Całkiem niedawno wspominałem o wehikule, którym miałem okazję dysponować przez kilka nader sympatycznych dni. Zapowiedziałem przy tym kolejny wpis z coraz rzadziej pojawiającej się kategorii "pojeździwszy". Przyszła pora, by daną obietnicę spełnić.
Wybranka ma przyjaciółkę. Przyjaciółka ma mamę. Mama ma samochód. Od niedawna jeździdłem jej powszednim jest Fabia, nówka-salonówka, jednak przez kilka ostatnich lat kilkudziesięciokilometrowy dystans między domem a pracą pokonywała wehikułem, który mówi do mnie od dawna. Mówi głośno i wyraźnie. A jest nim granatowy Mercedes typoszeregu W201, czyli znany i lubiany model 190. Na grubej listwie, czyli polift. Z 2-litrowym, 75-konnym dieslem. I 4-biegową ręczną skrzynią.
I gdy zaposiadła Fabię, mogłem onego Mercedesa przez kilka dni poprzytulać.
Na początku lat 80. gama Mercedesa zaczynała się od modelu W123, czyli Beczki. Co prawda sprzedawała się ona świetnie (czemu zresztą trudno się dziwić, biorąc pod uwagę ówczesną jakość Mercedesa, utrzymującą się praktycznie od zawsze), ale kierownictwo firmy stwierdziło, że przydałby się jednak mniejszy model. W końcu Beczka jest dalekim poprzednikiem dzisiejszej E-klasy - samochodu dla APERMENEDŻMENTU tudzież EGZEKJUTIWÓW, właścicieli dobrze prosperujących firm i inszych takich. Brak w ofercie samochodu choćby o jeden segment mniejszego dziś byłby praktycznie samobójstwem dla każdej marki poza segmentem superpremium, a już wtedy, mimo absolutnie niepodważalnej pozycji marki (BMW a tym bardziej Audi nie były podówczas brane poważnie jako jakakolwiek konkurencja dla aut z gwiazdą na masce) stawał się nieco ryzykowny. Dodatkowo salony Mercedesa powoli zaczynały przypominać poczekalnię na oddziale geriatrii. Tylko były ładniej wykończone.
Dlatego zapadła decyzja: robimy mniejszy model. Ma być prawdziwym Mercedesem, nośnikiem wszystkich pozytywnych cech, z którymi kojarzona jest marka. Tylko nieco mniejszym. I troszkę mniej konserwatywnym, tak, by skusić 40-50-letnich młodzików. I zrobili.
Fanem "stodziewięćdziesiątki" jestem już od lat. Od dawna podoba mi się jej klasyczny, dość konserwatywny, a zarazem ponadczasowy i rozpoznawalny kształt. Główny projektant W201, Bruno Sacco, odpowiedzialny za wiele innych, klasycznych już modeli Mercedesa, twierdzi, że 190 to jego ulubione dzieło. Trudno się dziwić - "Baby Benz" (bo tak model został ochrzczony przez prasę po premierze) ma ładne, harmonijne proporcje, co jest trudną sztuką w przypadku niewielkiego wszak sedana. Do tego Sacco nowym modelem wprowadził firmowy "język stylistyczny" (borze, co za korpobełkot) w zupełnie nową erę, a mimo to udało mu się zrobić to tak, że W201 wciąż na pierwszy rzut oka może być zidentyfikowany tylko i wyłącznie jako Mercedes. A co najciekawsze, po ponad 30 latach od premiery "stodziewięćdziesiątka" wciąż nie prezentuje się archaicznie.
A przecież wygląd zewnętrzny to jeno wisienka na torcie.
Wnętrze też nie pozostawia wątpliwości w jakim aucie się znajdujemy.
Nawet bez trójramiennej gwiazdy na kierownicy i często ułamanego przez koneserów-pasjonatów celownika na masce (jak zresztą w przypadku tego egzemplarza), praktycznie nie sposób nie zorientować się, w jakim samochodzie przyszło nam zasiąść. Kształt deski rozdzielczej, wygląd niezwykle czytelnych zegarów z zaznaczonymi na prędkościomierzu maksymalnymi prędkościami na poszczególnych biegach, rozmieszczenie przełączników i przede wszystkim fenomenalna jakość wszystkich materiałów i montażu są chyba tak samo rozpoznawalne, co najstarszy w branży znaczek. Wszystko jest przemyślane, ergonomiczne, a jednocześnie bez wątpienia mercedesowskie. Brakuje co prawda "nożnego ręcznego", za to mamy jedną, wielofunkcyjną dźwigienkę po lewej stronie kolumny kierownicy (wymaga chwili przyzwyczajenia, ale funkcjonuje świetnie), charakterystycznie umieszczoną stacyjkę (zamiast w samej obudowie kolumny - po jej prawej stronie pod tablicą wskaźników) i oczywiście ładne, eleganckie drewienko zebrano na konsoli środkowej. Jest też... zmieniacz kaset pod postacią sześciu "szufladek" nad radioostwarzaczem. Środek samochodu wręcz krzyczy: "siedzisz w Mercedesie, ALE ZAJEBIŚCIE". Choć nie, nie krzyczy. Mówi spokojnym, ciepłym głosem. I tak właśnie jest w "stodziewięćdziesiątce": spokojnie, relaksująco. Przytulnie.
