooown (fot. Piotrek W.)
Tymczasem kolejne załogi przystępowały do drugiej próby na torze, gdzie można było usłyszeć m.in. to: 


Oraz zobaczyć to:

Trzybiegowy automat, kanapowaty zawias ze sztywnym mostem z tyłu - ideał na tor

Tym razem niestety już ewidentnie nie nadążałem z krzyczeniem "lewo-prawo-lewo-prawo" i pod sam koniec Piotrek zamiast zaatakować kolejne pachołki pojechał na wprost. Punkty karne, trudno, bywa - to jednak jeszcze nic w porównaniu z carmageddonem, który czekał nas na trasie drugiego etapu.

No i nie padło nam sprzęgło, tak, jak świetnie jadącej załodze Seata 850. Zresztą naprawili.


Drugi etap prowadził częściowo po przylegającym do lotniska fragmencie Bemowa, częściowo zaś po leżących za WAT-em Grotach, zielonym, zacisznym Boernerowie i malowniczych wertepach wokół poligonu. Sama trasa była rewelacyjna - nie dość, że bardzo lubię tamte rejony, to jeszcze miałem możliwość poznać takie ich fragmenty, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy. Niestety, w paradę weszła moja pierdołowatość w zakresie pilotowania, która poskutkowała okołogodzinnym (i bezskutecznym) błądzeniem po pierwszej choince nawigacyjnej, całkowitym olaniem drugiej i położeniem prowadzącym po Boernerowie planu (nazwanym Planem Volvo, gdzie punkty były oznaczone różnymi modelami szwedzkiej marki; 940 nie było), który co prawda na papierze opracowałem szybciutko i wedle wszelkich prawideł, ale w realu totalnie nie przełożył mi się na sytuację drogową. Pokazało to dobitnie, że itinerer strzałkowy ogarniam ładnie, ale na tym moje kompetencje "umysłowego" się kończą. Chyba wolę prowadzić. Inna rzecz, że testowo jadąc ze Z. Łomnikiem trasę jego tegorocznego rajdu jakoś z jego choinką nie miałem problemu... 

Ujrzawszy ją stwierdziłem, że szkoda, że nie bierze udziału. A to jeden ze współorganizatorów był.

Znany już z Google Street View i jednego z moich miksów stały mieszkaniec Grotów

Punkt kontrolny na Planie Volvo - oczywście zaliczony w niewłaściwym momencie

Nie był pytaniem z trasy

Też nie, może dlatego, że jeździ. Był już zresztą w jednym z mixów.

Te raczej nieprędko gdzieś pojadą - ale też nie były pytaniem. A szkoda.

Punkt kontrolny dla miłośników seriali medycznych (skąd do Wuja Chafla mam wiedzieć co to była "Sanitka"?)

Urokliwa droga prowadząca na poligon (fot. Julian W.)

Po wielokrotnym zgubieniu się i możliwością docenienia zawieszania GS-a (nie zazdroszczę załodze Opla GT) droga zawiodła nas w końcu z powrotem na autodrom. Na ostatnią próbę sportową, czyli Kryterium WUK-a.



Ten przejazd został ukończony z otwartą klapą bagażnika
Niestety, nasz przejazd zakończył się dokładnie tak samo jak poprzedni - opuszczeniem kilku pachołków. Szkoda, bo start był dobry.

Pozostało już tylko ustawić się strategicznie obok drugiego szczękoopadniczego hydrowozu tej imprezy...

BIERE OBA
 ...i uwiecznić kilka scenek z mety.

Borze, uwielbiam Amazony. Acz dwudrzwiowe bardziej.

Cofanie "na zapałkę" czasem boli

Ustawiony do sesji

 WUJ z napędem ekologicznym
 Jeszcze tylko ogłoszenie wyników...


...i do zobaczenia.