Słowo "przytulnie" zresztą jest tu jak najbardziej na miejscu, gdyż w W201 nie uświadczymy za dużo przestrzeni. Szczególnie nad głową jest jej niewiele - przy moich 178 cm wzrostu niemalże smyrałem podsufitkę owłosieniem czaszkowym. I to mimo niemalże maksymalnego obniżenia fotela.
Co zresztą warto zrobić, jeżeli nie chcemy trzymać pokaźnej kierownicy na kolanach.
Nie - położenie kierownicy nie jest regulowane. Ani wzdłużnie, ani pionowo. Jak w pierwszym Loganie. Dlatego warto skorzystać z niezłych możliwości ustawienia bardzo wygodnego (jak to w starszych Mercedesach) fotela. I pamiętać, by nie zakładać buciorów z grubą podeszwą, gdyż zdecydowanie najciaśniejszym miejscem w Mercedesie 190 jest... przestrzeń na nogi kierowcy. Jest ona na tyle niska, że zdarzało mi się zahaczać czubkiem buta o obudowę kolumny kierownicy.
Skoro już marudzę, można też wspomnieć o typowym mercedesowskim dziwactwie z lat 80. - śmiesznie małym prawym lusterku. Za to - w przeciwieństwie do lewego - było ono regulowane elektrycznie, co jest zresztą zupełnie sensownym patentem w kwestii ergonomii. Szkoda tylko, że regulacja nie działała.
Działa natomiast praktycznie cała reszta, łącznie z przyjemnie pracującym wspomaganiem, elektrycznie odsuwanym dachem (nie jest to szyberdach, gdyż jest z metalu) i - co najważniejsze - silnikiem.
Dwulitrowy, 75-konny, wolnossący sadzomiotacz po dłuższym czasie stania sobie na mrozie odpalił od razu. Od strzała, jak to mawiają Mirek do spółki z Cytrynem i Gumiakiem. Wystarczyło jedynie poczekać na rozgrzanie świec żarowych, co trwało może 10 sekund, może mniej, i napędzany olejem napędowym (a zapewne mogący pracować równie dobrze na opale i zużytym oleju po frytkach) silnik zaalarmował całe sąsiedztwo bogactwem dźwięków przywołujących na myśl młockarnię połączoną z oddziałem sąsiadów demolujących ściany wiertarkami udarowymi. Co ciekawe, proces sonicznego sodomizowania mózgu odbywa się jedynie wtedy, gdy znajdujemy się na zewnątrz samochodu - w środku jest względnie cicho, zaś to, co słychać, jest złagodzone i zmiękczone świetnymi materiałami wygłuszającymi. Jedynie na postoju czuć wibracje starego diesla.
I jego zapach.
Ewidentnie gdzieś wkradła się jakaś nieszczelność - we wnętrzu, bez względu na to, czy stoimy, czy jedziemy, wali spalinami niczym sandałem z masłem. A bogaty bukiet dieslowskiego wyziewu jest niestety mniej satysfakcjonujący olfaktorycznie, niż aromatyczne opary bezołowiowej 95. Załatanie złośliwej dziurki (prawdopodobnie w wydechu, acz będąc dziwką bez szkoły niejako z urzędu nie znam się, nie wiem, zarobiony jestem) spowodowałoby, że reszta usterek i niedomagań, będących skutkiem wieku, zużycia i pewnych dawnych zaniedbań eksploatacyjnych, po prostu przestałaby się liczyć. A to dlatego, że jedzie się zajebiście.
ZAJEBIŚCIE.
Wedle danych katalogowych stary, nieuturbiony, dwulitrowy diesel z komorą wstępną wypluwa z siebie 75 germańskich kucy, pozwalających na rozpędzenie "stodziewięćdziesiątki" do rączych 100 km/h w niecałe 16 sekund. Nie wiem, jak trzeba by było piłować sędziwe żelastwo, by tak pojechało, ale wiem, że po pierwsze zrobiłoby to niechętnie, po drugie zaś w Mercedesie zwyczajnie się nie chce. Nie ma potrzeby. To samochód do spokojnego, wygodnego, zrelaksowanego bujania się. Nie musisz się spieszyć, nie musisz cisnąć jak wściekły, nic nie musisz. I tak dojedziesz - a zrobisz to w kojącym nerwy komforcie zapewnianym przez fantastycznie wygodne siedzenia, przecudownie zestrojone zawieszenie (którego opracowanie pochłonęło ponoć jakiś miliard dojczmarek - tak, była ongiś taka waluta) i poczucie pancerności całego samochodu. Może nie ma zbyt wiele miejsca na stopy i nad głową, może wyposażenie jest, jak to w podstawowych wersjach starszych Merców, delikatnie mówiąc skromne, może manualna skrzynia biegów ma jedynie cztery dość długie przełożenia a niechętnie wchodzący na jedynkę drążek swą umiarkowanie precyzyjną pracą przypomina, że trzeba było wybrać bardziej pasujący do tego samochodu automat, ale to nie szkodzi. Wokół siebie widzisz trwałe materiały świetnej jakości, przed sobą - lekko kołyszącą się maskę, pod stopami czujesz miękko, lekko a jednocześnie precyzyjnie chodzące pedały i wiesz, że wszystko jest w porządku. Można się zrelaksować i po prostu jechać.
A gdy już dojedziesz i staniesz przed koniecznością intensywnych manewrów na ciasnym parkingu, nie wpłynie to w najmniejszym nawet stopniu na wszechogarniający błogostan. Lekko, acz wystarczająco mięsiście pracujący układ kierowniczy skręca przednie, nienapędzane koła o kąt wywołujący opad szczęki, jednocześnie pochylając je lekko do wewnątrz zakrętu. Ten samochód jest wręcz fenomenalnie zwrotny, czyniąc manewrowanie niemal przyjemnością. No chyba, że masz doświadczenie głównie z kończącymi się zaraz za tylną szybą hatchbackami, a tu trzeba zrobić ciasną kopertę między dwoma innymi autami. Niestety - do sedana po prostu trzeba się w tej kwestii przyzwyczaić i tyle. Na szczęście w W201 nie wymaga to wiele czasu ani wysiłku.
Troszkę wysiłku wymaga za to zameldowanie na tylnej kanapie zamieszkującego fotelik przedstawiciela najmłodszego pokolenia.
Tak - fotele są obszerne i rozleniwiająco wygodne. Tak, Mercedes 190 dysponuje dwiema parami drzwi. Jednak aby zamontować fotelik trzeba się odrobinę nagimnastykować. W trzydrzwiowej Madzi prawy przedni fotel przy pochyleniu oparcia jedzie sobie całkowicie do przodu, zostawiając naprawdę dużo miejsca na tego typu manewry. Tutaj co prawda mamy łatwy dostęp do tylnej kanapy przez drzwi, jednak samo przypięcie przysparza więcej problemów. Po pierwsze - miejsce. W "stodziewięćdziesiątce" nie ma go jakoś przerażająco dużo, a ze względu na sam format czterodrzwiowego nadwozia dostępu do fotelika od tyłu (czyli, przy prawidłowym mocowaniu tyłem do kierunku jazdy, od przodu kanapy) nie ma w ogóle. Najlepiej włożyć fotelik od jednej strony, a celem przypięcia go przejść na drugą i robić to z wnętrza auta. Po drugie - samo przypinanie potrafi trochę zmęczyć, gdyż długość pasa jest akuracik. Ledwie. Da się, oczywiście, po zamontowaniu dziecię umieszczone jest prawidłowo i bezpiecznie, ale sam proces nie jest niestety przepyszną kaszką z owocami podawaną Młodzieżowi na drugie śniadanko i podwieczorek. Po prostu na początku lat 80., gdy powstawał model W201, wożenie dzieci w fotelikach nie było jeszcze niestety taką oczywistością, jaką jest od kilkunastu lat, i choć Mercedes-Benz od dekad znany jest z przykładania wagi do spraw bezpieczeństwa (SICHERHEIT!!!), ten aspekt został potraktowany podobnie, jak w produktach konkurencji z tamtych lat. Czyli w zasadzie nijak. Choć, jak już wspomniałem, da się - i gdy już Przyszłość Narodu zostanie z sukcesem przypięta do siedzenia w swym Maxi Cosi, można być spokojnym i ruszać w drogę.