Czy pojadę w przyszłorocznym WUK-u? Obaczym. Jako kierowca czułbym się niepewnie na próbach sportowych (zresztą szanse, że Skanssen zostałby dopuszczony, są nikłe), jako pilot zapewne znów położyłbym choinkę i plan - no chyba, że nauczyłbym się myśleć jak Fi. Ale na pewno chcę tam być. W dowolnej roli - byle z aparatem w łapie.

sobota, 22 sierpnia 2015

Spacerkiem i rowerkiem: Śródmieście Północne gruchotami mocne

Dzień dobry, cześć i czołem, zapraszam na drugą część mixu śródmiejskiego. Dziś zeksplorujemy północną część centrum (tzn. ja eksplorowałem, Wy będziecie się ślinić, dziwować i w paru przypadkach zapewne kręcić nosami). Wycieczka pod względem marszruty będzie przypominała część poprzednią - trasa będzie meandrowała, kręciła zawijasy i generalnie kształtowała się na podobieństwo nietrzeźwego węża z poprzetrącanym w paru strategicznych miejscach kręgosłupem (niekoniecznie moralnym). Jako, że zwiedzanie południowych rejonów Śródmieścia zakończyliśmy na Solcu, dalszą drogę podejmujemy dwa kroki na północ, czyli tam, gdzie jeszcze nie gościł mój aparat: na Powiślu. Po przedreptaniu dalszych kilku kroków w tym samym kierunku tuż przed Mariensztatem (gdzie nie znalazłem nic ciekawego) wdrapiemy się na Skarpę Warszawską i ruszymy na południe, docierając ponownie do granicy Śródmieścia Północnego i Południowego. Po przejściu na drugą stronę Nowego Światu odbijemy znów na północ i zwiedzimy rejony między Traktem Królewskim a Marszałkowską (w każdym razie te niewielkie fragmenty, gdzie udało się znaleźć coś ciekawego). Następnie, zahaczywszy o Pl. Bankowy, przedostaniemy się na stanowiący niemalże odrębną dzielnicę Muranów, skąd, kierując się w stronę Wisły, dotrzemy na Nowe Miasto. Zresztą warsiawiaki i tak zobaczą, zwizualizują sobie trasę i docenią jej logikę, a reszta nawet się nie zainteresuje szczegółami geograficznymi (które ciekawią tylko takie świry, jak ja). Przejdźmy zatem do tego, co interesuje wszystkich, bez względu na miejsce pobytu stałego, czyli do żelaza.

Jadziem.

Wzywam Fi!

Czy Garbus kabriolet to nadal Garbus?

Do złomniczej kolekcji

Jak wiadomo, starsze Alfy albo stoją w warsztacie albo czekają przy drodze na lawetę. Oznacza to, że ten egzemplarz nie istnieje.

Odpalić i jechać.

Godnym uwagi jest fakt, że jeszcze nie złamał się na pół.

Ten nie złamie się nigdy.

Zdecydowanie pożądam takiej naklejki

Szatan przyjechał ze wschodu Aerostarem

EXECUTIVE

Barwy maskujące


Skoro aktualnie produkowany kompakt Peugeota nosi nazwę 308, to musi być jego przeniesiony z przyszłości następca 

Tak, wiem, wszyscy go znają, wszyscy go widzieli i sfotografowali. 

Nowy Świat jest niezwykle ekskluzywną ulicą. Świadczą o tym m.in. samochody mieszkańców.

Również mieszkańcy rejonu między Pl. Bankowym a Starym Miastem, o ile w ogóle posiadają auto, wybierają nowe pojazdy, które wymieniają maksymalnie co 5 lat

Nie ma tam miejsca na stare graty a długa eksploatacja jednego samochodu uważana jest za fopa, fłagra i fłaje

Wrastanie gruchota w miejsce parkingowe jest tam nie do pomyślenia

Kto wpuścił tego nieekologocznego rzęcha do centrum miasta? Choć ten przynajmniej ma bezpieczne zderzaki

To już jakiś obciach. PRZECIEŻ WSZYSCY WIEDZĄ, ŻE DO ŚLUBU JEDZIE SIĘ TYLKO LIMUZYNĄ! Np. Passatem.

Muranowskie Żuki, cz. 1

Muranowskie Żuki, cz. 2 - polana obsługiwana przez taki wehikuł zdecydowanie musi być urocza

Ktoś zataszczył klamoty Marbellą - i bardzo słusznie

Wreszcie mogę napisać to ponownie: nie ma mixa bez BX-a!

Warszawskie Idiotyczne Barachło

Jak to nie jest jaktajmer to ja nie wiem.

Tych camperów na bazie L300 jest więcej, niz mogłoby się zdawać

Idealnie prezentuje się pod ambasadą Chin

Wycieraczki na reflektorach, jak w Volvo!