Czy jednak zabierzemy ze sobą sprzęt? Czy zapakowany w duży, sztywny futerał bas wejdzie w poprzek do bagażnika niewielkiego wszak sedana, który to kufer był niejednokrotnie krytykowany za niewielką pojemność i ustawność?
Wejdzie.
Bez problemu.
Wiele razy twierdziłem, że sedany nie są dla mnie. Że ich ograniczona praktyczność przekreśla je jako samochody dla wożącego graty muzyka. A w Mercedesie 190 ta praktyczność jest mocno ograniczona, gdyż postawiony pionowo za tylną kanapą zbiornik paliwa nie dość, że ogranicza pojemność bagażnika, to jeszcze wyklucza powiększanie go przez położenie oparcia. Po prostu dupa jest blada a gary pobite. Nie brałem jednak pod uwagę jednej cechy: szerokości bagażnika. A ta w W201 jest całkowicie wystarczająca. Po prostu, przed nastaniem Ery Powszechnego Prestiżu, nikt nie zabudowywał samochodowych bagażników po bokach, ograniczając tym samym ich pakowność. Nie ma tu żadnych idiotycznych schowków, żadnych kretyńskich, pseudoprestiżowych wykończeń przez które na szerokość wejdzie co najwyżej Steinberger, a i to nie zawsze. Po prostu czysta przestrzeń od błotnika do błotnika. Bas w futerale mieści się swobodnie, trzeba jedynie odrobinę pomanewrować wkładając go przez pokrywę bagażnika kończącą się na wysokości górnej krawędzi tylnych świateł. Tak naprawdę zmieściłyby się ze trzy, jeden na drugim. Albo dwa, w tym jeden w usztywnianym, piankowym pokrowcu (tak, jak na zdjęciu - to żółte pod spodem to futerał właśnie), i głowa do basu w kejsie 3-4U lub mały składany wózek. Albo nawet duży wózek z gondolą, ale wtedy już bez basów. Mimo wszystko, w przypadku sedanów występuje zasada coś za coś. Ale przynajmniej jest alternatywa, w przeciwieństwie do współczesnych aut tej klasy, w których, jeśli nie złożysz oparcia (co na szczęście w większości przypadków jest teraz możliwe), bas musi powędrować na tylną kanapę lub na podłogę przed nią.
Niestety, paczki większej niż 2x10 już jednak do niewielkiego Mercedesa nie upchniesz, podczas gdy nawet do małych hatchbacków po złożeniu oparcia wchodzi 4x10 (i jeszcze jest miejsce), zaś do Chaimka udało się upchnąć Henryka, czyli wielkie 8x8 (które nadal jest do sprzedania). A 190 w wersji kombi niestety nie było. Klienci mieli do wyboru sedana albo konkurencję.
Za to decydując się na Mercedesa można było liczyć na świetne, przemyślane pomysły, wskazujące na to, że niemieccy inżynierowie pomyśleli praktycznie o wszystkim, czego może potrzebować "zwykły" (czyt. nie taszczący regularnie basowych gratów) użytkownik samochodu, czyli jakieś 99,9% nabywców.
Na przykład tradycyjny dla sedanów Mercedesa świetnie umieszczony trójkąt ostrzegawczy.
Takich przemyślanych, praktycznych, ułatwiających życie rozwiązań jest więcej, czyniąc W201 jednym z najbardziej "user-friendly" samochodów, z jakimi miałem przyjemność się zetknąć. Owszem, wszystko jest zrobione "po mercedesowsku", co oznacza, że ktoś, kto nie miał wcześniej doświadczenia z wyrobami tej marki, musi spędzić chwilę zapoznając się z rozkładem niektórych przełączników na desce rozdzielczej. Trwa to jednak kilka minut, po których obsługa wszystkich urządzeń staje się niemalże intuicyjna. Wszystko ma sens. Jest takie, jakie być powinno. Wszystko się zgadza. I wszystko działa.
No, może poza elektryczną regulacją prawego lusterka. Ale to zapewne da się niedrogo naprawić.
Z Mercedesem 190D spędziłem kilka przyjemnych dni, z każdym kolejnym coraz bardziej zakochując się w tym aucie. Nie był to może mistrz lewego pasa, ale po przyzwyczajeniu się do specyfiki wolnossącego ropniaka i sprzężonej z nim 4-biegowej skrzyni dynamiczne ruszanie spod świateł nie nastręczało żadnego problemu. Poza tym, jak już wspomniałem, ten samochód nie służy do tego, by pociskać nim dwieście po mieście, tylko by wygodnie, bezpiecznie i spokojnie dotrzeć na miejsce. Bez problemu jestem w stanie wyobrazić sobie spędzenie w nim całego dnia, pokonując długą trasę zakończoną kluczeniem po wąskich uliczkach i wciskaniem się na ciasne miejsce parkingowe. I jestem dziwnie spokojny, że nie byłbym po takim dniu zmęczony. No, może tylko aromatem spalin. Ale to da się naprawić.
Niestety, nie każdy z kilku dni spędzonych w "Baby Benzu" był tak spokojny.
W piątkowe popołudnie, po wizycie na ręcznej myjni (inna odpadała - automatyczna urwałaby nieodkręcaną i niechowającą się antenę, zaś bezdotykowa nie zmyłaby całego brudu, którym auto obrosło stojąc dłuższy czas pod blokiem), czekając na zielone światło do skrętu w lewo z Wołoskiej w Domaniewską, poczułem szarpnięcie i usłyszałem solidne ŁUP. Po wyjściu z samochodu okazało się, że obywatelka w nowiutkim Polo była uprzejma zaparkować w kufrze Merca. Uszkodzenia były co prawda niewielkie - małe wgniecenie pod tablicą rejestracyjną i pęknięcie na zderzaku - jednak to w końcu nie moje auto. Na szczęście kierowniczka białego VW okazała się ugodową, bezkonfliktową osobą - dane zostały spisane, oświadczenie podpisane, dostałem nawet wizytówkę. Sprawa jest do załatwienia bez większych problemów (właścicielka przyjęła informację spokojnie, pokazałem uszkodzenia i zaoferowałem pomoc w formalnościach), ale jednak głupio. I przykro.
Ale na "stodziewięćdziesiątce" nie zrobiło to wrażenia. Pojechała sobie dalej. I jestem przekonany, że będzie jeździć jeszcze długo.
Ale na "stodziewięćdziesiątce" nie zrobiło to wrażenia. Pojechała sobie dalej. I jestem przekonany, że będzie jeździć jeszcze długo.
Podsumowanie, czyli wady i zalety:
Kiedyś nie wierzyłem w te wszystkie opowieści, że "bez gwiazdy nie ma jazdy", w to, że Mercedes jest (a w zasadzie był) wyznacznikiem jakości. Nie wierzyłem, odrzucałem, prychałem z pogardą. Jednak krótka przejażdżka W124, czyli Baleronem, zachwiała tymi wątpliwościami, zaś kilka dni spędzonych ze 190D obaliło je całkowicie. Mercedes W201 z 75-konnym dieslem pod maską to motoryzacyjna oaza spokoju. Wygoda, poczucie solidności, charakter który natychmiastowo tłumi wszelkie skłonności do napinki - cholernie mi się to podoba. Jestem w stanie nawet przełknąć ograniczoną wszechstronność sedana bez kładzionego oparcia - wszak basiwa włażą do bagażnika bez problemu. Gorzej z dość trudnym montażem fotelika, jednak i to jestem w stanie znieść. Ten samochód po prostu mnie urzekł. Jest w nim coś, co sprawia, że jadąc nim, czuję się dobrze.
A wydech - czy cokolwiek, co sprawia, że w kabinie wali spaliną - da się naprawić. Elektrykę prawego lusterka też.
I ułamaną gwiazdę.
I ułamaną gwiazdę.
Plusy:
* fantastyczne zawieszenie
* wygodne fotele
* świetna zwrotność
* szeroki bagażnik
* solidność i trwałość
* sporo przemyślanych, ergonomicznych rozwiązań
* relaksujący, spokojny, przyjemny klimat
Minusy:
* ograniczona praktyczność
* mała przestronność (szczególnie mało miejsca na stopy kierowcy)
* utrudniony montaż fotelika
* zużycie większości egzemplarzy
* NIE JEST MÓJ
Co nim wozić:
Do bagażnika "stodziewięćdziesiątki" spokojnie wejdą ze 3 basy w futerałach. Jako, że to niemiecki, dość konserwatywny wóz, pasowałby tu niemiecki, dość konserwatywny sprzęt. Solidny, sprawdzający się w tym, w czym ma się sprawdzać. Np. Sandberg California albo Marleaux Votan. Choć, jeśli mam być szczery, woziłbym w nim swoje basy. Wszystkie.
Proszę, przemówcie mi do rozsądku.