Nowe Miasto, stare graty

WZYWAM ZŁOMNIKA!!!
Do następnego.

środa, 19 sierpnia 2015

Na fotelu pasażera: GSA

Jeżu Kolczasty, to już prawie dwa tygodnie.

Pora nadrobić nieco, tym bardziej, że mam jeszcze materiały... sprzed kilku miesięcy.

To był maj, pachniała... yyy, no, powiedzmy. Hala Marsa pachniała antycznym żelazem, ale nie na wrażeniach olfaktorycznych się skupiałem. Miast wyziewów chłonąłem piękno zgromadzonych na Auto Nostalgii gratów, zaś lędźwia me drżały z ekscytacji na myśl o tym, co miało mnie jeszcze tego dnia czekać. A czekało mnie bliższe spotkanie z weekendowym wehikułem kol. Cubino - czyli Citroenem GSA.

Po przejażdżce o kilka lat starszym GS-em do jego następcy - a w zasadzie rozwinięcia, tudzież głębokiego liftu - byłem nastawiony ze wszech miar pozytywnie. Starsza wersja okazała się niesamowicie przyjaznym, bajecznie komfortowym (hydro!), wywołującym uśmiech na paszczy, choć niezbyt dynamicznym toczydłem, nowsza zaś kosztem bezbłędnej stylówy oferowała lepsze osiągi i większą praktyczność. Porównania młodszego ze starszym nie mogłem się wprost doczekać.

I doczekałem się, choć nie w takim wymiarze, na jaki miałem nadzieję. Ale i tak było miodnie.


Zacznijmy jednak od wrażeń czysto estetycznych.

GSA z zewnątrz różni się od modelu GS przede wszystkim dużą, praktyczną klapą bagażnika, która czyni zeń pełnoprawnego hatchbacka. Różnic jednak jest więcej, najbardziej zaś zauważalną jest brak pieszczących nerw wzrokowy chromów zastąpionych przez nieszczególnie elegancki czarny plastik. Niestety, nie pasuje on zbytnio do sylwetki najmniejszej z hydrocytryn - był on jednak w pełni na miejscu w latach 80. Sylwetka wciąż jest nie do pomylenia z czymkolwiek innym, troszkę jednak brakuje elegancji i lekkości, którą wyróżniał się prześliczny GS.

Wnętrze zaś to całkowicie odrębna liga.


Siadając za sterami GSA możemy - jeśli akurat jesteśmy fanami Paska B5 - zwymiotować a następnie zemdleć, lub - jeśli jesteśmy mną - utoczyć litr śliny a następnie zanieczyścić bieliznę osobistą. Jako, że jestem mną, mogę stwierdzić jedno: TU JEST GENIALNIE. Wszystko inaczej. Wszystko w poprzek. Prędkościomierz i obrotomiedz w formie bębnów za soczewkami. Graficzne centrum diagnostyczne, czy jak to się tam nazywa. I te przemegarewelacyjne przełączniki zgrupowane na dwóch walcach, niczym rodem z Enterprise. Wszystko to jest zniewalająco dziwaczne, do tego ociega gęstym, wczesnym ejtisem. Za takim centrum dowodzenia mógłbym spędzać całe dnie, bujając się po dzielni i słuchając Devo. PEEK-A-BOO! HAAA HAAA HAAA HAAA HAAA

Niestety, nie miałem jednak możliwości pozachwycać się tym miejscem kręcąc kierownicą i wciskając gaz. Na szczęście z prawego fotela też da się ocenić to i owo.

Choćby tragiczną, dużo gorszą w porównaniu ze starszym GS-em jakość materiałów użytych do stworzenia deski rozdzielczej. Cieniutki plastik uginał się od samego patrzenia zaś w szparę między pokrywą schowka a resztą deski mógłby wejść kot. Nie wiem, jakim cudem coś takiego zostało klepnięte do produkcji po bardzo przyzwoicie prezentującej się desce GS-a - być może konstruktorzy wnętrza kilka lat wcześniej nasłuchali się punka i stwierdzili, że skoro ludzie łykają taki soniczny kał, to widać lubują się w badziewiu i łykną również tak dramatyczną jakość wykonania.

Na szczęście reszta Citroena GSA jest już dużo lepsza - ze wspaniałym, hydropneumatycznym zawieszeniem na czele.


Tak - bez względu na to, czy prowadzisz hydrocytrynkę, czy jesteś jej pasażerem, nie sposób nie docenić wspaniałego tłumienia nierówności, jaki zapewnia ten rodzaj zawieszenia. Wszelkie wyboje były może nie prasowane, ale wygładzane, zamieniane w łagodne, lekko kołyszące fale. Cudowne uczucie. Każdy przechył, każde delikatne bujnięcie - wszystko to wywoływało uśmiech na mej udekorowanej strużką śliny fizjonomii.

Mimo niedającego się ukryć zachwytu nie byłem zaskoczony doskonałością resorowania GSA. Zaskakujące za to okazały się osiągi. O ile GS Club był toczydłem stworzonym do jazdy w, powiedzmy, dość leniwym tempie, o tyle GSA w topowej wersji X3 zadziwia żwawością. Zdziwienie jest tym większe, że chłodzony powietrzem silnik o pojemności 1299 cm3 wyciskał z siebie dość skromne 65 KM. Mimo to, dzięki niewielkiej masie, dobrej aerodynamice i odpowiedniemu zestopniowaniu 5-biegowej skrzyni, Cubino bez problemu dotrzymywał na drodze tempa nowszym, znacznie mocniejszym samochodom. Wszystko to ubarwiał wesoły, charakterystyczny dźwięk chłodzonego powietrzem 4-cylindrowego boxera. Co ciekawe, dźwięk ten w ogóle nie przypominał Garbusa, napędzanego przecież silnikiem o identycznych założeniach konstrukcyjnych.

Zupełnie przyzwoicie zaprezentowała się ta część samochodu, która dla targającego sprzęt muzyka jest najważniejsza, czyli bagażnik. Przeistoczenie się w pełnoprawnego hatchbacka wyszło GSA na dobre - dostęp do kufra jest wyśmienity, sam bagażnik zaś ma przyzwoitą pojemność, do tego można go powiększać składajac oparcie, które niestety nie jest dzielone (nie było to jeszcze standardem). Można nieco narzekać na jego niewielką (choćby w porównaniu z poprzednikiem) szerokość wynikającą z niepotrzebnego nieco zabudowania boków. Mimo tego, bas w miękkim pokrowcu wszedł bez problemu. Na skos, jak do dużo większego aktualnego C5.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

Trudno w pełni ocenić samochód, którego się nie prowadziło. Jednak jako, że wcześniej miałem okazję poprowadzić bezpośredniego poprzednika, z którym GSA jest mocno spokrewniony (wiele elementów, choćby zawieszenie, nie zmieniło się w ogóle), mogę  zwerbalizować kilka myśli na zasadzie "nie znam się to się wypowiem".

Citroen GSA X3 to nieco nierówne auto: z jednej strony bajeczny komfort, świetna widoczność, genialna stylówa (szczególnie wewnątrz) i niezłe osiągi, z drugiej zaś badziewnie wykonane wnętrze i trochę ciasnoty z przodu. Mimo tego, mógłbym mieć takie cudo w garażu. Jest to po prostu cholernie sympatyczne, przyjazne jeździdło, któremu dzięki jego zaletom można sporo wybaczyć. Mimo to, wolałbym jednak starszego GS-a. Poza lepiej wykonanym wnętrzem najzwyczajniej w świecie bardziej mi się podobał. A że nie miał dużej, obejmującej też szybę klapy z tyłu? Nie szkodzi - klasyk do bujania się w weekendy nie musi być praktyczny. Poza tym było przecież kombi.


Plusy:

* fenomenalne hydropneumatyczne zawieszenie
* poprawiona w stosunku do GS-a praktyczność
* widoczność
* genialna stylówa, szczególnie tablica wskażników
* zaskakująco przyzwoite osiągi

Minusy:

* badziewnie wykonana deska rozdzielcza
* niezbyt przestronne wnętrze
* tendencja do rdzy
* nieco za wąski bagażnik, do tego bez możliwości dzielenia oparcia kanapy

Co nim wozić:

GSA został zaprezentowany pod koniec lat 70., jednak jest to samochód zdecydowanie ejtisowy. Dlatego też najlepiej będzie pasować do niego nierozerwalnie kojarzący się z latami 80. obrzyn. Np. Status. Albo choćby jego budżetowa wersja. Którą zresztą nadal chcę.